A mury rosły

Gdy Jacek Kaczmarski napisał w 1978 roku słowa piosenki „Mury”, które potem stały się nieoficjalnym hymnem „Solidarności”, pieśnią sprzeciwu i nadziei, zwracaliśmy uwagę na słowa refrenu, które mówiły, że „mury runą”.
Nie chcieliśmy słuchać tego, co Kaczmarski śpiewał dalej.

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Wtedy chcieliśmy, by była to pieśń nadziei, a nie prawdy. A Poeta po raz kolejny okazał się Wieszczem.
Minęły lata, skończyła się walka, bohaterowie siedli przy kominku, odpoczywali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jak te tłuste koty wygrzewające się na słońcu. A tymczasem mury rosły. Historia zatoczyła koło, jak wąż Uroboros zjadający swój własny ogon.
I dziś znów potrzeba nam pieśni. I ta pieśń powstała, żeby budzić sumienia, poruszyć serca, dawać nadzieję.


VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Czas patriotów

Bohater sensacyjnej powieści Toma Clancy’ego (bardziej znany z filmu pod tym samym tytułem, bo wykreowany przez Harrisona Forda) staje się celem patriotów z Irlandzkiej Armii Republikańskiej, po tym, jak przyczynia się do śmierci jednego z eminentnych członków tego ugrupowania. Okazuje się, że irlandzki patriotyzm swoimi mackami sięga aż za ocean, a zemsta jest celem nadrzędnym. Oczywiście powieść sensacyjna nie skłania do zadumy nad istotą patriotyzmu, a jeszcze mniej film, od którego oczekujemy wartkiej akcji, jaka nie znudzi nas przez kilkadziesiąt minut.
Jednak wartka akcja, ciągłe suspensy i wysoki poziom adrenaliny to nie jest coś, czego oczekujemy w codziennym życiu. Większość ludzi oczekuje, że jak odkręcą kran z ciepłą wodą, to poleci… ciepła woda. Przez osiem ostatnich lat Polacy zajmowali się bardzo nudnymi sprawami. Dbali o to właśnie, aby z kranu leciała ciepła woda, aby jezdnie nie składały się z dziur, aby dzieci w piłkę grały na boisku, a nie na pastwisku. Aby było czysto na ulicy i aby trawa w parkach była regularnie koszona.
Jednak nie wszyscy byli z tego zadowoleni. Mówili o sobie – patrioci. Na ich psychikę źle wpływał fakt, że od ponad sześćdziesięciu lat nie było wojny. Brakowało im męczeńskich powstań narodowych. Źle się czuli w tych uśmiechniętych dniach, kiedy inni wesoło obchodzili pokojowe rocznice odzyskania niepodległości lub przystąpienia naszego kraju do związku innych całkiem szczęśliwych i pokojowo nastawionych krajów. To nie było dla nich dobre, bo mówili, że w tym nie ma patriotyzmu. Ojczyzna – według nich – musi boleć i krwawić, jak w wierszu Różewicza. A ponieważ ojczyzna od dawna nie miała żadnych poległych bohaterów, więc uznali, że niektóre ofiary strasznej katastrofy lotniczej będą poległymi bohaterami, a sama katastrofa musi zostać okrzyknięta zamachem. Wtedy też zrozumieli, że potrzebny jest jeszcze wróg. Bez wroga nie ma wojny, bez wroga nie ma patriotyzmu, bez wroga nie ma zjednoczenia narodu. Niestety nasi dawni wrogowie już niespecjalnie nadawali się do tej roli. Ich wrogość, nie poparta wojną od dziesiątków lat, jest taka jakaś pastelowa i nie potrafi już tak zjednoczyć. Tym bardziej, że część patriotów woli wroga z zachodu, a część tego ze wschodu. Zrozumieli wtedy, że najlepszy będzie wróg wewnętrzny. To będzie ten, który się śmieje z inwazji Misiewiczów na intratne stanowiska państwowe, któremu nie podoba się dobra zmiana, który twierdzi, że w Polsce potrzebny jest Trybunał Konstytucyjny. To ten, który mówi, że fałszywa z gruntu polityka socjalna prowadzona jest na kredyt, że nowy rząd rujnuje gospodarkę, że niszczy demokrację.
Patrioci zaciskają pięści, a w ich sercach wybrzmiewają uczucia jak w pieśni wieszcza: zemsta, zemsta na wroga. Z Bogiem, a choćby mimo Boga. I rośnie ta gorąca nienawiść i burzy się krew. Nadchodzi czas patriotów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (9 votes cast)

Sztandar wyprowadzić

Myliłem się. Po ubiegłorocznych jesiennych wyborach sądziłem, że Platforma Obywatelska jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, że tylko jakieś zdecydowane przywództwo może ją ocalić, pozbierać do kupy i postawić na baczność partię, która przypominała wówczas rozgromione w bitwie tabory, pełne zdezorientowanych i pobitych ciurów obozowych. Przywódcą nie mogła być Ewa Kopacz, ponieważ na niej spoczywała formalna odpowiedzialność za porażkę wyborczą. Nie nadawał się Rafał Trzaskowski, ani Borys Budka, bowiem brakowało im zaplecza w partii, nie byli przywódcami. Na placu boju został jedynie Grzegorz Schetyna. Wbrew moim nadziejom, skupił się jedynie na wyrzucaniu z partii swoich przeciwników. Parafrazując stary dowcip związany z Gomułką, Platforma po wyborach stała nad krawędzią przepaści, a dziś zrobiła ogromny krok naprzód. Tak przynajmniej wynika z wywiadu, który ukazał się w czasopiśmie „Do rzeczy”.

Jestem zwolennikiem utrzymania przez PO konserwatywnej kotwicy. Chcę powrotu do źródeł Platformy, czyli jej liberalno-konserwatywnego charakteru. Chcę też, by była w swoim przekazie chadecka. (Grzegorz Schetyna)

„Do rzeczy” jest w naszym prawicowym krajobrazie medialnym taką mutacją „Niezależnej” dla czytelników z maturą. Zatem wielce symboliczne stają się zwierzenia szefa Platformy w rozmowie z Markiem Migalskim, który jeszcze niedawno był jednym z tzw. spin doktorów w PiS. Migalski pyta Schetynę czy Platforma skończy z lewicowymi eksperymentami. Prawdę powiedziawszy, nie przypominam sobie żadnego lewicowego eksperymentu Platformy, chyba że – wzorem katolickich działaczy PiS – uznamy za taki ratyfikację europejskiej konwencji antyprzemocowej. Podsumowując osiem lat rządów Platformy i PSL, nie znajdziemy zbyt wiele działań, które tak naprawdę zmierzałyby do pozyskania lewicowego elektoratu. Polski parlament nie przyjął Karty Praw Podstawowych, z wielkim trudem odrzucił ultrakonserwatywny projekt zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej. Nie udało się zlikwidować Funduszu Kościelnego i zamienić go na odpis podatkowy, nie udało się zmniejszyć finansowania Kościoła przez państwo. Wręcz przeciwnie – to rząd Platformy dotował milionami budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Chociaż rządy koalicji PO i PSL były najlepszym okresem w ostatnim ćwierćwieczu, to niestety nie zrobiły zbyt wiele, by z postępu cywilizacyjnego Polski mogli być dumni nie tylko zaradni beneficjenci klasy posiadającej, ale również uboga kasjerka z „Biedronki”.
Jedynym działaniem, które można od biedy uznać za lewicowy eksperyment, było znaczące podwyższenie płacy minimalnej, która przez lata pozostawała na głodowym wręcz poziomie. Schetyna nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych przyczyn klęski PO i odpowiada: Tak, bo lewicowy elektorat socjalny, w związku z „500+”, zameldował się w PiS, a reszta to raczej Partia Razem, środowiska LGBT.
Tłumacząc to z polskiego na „nasze”: Margines wybierze PiS, bo dostanie za darmo kasę, a reszta to lewactwo i pedały.
Inny polityk Platformy, Bartłomiej Sienkiewicz na ponad rok przed wyborami zauważył, że jeśli przeciętny Polak nie zacznie odczuwać tego postępu ekonomicznego także we własnym portfelu to z Platformy po wyborach zostanie „ch***, d*** i kamieni kupa”, co właśnie się stało. Schetyna jest idiotą, jeśli myśli, że jest w stanie przebić pisowskie lizusostwo wobec Kościoła Katolickiego. To nie katolicki konserwatyzm dał Platformie osiem lat rządów, ale właśnie otwarcie się na bardzo szeroką grupę wyborców centrowych.

Dzisiaj wyraźnie widać, że Europa idzie na prawo. W wyniku różnych czynników. Społeczeństwa europejskie będą szukać konserwatywnego modelu politycznego. I gdy będzie to oparte na chrześcijaństwie, to właśnie taki model może być przyszłością kilku najbliższych dekad. (Grzegorz Schetyna)

Jeśli traktować poważnie te wynurzenia Schetyny, to powinniśmy niedługo zobaczyć polityków Platformy w zielonych koszulkach z symbolami ONR palących race na Marszu Niepodległości i krzyczących pod siedzibą „Agory” na Czerskiej: „Precz z komuną!” Przydałyby się jeszcze bojówki napadające na ciemnoskórych imigrantów, bo tylko w ten sposób Platforma mogłaby przebić ksenofobiczny i rasistowski wizerunek PiS.
Jak widać, Schetyna nie tylko nie ma pojęcia, dlaczego Platforma wygrywała wybory w 2007 i 2011 roku, ale jeszcze bardziej nie ma pojęcia dlaczego je przegrała w 2015. Dziś miliony wyborców, którzy na Platformę głosowali, często jako na mniejsze zło, nie będą już głosować na schetynową podróbkę Prawa i Sprawiedliwości. Bo i po co. Sztandar wyprowadzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.4/10 (11 votes cast)

Dziękuję ci Platformo

Jest za co dziękować. Przede wszystkim za to, że w 2007 roku mieliście tyle energii by jednak wygrać. I za ciepłą wodę w kranie – bez ironii – bo wasi poprzednicy zdążyli dowieść, że wolą organizować podsłuchy, afery, bawić się w Agenta 007, niż myśleć o polepszeniu życia Polaków. Dziękuję za kolejnych osiem lat względnego spokoju i za to, że za granicą już nikt nie śmiał się z Polski.
Muszę też jednak podziękować Wam za to, że przez osiem lat nie udało wam się pociągnąć do odpowiedzialności Zbigniewa Ziobry i gdy wreszcie za pięć dwunasta wysłaliście wniosek o Trybunał Stanu dla niego, to postaraliście się, by zabrakło kilku posłów i żeby ten wniosek nie przeszedł. Gdyby nie to, to dziś Ziobro byłby poza polityką, a ja nie mógłbym przypomnieć sobie jak to jest żyć w PRL.
Serdeczne podziękowania należą się Wam też za pięć lat znoszenia wyzwisk pod adresem prezydenta i zezwalania kohortom fanatyków oskarżać go o zdradę, szpiegostwo i rosyjską agenturę. Dzięki Wam prezydent Komorowski mógł przegrać, a my możemy się znów przekonać jak to jest mieć za prezydenta człowieka małostkowego i pospolitego.
Uniżenie wręcz dziękuję za to, że do ostatniej chwili odkładaliście sprawę Mariusza Kamińskiego, dzięki czemu w chwili wyborów nie siedział jeszcze w więzieniu i mógł objąć stanowisko, na którym będzie nas wszystkich podsłuchiwał. Choć to Was będzie głównie podsłuchiwał i przeciw Wam montował kolejne afery. Być może niektórzy z Was nawet znajdą się tam, gdzie powinien być Mariusz Kamiński, przecież Ziobro niedługo będzie miał w garści nie tylko prokuratorów, ale i sędziów.
Należy się Wam też podziękowanie za bardzo wyraźną dykcję, która pozwoliła dobrze nagrać Wasze rozmowy i nie pozostawiła złudzenia, że jesteście co prawda względnie przyzwoitymi, ale jednak idiotami, którzy dali się nagrać bandzie kelnerów. No a w każdym razie należy się podziękowanie, że próbowaliście rozwikłać tę aferę z wdziękiem Misia o Bardzo Małym Rozumku. Dzięki temu PiS do dnia wyborów mógł rozgrywać podsłuchy, a wy przegraliście wybory koncertowo.
Nie da się ukryć też, że specjalne podziękowanie należy się za IPN. Każdy średnio rozgarnięty gimnazjalista byłby w stanie zrozumieć, że jest to instytucja powołana do obrzucania łajnem prawdziwych dysydentów z okresu PRL ze szczególnym uwzględnieniem Lecha Wałęsy. Na szczęście nie zlikwidowaliście tego pisowskiego instytutu opluwania Wałęsy, dzięki czemu dziś może on dokończyć swe szczytne zadanie udowodnienia światu, że w Polsce żadnej rewolucji nie było, a komuna sama się zlikwidowała rękami własnych agentów pod wodzą bohaterskiego generała Kiszczaka.
Kolejne podziękowania są być może nieco na wyrost. Ale dziękuję Wam, że zachowujecie się jak banda niedojdów, która potyka się o własne nogi. Bo dzięki temu, że bez przerwy znikacie z sali obrad sejmu, PiS pewnej pięknej nocy uchwali nam nową konstytucję, dzięki której już na zawsze przypomnimy sobie, jak żyło się w PRLu.
Za to beznadziejne nieudacznictwo muszę Wam podziękować szczególnie serdecznie, bo dzięki temu zrozumiałem, że jesteście już trupem, tylko o tym nie wiecie. Zatem czas pomyśleć o tym, na kogo głosować w następnych wyborach. O ile jeszcze będą jakieś wybory.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (21 votes cast)

Najgorszy sort Polaków z genem zdrady

Trudno zliczyć wszystkie epitety, którymi w ciągu ostatniego dziesięciolecia obdarzył mnie Jarosław Kaczyński, jego totumfaccy, wyznawcy lub dyżurni pismacy z jedynie prawdziwych, narodowych i katolickich mediów.
Byłem wykształciuchem, a później przez cale lata lemingiem. Popierałem „kondominium rosyjsko-niemieckie”, a samo moje istnienie było „obrazą dla Boga”, jako że byłem zdrajcą lub pozbawionym rozumu. Jako lewackiej gnidzie, kazano mi „wypierdalać z naszej ojczyzny”, a ostatnio dowiedziałem się, że jestem najgorszym sortem Polaków z genem zdrady, zaprzedanym obcym siłom. W zasadzie tylko wszy i tyfusu nie roznosiłem, ale mniemam, że w następnym patriotycznym przemówieniu Pan Prezes nadrobi to przeoczenie.
Z tego względu oczywiste było dla mnie wzięcie udziału 13 grudnia w demonstracji pod domem Kaczyńskiego na pamiątkę 34. Rocznicy Nieinternowania Prezesa. Na marginesie demonstracji – zadumałem się nad tym nieinternowaniem prezesa. Bowiem mogły być tylko dwa tego powody. Albo był tak kompletnie mało istotny, jak na przykład ja, albo należał do nielicznej grupy celowo przez peerelowską władzę chronionych. Tertium non datur – jak mawiał mój matematyk z liceum.
Jednak ostentacyjne i bezczelne łamanie prawa przez rządzącą obecnie partię, z kropką nad i postawioną przez Beatę Kempę, która z chamowatym uśmiechem stwierdziła, że jej zdaniem wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nieważny, więc go nie opublikuje, spowodowały zmianę mojej decyzji. Udałem się do Warszawy dzień wcześniej na manifestację Komitetu Obrony Demokracji.
Wcześniej zastanawiałem się, którędy wjechać do miasta i gdzie szukać miejsca do zaparkowania auta. Brałem pod uwagę Polną lub Klonową, kolega Jurek z Warszawy, z którym rozmawiałem telefonicznie przezornie radził dalej, gdzieś w okolicach politechniki. Jednak rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania, śródmieście było całkowicie zapchane. Na rower nie byłoby miejsca, nie mówiąc o samochodzie. W końcu po objechaniu śródmieścia dookoła, zaparkowałem przy Wisłostradzie, no i oczywiście spóźniłem się nieco, lecz dzięki temu dołączyłem do czoła marszu.

marsz
Liczebność marszu zaskoczyła nie tylko organizatorów, takie ogromne masy ludzi to można było zobaczyć na pochodach pierwszomajowych w PRL, ale tym razem wszyscy szli na marsz dobrowolnie. Nikt nie dowoził uczestników setkami autokarów, jak dzień później na marsz PiSu. Wśród demonstrujących szły całe rodziny z dziećmi, czasem wielopokoleniowe od babci po wnuczka. Było wiele młodych osób, byli też dojrzali, bardzo dojrzali (jak ja) i jeszcze bardziej dojrzali. 😉

kod2
Muszę wspomnieć, że z natury jestem indywidualistą i źle się czuję w tłumie. Od zawsze unikałem miejsc, gdzie gromadzą się tłumy ludzi. Nie bywałem na masowych koncertach, a meczów i zawodów sportowych unikałem jak ognia. A więc uczestnictwo w tym marszu wymagało ode mnie pokonania swojej własnej fobii. Jednak przyszło mi to niespodziewanie łatwo. Wyczuwało się rzadko w Polsce spotykaną życzliwość i już po paru minutach nie myślałem „ale dużo ludzi się zebrało” lecz „jak nas jest dużo”.

palac2
Gdy na zakończenie demonstracji wraz z tysiącami innych zaśpiewałem hymn, miałem łzy w oczach, jak rzadko kiedy. To jest także nasz kraj, nasza Polska, ojczyzna „najgorszego sortu z genem zdrady” panie Kaczyński. Może to się panu nie podobać, ale mamy to gdzieś.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (20 votes cast)

Wielki Brat czuwa

W słynnej powieści George Orwella poznajemy wizję świata, jaki zgotowałby ludziom system komunistyczny, gdyby miał odpowiednie możliwości i warunki techniczne. Taka była przez dziesiątki lat interpretacja tej popularnej powieści science-fiction. Jednak czy to jedyna możliwa interpretacja? I czy jedyna słuszna?
A może po prostu trzeba przyznać, że każda władza, której na to pozwolimy, prędzej czy później stanie się karykaturą z powieści 1984 Orwella?
Kilka dni temu zaczęły się pojawiać informacje na temat tajnego programu PRISM służącego do inwigilacji milionów ludzi, wdrożonego przez rząd Stanów Zjednoczonych. Informację podały największe tytuły prasowe – Washington Post i brytyjski The Guardian. Okazuje się, że od ponad sześciu lat największe firmy z branży IT udostępniają informację rządowi. Jest wśród nich na czołowym miejscu Microsoft (od jakiegoś czasu właściciel marki Skype), AOL, Google (w tym Youtube), Apple i Facebook.
Administrację Obamy najbardziej zaatakował New York Times: Na podstawie tajnego nakazu można zbierać dane i wydać rozkaz, aby zabić Amerykanina podejrzanego o terroryzm. I dzieje się to za przyzwoleniem prezydenta, który już raz obiecał przejrzystość i odpowiedzialność.
Dodajmy, że dane zbierane są przez firmy o międzynarodowym zasięgu, mające miliony użytkowników za granicą, więc tak naprawdę na podstawie tajnych przepisów amerykańskich można zabić też Brytyjczyka, Szweda lub Polaka, jeśli administracja waszyngtońska uzna to za właściwe dla poprawy bezpieczeństwa Ameryki. Przy czym, aby było jasne – mogą zabić dowolnego człowieka w jego własnym kraju i jego własnym domu, bo tajne prawo amerykańskie na to pozwala.
Tajny program PRISM powstał w 2007 roku po fiasku programu monitorowania danych bez nakazów sądowych, który ustanowiono za czasów George’a W. Busha. Tamten pomysł został skompromitowany przez media władze musiały z niego zrezygnować. Program obecny zyskał aprobatę Sądu Najwyższego (na tajnym rzecz jasna posiedzeniu) i sprowadza się do kontrolowania całego ruchu wymienionych już wyżej firm. W czterech tajnych orzeczeniach sąd zgodził się na dostęp do ogromnych zbiorów danych, podkreślając, że rząd dysponuje odpowiednimi procedurami, które do minimum ograniczą zbieranie danych na temat obywateli USA bez nakazu – informuje Washington Post. Dziennikarze New York Times przypominają z kolei, że Obama jako kandydat na prezydenta, krytykował Buska za działania, jakie dziś podejmuje jego własna administracja. Brytyjski Guardian ujawnił zaś informację że operatorzy sieci komórkowych zobowiązani są do przekazywania Agencji Bezpieczeństwa Narodowego danych o rozmowach wszystkich swoich klientów: numerów rozmów, czasu ich trwania i miejsca. Dodatkowo nie mają prawa informować, że takie dane przekazują.
Oczywiście wszystkie pytane o sprawę firmy twierdzą, że nic nie wiedzą o żadnym tajnym programie i takowy wcale nie istnieje. Biały Dom broni prawa do zbierania wszelkich informacji, ponieważ uważa, iż jest to potrzebne dla obrony przed terrorystami, choć nie potwierdza istnienia programu, a prokurator generalny rozpoczyna śledztwo w sprawie, kto jest winien przecieku w sprawie tego rzekomo nieistniejącego programu. Sam Orwell by tego nie wymyślił.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Here comes the sun

W piosence Here comes the sun zespół The Beatles śpiewał:
Little darling, it’s been a long cold lonely winter
Little darling, it feels like years since it’s been here
Here comes the sun, here comes the sun
And I say it’s all right

Dnia 4 czerwca 1989 roku zaświeciło słońce dla mnie. To symboliczny dzień narodzin polskiej demokracji.

Plakat wyborczy

Plakat wyborczy

I cokolwiek będą mówić rozczarowani, malkontenci, zgorzkniali frustraci i zwyczajni idioci, to jest i będzie święto demokracji. Niech będzie radosne i optymistyczne, choć nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, nie zawsze jesteśmy zadowoleni z postępów, czy ludzi, których desygnowaliśmy do sprawowania władzy. Ten dzień pokazał, że mamy szansę, a wiele następnych dni, miesięcy i lat pokazało, że potrafiliśmy ją wykorzystać.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.2/10 (13 votes cast)

Ile kosztuje demokracja?

Nawet najzagorzalsi wielbiciele epoki słusznie minionej, czyli PRL przyznają, że kraje tzw. „obozu socjalistycznego” były zacofane względem zachodu zarówno pod względem technologicznym, jak i poziomu dobrobytu ludności. O przyczynach tego stanu rzeczy można długo dyskutować, lecz nie to jest najważniejsze. Gdy w 1989 roku przestało istnieć pierwsze państwo z „socjalistycznego obozu” – Polska Rzeczpospolita Ludowa, zaraz potem podobne procesy zaczęły zachodzić w kolejnych krajach. Najbardziej spektakularne było zawalenie się systemu w dawnej NRD. Niemcy wschodnie przez cały okres istnienia były oknem wystawowym socjalizmu. Miały pokazywać, jak dobrze żyje się w ustroju komunistycznym, dlatego też nie szczędzono środków, aby tego dokonać.
Pod koniec lat osiemdziesiątych okazało się jednak, że system gospodarki sterowanej centralnie zbankrutował. Porównanie zachodnich kapitalistycznych Niemiec z socjalistycznym kadłubkiem niemieckim na wschodzie dawało oczywiste rezultaty. Z jednej strony rozmaite modele Volkswagena, z drugiej Trabant. Na zachodzie Mercedes, na wschodzie Wartburg. Z jednej strony AGFA lub BASF, z drugiej ORWO. W każdej gałęzi przemysłu znajdziemy podobne porównania. Wypadają one niekorzystnie dla socjalizmu. Po całkowitym upadku komunizmu w Europie naturalne wydawało się, że powinno dojść do ponownego zjednoczenia obu części Niemiec. I tak się stało. Aby wyrównać różnice w połowie 1990 roku oba niemieckie państwa zawarły unię walutowo-gospodarczą, a później po dość krótkim procesie negocjacyjnym, w którym pełnoprawnie brała udział także Polska, nastąpiło całkowite zjednoczenie Niemiec. Warto być może o tym napisać, ale nie to jest tematem moich rozważań.
Od tego czasu zjednoczenie Niemiec kosztowało już ponad 1,5 biliona euro, które zapłacili głównie podatnicy w zachodnich Niemczech. Pomimo dość dużego już wyrównania poziomu życia i infrastruktury, nadal co roku do wschodnich Niemiec płynie blisko 100 miliardów euro i końca nie widać.
O ile Koreę Południową można porównać ekonomicznie z gospodarką zachodnich Niemiec, to trudno porównywać wschodnie Niemcy i Koreę Północną. Komunistyczna Północ z klanowym systemem sprawowania władzy i wręcz teokracją dynastyczną ma fatalną sytuację gospodarczą. Połowa narodu w ten lub inny sposób jest pod bronią, armia jest jedynym priorytetem gospodarczym. Ekonomia opiera się na niewolniczej pracy setek tysięcy ludzi w obozach porównywalnych do obozów hitlerowskich. Z Korei Północnej dochodzą niestety wiarygodne informacji o aktach kanibalizmu, o głodzie prześladującym ludność kraju od dziesięcioleci, a jednocześnie władcy kraju dążą do wywołania wojny atomowej.
W ten czy w inny sposób nasuwa to myśli o przyszłości. Co będzie z Koreą w latach następnych? Czy można mówić o zjednoczeniu obu części Korei? Jaki byłby koszt takiego zjednoczenia? Niestety z całą pewnością koszt takiego zjednoczenia przekracza możliwości Korei Południowej.
Zakładając rzetelność danych, o które w przypadku Korei Północnej trudno, to Korea Pd. ma PKB ponad 22 tysiące dolarów na mieszkańca, a Korea Pn. 1700 dolarów. Proste obliczenie wykaże, że roczne proste wyrównanie poziomu to koszt prawie 500 miliardów dolarów, czyli blisko 3 razy więcej, niż w przypadku byłego NRD. W praktyce byłoby to jeszcze więcej, a na względne wyrównanie poziomu technicznego, ekonomicznego i mentalnego na pewno nie wystarczyłoby 10 lat. W przypadku NRD nie wystarczyło, w przypadku Korei byłoby jeszcze gorzej.
Co to oznacza? Świat nie jest zainteresowany zmianami w Korei Północnej, bo to oznaczałoby zbyt wielkie koszty, które mogłyby doprowadzić do załamania ekonomicznego w tamtym rejonie świata. Dążeniem zarówno samej Korei Południowej, jak i Stanów Zjednoczonych będzie raczej doprowadzenie do czegoś w rodzaju „komunizmu z ludzką twarzą”, takie same zamiary zapewne mają Chiny, dla których istnienie komunistycznej Korei na północy jest wygodne. Niezależnie od tego czy szaleńcy z Korei Północnej dalej będą dążyć do wojny, to zainteresowane potęgi światowe – Rosja, USA i Chiny – będą starać się o utrzymanie status quo. Oznacza to, że jeśli Kim Dzong Un nie okaże się kompletnym idiotą i szaleńcem, to jego wnuki jeszcze będą kolejnymi „ukochanymi przywódcami” Korei Północnej.

PS. Muszę dodać ważne uzupełnienie tego tekstu. W jednym z poprzednich tekstów o Korei napisałem, że w moim odczuciu wojna z Koreą Północną jest nieunikniona w jakimś niedługim (w sensie historycznym czasie). Moim zdaniem nie będzie to wojna ograniczona, nieprzewidywalność Korei Pn. zmierza bowiem w niebezpiecznym kierunku. Powyższe rozważania o kosztach zjednoczenia Korei, mają jako punkt wyjścia stan po takiej wojnie, po której Korea Pn. jako państwo przestanie istnieć.
I właśnie dlatego światowe mocarstwa – moim zdaniem – odsuwają tę groźbę, używając tymczasowych środków i sposobów, które i tak w końcu nie przyniosą rezultatów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.8/10 (4 votes cast)

The day when freedom was born

Zwykła sobota w zwykłym kraju. Pogoda jest piękna. Słońce świeci i niebo czyste bez jednej chmurki. Większość mieszkańców mojego miasta zapewne spędzi ten dzień, jadąc nad morze. Na pewno też nie będą narzekać na dzisiejszy dzień sprzedawcy napojów orzeźwiających i lodów. Mniej zadowoleni będą kierowcy, miasto jest rozkopane, remontowane są ulice w centrum, a to powoduje korki. Dzięki unijnym funduszom miasto robi wiele remontów i dziś trudno sobie wyobrazić, że ponad dwadzieścia lat temu wszystko wyglądało inaczej. Nie wszyscy mają wolną sobotę, ja też dzisiejszy dzień spędzę pracując. Ale nie narzekam, robię to, co lubię i nieźle mi za to płacą. Nie, to nie jest to, o czym niegdyś śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence „Nasza klasa”.
Niekiedy patrząc na świat wokół mnie mam wrażenie, że to – co pamiętam z przeszłości – to nie mogło być rzeczywiste, że to był jakiś koszmarny sen, a przecież było tak naprawdę. Życie w kraju szarym, brzydkim i biednym za żelazną kurtyną, w kraju, z którego nie można wyjechać, a co najwyżej uciec.
Dwadzieścia dwa lata temu była niedziela. Odbywały się wybory, pierwsze wybory w moim życiu, które miały sens. Wybieraliśmy demokratycznie senat i częściowo demokratycznie sejm. To był pierwszy – symboliczny – dzień naszej demokracji. Miałem nadzieję i świadomość, że odtąd zmieni się wszystko. Powiedziałem sobie, że mogę nawet do końca życia jeść suchy chleb, byleby tylko żyć w kraju, w którym obowiązuje prawo, a nie „widzimisię” jakiegoś towarzysza sekretarza.
Przez te dwadzieścia dwa lata bywały trudne chwile. Czasem faktycznie było ciężko, bardzo. Do dziś wiele aspektów rzeczywistości złości i boli. Może kiedyś też o tym napiszę, ale nie dzisiaj. Jednak nigdy nie opuściła mnie nadzieja. Czułem, że mam wreszcie wpływ na swoje życie, że coś ode mnie zależy. Nie wszystko potoczyło się tak, jak bym chciał, nie wszystkie oczekiwania się spełniły, ale mogę mieć swoje plany, marzenia i do nich dążyć.
Dwa lata temu, gdy była okrągła dwudziesta rocznica tych czerwcowych wyborów napisałem do córki, która wówczas studiowała w Londynie, taki trochę patetyczny i nieco sentymentalny mail. A w nim miedzy innymi:
Data 4 czerwca 1989 roku jest symbolem – bo zmiany zaczęły się kilka miesięcy wcześniej i skończyły się kilka miesięcy później. Ta data zmieniła sporą część mojego życia. Ale zmieniła całe Twoje życie. Wszystko co jest możliwe i co się dzieje w Twoim życiu, jest dzięki tej dacie.
Dziś jest to święto demokracji i wolności, święto, które szczególnie ważne powinno być dla młodych, bo ich życie stało się pełne możliwości. To święto powinno być ważne także dla starszych, bo oni pamiętają niewolę. To dziś powinny pojawić się flagi na ulicach miast, bo dziś jest dzień, w którym narodziła się wolność.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)

Parytety

Stosunkowo niewielkie zainteresowanie mediów wzbudziła niedawno uchwalona ustawa parytetowa. W zasadzie nawet należałoby powiedzieć ustawa kwotowa. Sednem tej regulacji prawnej jest obowiązkowe minimum 35% osób jednej płci na listach wyborczych. Zatem ustawa ta zmusza partie polityczne do zapewnienia pewnej różnorodności na swoich listach. Wbrew obiegowym opiniom nie chodzi o jakiekolwiek preferowanie kobiet, bowiem ustawa dotyczy również mężczyzn, gdyby mieli być oni w mniejszości. Ponadto ustawa wbrew innym obiegowym opiniom nie zapewnia 35% kobiet w wybieralnych gremiach, bowiem wyborca ma pełną autonomię wyboru.
Co daje zatem ustawa? Przede wszystkim to, że kobiety, których wciąż jest mniej we władzach – począwszy od szczebla gminnego po sejm – nie będą musiały już udowadniać, że są trzy razy lepsze od wszystkich facetów, aby się znaleźć na liście.
Widziałem nieraz, ze kobiety potrafią sobie doskonale poradzić z rywalami, gdy mogą z nimi konkurować otwarcie i uczciwie. Jednak dotychczas, aby taką szansę dostać musiały wywalczyć ją sobie w kompletnie niedemokratycznych i często arbitralnych procedurach partyjnych.
Niewątpliwie ważna była akcja Kongresu Kobiet, która trwała od dłuższego czasu, przekonanie wielu mężczyzn – w tym ważnych polityków. Zmienił w tej sprawie zdanie Donald Tusk. Prezydent Komorowski przed ostatnimi wyborami samorządowymi zadeklarował jasno, ze będzie głosował na kobiety. Platforma zobowiązała swych posłów do głosowania za ustawą. Jest to ważny sukces polskiej demokracji.
Przeciw parytetom zagłosował jeden z moich politycznych ulubieńców – poseł Gowin. Uzasadniał, że jest z fundamentalnych względów przeciwny inżynierii społecznej. Kwoty ograniczają wolność jednostki.
Przyjrzyjmy się zatem naturalnemu sposobowi sprawowania władzy w skupiskach większej liczby gatunku homo sapiens. Najbardziej naturalny sposób sprawowania władzy, najbardziej zbliżony do instynktownego zachowania stad zwierzęcych, panował w czasach prehistorycznych. Najsilniejszy samiec pozbywał się rywali, podporządkowywał sobie pozostałych i rządził.
Oczywiście rządząc nabierał chęci na to, by zapewnić władzę również na przyszłość swoim genom. Jednak był pewien problem. Potomek władcy niekoniecznie musiał być samcem alfa i zgodnie z zasadami wolnej konkurencji mógł zostać wyeliminowany przez silniejszego konkurenta do władzy. Dlatego też wielu władców doceniło religię chrześcijańską, gdy się pojawiła. Ponieważ nadawała ona władcy błogosławieństwo religijne, czyniła go pomazańcem bożym. Zamach na władcę stawał się grzechem. Ale to już była inżynieria społeczna. To już było sztuczne zapewnienie rządów określonej dynastii. Poseł Gowin byłby zrozpaczony.
Dzieje Polski mają takich manipulacji inżynierii społecznej więcej od czasu Mieszka I, który przyjął chrześcijaństwo. Tuż przed rozbiorami uchwalono Konstytucję Trzeciego Maja. Dawała ona prawa obywatelskie mieszczaństwu. Wyobraźmy sobie ówcześnie żyjącego szlachcica Gowina, który – a jakże – sprzeciwiłby się takim rozwiązaniom. No bo przecież to ogranicza wolność jednostki. Dodajmy szlacheckiej jednostki. To była inżynieria społeczna w czystej postaci. W roku 1918 kobiety polskie dostały prawo głosu. Chwała naszemu krajowi za to, bo w wielu państwach w Europie kobiety praw wyborczych nie miały. Zapewne ówczesny Gowin by protestował niczym Rejtan, bo takie odgórne przyznanie praw wyborczych kobietom to nic innego jak inżynieria społeczna. To zupełnie sztuczny twór nie mający żadnego odpowiednika w naturze. Żaden samiec w naturze dobrowolnie nie oddał żadnych swoich prerogatyw.
Demokracja jest dziś oczywistym i najlepszym sposobem sprawowania władzy. Inaczej sądzą dziś tylko idioci i zwolennicy JKM (uwaga, można nie odróżnić). A przecież demokracja sama w sobie jest tworem sztucznym i wymyślonym przez człowieka i jako swoista „umowa społeczna” nie podlega żadnej kategorii naturalności. Demokracja jest po to, by zapewnić równowagę, by chronić prawa słabszych, by władza nie była fanaberią silnych i bezwzględnych. Co na to poseł Gowin? Nie ogranicza to przypadkiem jego praw jednostki?

PS. Powyższy felieton dedykuję swojej córce, która do parytetów mnie przekonała i udowodniła ich sens.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)