Imperium zła?

Młodociani miłośnicy Linuksa, niedawno nawróceni neofici i gorliwi wyznawcy boga Free Software najczęściej piszą skrót nazwy Microsoft jako M$, używają zniekształceń w rodzaju Windose lub Winzgroza zamiast nazwy znanego systemu operacyjnego. Na komputery nalepiają sobie logo pingwina, choć bardziej by pasowała fotka Richarda Stallmana. Nie przeszkadza im to mieć na swoich komputerach WUPW (czyli wstydliwie ukrytą partycję Windows), bo przecież pograć czasem trzeba, a w Linuksie wiadomo – poza Tuxracerem to nędza.
Firma z Redmond stała się więc ogólnoświatową ikoną zła. Microsoft jest niemoralny, oszukańczy i podstępny. Nie zmieniają tego nawet miliardy wydawane przez Billa Gatesa na cele charytatywne. Najciekawsze jest to, że często dla kontrastu podaje się firmę Google, jako tę, która jest otwarta i prospołeczna, i podejmuje pozytywne działania na rzecz społeczności użytkowników.
Ostatnio o Google było głośno. Najpierw pojawiła się informacja, że Google przestaje cenzurować internet w Chinach. Miał to być wyraz sprzeciwu giganta internetowego wobec chińskiego rządu. Pojawiły się nawet zrzuty ekranów, które miały uwiarygodnić ten brak cenzury. Przyznam, że dałem się na to nabrać. Potem władze firmy ogłosiły, ze zamierzają wycofać się z Chin w związku z bezprecedensowym atakiem hakerów, którzy – jak podejrzewa Google – chcieli wykraść dane chińskich dysydentów.
Zatem jak to w końcu wygląda naprawdę?
Wiadomo, że do masakry na placu Tiananmen doszło w tym samym czasie, gdy w Polsce zwyciężała wolność. Zatem wpisałem do wyszukiwarki hasło po angielsku i oto wyniki.

Wynik wyszukiwania w google.pl

Wynik wyszukiwania w google.pl

Nietrudno zauważyć, że pierwsze wyniki dotyczą wydarzeń sprzed ponad 20 lat. Zatem spróbowałem wpisać to hasło w chińskiej wersji tej przeglądarki.

Wynik wyszukiwania w google.cn

Wynik wyszukiwania w google.cn

Nie ma tu nic o masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju. Same radosne linki turystyczne. Jeśli ktoś myślał, że Google nie cenzuruje wyników wyszukiwania w Chinach to był naiwny. Jeśli jakiś dysydent powierzał swoje dane Google, to był idiotą. Przypuszczam, że dla firmy z Mountain View jest to czysto biznesowa rozgrywka. Być może ma to zapewnić alibi na wypadek wycofania się z Chin, w których Google nie stało się potentatem. Przy okazji firma poprawi swój wizerunek wśród nieco naiwnych obrońców praw człowieka.
Jeśli Google inwestuje w rozwój oprogramowania Open Source, jeśli sprzyja rozwojowi Linuksa, to nie dlatego, że jest dobrą firmą w odróżnieniu od złego Microsoftu. Po prostu widzi w tym swój interes, a że pecunia non olet, to jedną ręką cenzuruje internet w Chinach, a drugą dokłada cegiełkę do wolności oprogramowania.
Zabawny jest bunt części użytkowników komputerów, którzy mówią o monopolu Microsoftu, a kompletnie nie zauważają swego uzależnienia od Google. System w komputerze łatwo zmienić. Spora część użytkowników używa głównie przeglądarki i zapewne łatwo by się przestawili z Internet Explorera na Firefoxa, Operę, czy Chrome. Natomiast gdyby jutro Google wyłączyło wszystkie swoje usługi, to znaczna część ludzi nie miałaby po co włączać komputera. Nie mieli by poczty, ani swojej galerii zdjęć z wakacji, nie skontaktowaliby się z przyjaciółmi, nie obejrzeliby kolejnej porcji filmów z Youtube, straciliby dokumenty, nie zobaczyliby prognozy pogody…
To dopiero jest monopol.
Wiadomo, że Microsoft każe sobie słono płacić za system operacyjny i programy, nawet zmiana wyglądu pulpitu (tzw. skórki) z założenia miała być płatna, niektórych rzeczy nie wolno i już. To jest oprogramowanie własnościowe. Google daje wszystko za darmo, zachęca miliony użytkowników do stworzenia społeczności. Tysiące ochotników produkują nowe wtyczki do Chrome, nowe dodatki ułatwiające korzystanie ze spersonalizowanej wersji wyszukiwarki, nowe funkcje do Picasy, a obecnie testują nowy system operacyjny, który kiedyś być może stanie się popularny.
Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.
Smacznego!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Stallman, ty idioto

Richard Stallman to jedna z najbardziej znanych postaci ze świata Open Source. Zarazem też postać najbardziej kontrowersyjna. Pierwszy raz usłyszałem jego wypowiedzi w znanym filmie Hannu Puttonena „The Code”. Stallman porównuje tam oprogramowanie z przepisami kulinarnymi. Mówi o tym, że lubimy zmieniać coś w przygotowywanych potrawach i zapraszać przyjaciół, a także dzielić się swoimi pomysłami.
Wyobraź sobie teraz świat, w którym nie można nic zmieniać… Wyobraź sobie, że jeśli podzielisz się przepisem z przyjaciółmi, nazwą cię piratem i spróbują wsadzić do więzienia na całe lata.
To ma sens, pomyślałem wówczas.
Od chwili, gdy zacząłem używać komputera minęło już ponad piętnaście lat. Mój stosunek do oprogramowania zmieniał się przez te lata. Jak większość, zaczynałem, nie odróżniając komputera od oprogramowania. Podobnie jak inni przeszedłem też okres nieświadomego używania programów bez zastanawiania się, skąd one pochodzą. Potem zacząłem zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie jest towarem sprzedawanym tak samo jak masło, czy telewizor. W epoce przedinternetowej mało kto się jednak przejmował kwestią kopiowania i samodzielnego powielania programów, nie tylko w Polsce.
Zanim jeszcze mogłem mieć swój pierwszy komputer, nastąpiły się w informatycznej rzeczywistości dwa zdarzenia. Jedno jest mi doskonale znane. W 1991 roku Linus Torvalds opublikował kod pierwszej wersji Linuksa. System został opublikowany na zasadach Open Source. Dużo wcześniej, bo w roku 1976, inny młody człowiek – Bill Gates pisze tzw. otwarty list „do hobbystów”. Krytykuje w nim otwarty dostęp do kodu i ma pretensje do wszystkich, którzy wykorzystali bezpłatnie program jego autorstwa, ponieważ – uważa – w ten sposób go okradli.

źródło: Wikipedia

Linus Torvalds

Będąc przez wiele lat użytkownikiem Windows, zrozumiałem wreszcie, że ten system i spora część programów do niego kosztuje. I są to takie kwoty, na które mnie nie stać. Na dodatek używany przeze mnie system nie spełniał moich oczekiwań – był zawodny, niestabilny i niewydajny. Dlatego już ponad 10 lat temu szukałem alternatywy. „Podejść” do Linuksa miałem kilka. Za każdym razem system podobał mi się coraz bardziej, ale też za każdym razem znajdowałem problemy z działaniem sprzętu, których nie potrafiłem rozwiązać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyczyną są utajnione specyfikacje techniczne, które nie pozwalają na napisanie sterowników. Wreszcie jednak nastąpił ten moment, gdy wszystko zaczęło działać prawidłowo i z ulgą mogłem zrezygnować z Windows.
Zaoszczędziłem sporo pieniędzy (bo dziś używanie pirackiego oprogramowania byłoby raczej niemożliwe) i nerwów (nie oczekuję wizyty policji i BSA o szóstej rano).
Wtedy też poznałem istotne dla rozwoju wolnego oprogramowania postaci – Linus Torvalds, czy Richard Stallman. Wolne oprogramowanie jest wolne w znaczeniu „zapewniające wolność decyzji” i wcale nie musi oznaczać, ze jest darmowe. Czasem trzeba zapłacić własnym czasem, a czasami pieniędzmi. Używając Linuksa do wszystkiego, prędzej czy później musiałem się też zetknąć z oprogramowaniem zamkniętym. No bo jak tu czytać PDFy, nie używając najpopularniejszego czytnika. Lub jak obejrzeć filmy na Youtube bez wtyczki do przeglądarki. Zdarzyło mi się też kilkakrotnie kupić programy zamknięte działające w Linuksie. Wtedy też zacząłem uważać Stallmana za maniaka opętanego przez idiotyczną ideę walki z zamkniętym oprogramowaniem. Liberalne podejście do współistnienia programów otwartych i zamkniętych wydawało mi się odpowiednie. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie życia bez pewnych zamkniętych formatów plików, po drugie denerwowały mnie problemy z pozyskaniem zamkniętych dodatków w niektórych ideologicznie zorientowanych dystrybucjach Linuksa.
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Linus Torvalds opublikował Linuksa, Bill Gates napisał:
Gdyby ludzie zrozumieli jak otrzymywać patenty w momencie, kiedy większość dzisiejszych pomysłów była wymyślana i zrobiliby to, dzisiejszy przemysł stanąłby w miejscu. Rozwiązaniem jest wymiana patentowa z innymi dużymi firmami oraz patentowanie najwięcej jak tylko zdołamy. (notatka służbowa „Wyzwania i Strategie”, 16 maja 1991 r.)
O co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem znacznie później. Problem patentów i łatwości ich otrzymania istnieje i najlepszym jego przykładem jest słynna sprawa opatentowania koła w Australii*. W komputerowym światku dość powszechne są żarty z opatentowania podwójnego kliknięcia. Jednak w pewnym momencie okazało się, że wcale nie jest wesoło. Całkiem niedawno okazało się, że taktyka „patentować wszystko, co na drzewo nie ucieknie” miała swój cel. Celem podstawowym była próba zablokowania możliwości rozwoju innych systemów, a celem zapasowym możliwość straszenia patentami lub pozywania firm związanych z Linuksem. Jest to temat-rzeka i kiedyś jeszcze o tym napiszę. Tymczasem jednak wróćmy do Stallmana. W pewnym momencie jego szaleństwo zaczęło wyglądać zupełnie inaczej w świetle działań firm takich jak SCO i Microsoft.

źródło: Wikipedia

Richard Stallman

Co też takiego Stallman wymyślił obecnie, że znów zaczynamy zajmować się jego idee-fix? Otóż Richard Stallman ogłosił 4 maja dniem sprzeciwu wobec DRM.
DRM jest to w skrócie elektroniczny system zarządzania prawami do treści multimedialnych. Został zaimplementowany w systemie Windows. Działa to tak, że chcąc odtworzyć plik muzyczny w Windows Media Player, musimy wpisać odpowiedni klucz w wyskakujące okienko, klucz ten otrzymamy kupując zabezpieczony przez DRM plik. Co w tym złego? Ano po pierwsze znacznie ograniczy to ilość urządzeń na których odtworzymy swój plik. Ponadto może okazać się, że sprzedawca w wielostronicowej umowie „małym druczkiem” zapisał, że ten plik mamy prawo sobie przesłuchać maksymalnie 10 razy.
Jednak chciałbym się skupić na innym zagrożeniu. Koncerny medialne walczą od dawna wspólnie z firmą Microsoft o obowiązkowe wprowadzenie DRM. Oznaczałoby to w praktyce wymusza stosowanie DRM. Urządzenie bez DRM byłoby złamaniem prawa. Każdy producent telewizora, odtwarzacza wideo lub muzycznego musiałby odpowiednio zabezpieczony mechanizm sprawdzania praw dodać do swojego urządzenia. Używanie starego dvd-playera bez DRM zapewne byłoby przestępstwem**. Producenci, rzecz jasna, doliczyliby sobie koszty DRM do ceny sprzętu. I rzecz jasna oznaczałoby to, że koszty całkowite wprowadzenia DRM poniósłby końcowy użytkownik. Nie kupiłby już taniego odtwarzacza, zapewne nie mógłby na komputerze używać oprogramowania Open Source,a jakakolwiek próba przełamywania zabezpieczeń byłaby karalna. Na dodatek poszerzyłoby się pojęcie „cyfrowego wykluczenia” – wszystkie urządzenia z DRM musiałyby być podłączone do sieci. Jakoś te wszystkie tajne klucze trzeba sprawdzać. Nie masz internetu, nie obejrzysz filmu. Na dodatek firmy medialne zyskałyby niesamowite narzędzie kontroli. Wiadomo byłoby ile razy klient film obejrzał, gdzie to robił, na jakim sprzęcie,a w niedalekiej przyszłości również – w jakim towarzystwie. Jeśli komuś w tym momencie przypomniał się „1984” Orwella, to niebezpodstawnie. Jednak w czarnych wizjach pisarzy totalna kontrola kojarzyła się zwykle z politycznym systemem totalitarnym. Wydaje się nam zatem, że skoro groźba systemu totalitarnego nie wisi nad nami, jak miecz Damoklesa, to jesteśmy już bezpieczni w naszej wolności. Otóż nie! W imię swoich zysków koncerny medialne chętnie ograniczą naszą wolność i na domiar złego nie obchodzi ich kogo wezmą za pysk – lewicę, czy prawicę.
Kilka dni temu przeczytałem, że córka znanego pisarza grozi pozwem sądowym każdemu, kto będzie pisał o związku filmu „Różyczka” z życiem jej ojca. Wynika z tego, że rości sobie prawa nie tylko do spuścizny literackiej tatusia, ale też do jego życia. Może miałaby ochotę je opatentować.
W Europie na szczęście nie obowiązują patenty na oprogramowanie, ale wspólnota w tym zakresie wciąż jest atakowana przez USA. Zaś patentowanie rozwiązań programowych jako żywo zbliża się do patentowania samych pomysłów, co w Ameryce miało już miejsce. Rykoszetem uderzyło to także w firmy potężne, bo na przykład 30 lat temu malutka firma z Kalifornii opatentowała pomysł wyświetlania obrazu 3D na ekranie monitora. W tamtym czasie było to niemożliwe i firma nie miała pomysłu „jak”. Wykoncypowali, ze kiedyś to będzie możliwe, a oni nie wkładając w to ani pieniędzy, ani pomysłu, ani pracy – zarobią spora kasę.
Jeśli ktoś nadal ma jeszcze wątpliwości co do bezsensu patentowania pomysłów, to niech zastanowi się, co byłoby gdyby Daniel Defoe opatentował formę powieści. A może zastanówmy się komu powinno przysługiwać prawo patentu na nowelę i dlaczego w tej sytuacji nie powstałyby nowele Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej lub Dąbrowskiej. Albo Lord Byron opatentowałby wierszowany dramat romantyczny i Adam Mickiewicz za napisanie Konrada Wallenroda poszedłby siedzieć.
Nie wiem jak wy, ale ja do protestu przeciw DRM się dołączę. Choćby po to, żeby później po latach, oglądając zabezpieczony DRM film, który przestanie grać, bo właśnie padło połączenie z internetem, nie krzyknąć: „Stallman, ty idioto***, czemu wówczas mnie nie przekonałeś.

* Nie wnikam w szczegóły tej sprawy celowo. Nie zamierzam rozdmuchiwać pomyłki głupiego urzędnika i wiem, że w tym wypadku nie chodziło o prawdziwy pełnoprawny patent. Jednak mechanizm jest oczywisty.
** Piszę o hipotetycznej sytuacji, gdy lobby medialne wygrało i ustawodawstwo wszystkich krajów wprowadziło DRM.
*** To zawołanie w tytule i w końcowym fragmencie tekstu pochodzi z jakiejś wirtualnej polemiki ze Stallmanem w internecie, niestety nie potrafię znaleźć dziś pierwowzoru. Mam nadzieję, że autor okrzyku go nie opatentował.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (6 votes cast)

Republikanka Shelley

Z dawnych lat pamiętam jedną z komedii z cyklu „Amerykańskie wakacje”. Griswoldowie wygrywają wycieczkę do Europy. Przybywają do Anglii i wynajętym samochodem jadą zobaczyć Stonehenge. Tatuś cofa, jeszcze cofa… i sru.. wali w kamienny blok kręgu, ten się przewraca i przewracają się następne. Zabytek sprzed tysięcy lat przestaje istnieć.
Po młodzieńczych fascynacjach Ameryką dziś nie został żaden ślad, żaden tam easy rider, czy kowboj przemierzający bezgraniczne stepy, symbole obywatelskiej wolności… to był tylko miraż. Dziś został jedynie gamoniowaty Griswold obracający w perzynę wszystko, czego dotknie.

Kilka lat temu na dziedzińcu zamku krzyżackiego w Bytowie, podsłuchałem rozmowę amerykańskiej rodzinki, która nie wiadomo czemu przyplątała się do tego małego miasteczka. Nastoletni gumożuj wybełkotał: Ale ten zamek musi być stary… na co tatuś, z wyglądu ewidentne zaprzeczenie teorii ewolucji (neandertalczycy są wśród nas) odrzekł: No jasne ma chyba sto lat…

Dziś* w nadziei poprawienia sobie humoru po raz kolejny odwiedziłem stronę firmowaną jako blog wolności Shelley The Republican. Założycielką strony jest niejaka Shelley Goodman, a strona znana z zadziwiająco głupich artykułów o Linuksie. Jednak to, co przeczytałem, starło mi uśmiech z twarzy. Przez kilka godzin konsultowałem się z ludźmi władającymi angielskim lepiej niż ja, mając choć cień nadziei, że powiedzą mi, że tekst, o który pytałem to jedynie ironia, ostra satyra… niestety teraz już nie mam złudzeń, wszystko co można przeczytać w artykule „So called “Domestic Violence”and the female role in the modern American-Christian society” jest napisane na serio.
Artykuł zaczyna się „naukowym” cytatem niejakiego doktora Steve Klyne, psychologa z University of Alabama:
“Men love obedient women; Women love strong men. Men hate stubborn women; of them they say: “She’s a witch.” Women hate weak men; of them they say: “He’s a wimp.” Men want to rule a woman like they rule the world; women want to be ruled. Women like to care for their own; men like to be cared for. That is the basic structure of human nature.”
W skrócie: Mężczyźni kochają posłuszne kobiety, kobiety kochają silnych mężczyzn. Mężczyźni nienawidzą upartych kobiet, mówią o nich, że są czarownicami. Kobiety nienawidzą słabych mężczyzn, mówią o nich, że są mięczakami. Mężczyźni chcą rządzić kobietami, tak jak rządzą światem, kobiety chcą być „rządzone”…. to jest podstawowa struktura ludzkiej natury.
Naukowość tegoż osądu jest mocno wątpliwa, lecz nie on stanowi clou całości. Shelley przypomina nam, że Bóg stworzył Adama silnym i mądrym, a Ewę stworzył jako posłusznego pomocnika Adama. Niżej znajdziemy zdjęcie zapłakanej kobiety duszonej przez mężczyznę z podpisem:
A women gets disciplined by her husband. Maybe she was a bitch, maybe she was a slut, maybe she did not fulfill her duties. It’s not our business to know. The husband knows and that should be good enough for us. It’s between him and her.
Kobieta została ukarana przez męża. Może była dziwką, może była flejtuchem, może nie wypełniała swoich powinności. To nie nasz interes wiedzieć. Mąż wie i tak jest dobrze dla nas. To sprawa między nim a nią.
Dalej są wskazania dla dobrej żony:
– Bądź posłuszna, radosna pomocna
– Wychowuj dzieci
– Utrzymuj domostwo w czystości
– Rób zapasy i gotuj dla rodziny
– Bądź dobrą pomocnicą twego męża i sprawiaj mu przyjemność gdzie i kiedy możesz**

Nie wiem czym Shelley różni się od Abdulla żyjącego na drugim krańcu świata, bo zasady rodzinne mają dokładnie te same.
Być może zresztą ów Abdull jest litościwszy dla swej małżonki niż amerykański konserwatysta. Bo oto Shelley serwuje nam zdjęcie potwornie skatowanej kobiety z podpisem:
This is how unruly women ultimately end up. Either through the hand of their husband or through the hand of God. Everybody has to learn sooner or later.
Oto jak nieposłuszne kobiety ostatecznie kończą. Albo z ręki męża, albo z ręki Boga. Każda się wcześniej czy później nauczy.
I wreszcie finał:
Every woman should keep in mind: Play by the rules of the Good Book and you will be fine. Step out of line and suffer the consequences.
(Wolne tłumaczenie: Każda kobieta niech o tym pomyśli: Bądź w zgodzie z Biblią i będziesz w porządku. Złam zasady a doświadczysz konsekwencji.)
All the best and thanks for reading,
Shelley The Republican
Potem jeszcze komentarze. Z wyrazami poparcia śpieszy Tristan Shuddery:
Thank you Shelley – I agree. If only our females would abide by the standard of Christian womanhood, there would be no such thing as Domestic violence. All of these problems are caused by uppity women who do not know their place in life.
Dziękuję Shelley – Zgadzam się. Jeśli tylko nasze kobiety bedą trzymać się standardu chrześcijańskiej kobiecości nie będzie takiej rzeczy jak przemoc domowa.Przyczyną wszystkich tych problemów są aroganckie kobiety, które nie znają swego miejsca w życiu.
Na co Shelley odpowiada:
Tristan,
God bless you for telling the truth.
That is one of the many fundamental differences between lie-berals and Republicans. Lie-berals go for the cheap shot and play the old blame game but we Republicans try to find out what the root causes are!

Tristan,
Niech cię Bóg Błogosławi (za to, że mówisz prawdę).
To jest jedna z podstawowych różnic pomiędzy lie-berals*** i republikanami /…/

Odechciało mi się śmiać. Już nawet nie bawił mnie tekst ” Pollocks And Teletubbies – Better Late Than Never” – o naszej pani Sowińskiej i o tym, że lepiej późno niż wcale, bo oni w Ameryce wiedzieli od lat, że Teletubisie to pedały. Nawet nie wiem, jak można to podsumować. Shame, shame on you…

* Artykuł pochodzi z poprzedniej mojej strony i został napisany 13 września 2007 r.
** To ostatnie akurat brzmi nieźle. 😉
*** lie-berals – Idiom podobny do stosowanych w języku polskim np. łże-elity. Słowo liberals (liberałowie) zostało zmienione w pierwszej części aby kojarzyło się z lie (kłamstwo, kłamać).

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Miłość trzyma się mocno

Tytuł felietonu nieprzypadkowo nawiązuje do Isaaca Bashevisa Singera. Jednak to nie o nim chcę napisać, ale o równie egzotycznej dla nas postaci, pieśniarce jazzowej z Gruzji – Nino Katamadze.
Katamadze, która wygląda jak rosyjska matrioszka, jest popularna głownie w Rosji, na Ukrainie i w samej Gruzji. Ta słowiańska popularność jest o tyle dziwna, że wokalistka śpiewa po gruzińsku, który jest sam w sobie bardzo tajemniczy i egzotyczny.
Nie rozumiem w tym języku ani słowa, a jednak usłyszawszy utwory z płyty „White” byłem jak zaczarowany.
Jakaś dobra dusza na Youtube przetłumaczyła tekst ulubionej mojej piosenki na angielski.
Once in the street
Familiar wind
Has brought to me
Aroma of hair
Aroma of hair it was yours
Such familiar and diverse

Really somewhere here is
Your dark blue (sad) eyes
I Would regret nothing
If only one time to feel
If only one time (can touch them)

Again and again I go somewhere
Only the familiar wind near with me
Again and again I think of you
And ocean of your hair

Być może tłumaczenie nie jest najlepsze. Być może w ogóle jest do niczego. Jednak dzięki niemu zrozumiałem, że słuchając piosenki, wiedziałem intuicyjnie o czym ona jest. O miłości.

Tłumaczenie z tłumaczenia to pomysł gdzieś na pograniczu głupich i całkiem debilnych, ale nie mogłem się oprzeć.
Kiedyś na ulicy
Znajomy wiatr
Przyniósł mi
Zapach włosów.
Zapach twoich włosów
Tak znajomy i bogaty.

Naprawdę gdzieś tu są
Twoje ciemne smutne oczy.
Nie będę żałować niczego
Jeśli choć raz poczuję
Jeśli choć raz dotknę twych włosów.

Znowu i znów pędzę gdzieś
Tylko znajomy wiatr gdzieś obok mnie.
Znowu i znów myślę o Tobie
I oceanie twoich włosów.

Nino Katamadze rzuciła na mnie czar. Słucham jej muzyki od miesięcy wciąż z tym samym podziwem i uczuciem. Emocje wyrażone w jej utworach trudne są do nazwania. Nie znając tekstów, bardziej słucham duszą niż rozumem. Jeden z utworów, do których wracam „again and again” to „Olei” – nie wiem o czym śpiewa Nino, ale wiem, co czuję.
Ta piosenka to miłość, to pożądanie i tęsknota, to rozpacz i radość. A więc słuchaj. Słuchaj i płacz.

Na wierzchołku drzewa, które straciło już swe liście, pozostały jeszcze tylko dwa, na jednej małej gałązce: Ole i Trufa. Z jakiegoś nieznanego powodu Ole i Trufa przetrwali wszystkie deszcze, wszystkie zimne noce i wiatry. Któż może powiedzieć, dlaczego jeden liść spada, a drugi pozostaje? Lecz Ole i Trufa wierzyli, że odpowiedzią na to jest wielka miłość, jaką żywią dla siebie. Ole był odrobinę większy niż Trufa i o parę dni starszy, lecz Trufa była piękniejsza i bardziej delikatna.
Jakże niewiele może zdziałać jeden mały liść dla drugiego, gdy wieje wiatr, leje deszcz i bije grad. Jednak Ole (w każdej sytuacji) był dla Trufy podporą. W czasie największych burz, gdy waliły pioruny, niebo przecinały błyskawice, a wichura miotała nie tylko liśćmi, ale nawet całymi gałęziami, Ole błagał Trufę:
– Trzymaj się, Trufo! Trzymaj się z całej siły!
Nieraz w czasie nocnych burz Trufa skarżyła się:
– Na mnie już czas, ale ty, Ole, trzymaj się!
– Po co? – pytał Ole. – Bez ciebie moje życie nie ma sensu. Jeśli ty spadniesz, to i ja spadnę.
– Ach, nie! Nie rób tego! Tak długo, jak liść może pozostać na drzewie, nie wolno mu się poddawać.
– Wszystko zależy od tego, czy ty zostaniesz ze mną – odrzekł Ole. – W dzień patrzę na ciebie i podziwiam twą urodę. Nocą czuję twój zapach. Pozostać jedynym liściem na drzewie? Nie, nigdy!
– Ole, twe słowa są cudowne, lecz nie ma w nich prawdy – mówiła Trufa. – Dobrze wiesz, że nie jestem ładna. Spójrz, jaka jestem pomarszczona, jak bardzo się skurczyłam! Pozostało mi tylko jedno – moja miłość do ciebie.
– Czy to mało? Ze wszystkich żywiołów miłość jest największa, najwspanialsza – rzekł Ole. Dopóki będziemy się kochać, zostaniemy tutaj. Żaden wiatr, deszcz czy burze nie są nam straszne. Powiem ci coś, Trufa – nigdy nie kochałem cię tak bardzo, jak teraz.
– Dlaczego, Ole? Przecież cała pożółkłam.
– Któż twierdzi, że zielony jest ładny, a żółty nie? Wszystkie kolory są równie piękne.

I.B. Singer

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (1 vote cast)

Say no to Linux

Słowo republikanin, niegdyś oznaczające zwolennika ustroju republikańskiego, a więc demokracji – stojącej w opozycji do monarchii, dziś oznacza po prostu zwolennika amerykańskiej partii republikańskiej (w skrócie – idiotę). Można powiedzieć również, że oznacza to pewną ideologię, która jest przez tychże zwolenników wyznawana. Jednym ze źródeł poznawczych może być strona http://www/shelleytherepublican.com – jak sądzę założona i prowadzona przez niejaką Shelley.
Dla tak obrzydliwego liberała, jak ja, strona jest świetnym źródłem purnonsensu bawiącego do łez. Zaczynając od tekstów o Linuksie, przy których można ryczeć ze śmiechu. Pozwolę sobie zacytować niektóre genialne myśli.
„Złote myśli” Tristana Shuddery głównego specjalisty branży IT.
Linux hackers call Torvalds a “Dictator”, because he has based Linux on the principles originally developed by the Cuban Marxist terrorist Fidel Castro.
Biedny Linus powinien chyba unikać Ameryki, być może znajdzie się niedługo w sytuacji takiej jak niegdyś Charlie Chaplin.
The new Windows Vista desktop: Linux computers are still burdened with a text-mode interface, wheras Windows Vista has the latest cutting-edge design.
W skrócie – podpis pod rysunkiem przedstawiającym Vistę. Linux dalej wisi na konsoli tekstowej kiedy Windows Vista ma super nowoczesny design.
A tak o swoich wojnach z Linuksem:
I like to think that this wasn’t just a victory for ShellyTheRepublican.com, but a victory for Jesus, America and most of all a victory for you, the taxpayer.
Lubię pomyśleć, że to nie jest zwycięstwo dla ShelleyTheRepublican.com, ale zwycięstwo dla Jezusa, Ameryki i przede wszystkim zwycięstwo dla Ciebie podatniku.

No i co niedowiarkowie? Jezus używa Windows!
Should I upgrade to Vista now? Yes, definitely. Vista includes an all-new security system called TCP/IP which will no doubt stump foreign hackers for years.
Czy powinienem uaktualnić system do Visty teraz? Tak, zdecydowanie. Vista zawiera całkowicie nowy system bezpieczeństwa nazywający się TCP/IP który bez wątpienia zabije klina zagranicznym hakerom na całe lata.

Szczęka mi opadła.

Ruska mafia
Tekst jest wywiadem z niejakim Jimem, który ukrywa się gdzieś w Atlancie przed Rosyjską Mafią. Dlaczego? Otóż był on przedsiębiorcą oferującym hosting i napadła go owa mafia nakazując mu rezygnację z Windows 2003 Server i zainstalowanie Linuksa. Biedaczek musiał się potajemnie ewakuować z Kaliforni do Atlanty, a na wywiad umówił się w Iowa City, albowiem rzecz jasna ruska mafia go wciąż ściga…. z bliżej niewiadomego powodu. Cytowanie całości tych bredni przekracza moje możliwości. Nasuwa mi się myśl, że w Ameryce prochy są chyba zbyt łatwo dostępne. Zapoznajmy się jednak choć z fragmentami:
Jim: The Linux kernel included secret ports in stealth mode, they are always open. Most network administrators don’t even know they exist, but the Russian Mafia does. The most dangerous ports are 2727 and 8719. Because Linux does not have the TCP/IP security system Windows has, these ports are open for everybody who knows them.
Jim: Kernel Linuksa zawiera sekretne porty, które są zawsze otwarte. Większość administratorów o nich nie wie, ale Rosyjska Mafia wie. Najbardziej niebezpieczne są porty 2727 i 8719. Ponieważ Linux nie ma bezpiecznego jak w Windows TCP/IP, te porty otwarte są dla każdego, kto o nich wie.

Oczywiście na domiar złego ów Jim jest homoseksualistą,czego Shelley nie omieszkał skomentować.
Shelley: Let me state for the records that I think homosexuality is a sin, but please go on.
Jim: Well, I disagree with you but that is not important now.

No i jesteśmy w domu – homoseksualizm, Linux i ruska mafia – wszystko się łączy w logiczną dla Tristana całość.
Zaś na koniec łzy wzruszenia spływają nam po twarzy, gdy w komentarzach przeczytamy „explain”:
I have worked in IT all my life. I have qualifications including Certified Microsoft Engineer and before I retired I was a microsoft MVP (Most Valued Professional), which means I’m pretty much an expert at all kinds of business computing. In my long career I’ve seen all too many incidents of foreign manipulation. There is an evil atheist conspiracy whose objectives include de-stabilizing the American economy., Getting America hooked of foreign software hand-outs is just the start of their plan. They will not stop until they have replaced our Christian government with an atheist / islamofascist junta.
Pracowałem w sektorze IT przez całe życie. Mam kwalifikacje , w tym CME i zanim przeszedłem na emeryturę zdobyłem MVP, który oznacza, że jestem ekspertem we wszystkich dziedzinach komputerowego biznesu. W mojej długiej karierze widziałem wiele przykładów zagranicznej manipulacji. To jest zła ateistyczna konspiracja której celem jest destabilizacja amerykańskiej ekonomii. Oddać Amerykę we władanie obcemu rozdawanemu oprogramowaniu to ich plan. Oni nie spoczną dopóki nie zmienią naszego chrześcijańskiego rządu w ateistyczną / islamofaszystowską juntę.

Mój ś.p. ojciec w takich przypadkach zwykł mawiać: „Daj ci Boże zdrowie, bo na rozum za późno” i niech to starczy za komentarz.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

„Nie dla idiotów?”

Jedną ze stron, które odwiedzam, gdy chcę sobie poprawić humor, czy też przekonać się, że idioci są nie tylko w moim świecie, jest http://www.shelleytherepublican.com.

Zaś ulubionym tekstem na tej stronie jest „Mozilla Firefox zdemaskowana”. Rozpoczyna się od zwykłego dla Tristana Shuddery (jeden z autorów) wstępu pełnego bredni, aby przejść do sedna sprawy:

Monitorując jeden hakerski chatroom, zaobserwowałem, że jeden z nich radzi wpisać about:mozilla, a zdarzy się coś ciekawego. Wpisałem to w najnowszym Internet Explorerze 7 i nic się nie wydarzyło. Ściągnąłem kopię Mozilli Firefox na zabezpieczony komputer, wpisałem ten kod i rezultat był szokujący. Zobaczyłem czerwoną stronę zawierającą pojedynczy cytat z satanistycznego traktatu nazywającego się “Księga Mozilli”. /…/ aby odnaleźć ją, wszedłem na hakerski BBS (Biulettin Board System) nazywający się “IRC”…

YOU (TristanShuddery) have joined #firefox
Topic for #firefox is “http://firefox.com || Welcome to #firefox – Have a question about Mozilla Firefox? Just ask! Please wait for a response – we’re all in and out at different times. If nobody’s available to help, try asking in #firefox on irc.mozilla.org.”
TristanShuddery: Gdzie moge znaleźć egzemplarz “Księgi Mozilli”? Jestem homoseksualnym antyamerykańskim hakerem komputerowym, jak wy, więc potrzebuję tej książki.
duckdown: Nie możesz.
TristanShuddery: Czemu nie? Mogę za nią zapłacić? Mówiłem wam, jestem prawdziwym hakerem.
Drj: Nie, ona nie istnieje.
TristanShuddery: Widziałem cytaty z niej. jest PRAWDZIWA.
Hollywood: To jest tajemnica… jeśli ci powiem, będę musiał cię zabić.
Drj: To jest dowcip kretynie.
Frakki: ROTFL
YogSothoth: Tristan, jesteś dupkiem!
Hollywood: Aktualnie mam jedną kopię.
TristanShuddery: Powiedz mi o niej.
Hollywood: Tak, jest oprawiona w ludzką skórę.
Frakki: Ha ha ha
Hollywood: Została napisana przez szalonego Araba, Abdula Alhazred
TristanShuddery: Jesteście satanistami??
YOU (TristanShuddery) have been kicked from #firefox (you have been banned)


Potem jeszcze możemy zobaczyć rysunek ośmiornicowatego potwora jako artystyczną wizję tego, czym jest Mozilla i dalszych kilkanaście wersów bredni. Podpis pod zdjęciem nieco nadpalonej starej księgi sugeruje, że „Harry Potter” J.K.Rowling był inspirowany przez tę tajemniczą biblię satanistów. Autor kończy słowami:

Od jutra każdy odwiedzający stronę shelleytherepublican.com, który używa Mozilli Firefox będzie przekierowany na stronę, którą specjalnie przygotujemy ze starannie wybranymi cytatami z Biblii. Shelley i ja wierzymy, że to jest najlepsza droga do przeciwdziałania pladze satanizmu.
Wasz w Chrystusie,
Tristan J. Shuddery

Oczywiście możemy odwiedzać do dziś tę stronę dowolną przeglądarką (w tym Firefoksem) i używając Linuksa i żadnego przekierowania się nie doczekamy. Widać nie umieli tego zrobić. Jeśli ktoś myśli, że to już koniec, to się myli. Jest jeszcze notka oznaczona jako UPDATE, a w niej informacja, że ta księga naprawdę istnieje i znaleziono ją gdzieś w bibliotece college’u w Arkham – o ile dobrze zrozumiałem, w okolicach Bostonu.

Czy można to jakoś skomentować? Mi nieodparcie nasuwają się jedyne właściwe słowa – Boże chroń Amerykę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Stary człowiek i może

Dawno temu w tygodniku „Forum” przy artykule o Hemingwayu umieszczono dowcip rysunkowy. Stary mężczyzna na plaży podąża śladem młodej, jak byśmy współcześnie powiedzieli, laski. Jako nastolatek bez doświadczeń, miałem wówczas jakieś 12 lat, nie bardzo potrafiłem sens dowcipu zrozumieć. Problem zawierający się w słowach „może” i „nie może” wówczas dla mnie nie istniał. Wyjaśnił mi to sensownie i na poziomie ojciec i chwała mu za to, albowiem zadaje to kłam twierdzeniom, że wszyscy rodzice z tamtej epoki byli socjalistycznie załgani i kłamliwi.
Sporo lat później sam byłem rodzicem i stanąłem przed problemami związanymi z uświadamianiem swej pociechy, która na dodatek była płci żeńskiej. Na szczęście była to epoka już współczesna, więc mogłem liczyć na ciekawe książki przeznaczone dla młodszych i starszych dzieci. Jeśli ktoś myśli, że tym sposobem wykpiłem się od niewygodnych pytań, to się myli, ale to już zupełnie inna bajka i kiedyś może o tym napiszę.
Całkiem niedawno usłyszałem dowcip tego samego gatunku, co ten tytułowy. Starszy pan mówi: „Straszono mnie, że jak będę stary, to nie będę mógł. Ale ja mogę, tylko mi się nie chce…”
Młodość przemija i jest to trywialny powszechnie znany fakt, którego żaden dwudziestolatek (ani nawet trzydziestolatek) nie przyjmuje do wiadomości. Przychodzi taki moment, gdy mężczyzna zaczyna widzieć to co już jest poza nim. Jak mówią Czesi: „To se ne wrati”. Czasem się łezka w oku zakręci. Świetną piosenkę na ten temat napisał i zaśpiewał Piotr Nalicz. Posłuchajcie.

Życie, na szczęście, nie kończy się wraz z młodością. Wiek dojrzały ma także swe walory. Czasem tylko przez myśl przechodzi znane porzekadło: „Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła.”

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)