Wypijmy za błędy

Kilka miesięcy temu pisałem w tekście „Prezydenckie sondaże”:

Żona prezydenta to prezydentowa, a mąż pani prezydent? Pan prezydentowy Ogórek? Wolne żarty, nasz język nie pasuje wciąż do takiej sytuacji. Nie będzie prezydentem pani o nazwisku swojskim, ale śmiesznym. A prezydent Duda? Jak powiemy o małżonce? Prezydentowa Dudowa? A może z kaszubską końcówką żeńską -ka? Prezydentowa Dudka? A może jak w Lipcach Reymontowskich – prezydentowa Dudzicha? No właśnie. Polacy, choć sobie tego nie uświadamiają, są związani językiem. Prezydent i wszystko, co się z nim wiąże ma być na poważnie.(styczeń 2015)

Byłem przekonany, że prezydent Komorowski wygra i to najpewniej w pierwszej turze. Myliłem się. Jako zwolennik prezydenta Komorowskiego chyba nie doceniałem pewnych faktów:

PiS, Kaczyński i sam Andrzej Duda odniosą wielki sukces (w swoim własnym mniemaniu, ale nie tylko), jeśli wywalczą drugą turę. (8 maja 2015)

Choć także ostrzegałem:

Pamiętajmy, że sam fakt zaistnienia drugiej tury wyborów PiS uzna za swój wielki sukces i triumf. Nie powtórzmy historii ze Stanem Tymińskim. Bo po ponad dwudziestu latach to już trochę wstyd.

Dopiero przed drugą turą wyborów napisałem na stronie Nasze Państwo:

Niestety sztab wyborczy prezydenta należy do tych wątpliwych przyjaciół. Całkowicie zlekceważono internet. Tysiące gimbusów od Korwina, Kukiza, tudzież wyznawcy PiSu codziennie pracowicie zapełniają Demotywatory, Kwejki i inne podobne serwisy, kłamliwymi i oszczerczymi memami, a po stronie Komorowskiego cisza. Nikt nie daje riposty, nie odpowiada na oszczerstwa, nie prostuje kłamstw. /…/
Ci, którzy zlekceważyli internet, to osły. I to oni przyczynili się do słabego wyniku w pierwszej turze, która poprzedzona była wspólną kampanią dziesięciu żenująco słabych kandydatów przeciw prezydentowi. Niestety nec Hercules contra plures. Efekt był w tej sytuacji łatwy do przewidzenia.

Nie ma co ukrywać, bardzo chciałem, by wygrał Bronisław Komorowski, choć kilka dni przed ostatecznym rozstrzygnięciem napisałem w dyskusji na Facebooku:

W internecie nie wygrywa się wyborów, ale przez internet można je przegrać.

Dziś mogę się tylko zastanawiać, dlaczego tak bardzo się pomyliłem, ponieważ zwykle moje analizy miały sens i przewidywania dość nieźle się sprawdzały. Czy powinienem po prostu przestać pisać o polityce, czy dochodzić przyczyn? Moja córka jest zdania, że pojawił się nieoczekiwany X factor, który rozwalił całą moją konstrukcję logiczną. Być może ma rację, ale o tym już innym razem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Muj prezydent

Wpadki Bronisława Komorowskiego to wdzięczny temat dla mediów. Ostatnim szeroko komentowanym wydarzeniem były błędy ortograficzne w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Japonii.

Błędy prezydenta

Błędy prezydenta


Wiele znanych mi osób ze starszego pokolenia popełniłoby błąd w wyrazie „nadziei”. Pisownia „nadzieji” była bardzo często spotykana jeszcze, gdy chodziłem do szkoły, choć mnie już uczono nowych zasad. Nie ma jednak wątpliwości, że „bul” to oczywisty i podstawowy błąd ortograficzny. Podobnie zresztą, jak „obiat”.
Na Kaczyńskiego naskarżył Superexpress.

Na Kaczyńskiego naskarżył Superexpress.


Część krytyków nabrała wody w usta, gdy „Superexpress” położył na stół „obiat” Kaczyńskiego. Inni zaczęli udowadniać, że to jest Y z wyrazu „miły” powyżej, ale zapomnieli wytłumaczyć, co w takim razie znaczy „obia”. Inni zgoła twierdzili, ze to jest d, tylko bez brzuszka. Zabawa przednia.
Nie zapominajmy oceniając błędy, że mieliśmy już prezydenta „nie chcem, ale muszem”, którego nie tylko pisownia, ale i wymowa budziła zastrzeżenia. Kryterium poprawności językowej nie było brane pod uwagę podczas wyborów. Później mieliśmy prezydenta, który potrafił przekręcić każdy wyraz w sposób typowy dla dyslektyków. Jeśli zatem prezydent Kaczyński był dyslektykiem, to zapewne był również dotknięty dysgrafią. Ale to także nie jest kryterium w wyborach na prezydenta.
Gorzej, że obaj bracia Kaczyńscy mieli problem z wymową, obydwaj mówili niechlujnie i dość niezrozumiale. Znamienne w tej fatalnej wymowie były końcówki wyrazów – połykane lub zniekształcane (szczególnie ą i ę oraz om, on, en,em). Nie będę się już wyzłośliwiał na temat hymnu z „Wolską”. Komorowski słowa hymnu zna i nawet melodyjnie go śpiewa.
O ile do gaf prezydenta w zakresie savoir vivre’u przyczepiłem się bez pardonu, o tyle te błędy uważam za mało ważne i wypominanie ich – czy Komorowskiemu, czy Kaczyńskiemu – za głupie i małostkowe. Kto nigdy nie zrobił błędu, niech pierwszy rzuci słownikiem. Ja – belfer – wam to mówię.

PS. Obaj panowie bazgrzą jak przysłowiowa kura pazurem, u mnie na lekcjach mieliby przechlapane. Obaj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (5 votes cast)

Wilcze oczy Tuska

Poziom idiotyzmu w polskim życiu politycznym sięgnął zenitu. I nie mam na myśli polityków, ale wyborców. Nadal gorąca atmosfera tli się wokół wyborów.
Ostatnio przypadkiem spotykałem znajomych z różnych środowisk i stąd kilka zabawnych spostrzeżeń. W zdumienie wprawiły mnie niektóre uzasadnienia poparcia dla Kaczyńskiego, przytoczę niektóre z nich. Bo on taki biedny i brata stracił (kobieta), bo Komorowska jest gruba (kobieta), bo Komorowski nosi wąsy (mężczyzna), bo Ruscy zamordowali nam prezydenta (mężczyzna), bo Tusk ma wzrok psychopaty (kobieta). Zapewne ktoś zarzuci mi znowu stronniczość, bo tak idiotycznych uzasadnień za Komorowskim nie słyszałem.
Jednak wszystko to przebiła dziś informacja z newsów. Przeczytałem uzasadnienie, które rzekomo świetnie wyjaśnia fakt zignorowania udziału w wyborach. Internauta o pseudonimie jottoni pisze o swoim stosunku do wyborów i podaje uzasadnienie:
Na ostatnim przed przerwą wakacyjną spotkaniu ze swoim promotorem, wspomniałem mu w żartach, że nie wiem już co mam odpowiadać, bo wszyscy nudzą o tych wyborach. Na co on powiedział mi, że też nie głosuje. Zapytałem go jak to uzasadnia, gdy znajomi pytają jego o tę decyzję. Powiedział: Długo nad tym myślałem i doszedłem do banalnego wniosku. Niezależnie od tego, który kandydat wygra, w moim życiu nie zmieni się absolutnie NIC. Skoro nie zmieni się absolutnie NIC, to po co tracić czas i głosować?.
Przypuszczam, że tak naprawdę bardzo mało jest ludzi, w których życiu nie zmieni się absolutnie nic. Opiszę zmiany wokół siebie.

Galeria Słupsk z żabiej perspektywy

Galeria Słupsk z żabiej perspektywy


Od wyborów w 2007 roku w moim mieście zmieniło się sporo. Spora część zmian to oczywiście zasługa lokalnego samorządu. Jednak wyglądało to trochę tak, jakby właśnie po tych wyborach samorząd dostał skrzydeł. Najważniejsza jest jednak rozpoczęta wreszcie budowa obwodnicy. Obiecywały to wszystkie rządy od 40 lat, a Słupsk leżący na ważnej krajowej trasie zapychał się coraz bardziej. Dziś patrzę z radością, że budowana od ponad roku obwodnica jest już prawie gotowa. Czasem jadę do pewnej wsi (dokładniej do szkoły w tej wsi) odległej o 70 kilometrów. Jest to boczna droga i dwa lata temu jeszcze jechałem tam, w fatalnych warunkach. Jak w dowcipie – jadę sobie po dziurach a tu nagle asfalt. Dziś tych dziur zostało jakieś trzy kilometry i prace trwają. Droga do Gdańska znacznie się poprawiła po niedawnym remoncie. Jakiś czas temu przeżyłem mały szok odwożąc córkę na lotnisko. Jadąc do Gdańska przejeżdżałem przez remontowane rondo w Lęborku. Właśnie zrywano zniszczoną nawierzchnię. Gdy parę godzin później wracałem do domu nawierzchnia była już położona. I działo się to w środku nocy.
Tak się dziwnie składa, ze to właśnie w okresie rządów PO dwukrotnie zmieniłem komputer na mocniejszy dwukrotnie kupiłem też sprzęt mobilny (EeePC), kupiłem nowy telewizor i dodatkowy komputer, który podłączony do tego telewizora posłuży czasem do oglądania filmów. Jedynie samochód kupowałem za czasów rządu PiS* i ponieważ nadal działa, więc nie kupuję następnego.

Nowe boisko w Tuchomiu

Nowe boisko w Tuchomiu


W miejscowości, z którą związany jestem od 30 lat, też się sporo zmieniło. W zasadzie wszystko. Przy szkole jest pełnowymiarowe i wreszcie porządnie zrobione boisko piłkarskie. Obok słynne już orliki. Nieco dalej plac zabaw nad rzeczką, wyremontowany ośrodek kultury, wyremontowana szkoła, mieszkańcy – widząc dobry przykład – też zadbali o swoje. Prywatny przedsiębiorca dokończył inwestycję, która wcześniej trzy lata stała. Jest dzięki temu przyzwoita restauracja, hotel i kręgielnia. O oczyszczalniach ścieków w gminie nie mówię, bo o to władze gminy dbały od bardzo dawna, ale dzięki dobremu wykorzystaniu unijnych funduszy właśnie w ostatnich dwóch latach zrobiono wiele, jednym z przykładów jest wykorzystanie energii słonecznej. Można by jeszcze wiele opowiadać, i zapewne wielu innych ludzi dołożyłoby swoje spostrzeżenia**.
Zatem dlaczego miałbym głosować na Kaczyńskiego? Żeby napuścił CBA na prezydenta miasta, czy wójta gminy, bo za dużo zrobili i to jest podejrzane? Co zrobił PiS dla Słupska? Poza tym, że stąd wywodzi się słynna Jola „Podpaska” Szczypińska, to nic. Mało mnie obchodzą „wilcze” oczy Tuska, jeśli dalej moje okolice będą się zmieniać w tym kierunku. Swoje preferencje polityczne opisałem już wcześniej i chyba jasne jest, że obecnie rządząca partia nie jest z mojej bajki. Jednak gotów jestem dać im szansę – patrząc na zmiany, które się dzieją tu i teraz.

* żeby nie było tak różowo zwolennikom PiS, to na kredyt kupowałem.
** W ubiegłym roku musiałem trochę mieć do czynienia ze służbą zdrowia (lekarze, badania laboratoria) – nie jest idealnie, ale żadnych kolejek, wszystko szybko, sprawnie i miło – no i bez żadnych ukrytych dopłat.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

To będzie prezydent bez serca.

Taką oto opinię wypowiedziała żona słynnego posła, którego Niemcy biją. Od razu jasne stało się, dlaczego na czas kampanii wyborczej sztab Jarosława Kaczyńskiego zamknął ją w piwnicy. Jednak głupoty wypowiadane przez egzotyczną Nelly ex cathedra stały się tylko impulsem do ponownego podsumowania ostatnich dni. Wcześniej napisałem, że moim zdaniem zwyciężyła demokracja wbrew mediom. Jeśli ktoś jest zainteresowany rozwinięciem tej teorii, proponuję wrócić do tekstu o żałobie po katastrofie smoleńskiej. Nie jest to żadna rozprawa naukowa, ale dość jasno przeanalizowałem to, co zrobiły media z faktycznym smutkiem społeczeństwa po tym wypadku. Warto też zwrócić uwagę na komentarz, który stanowi socjologiczne rozwinięcie mojego tekstu.
W czasie tych wyborów – jeszcze raz to dobitnie powtórzę – media pracowały dla Kaczyńskiego (łącznie z komercyjnymi, które bojąc się posądzeń o stronniczość, stały się stronnicze). Ludzie nie dali się jednak pochłonąć przez symulakrum dobrego i łagodnego Kaczyńskiego oraz niezdarnego i głupawego Komorowskiego. To jest dobry objaw.
Polska, w której żyjemy nie jest krainą z moich marzeń. Jednak gdy 4 czerwca 1989 pierwsze – choć częściowo – wolne wybory stały się faktem, wiedziałem, że będę wreszcie wolnym człowiekiem. Spisku z Magdalenki nie kupuję, obalenia PRLu przez agentów SB też nie kupuję. Dlaczego? Prosta sprawa – ci, którzy wymyślili te brednie – bracia Kaczyńscy – też brali w tym udział, tylko mieli potem wrażenie, że dostał im się za mały kawałek tortu. Później już polityka mało mnie interesowała. Zdecydowanie popierałem pierwszy niezależny rząd – Tadeusza Mazowieckiego. Czułem się bezpiecznie i widziałem, że eksperyment likwidacji kompletnie debilnego ustroju PRL idzie w dobrym kierunku. W każdy wtorek zasiadałem przed telewizorem i słuchałem bieżących wyjaśnień ministra Jacka Kuronia zwanego przez niektórych żartobliwie świętym Jackiem od zupy. Niestety inspirowany przez Kaczyńskich Wałęsa postanowił rozbić to przyśpieszonymi wyborami. Wkrótce jednak poznał się na nich i usunął ich ze swego otoczenia. Jednak już było za późno. Kolejne rządy jakoś tam realizowały ogólny kierunek przemian, ale robiły to kiepsko, zbyt wolno i zbyt nieudolnie. Często nie z własnej winy, ale dlatego, że powtórzył się koszmar przedwojennej Polski. Co pies szczeknie to powstaje nowa partia polityczna. Zwykle głosowałem na taką lub inną partię – bo uważałem, że ta lub inna choć troszkę lepiej doprowadzi nas do tego celu jakim jest Unia Europejska i NATO. Po wyborach przestawałem się tym interesować, pomijając jakieś tam okazjonalne narzekania.
Trwało tak aż do 2005 roku, gdy nagle na pierwszym planie sceny politycznej pojawili się bracia Kaczyńscy. Zdaje się, że rodacy zareagowali w sporej części tak jak ja, z niedowierzaniem i swego rodzaju rozbawieniem. Głosy niezadowolonych i przeświadczonych o powszechnym złodziejstwie skupiła już Samoobrona. Wydawało się, że to kompletnie niemożliwe, aby było jeszcze miejsce dla tak samo populistycznej partii, głoszącej hasła bez pokrycia. Jednak jeszcze wtedy spora część wyborców uważała PiS za partię prawicową w sposób bardzo radykalny z takim narodowo-katolickim sztafażem. Okazało się, że PiS wygrał i wygrał też Lech Kaczyński. Wszyscy mieli nadzieję na koalicję dwóch partii prawicowych, które wspólnie będą miały siłę przebicia do przeprowadzenia niezbędnych reform. Ja już wtedy nie miałem.
Lech Kaczyński wygrał głosami wyborców Leppera, któremu już obiecano koalicję. Przymiarki do PO-PiSu były oczywistym mydleniem oczu. To było pierwsze kłamstwo. Drugim kłamstwem było powołanie na premiera figuranta Marcinkiewicza, który miał zagwarantować ciche i skuteczne przejęcie władzy.
Koalicjant PiSu – Lepper był durniem, któremu wielka polityka uderzyła do głowy i nie mam złudzeń w zakresie moralnego prowadzenia się tej bandy prostaków. Jednak nie był idiotą i cała afera rolnicza, którą zmontowały nieudolne służby Kaczyńskiego to było kłamstwo trzecie. Zabrakło logiki, nie wystarczy oglądanie filmów sensacyjnych, a Lepperowi się udało, bo ta prowokacja zmontowana została żałośnie głupio. Dziś już mamy tego efekty – procesy „rzekomych” wykonawców afery są dziś rewidowane.
Rząd Kaczyńskiego potrzebował sukcesów, jak kania dżdżu. Stąd afera doktora G., który niby coś tam bierze, ale nie wiadomo co, bo niewyraźnie. Z dumą pokazano te zwitki banknotów i przedmioty z łapówek. Potem po cichu zwrócono prawie wszystko, bo doktor miał dowody zakupu. Z dowodów ostał się jakiś koniak i pióra. Każdy prawie w kraju wiedział, że doktor G. był traktowany jako wróg i konkurent Religi, co też wyjaśnia zaangażowanie tego ostatniego w tę sprawę. Szkoda, bo kiepsko się zapisał pod koniec życia. To już czwarte kłamstwo. Niedawno uniewinniony został inny lekarz, któremu również pod rządami PiS stawiano zarzuty. Zapewne prezydent Sopotu również okaże się niewinny, bo dziwnym trafem główny oskarżyciel dostarczył prokuratorom tylko zmanipulowaną kopię nagrań. Najpoważniejsze było kłamstwo piąte. Próba aresztowania Barbary Blidy. Od samego początku w tej sprawie śmierdziało wszystko. Począwszy od nagrania które kończyło się na pukaniu do drzwi. Potem broń bez śladów odcisków palców, z której rzekomo zabiła się samobójczyni. Funkcjonariuszce ABW pozwolono umyć ręce przed badaniem na obecność prochu, potem stwierdzono, że proch miała – „ale nie ten”, a z innych źródeł wiadomo, że nie strzelała ona w ostatnich dniach. Mówi się nieoficjalnie, że Blida dużo wiedziała o działalności finansowej dawnego Porozumienia Centrum. Czy jej samobójstwo jest podobne do anegdotycznego samobójstwa Majakowskiego (Radio Moskwa podaje, że poeta Majakowski popełnił wczoraj samobójstwo, jego ostatnie słowa brzmiały: „towarzysze, nie strzelajcie”.)?
PiS jest partią, która katolicko chce zadbać, abyśmy się rodzili w naturalny sposób i żeby w żadnym wypadku nie dopuścić do aborcji, antykoncepcja też jest niewskazana. Zadba też o to, by żaden staruszek nie mógł sobie skrócić ciężkiego żywota (eutanazja). Tylko PiSu nie obchodzi wcale co pomiędzy naturalnymi narodzinami a naturalną śmiercią się z człowiekiem dzieje. PiS głosował przeciw dodatkowi zwanemu „becikowym” i ulgom na dzieci. To kłamstwo szóste.
To PiS przeznaczył pieniądze z rezerwy ZUS na Świątynię Opatrzności Bożej. To ta właśnie partia usiłowała nam zafundować państwo religijne, uważając że zasady kościelne ważniejsze są niż prawo świeckie, a jednocześnie to w tej partii najwięcej było posłów rozwiedzionych, mających już drugie albo i trzecie żony. To kłamstwo siódme.
Partia braci Kaczyńskich ma na swoim sumieniu siedem kłamstw głównych i tysiące mniejszych.
Podczas sejmowej kłótni Jarosław Kaczyński krzyczał: jeżeli myślicie, że kiedyś zdobędziecie władzę to się mylicie. Wiele lat wcześniej Władysław Gomułka krzyczał: raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy. Jakie to podobne.
Dlatego, gdy po dwóch latach nieudolnego miotania się odbyły się nowe wybory, PiS musiał przegrać. Dlatego w roku 2010 Jarosław Kaczyński musiał przegrać. Pomimo wsparcia prawie wszystkich mediów i zdobywania internetu przez tysiące żołnierzy.
Dlatego tez droga Nelly powiem ci, że jesteś idiotką, która za bardzo nie zna nawet języka swej przybranej ojczyzny. Mieszkamy w Europie i mamy demokrację, więc masz prawo do głupoty. I choć całym sercem nienawidzę tego, co mówisz, to oddam życie za twoje prawo do głoszenia tych idiotycznych poglądów. Bo to jest właśnie demokracja. I to właśnie demokracja zwyciężyła. I jeśli patrząc na Polskę dzisiaj, mogę być z czegoś dumny, to właśnie z tego. Demokracja uchroniła nas przed prezydentem bez serca.
Mam nadzieję, że Komorowski będzie niesamowicie nudnym prezydentem, który będzie podpisywał te wypichcone przez sejm ustawy, robił sobie fotki z zagranicznymi politykami, pomagał rządowi w tym co może, troszkę patrzył mu na ręce. I za pięć lat tego nudnego Komorowskiego wybierzemy na drugą kadencję, bo wybieranie nudnego prezydenta – urzędnika jest dowodem dojrzałości wyborców. Wodza, który poprowadzi nasza armię na Moskwę dziś nie potrzebujemy. I dobrze.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Quo vadis Poloniae

Dokąd zmierzasz Polsko po wyborach 4 lipca. Dziś prezydent-elekt otrzymał uroczyście postanowienie o wyborze od przewodniczącego PKW. Za miesiąc formalności zostaną dopełnione i Bronisław Komorowski zacznie sprawować urząd prezydencki.
W swoim poprzednim artykule próbowałem dokonać pewnej analizy socjologicznej i historycznej tego podziału głosów, które prawie w połowie przypadły bratu poprzedniego prezydenta. Jednak w tym wyścigu nie ma drugiego miejsca. Zwycięzca bierze wszystko, przegrany nie dostaje nagrody pocieszenia. Słusznie powiedział były prezydent Kwaśniewski, ze za dwa miesiące mało kto będzie pamiętał słupki, liczby i wykresy. Zatem co zostało Kaczyńskiemu?
Nigdy już się nie powtórzą tak sprzyjające dla PiSu okoliczności. Mało prawdopodobne by znów doszło do powodzi lub katastrofy lotniczej przy okazji następnych wyborów. Katastrofa smoleńska zostanie wyjaśniona i powinna zostać wyjaśniona aż do bólu. Tak, aby liczba zwolenników spiskowej teorii zamachu skurczyła się do kompletnie stukniętego Antoniego Macierewicza i Romualda Szeremietiewa. Należy odkryć i upublicznić wszystkie możliwe fakty, w tym rozmowę prezydenta Lecha Kaczyńskiego z bratem, jeśli była nagrana. Nie można uwzględniać uczuć rodzin ofiar, bo niektóre z nich całkiem jawnie już spiskują przeciw państwu. Należy im ten oręż spiskowy wytrącić z ręki raz na zawsze. W przeciwnym wypadku straci państwo i stracą obywatele, bo z całą pewnością teoria zamachu odżyje już podczas jesiennych wyborów samorządowych, a potem podczas wyborów parlamentarnych w 2011 roku. To od determinacji dziś rządzących zależy, czy fakty ośmieszą jednoznacznie zwolenników spisku na życie Lecha Kaczyńskiego. Jeśli zaczniemy się litować nad uczuciami rodzin i nie upublicznimy tych faktów, to zwolennicy PiS uaktywnią się identycznie, jak w czasie tych wyborów prezydenckich. Jak mówił mój kapral w wojsku: kto ma miękkie serce to musi mieć twardą dupę. Niech Tusk o tym pamięta w najbliższych miesiącach.
Tak czy inaczej – kontynuując poprzednią myśl – nigdy już nie będzie tak sprzyjających warunków dla Jarosława Kaczyńskiego. Woda wyschnie, katastrofę smoleńską przykryje kurz zapomnienia i liczba zwolenników spadnie do tych, którzy są constans, a więc jakieś 20%.
Jednak nowemu prezydentowi warto też dać pod rozwagę kilka wskazówek. Świetny tekst napisał dziennikarz Gazety Wyborczej – Wojtek Orliński. Napisał w formie listu do prezydenta: To fantastyczne, że dla ojczyzny poświęcamy najwyżej leżenie na plaży albo wygodę korzystniejszego połączenia lotniczego. Takiego historycznego farta nie mieli pańscy rówieśnicy, nie mówiąc już o pańskich rodzicach. I dalej są następujące słowa: Ale jednak powinien pan myśleć o drugiej kadencji oraz wyborach parlamentarnych, w których partia, z której pan się wywodzi, ma szansę być pierwszą partią w dziejach Trzeciej Rzeczpospolitej, która utrzymała się przy władzy przez drugą kadencję. W moim interesie i w pańskim, panie prezydencie, jest wyciągnięcie z tej kampanii wyborczej następującego wniosku: walka o głosy ludzi mniej więcej takich jak ja opłaca się bardziej od walki o poparcie Episkopatu czy rozgłośni Ojca Dyrektora. To bardzo mądre słowa i z chęcią polecam całość na blogu WO.
Aczkolwiek to nie prezydent w Polsce rządzi, więc część postulatów zapewne należy skierować w stronę partii rządzącej i premiera. Dobrze by było, aby rządzący wzięli pod uwagę, że coraz większa część obywateli ma poglądy w sferze religijnej i obyczajowej liberalne. Przy całym szacunku dla narodowej i katolickiej tradycji należy poszerzać strefę neutralności państwa tak, aby wyborcy ci znajdowali dla siebie miejsce w przestrzeni publicznej państwa.
Zwycięstwo nad koszmarem IV RP – jak w komentarzu do wcześniejszego tekstu zauważył Michał – to jeszcze nie jest wygrana wojna, a dopiero bitwa. Zwolenników Kaczyńskiego jest wciąż sporo i nadal są groźni. Dlatego ciśnie się na usta przestroga: Donald, nie spieprzcie tego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Politycznie i niepoprawnie

Dążenie do politycznej poprawności może okazać się zgubne dla logiki. Podczas kampanii wyborczej Kaczyński mówił o chęci zacierania różnic pomiędzy Polską A i Polską B. Komorowski z nadzieją rzucał slogan o tym, że Polska jest jedna.
Polska jest podzielona i tylko ignorant może tego nie zauważyć. Podział na mieszkańców wsi i miast też jest faktem, ale w praktyce oznacza tylko, że Komorowski w miastach wygrywa z większą przewagą lub z mniejszą przewagą przegrywa z Kaczyńskim.

Miasto i wieś

Miasto i wieś


W miastach jest więcej wyborców z wykształceniem wyższym i średnim, a ci przeważnie głosowali na Bronisława Komorowskiego. Te podziały oczywiście mają znaczenie, choć nie są jednak najważniejsze.

Podziały istnieją.

Podziały istnieją.


Prawdziwy podział ma podłoże historyczne. Na powyższą mapę z wynikami głosowania (niebieski – Kaczyński, pomarańczowy – Komorowski) nałożone zostały granice rozbiorowego Królestwa Kongresowego. Z mapy wynika wyraźnie, że Kaczyński wygrywa na terenie Kongresówki i Galicji (dawnego zaboru austriackiego). Te podziały wynikają z rozbiorów Polski pod koniec XVIII wieku trwających ponad 120 lat i są dalej żywe, choć minęło ponad 90 lat od odzyskania niepodległości. Być może ma znaczenie to, że w dziewiętnastowiecznej Europie powoli zaczynały się kształtować zwyczaje demokratyczne, w których uczestniczyli Polacy z zaboru pruskiego. W części wschodniej car był monarchą absolutnym aż do wybuchu Rewolucji Październikowej. Może to w jakiś sposób wyjaśniać pociąg wyborców wschodniej Polski do autorytarnej postawy Kaczyńskiego i jego retoryki zakładającej obronę obywateli przed rozmaitymi zagrożeniami.
Rozkład głosów w terenie wiejskim

Rozkład głosów w terenie wiejskim


Na przykładzie powiatu bytowskiego (woj. pomorskie) można przeprowadzić analizę rozkładu głosów w gminach tego powiatu. Charakterystyczne jest zwycięstwo Kaczyńskiego w gminie, która jest najbardziej rolnicza. Ale też jest to gmina z najgorszym samorządem lokalnym, który w żaden sposób nie potrafi dobrze korzystać z dobrodziejstwa rozmaitych funduszy unijnych. Do tego duże bezrobocie lokalne i mamy już komplet przyczyn. Zatem im bardziej ludzie są niezadowoleni z życia, tym bardziej byli skłonni głosować na Kaczyńskiego.
Dlaczego Komorowski wygrał lub może raczej – dlaczego Kaczyński przegrał? Warto przypomnieć, że przyśpieszone wybory mamy przez katastrofę smoleńską. Natychmiastowe forsowanie retoryki martyrologicznej to był jeden z ważniejszych punktów zaczynającej się kampanii. Do samego końca ta kampania była w tym zakresie bardzo aktywna. Była prowadzona poza mainstreamowym wątkiem samego sztabu Kaczyńskiego. Gazeta Polska, Fakt, Nasz Dziennik i Radio Maryja nie ustawały w coraz to nowych insynuacjach i teoriach spiskowych. Do tego dołączył program pierwszy Telewizji Państwowej. Zaczęło się od podsycającego podejrzenia i nienawiść filmu Solidarni 2010. Potem kolejne audycje Misja Specjalna z udziałem najważniejszych specjalistów od fantastycznych teorii spiskowych – Romualda Szeremietiewa i Antoniego Macierewicza. W finale Jan Pospieszalski stwierdza: nawet jeśli to nie był zamach na prezydenta, to był to zamach na polskie państwo. Każda kolejna audycja, każda kolejna plotka o nowych rzekomych „faktach” z katastrofy powodowała kolejny spadek notowań Komorowskiego. Nie sposób było z tym walczyć, bo sztab Kaczyńskiego natychmiast by się wyparł związków z tym nurtem kampanii. Dziwnym trafem żaden z politologów, socjologów i dziennikarzy nie odnotował tego faktu. Jak również tego, że praktycznie TVP była po stronie Kaczyńskiego. Tylko Fundacja Batorego odnotowała, że w ciągu przedostatniego tygodnia przedwyborczego telewizja publiczna ani razu nie podała żadnej pozytywnej wiadomości na temat kandydata Platformy, ani też żadnej negatywnej na temat Jarosława Kaczyńskiego. Na dodatek telewizje komercyjne faworyzowały również Kaczyńskiego, który był traktowany ze specjalną atencją, bowiem każda próba zbytniej dociekliwości kończyła się zarzutami sztabu wyborczego o stronniczość. W ten sposób Komorowski walczył o swoją kandydaturę przeciw prawie wszystkim mediom.
Bez wątpienia przeciw Komorowskiemu działała też powódź, ponieważ zwykle w takich przypadkach zwiększa się liczba osób niezadowolonych. I trudno się dziwić, zalane domy i mieszkania, zdezorganizowane życie, ogromne straty. Pomimo dobrej pracy rządu wobec tej katastrofy, osoby niezadowolone – zgodnie z wcześniejszą regułą – głosowały na Kaczyńskiego.
Ogłoszenie wyniku wyborów

Ogłoszenie wyniku wyborów


Dlatego dzisiejsze ogłoszenie PKW, że Komorowski wygrał osiągając wynik o 6,02% wyższy niż Jarosław Kaczyński, jest dowodem na to, że wbrew mediom i wszelkim przeciwnościom wygrała demokracja. Ponad milion głosów więcej na Komorowskiego oznacza, że wyborcy przestają bezkrytycznie słuchać mediów, a to dobry objaw.
Należy jeszcze explicite wyjaśnić dlaczego standardowy elektorat PiS, który zwykle nie przekracza 30%, tak bardzo się zwiększył. Wspomniałem już tę część kampanii, która – choć nieoficjalna – odwoływała się przede wszystkim do resentymentów polskich wobec wschodniego sąsiada. O ile straszenie Niemcami nie odniesie dziś pożądanych efektów, bo wspólnie jesteśmy częścią Wspólnoty Europejskiej, o tyle straszenie Rosją dało efekt. Niemcy jako część Unii zostały oswojone. Nie zagrażają nam, bo to byłoby działania na szkodę Unii. Rosji boimy się, bo jest ona wciąż dla nas terra incognita. Te lęki, obawy i pamięć ZSRR wykorzystano w nieoficjalnej części kampanii Kaczyńskiego. Warto byłoby się teraz zastanowić, jakie są perspektywy na przyszłość, jeśli uwzględnimy to, że jesienią czekają nas wybory samorządowe, a w przyszłym roku parlamentarne. Jednak to już zupełnie inna bajka.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (1 vote cast)

Nietrudno zrozumieć

Zamiast się wymądrzać, postanowiłem dziś pokazać kilka zdjęć z krótkiego spotkania marszałka Komorowskiego z wyborcami w Słupsku. Mało zresztą go nie przegapiłem, bo zgodnie z wcześniejszym doświadczeniem przyjazdu przed laty prezydenta Lecha Kaczyńskiego, spodziewałem się zablokowanego miasta i kawalkady pojazdów na sygnale. A tymczasem wjazd do miasta odbył się skromnie i cicho.

Przed słupskim ratuszem

Przed słupskim ratuszem


Marszałek na chwilę wszedł do ratusza, a później gorąco witany, bez żadnych fajerwerków przemówił do zebranych.

Kwiaty na powitanie

Kwiaty na powitanie


Przemówienie

Przemówienie


Wyjazd

Wyjazd


Zaskakujące było, że ochrona poza momentem odprowadzenia marszałka do samochodu praktycznie była niewidoczna. Na placu przed ratuszem pojawiło się co prawda kilku policjantów, w tym ci, którzy na koniec eskortowali wyjazd kolumny dwóch limuzyn z miasta. Trzecim samochodem był widoczny bus z napisami wyborczymi (widoczny na zdjęciu), który pojechał po chwili dopiero.
Samochód z marszałkiem

Samochód z marszałkiem


Wyjazd z placu

Wyjazd z placu


Na czerwonym stanęli.

Na czerwonym stanęli.


Po trwającym kilkanaście minut spotkaniu marszałek żegnany dość sympatycznie, podpisywał jeszcze ulotki wyborcze, a potem wsiadł do samochodu i (co widać na zdjęciach) ta minimalistyczna kawalkada ruszyła na następne spotkanie.
Pomyślałem sobie, że nawet gdybym nie miał innych powodów zagłosować na Komorowskiego, to ten – że oszczędza pieniądze podatników, nie wożąc za sobą (jak Kaczyński) całej kompanii BORu – też jest całkiem niezły.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pogadajmy o Białorusi

Wczorajsza debata była do niczego. W zasadzie nie debata, ale odpytywanie – jak na lekcji WOSu w klasie. Jak kandydaci przejawiali jakąś chęć bezpośredniej polemiki, to zaraz ruszały do natarcia trzy telewizyjne harpie, których zadaniem było chronić kandydatów, żeby w żadnym wypadku nie zrobili sobie krzywdy.
Pytania w debacie były partyjne, a nie prezydenckie. Panie dziennikarki zapomniały, że wybieramy prezydenta, a nie szefa rządu. Wydawało się, że tak spokojnie i nudno minie cała godzina. Przy okazji pytania o los polskiej mniejszości na Białorusi i sposobu postępowania z autorytarnym batiuszką Łukaszenką, dowiedzieliśmy się, że Jarosław Kaczyński – w roli prezydenta – o Białorusi i Polakach na Białorusi będzie rozmawiać z prezydentem Rosji Miedwiediewem. Warto przypomnieć, że dotychczas polityka prowadzona ponad naszymi głowami – taka jak w Jałcie – była w Polsce oceniana jak najgorzej.
Jedną ze zdobyczy roku 1989 było to, że odtąd nikt już o nas bez nas rozmawiać nie będzie. Zarówno w kraju – gdzie naród stał się wreszcie suwerenem, jak i w polityce zagranicznej – Polska wreszcie sama o sobie mogła decydować. Czy prezes PiS zmienił perspektywę historyczną? Czy zapomniał o rozbiorach, zapomniał o Jałcie? A może po prostu jest to przejaw mentalności Kalego. Źle było, gdy o nas decydowali inni, ale my teraz jesteśmy silni i my mamy prawo decydować o innych. Oponent Kaczyńskiego mało tchu nie stracił z wrażenia. Wygląda na to, że marszałek Komorowski po raz pierwszy w tej kampanii był autentycznie zaskoczony. Jego sprzeciw i zdumienie wyglądało bardzo prawdziwie.
Boże, ty to widzisz i nie grzmisz – mawiała moja babcia przed laty, widząc w czarno-białym telewizorze sekretarza PZPR, Władysława Gomułkę. Jeden z internautów napisał w komentarzach: Jeśli Bóg istnieje, to 10 kwietnia wysłał Jarosławowi Kaczyńskiemu ostateczne ostrzeżenie. Ja dodam, że 27 czerwca, słysząc wypowiedź Kaczyńskiego, Bóg zdębiał ze zdziwienia i tylko dlatego nie walnął go piorunem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Przedwyborczy remanent

Za tydzień pójdziemy głosować, a póki co kampania przedwyborcza rozkwita. Cytowany przeze mnie wcześniej wiersz Nie zagłosuję na Jarka stał się popularny nie tylko w internecie. Właśnie usłyszałem fragment w TVN24 zacytowany przez Stefana Niesiołowskiego w programie Kawa na ławę.
W sobotę konwencja PO. Przypuszczam, ze wielu wyborców usłyszało wreszcie to, na co czekali. Nawet wśród mało politycznych wyborców odczuwało się pewne zniecierpliwienie. Ludzie zadawali sobie pytanie, dlaczego wypowiedzi Komorowskiego są takie grzeczne, dlaczego nie zareaguje na oczywiste kłamstwa? No i w sobotę się doczekali. Jednak nie kandydat je wypowiedział, ale Donald Tusk. Słowa Tuska dobrze uzupełnił komentarz w internecie: „Jakby Kaczyński czerpał silę z biedy” – i to jest prawda, Kaczyński ustawia się w roli prezydenta biednych. Prezydent biednych będzie potrzebował jak największej rzeszy biednych by funkcjonować na scenie politycznej, więc nie na rękę mu zmniejszanie obszaru biedy (pl.pregierz – Ghost). Celnie to podsumowuje dotychczasową kampanię Kaczyńskiego, odwołuje on się do biedy, do strachu przed zmianami, do popularnych fobii i krążących wśród ludzi potocznych opinii. Kaczyński swoimi wypowiedziami wzmacnia je i nobilituje, plotki, pomówienia i potoczne urban legends stają się za jego przyczyną oficjalnymi prawdami PiSu.
Przy okazji wyborów po raz kolejny głośnie stają się wydarzenia w Afganistanie. Wczoraj znów z ginął polski żołnierz. W mediach pojawiają się mądre komentarze. Winę za śmierć żołnierzy przypisuje się rozmaitym czynnikom, mówi się że to efekt błędów i zaniedbań, zła taktyka, niewłaściwa polityka wobec NATO. Jednak nie usłyszałem wyjaśnienia najprostszego – tam jest wojna i na wojnie giną ludzie. Ta wojna jest – jakkolwiek cynicznie by to nie zabrzmiało – poligonem dla naszego wojska, które ma być zawodowe i sprawne. Jeśli komuś się wydaje, że można wojsko szkolić w piaskownicy i podczas gry w Quake, to się myli. Odrębną sprawą jest dyskusja polityczna o naszych międzynarodowych koneksjach i priorytetach, na pewno jednak nie jest to temat wyborczy.
W natłoku polityki wyborczej gubimy inne wiadomości. Czasami istotne. Gazeta Wyborcza podała, że: Na liście osób, których amerykańskie władze ze względów bezpieczeństwa nie wpuszczają na pokład samolotów, znalazło się nazwisko 6-letniej dziewczynki. Listę tworzy departament bezpieczeństwa wewnętrznego; zawiera ona 6 tysięcy nazwisk ludzi podejrzanych o związki z terroryzmem. i ta wiadomość pozornie tylko komiczna, może nas skłonić w przyszłości do głębszego zastanowienia się nad wzorcami czerpanymi z USA, o ile nie zniknie w przedwyborczym chaosie.
Lewicowość od kołyski Jarosława Kaczyńskiego stała się już anegdotyczna. Szkoda, że oficjalne media zauważyły to z takim opóźnieniem i że nie próbowały poprosić kandydata o jakieś logiczne uzasadnienie tej wolty w lewą stronę.
Zanim w przyszłą niedzielę pójdziemy na wybory, warto sobie uświadomić, że decyzja jest nasza, a nie mediów, o czym też już pisałem. Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć dzisiejszą debatę, to niech pamięta – ważne jest to co powiedzą kandydaci, a nie to jak to potem skomentują dziennikarze.
Można też nie uczestniczyć w wyborach. Można udawać, że to nas nie dotyczy. Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna – mówi Dziennikarz do Czepca w Weselu Wyspiańskiego. Dziś takie myślenie nie ma szans, problemy nie znikną, gdy schowamy głowę w piasek. Polska musi się zmieniać, stawać się nowoczesna, doganiać resztę Europy – bo wciąż mamy co nadrabiać i IV RP nam w tym nie pomoże.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

W świetle fleszy i kamer

Po katastrofie w Smoleńsku media bardzo wyraźnie pokazały społeczeństwu, jak potrafią zawłaszczać rzeczywistość. Stworzyły nam symulakrum żałoby ogólnonarodowej, która naprawdę w takiej postaci nie istniała. Teraz podczas wyborów mamy kolejny wyścig do tego, kto najlepiej zawłaszczy wybory. Zdecydowanie można się zacząć lękać, że dwudniowy okres ciszy przedwyborczej będzie dla dziennikarzy tragedią bezczynności i przetrwają do niedzielnego wieczoru tylko dzięki zdwojonym dawkom antydepresantów.
Widzowie – co zrozumiałe – w sporej części są podatni na te manipulacje. To coś jak wizyta w hipermarkecie. Wielu z nas dopiero po powrocie do domu zastanawia się, po co nam ten chłam, na zakup którego daliśmy się skusić tanią ceną, napisami promocja lub umieszczeniem towaru niedaleko kasy. Społeczeństwo się jednak uczy. Zaczynamy uważniej przesiewać reklamy, ostrożniej robić zakupy i chyba bardziej świadomie oglądać telewizję.
Tegoroczne wybory prezydenckie dość mocno obnażyły zachłanność mediów na kreowanie świata rzeczywistego. Ta zachłanność poszła o jeden komentarz za daleko i skompromitowała media. Tegorocznym rekordem jest jak na razie Paweł Lisicki z Rzeczypospolitej w programie Tomasza Lisa przejęzyczył się mówiąc: prezydent Komorowski. Chwilę potem za przejęzyczenie obwinił samego Komorowskiego, a dokładniej sposób prowadzenia kampanii. Zdaniem Lisickiego marszałek za mało się pokazuje jako kandydat.
Od ponad dwóch tygodni mamy do czynienia z prześciganiem się dziennikarzy w wyłapywaniu przejęzyczeń marszałka Komorowskiego. Nawet największe głupoty pozostałych kandydatów nie budziły żadnego zainteresowania, ale Komorowskiemu wytykano każdy najdrobniejszy lapsus. Wmawianie sobie nawzajem przez dziennikarzy i komentatorów kompletnej miałkości kandydata PO doszło tak daleko, że gdy Jadwiga Staniszkis w TVN24 napotkała sprzeciw oponenta wobec wygłaszanych przez siebie idiotycznych banałów, obrażona wstała i wyszła ze studia.
Telewizja publiczna na zarzuty o stronniczość odpowiada, że przecież czas poświęcony Komorowskiemu jest największy. Zarząd zapomniał jednak o tym, że ten czas poświęcony jest głownie na krytykę, a marszałek jest biernym obiektem. Dlatego niespodziewane się pojawienie Komorowskiego na niedzielnej debacie było sporą konsternacją dla dwóch głównych konkurentów.
Można mieć wrażenie, że media uznały za konieczne wypromowanie Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego? Byłoby to sensowne, jeśli przyjmiemy, że dla dziennikarzy najważniejsza jest oglądalność. Obfitująca w konflikty z rządem prezydentura Kaczyńskiego, kłótnie o prerogatywy, próba wskrzeszenia IV RP – to byłaby idealna pożywka dla mediów. Bo przecież zła wiadomość jest dobrym newsem. Im więcej zła i kłótni, tym media bardziej zadowolone.
Zapewne jestem naiwny, ale chciałbym telewizji bez komentatorów, którzy wraz z dziennikarzami usiłują wmówić mi, co mam myśleć. Wiadomości mają być rzeczowe i prawdziwe, a przede wszystkim krótkie. Tegoroczna kampania przekonała mnie nie tylko o kiepskiej kondycji polskiego dziennikarstwa, ale uświadomiła mi istnienie tabunów niedouczonych politologów i socjologów, którzy przez ostatnie tygodnie bez przerwy kompromitowali się brakami w podstawowej wiedzy dostępnej nawet średnio rozgarniętemu gimnazjaliście.
Niedawno dziennikarze kpili z marszałka Komorowskiego, którego sfotografowano z wydrukiem z Wikipedii. Sugerowałbym wszystkim medialnym demiurgom przedwyborczym nie kpić i poczytać Wikipedię, a niektórym także Konstytucję. Gdyby to ode mnie zależało, to przed wpuszczeniem na wizję, zrobiłbym im egzamin z podstaw funkcjonowania państwa.
Nie dajmy się więc zwariować. To my pójdziemy na wybory i oddamy głos. Myślę, że warto się sprężyć i zrobić to skutecznie już w pierwszej turze. Utrzemy nosa mediom i zaoszczędzimy sporo państwowej kasy, będzie więcej na pomoc dla powodzian.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)