Wariant wenezuelski

Po raz pierwszy o Wenezueli pisałem w marcu 2013 roku, gdy zmarł prezydent Chávez, który zaczął przekształcać ten kraj według starych leninowskich wzorów, które w Europie zdążyły kilkanaście lat wcześniej zbankrutować. Na co dzień niewiele nas obchodzi daleki kraj w Ameryce Łacińskiej, o której wiemy tyle, że często jest biedna i zacofana, a także znana wcześniej z dyktatorskich reżimów.
Kilka lat temu, można było przewidywać, jak skończy się rewolucja Cháveza. W Polsce przerabialiśmy ten scenariusz od 1945 do 1989 roku. 44 lata opóźniania nieuchronnego bankructwa państwa opartego na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W roku 2014 pisałem:

Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny… (felieton z 2014)

Lekcja historii, którą Wenezuela w dalszym ciągu odbywa pod przewodnictwem kolejnego prezydenta, wkroczyła obecnie w kolejny etap. Braki wszystkiego od mleka po papier toaletowy Wenezuelczycy już zobaczyli. Teraz pora na stan wojenny.

6 dni temu odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego, które ma przygotować nową konstytucję, określić obowiązki najważniejszych instytucji w państwie i umożliwić prezydentowi rządzenie za pomocą dekretów. Zgromadzenie odwołało wczoraj ze stanowiska prokurator generalną Luisę Ortega Diaz. Krytykowała ona prezydenta Nicolasa Maduro, a kilka dni temu wszczęła śledztwo w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Była prokurator generalna ma teraz stanąć przed sądem. (Gazeta Wyborcza)

Jeśli parę lat temu Wenezuelczycy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, co ich czeka, to dziś my możemy zobaczyć, co nas czeka, obserwując wydarzenia w Wenezueli. Chávez a potem Maduro nie musieli fałszować wyborów. Ponieważ za pieniądze ze znacjonalizowanego przemysłu naftowego zapoczątkowano ogromny program rozdawnictwa dla niezamożnych obywateli, ci wdzięcznie głosowali zarówno na Cháveza jak i Maduro. Potem socjalizm pokazał prawdziwe oblicze. Zaczęło brakować wszystkiego. Rząd zaczął wprowadzać talony, pojawiły się społeczne komitety, zaproponowano nawet system sprawdzania odcisków palców, żeby było wiadomo kto i ile kupuje. Ponieważ opozycja krytykowała doprowadzanie gospodarki do ruiny, zaczęto do więzień zamykać opozycję. Prywatne media zlikwidowano już wcześniej. Gdy wreszcie obywatele poczuli głupotę władzy na sobie samych, było już za późno.

Maduro ma wojsko, policję, a protestujący najwyżej sztachety z płotów. Nie ma już mediów, które nagłaśniałyby nadużycia władzy, tej rozbudowanej wenezuelskiej „dobrej zmiany”. Nie ma niezależnych sądów, ostatnią osobę, która próbowała ratować resztkę demokracji, właśnie usunięto ze stanowiska. Lud Wenezueli się buntuje, na ulicach dochodzi do zamieszek spowodowanych już nie tylko brakiem podstawowych towarów, ale także złością z powodu braku demokracji. Gdy Maduro zaczął się obawiać, że lud może go nie poprzeć, ostatnie wybory sfałszował. Zapewne były to naprawdę ostatnie wybory.

Czy będą jeszcze demokratyczne wybory w Polsce?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.1/10 (14 votes cast)

Dojna zmiana

Dla polityków wygrana zwykle się łączy z podziałem łupów. Dotyczy to każdej partii, która istnieje lub istniała. Niektóre z nich doczekały się nawet na ten temat anegdot, jak PSL którego nazwę zaczęto tłumaczyć jako Praca Swoim Ludziom. Inne bardzo ukrywały swoje biznesowe powiązania, po cichu budując finansowe imperia, jak niegdyś PC, a obecnie PiS.
Wielu polityków zapominało o rozsądku afiszując się, jak Sławomir Nowak ze swą skłonnością do blichtru, modnych garniturów i miłością do ekskluzywnych zegarków, która skończyła się wykluczeniem ze świata polityki. Czołówka polityków Platformy została skojarzona – za sprawą restauracyjnych podsłuchów – z zamiłowaniem do luksusu na koszt podatnika i to w dużej mierze przyczyniło się do klęski tego ugrupowania w ostatnich wyborach.
Każda partia po wygranych wyborach umieszczała swoich ludzi w newralgicznych spółkach skarbu państwa i ofiarowywała swym członkom intratne stanowiska. Aby jednak przeciwdziałać zatrudnianiu miernot bez przygotowania, powołano do życia korpus służby cywilnej i wprowadzono kryteria zatrudniania w urzędach. Miało to w zamyśle ustawodawców ograniczyć traktowanie państwa jako łupu do podziału wśród zwycięzców wyborów.
Okazuje się jednak, że wszystkie zabezpieczenia wprowadzone w poprzednich kadencjach sejmu, na nic się zdały, gdy władzę objęła, wygłodzona ośmioletnim okresem w opozycji, partia Jarosława Kaczyńskiego.
Parafrazując pewien zwrot pisowskiego prezydenta Dudy, po wyborach zaczęła się dla nich prawdziwie „dojna zmiana”.
Konsekwencje zatrudniania „krewnych i znajomych królika” odczuli najpierw rolnicy, bowiem nowe pisowskie kadry w ARiMR nie radzą sobie z obsługą oprogramowania i dopłaty unijne dla rolników zaczęły się spóźniać.
Łamiąc wszelkie zasady przyzwoitości PiS dokonuje czystek w państwowej telewizji i radiu na skalę nie spotykaną od czasów stanu wojennego w PRL. Pracę traci ponad 40 znanych dziennikarzy, także i takich, którzy nie prowadzili audycji politycznych. Na ich miejsce przychodzą beztalencia wyróżniające się wyłącznie posłuszeństwem i gotowością do uprawiania ordynarnej propagandy.
Kuriozalne w skali światowej okazało się wprowadzenie przez PiS własnych ludzi do słynnych stadnin koni arabskich, z których niegdyś słynęła Polska. Te zmiany będziemy odrabiać przez dziesiątki lat, a straty finansowe już można liczyć w milionach euro.
Każdego dnia dowiadujemy się o kolejnych coraz bardziej idiotycznych nominacjach. Znajomy Marty Kaczyńskiej, prawnik i muzyk zostaje wiceprezesem Energi, która i tak ma ostatnio sporo kłopotów. Wiceprezesem specjalnej strefy ekonomicznej w jednym z miast zostaje miła żona pisowskiego starosty, której doświadczenie sprowadza się do sprzedaży odzieży. Kuzyn Kaczyńskiego jest szarą eminencją w państwowej telewizji, choć oficjalnie jest wyłącznie doradcą. Niedługo okaże się, że każde miejsce pracy w budżetówce wymaga namaszczenia przez lokalnego pisowskiego kacyka. Nie wiadomo tylko, czy starczy dobrze płatnych stanowisk dla wszystkich członków PiS i ich rodzin.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (15 votes cast)