Matka Polka

Mam taką swoją teorię, na temat życia intymnego rodaków. Teorię, która sięga głęboko w przeszłość. Powstała kiedyś podczas maratonu znanego jako „nocne Polaków rozmowy” i w tym sensie jest teorią nie tylko moją, ale i przyjaciela, z którym te rozmowy toczyłem.
Powszechnie wiadomo, że pojęcie „Matki Polki” wywodzi się z okresu powstań narodowych, z początków XIX wieku i ma niewątpliwie pozytywne konotacje. Jednak we współczesnym języku potocznym to już nie jest tak oczywiste. Pod określeniem „Matki Polki” kryje się bowiem przeciętna współczesna kobieta, która ze swego poświęcenia, dla rodziny, dla dzieci czyni pewną cierpiętniczą ideologię.
Sięgnijmy zatem do korzeni. Po fatalnym dla Polski wieku siedemnastym, kolejne stulecie przyniosło osłabienie państwa, rozpad instytucji państwowych i edukacji. W pewnym momencie nasi przodkowie zaczęli naprawiać swe błędy (i błędy poprzednich pokoleń), ale już było za późno. Polska straciła niepodległość. Z tym jednak Polacy nie potrafili i nie chcieli się pogodzić. Stąd kolejne powstania, zaczynając od Kościuszkowskiego, a na Styczniowym kończąc. Kolejne powstania wyniszczały naród biologicznie, najbardziej zaś ostatnie – Styczniowe. Udział w kolejnych powstaniach brali przede wszystkim mężczyźni silni, konsekwentni i odważni. Wydaje się, że najlepsi z punktu widzenia genetyki*. W domu zostawali najsłabsi fizycznie, z chwiejnym i niezdecydowanym charakterem, kunktatorzy.
Po każdym kolejnym powstaniu zostawały samotne kobiety obarczone dziećmi i odtąd musiały wypełniać wszystkie role w rodzinie. Zająć się wychowaniem dzieci, ale także utrzymaniem w sensie materialnym. Istotny wpływ na kształtowanie kolejnych mężczyzn miało wychowanie bez ojcowskich wzorów. Kobiety wychowywały synów tak, aby ich uchronić od losu ojców, a więc mimowolnie odbierając im jakąś cześć męskości.
Te, które były młode i wybierały partnerów życiowych, miały coraz mniejszy wybór.
Doskonale widać to w literaturze pozytywistycznej, która chętnie malowała takie scenki obyczajowe. W noweli ABC Orzeszkowej mamy rodzeństwo Lipskich, dzieci dawnego nauczyciela, który być może stracił posadę po powstaniu. Syn Mieczysław jest chwiejny i przerażony rzeczywistością, a osobą wykazująca hart ducha i odwagę jest jego siostra Joanna. W wielu też utworach są przedstawione kobiety, które same zajmują się dziećmi, zresztą prawdziwe losy takich postaci jak Konopnicka, czy Orzeszkowa bardzo przypominają te literackie przykłady.
Ten fatalny dla polskiej nacji stan rzeczy nie skończył się na okresie zaborów. Naród utracił wielu najlepszych swych obywateli kolejno jeszcze podczas pierwszej i drugiej wojny. Za każdym razem pogłębiało to sytuację, gdy kobiety musiały troszczyć się zamiast mężczyzn o utrzymanie rodziny i wychowanie dzieci. Mężczyzna, jeśli był, to był często bezużyteczny. Doskonałym przykładem może być Dulski ze znanej komedii Gabrieli Zapolskiej. Z nowszych przykładów pasuje tu świetnie postać grana przez Zbigniewa Cybulskiego w filmie Giuseppe w Warszawie.
W ten sposób w obyczajowości polskiej utrwaliło się traktowanie mężczyzny jako trutnia, którego jedynym zadaniem, jakie potrafi wypełnić, jest spłodzenie dzieci, a później już staje się jedynie balastem dla umęczonej codziennymi staraniami o przetrwanie żony.
Konsekwencje są bardzo głębokie. W oczach mężczyzny kobieta po kilku latach małżeństwa zaczynała przypominać jego własną matkę i tak też się zachowywała. Można więc mówić o szacunku, ale trudno już o miłości, a seks staje się wręcz brzydkim słowem.

Niestety taki wizerunek jak powyżej wciąż był aktualny, nawet jeszcze w latach siedemdziesiątych, a na wsi jeszcze dłużej. Niewątpliwą przyczyną tego stanu rzeczy jest – z jednej strony – socjalistyczna bieda i szarość dnia codziennego, a z drugiej wspólne państwowo-kościelne potępienie seksu. Wystarczy przypomnieć, że liczba książek na temat edukacji seksualnej była żałosna. Znany podręcznik Wisłockiej pojawił się dopiero pod koniec epoki gierkowskiej. Dla odróżnienia w zachodnioeuropejskim lub amerykańskim wizerunku żony pracującej w domu (housewife) kładzie się akcent na szczęście i zadowolenie, a nie poświęcenie i cierpienie. W reklamach, artykułach prasowych, w telewizji, żona jest ładna i zadbana, nawet kuchenny fartuszek jest seksowny i modny. Ale też zachodnia żona była żoną „domową”, o utrzymanie rodziny troszczył się mężczyzna, a dążenia kobiet do pracy zawodowej były raczej wynikiem aspiracji, a nie konieczności ekonomicznej. U nas mężczyzna nie dość, że obarczony tradycją trutnia, to jeszcze w realnym socjalizmie nie był w stanie zarobić na utrzymanie rodziny. Żona zatem pracowała na dwa etaty.

Wśród kobiet zaś tradycyjnie, przekazywane z pokolenia na pokolenie, pokutuje przeświadczenie o konieczności poświęcenia się, co dla większości oznacza rezygnacje z własnych pragnień i szczęścia. W tych warunkach „Matka Polka” jest nie tylko brzydka lub przynajmniej skandalicznie zaniedbana, jest zgorzkniała i nieprzyjemna, bo w głębi duszy ma wciąż wrażenie, że tak być nie musi. Jednak przez blisko dwieście lat polskie kobiety jako partnerów dostawały coraz to gorszy „materiał genetyczny”, „prawdziwi” mężczyźni zwykle ginęli w powstaniach i na wojnach. To spowodowało również tradycyjne, przekazywane z pokolenia na pokolenie, wzorce zachowań w małżeństwie i poza nim. Dla kobiet wejście w małżeństwo było końcem radośnie pojmowanej kobiecości i było początkiem cierpienia i wyrzeczeń. Dla mężczyzny zaczątkiem swoistego rozdwojenia jaźni (żona żadną miarą nie pasuje do wizerunku kobiety, z którą może się spełnić seksualnie). Tak więc w przeciętnym małżeństwie okres godowy, czas miłości mężczyzny i kobiety z reguły kończył się wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka.
W ferworze walki płci kobiety nie zauważyły, że coś się zmieniło. Po pierwsze, gdy pojawiły się kolejne powojenne pokolenia, po drugie – gdy przestał istnieć realny socjalizm. Współczesny mężczyzna nie jest już Dulskim, który wokół stołu „robi” trasę do Kopca Kościuszki i z powrotem. Jest zaradny i energiczny, potrafi pogodzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi, umie być jednocześnie ojcem i mężem. Od żony nie oczekuje poświęcenia, ale wspólnego dążenia do tego, żeby w małżeństwie być szczęśliwym.
Zatem i kobieta współczesna powinna bardziej zadbać o siebie i swe szczęście i zrozumieć, że dzieci nie oznaczają ani końca kobiecości, ani możliwości osiągnięcia zadowolenia z małżeństwa. Wydaje się, że obecne pokolenie młodych kobiet jest w stanie odciąć się od cierpiętniczej tradycji swych szacownych przodkiń. I oby się tak stało, by już na zawsze przestała być aktualna słynna Litania do matrony krakowskiej Boya Żeleńskiego oraz jej zakończenie:
I tylko w tęsknocie żyjem,
Czy nie wstanie jaki Wandal,
Co przepędzi babę kijem
I zakończy raz ten skandal!…
**
Czego sobie i wam życzę. 🙂


* Takie stwierdzenie nie czyni mnie jeszcze absolutnym zwolennikiem darwinizmu. Jednak symptomatyczne jest, że w normalnych warunkach to samiec najsilniejszy, najbystrzejszy, atrakcyjny, zdobyłby samicę. W naszych głównie wojennych warunkach, ten atrakcyjny ginął często bezpotomnie. A jeśli nawet nie, to często rola jego kończyła się na spłodzeniu potomka, zaś nie zdążył być mężem i ojcem.
** Jako tradycyjna szowinistyczna męska świnia, nie mogłem sobie odmówić radości wklejenia tu choćby krótkiego cytatu z Żeleńskiego. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Virtual Star

Gdzieś jesienią 2008 roku Paulina* podesłała mi link do zabawnej piosenki na Youtube. Utwór usłyszała na jakichś z nieco luźniejszych zajęć na uniwerku. Ale jak to czasami bywa, posłuchałem i zapomniałem. Podczas wizyty w domu Paulina zaprezentowała mi jeszcze kilka nagrań z sieci. Piosenkę przypomniał mi znajomy za jakiś czas, ale była w innym, dużo gorszym wykonaniu. Zacząłem szukać oryginału. Okazało się, że można znaleźć znacznie więcej utworów. Artysta nazywał się Piotr Nalicz (Peter Nalitch) i wraz z innymi muzykami stworzył zespół pod nazwą Muzyczny Kolektyw Piotra Nalicza.

Piosenka Gitar okazała się swoistym fenomenem internetowym. Teledysk z Youtube zyskał niesamowitą wręcz popularność. Można by rzec – Peter Nalitch wirtualna gwiazda jednego utworu. W twórczości artysty pastisz i ironia mają specjalną wartość. Zobaczyłem kilka innych ciekawych klipów, które Nalitch umieścił w internecie. Zacząłem śledzić karierę artysty.

Jak by ktoś w Polsce przerobił w podobny sposób Pierwszą Brygadę, to odsądzono by go od czci i wiary. Pieśń sparodiowana przez Nalitcha to znany utwór z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej. Pamiętam go jako tło muzyczne patriotycznych filmów radzieckich.

Kapitalną niespodzianką jest piosenka Babaliuba.
Rysunkowy teledysk stylizowany jest na starą rosyjską skazkę. Decyduje o tym nie tylko strona plastyczna ale i tekst piosenki. Baba Liuba to kobieta imieniem Liuba. Ponieważ baba oznacza kobietę a Liuba to imię pochodne od słowa Liubow, czyli milość, więc znaczenie tytułu jest symboliczne. A pomimo nowoczesnej aranżacji duch rosyjskiej pieśni rzewnej i płaczącej unosi się nad tą piosenką.
Gdy zacząłem eksplorować stronę Petera Nalitcha, okazało się, że zespół przygotował już materiał na płytę zatytułowaną Radość prostych melodii i piosenki są do pobrania w formacie mp3. Jakiś czas potem odkryłem, że koncert zespołu w moskiewskim klubie B1 jest dostępny do ściągnięcia w całości w wysokiej rozdzielczości i z doskonałą jakością dźwięku.
Ponad godzina koncertu w jakości DVD to gratka. Mogłem jeszcze raz posłuchać znanych mi utworów w koncertowych wersjach.

Pół żartem, pół serio, ze świadomością patosu, ale i ze świadomością śmieszności rozpoczął Nalitch karierę w realnym świecie. Tak trochę król, a trochę błazen.
Что же это такое,
Где же правда люди
Я один в поле воин
Справедлив и спокоен.

Wciąż jeszcze poza głównym nurtem, z jakimiś tylko migawkami w mniej popularnych kanałach telewizyjnych, ale na koncertach były setki a potem tysiące osób, a pierwsza płyta wydana nieco amatorsko i po minimalnym koszcie rozeszła się jak przysłowiowe świeże bułeczki. Peter Nalitch był skazany na sukces. Jego muzyka podobała się i starszym i młodszym. Teksty piosenek często odnosiły się do bieżących wydarzeń i problemów, były niepokorne i buntownicze. To nie ułatwiało kariery. Jednak sukces był tuż tuż. Kilka dni temu w rosyjskich eliminacjach konkursu Eurowizji wygrał Peter Nalitch i to on będzie reprezentował Rosję. I jeśli ktokolwiek zasługuje na zwycięstwo w tym cholernym teleturnieju to jest to właśnie Nalitch.


* Dla ciekawych. Paulina jest moją córką. Na przełomie 2008/09 miała tzw. „year abroad” na studiach w londyńskim UCL, i w ten sposób przez pół roku studiowała w Petrozawodsku, a pół w Moskwie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Sorry Winnetou

 

Dowcip z czasów mojej młodości, jeden z niewielu dziś dość popularnych. Na lekcji nauczycielka pyta uczniów: „Powiedzcie, kto był największym wodzem na świecie?” Z pewnym wahaniem podnosi rękę Jaś i zachęcony przez nauczycielkę mówi: „Największym wodzem był przywódca Rewolucji Październikowej, Włodzimierz Ilicz Lenin”. Świetnie – woła pani – masz Jasiu piątkę. Jaś siada i ściskając w dłoni pomiętoszoną fotografię, na której jest ucharakteryzowany Pierre Brice, szepcze: „Sorry Winnetou, ale biznes is biznes”.

Winnetou to niekwestionowany idol wielu pokoleń chłopców. Jeszcze w latach siedemdziesiątych, choć był Janek z Czterech Pancernych i kapitan Kloss ze Stawki większej niż życie, Winnetou nie miał godnych siebie rywali. Był szlachetny i uczciwy, walczył do końca, a w książkach i filmach o Winnetou nie było indoktrynacji politycznej. Jednak w dowcipie przegrał z Leninem dla osiągnięcia doraźnego celu, którym była piątka w dzienniku. Lenin nie był idolem. O Leninie opowiadaliśmy sobie dowcipy w innym stylu.
Jury konkursu malarskiego pod hasłem „Lenin w Polsce”. Przewodniczący pyta artystę o wyjaśnienie idei obrazu na którym są tylko wystające z pościeli nogi męskie i damskie. Artysta odpowiada, ze to są nogi Nadieżdy Krupskiej i Feliksa Dzierżyńskiego.
– A gdzie Lenin?
– No Lenin w Polsce!

Ale za ideą Lenina stał cały aparat państwa, zaś za Winnetou tylko tęsknota za bohaterstwem i szlachetnością. Mały Jaś z tym samym poczuciem wstydu, za kilka lat zapisze się do ZMS, a potem do PZPR, bo przecież żona, mieszkanie, meble, firanki, dzieci. Niektórzy żyli z tym poczuciem wstydu do końca. Nigdy nie zapomnę żadnego z kompromisów, do których musiałem dostosować własne sumienie. Nie było ich wiele, ale umrę, mając je w świadomości. Niektórzy jednak woleli zmienić wodza. Dorabiali sobie ideologię do swojej słabości, że przecież socjalizm to jest wspaniała idea. Te problemy są tylko przejściowe, partia się oczyści, jesteśmy dziesiątą potęga świata, jest lepiej niż przed wojną i zlikwidowaliśmy analfabetyzm. Kiedy już uwierzyli we wszystkie te brednie, byli gotowi na więcej. Donoszenie na znajomych, robienie kariery cudzym kosztem. Jak w dowcipie: „Sumienie mam czyste, nigdy go nie używałem”.
Komunistyczna ideologia w końcu się skompromitowała. Wyszło na jaw, że nie jesteśmy żadną potęgą w niczym, że socjalizm to naprawdę był kapitalizmem państwowym, a analfabetów dziś mamy więcej niż można się spodziewać. Partia – używając kolokwializmów – zdechła, a jej cuchnące truchło zamieciono w kąt i dlatego czasem jeszcze śmierdzi.
Czasem jednak przecieram oczy ze zdumienia. Okazuje się, że pojawiła się nowa ideologia, która indoktrynuje nie gorzej niż kiedyś komuniści. Partia chciała, żebyśmy żyli dla niej. Pracowali jak najwięcej, a wolny czas poświęcali na kształcenie ideowe oraz dodatkową pracę (tzw. czyny społeczne). Nie udało się. Za to dziś tak, pieniądz zmusza ludzi do pracy, takiej, że niektórzy już niedługo zapomną, co to jest czas wolny. Przypomina to opowiadanie Jacka Londona, w którym pewien biały trafia do plemienia Indian na dalekiej północy. Po kilku latach okazuje się, że wśród Indian pojawiła się nowa religia, a jej bóg nosi imię „Byzznyzz”.
Jako relikt przeszłości nie muszę dziś zawierać kompromisów. Pomimo relatywnej biedy mogę sobie pozwolić na odrzucenie tych, które za bardzo ingerowałyby w spójność moich przekonań. Imperatywem współczesnych pokoleń jest powiększanie obszaru posiadania. Powstaje w ten sposób styl życia coraz bardziej przypominający bohaterów wiersza Mieszkańcy Juliana Tuwima. Ludzie pracują, dorabiają się, bo żona, meble, firanki i dzieci…
l znowu mówią: że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Najgorsze jest w tym, że gubią rzeczy ważne, że zaczynają sobie dorabiać ideologię, („nie dlatego to robię, bo muszę, ale dlatego że to jest najlepsze i najwłaściwsze i tak jest dobrze”), oszukują samych siebie.
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.
Czy mały Jaś dzisiaj ma jeszcze jakieś ideały? Czy tylko chce mieć wszystkiego jak najwięcej? Może się już urodził jako wyznawca bożka „Byzznyzz”? Może warto się nad tym zastanowić, póki nie jest za późno? A może jest?
Ja jednak – Ostatni Mohikanin – pójdę za tobą Winnetou. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Mam dylemat

Gwiazdy tańczą na lodzie czy Taniec z gwiazdami? Co jest gorsze i głupsze? Pomijam już ten drobny fakt, że o „gwiazdach” mało kto słyszał. Pomijam w tym wypadku też fakt, ze jakieś tabuny idiotów wysyłają te płatne smsy do programów i badania popularności świadczą dobitnie, że ogląda to więcej ludzi niż tylko rodziny zainteresowanych. Chodzi o to, ze te programy stanowią obrazę inteligencji przeciętnie rozwiniętego sześciolatka.
W czasach PRL kultura była pod nieustanną kuratelą państwową. Ponieważ brakło wszystkiego, w końcu była to gospodarka niedoboru, to i kultura cierpiała braki. Na dodatek wciąż był dylemat – co wolno, a czego nie. Jak zareaguje cenzura? Najłatwiej było tam, gdzie koszty były stosunkowo niewielkie. Spora swoboda działania obejmowała rozmaite lokalne domy kultury. Rzecz jasne rozwój zależał od lokalnego środowiska. Jednak to właśnie w ten sposób powstawały nieraz wybitne inicjatywy artystyczne. Nie będę wymieniał, ale wiele sław zaistniało dzięki domom kultury w jakichś pipidówkach. Trochę gorzej było tam, gdzie potrzebny był papier lub taśma filmowa. Jednak były wydawane takie czasopisma jak Poezja, Literatura, Literatura na świecie. Staraniem lokalnych wydawnictw publikowane były wiersze mało znanych poetów, które rzecz jasna trafiały po części do bibliotek, kupowane były przez krewnych i znajomych. A większość po paru latach trafiała na przemiał. Trudno się było przebić młodym adeptom sztuki filmowej, bo tam w grę wchodziły już spore pieniądze. Jednak czasami też się udawało. Polska szkoła filmowa powstała przecież nie po roku 1989.
Cenzura. Owszem, była. W sporej części aktywność twórców zmierzała ku temu, jak cenzurę oszukać. Wiadomo też było, że władze starały się wykreować twórców popularnych. Nie zawsze się udawało, przykładem może być choćby Putrament. Ci, którzy zdobywali popularność, musieli jednak zostać zaakceptowani przez odbiorców. A najważniejsze, że wyznacznikiem nie były ewentualne zyski. Nie staram się w żaden sposób usprawiedliwiać, ani też gloryfikować tamtych czasów. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich brudnych kompromisów, jakie środowisko artystyczne zawierało z władzą, żeby istnieć. Być może Tyszkiewicz to paskudna kolaborantka, Gajos grał w demoralizującym politycznym serialu, a Łapicki płaszczył się przed partią. A co mamy dziś – mroczki przed oczami, znaczy Mroczków, takich braci bliźniaków. Do bliźniaków od jakiegoś czasu podchodzę z wielką rezerwą, nie tylko Mroczków.
Wraz z upływem lat mam coraz częściej wrażenie, że wylaliśmy dziecko razem z kąpielą. Czy są dziś jeszcze nierentowne czasopisma? Takie jak Poezja? Żaden sponsor dziś nie da pieniędzy na spektakl teatralny, ale na kolejny debilny show to chętnie. Publiczna telewizja robi wszystko by dorównać komercyjnej w miałkości intelektualnej, a raczej głupocie kolejnych przedsięwzięć. Wiersze to młodzi poeci mogą sobie w internecie publikować. Najlepiej jednak by robili to na stronach przeplatanych nagimi panienkami, może ktoś wtedy przeczyta przez pomyłkę.
Jak słyszę pojęcie kultura masowa, to mam raczej skojarzenie z masowym samobójstwem – intelektualnym. Biorąc pod uwagę świat kreowany przez media, który rozprzestrzenia się także na życie prowincjonalne, dzięki dostępności tych mediów, to niedługo znajdziemy się w świecie podobnym do tego z powieści Fahrenheit 541. Być może nie będzie się palić książek, ale samodzielne myślenie będzie źle widziane.
Wiele lat temu, w czasopiśmie Forum (zawierającym przedruki z prasy zachodniej) był dowcip rysunkowy. Chłopiec stojący przy fotelu pyta siedzącego tatusia:” Tato, czy jeśli w lesie zwaliło się drzewo, a nie było przy tym telewizji, to czy ono naprawdę się zwaliło?”. W latach siedemdziesiątych, w tamtych realiach po prostu nie rozumiałem sensu tego dowcipu. Zrozumiałem go dzisiaj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Dlaczego Linux

Linux określany jest jako free software, po polsku może to oznaczać zarówno wolne, jak i darmowe. Przeważnie Linux jest darmowy, zatem płacimy jedynie za nośniki danych lub połączenie internetowe. Jednak to nie „darmowość” jest najważniejsza, ale wolność wyboru, która pozwala nam na dowolne modyfikacje i używanie oprogramowania. Mało kto zdaje sobie sprawę, że powszechnie używany system Windows, obwarowany jest licznymi ograniczeniami licencyjnymi. Nawet zmieniając sobie domyślny wygląd za pomocą zewnętrznych aplikacji, najprawdopodobniej łamiecie zasady umowy licencyjnej. Pewien mój znajomy otworzył plik wykonywalny z Windows tzw. hexeditorze, poprawił mało znaczący, ale denerwujący go błąd językowy. Nikt go oczywiście nie ścigał, ale złamał warunki licencji. Przeważnie nikogo te ograniczenia nie interesują. Chyba, że wada systemu lub oprogramowania zacznie komuś mocno doskwierać, wówczas ma do wyboru – albo filozoficznie się z tym pogodzi, albo zainteresuje się systemami otwartymi.
Pierwszy kontakt z komputerem miałem w roku 1989. Niektórzy z moich bogatszych znajomych sprawili sobie mikrokomputery ZX Spectrum lub Atari.Nie miały one jeszcze możliwości na miarę Hala z Odysei kosmicznej 2001, ale i tak fascynowały. Szybko stałem się gorącym orędownikiem zakupu komputera do szkoły. Dzięki poparciu niektórych nauczycieli i sporej grupy rodziców, dwa mikrokomputery Atari zostały zakupione z tzw. środków społecznych. To była wówczas norma. Po upadku realnego socjalizmu szkoły były niedoinwestowane i przestarzałe. A władze miały znacznie poważniejsze problemy niż mrzonki o nowych technikach nauczania. Szkoły kupowały telewizory, magnetowidy zwykle za pieniądze pochodzące ze zbiórek lub od sponsorów. Nasz szkoła miała dwa Atari.
Przez jakiś czas nawet prowadziłem kółko zainteresowań, na którym uczniowie uczyli się wykorzystywać niewielkie jeszcze możliwości tych komputerków. Napisałem nawet w basicu program, który był takim „komputerowym dyktandem”. Do dziś pamiętam te emocje, kiedy prawie piętnaście minut czekałem, czy program zapisany na taśmie magnetofonowej wgra się poprawnie. Później w dziedzinie komputerów w szkole zastąpił mnie kolega, który jako fizyk mógł ukończyć informatyczne studia podyplomowe, ponieważ wówczas nauczanie informatyki łączono tylko z naukami ścisłymi.
W 1993 roku zetknąłem się z PC, który został zakupiony do szkoły. Ale dopiero w 1996 zacząłem używać komputera na co dzień. W innym tekście pisałem już o tym, jak powszechne i oczywiste niegdyś było kopiowanie programów. Początkowo nawet nie zastanawiałem się, skąd wziął się Windows 3.11 na moim komputerze. Szybko jednak stałem się właścicielem nieco lepszego komputera i zacząłem używać Windows 95. Początki zmagań z tym systemem bywały zabawne. Najbardziej utkwił mi w pamięci problem z dołączonym do Internet Explorera 4 programem pocztowym Outlook Express. Za każdym razem, gdy otworzyło się otrzymany mail w nowym oknie na pełnym ekranie, komputer zawieszał się. Trzeba było go resetować, przerywać połączenie modemowe i łączyć się ponownie. A jak wiadomo w połączeniach modemowych płaciło się za czas połączenia. To było frustrujące. Ale też za sprawą wieszającego się komputera zacząłem szukać i szybko okazało się, że jest sporo alternatywnych programów. Mało tego, dowiedziałem się, że istnieje alternatywny system operacyjny wymyślony przez fińskiego studenta Linusa Torvaldsa.
Pierwsza moja próba to zainstalowanie systemu niemieckiej firmy SuSE GmbH. Była to wersja 5.3 i zachwycony byłem działaniem modemu na mojej kiepskiej linii telefonicznej, transmisja była dużo szybsza niż w systemie Windows. Niestety rozdzielczość ekranu nie dała się ustawić większa niż 640×480 przy 4 kolorach, nie działał dźwięk i nie umiałem sobie zapewnić kopiowania danych z Linuksa do Windows. Kolejną nieudaną wciąż próbą był Red Hat 6.0. Sporym minusem wciąż były problemy z grafiką. W Red Hacie działał dźwięk, ale za to były problemy z modemem. Pod koniec roku 1998 lub na wiosnę 1999 trafiłem na Mandrake 6.1. Tym razem udało się uruchomić podsystem graficzny w rozdzielczości 800×600 i w normalnej wówczas palecie 256 kolorów. Co ciekawe, system oferował już polski interfejs. Jednak nie mogłem drukować, z dźwiękiem miałem problemy, więc to również był falstart.
Chyba jednak Windows dawał mi się mocno we znaki, bo koniec XX wieku przywitałem mając już dwa systemy na dysku (i nowszy komputer). Był oczywiście Windows, ale też Mandrake 7.0, który używany był przede wszystkim do połączeń internetowych. Nadal jeszcze nie wszystko było idealnie. Działał bez problemu dźwięk, po zmianie karty graficznej na ATI mogłem już uzyskać nawet rozdzielczość 1024×768, a drukarka Canon drukowała ładniej niż w Windows. Nie działał jednak skaner i niedawno kupiona karta telewizyjna, która co prawda dawała obraz, ale nie było dźwięku.
W tym okresie przeżyłem kilka załamań Windows, które nie były spowodowane wirusami. Od 1997 roku używałem bowiem legalnego i dobrego Norton Antivirus. Motywowało mnie to wciąż do dalszych prób. Pierwszym w pełni zadowalającym systemem był Mandrake 8.2, który zainstalowałem na świeżo kupionym laptopie w 2002 roku, a niedługo później miałem Mandrake 9.0 i ostatecznie pożegnałem się z Windows. Z jednej strony dlatego, ze uważałem iż system ten jest zły, że niewart jest swojej ceny, a nie chciałem używać go dalej nielegalnie. Nie przekonywały mnie poglądy wygłaszane przez niektórych znajomych: „Windows jest kiepski, Microsoft każe sobie płacić za niego więcej niż w USA, więc nie ma nic złego w tym, że go ukradnę.” Miałem też świadomość, że nie stać mnie na programy, których bym chciał używać.
W tych okolicznościach Linux był oczywistym wyborem.
Od 2002 roku używam Mandrake na swoim komputerze (obecnie system nazywa się Mandriva). Zdecydowanie najlepiej spełnia moje wymagania, choć kilka lat temu używałem również Windows 2000 na swoim laptopie Compaq, a obecnie mam jako drugi system Windows XP na Asusie 901. Zatem używanie Linuksa ma w moim wypadku wymiar raczej praktyczny, nie ideologiczny. Pracuję również na serwerach, na których Linux jest oczywistością. W 2002 roku zaczynałem od Freesco, a obecnie korzystam z kilku różnych dystrybucji serwerowych.
Tak, zdaję sobie sprawę, że ten tekst może być nudny dla osób dość luźno związanych z techniką komputerową, dlatego też opatrzyłem go tagiem nuda.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Marzenie dyktatora

Temat DRM wraca jak bumerang. Zamierzałem nie zajmować się tym więcej, jednak informacje dzisiejszego poranka sprawiły, że zmieniłem zdanie. Wirtualna Polska opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem DRM Ubisoftu już złamany. Nie wytrzymał nawet 24 godzin.
Sensacji nie ma, po raz kolejny potwierdza się zasada, że coś – co zostało zabezpieczone, można odbezpieczyć w legalny, czy też nie, sposób. Charakterystyczny za to jest tok myślenia twórców gry z firmy Ubisoft. W artykule możemy przeczytać: Założeniem nowej metody było wyeliminowanie możliwości crackowania gry standardową metodą podmiany plików poprzez wprowadzenie mechanizmu stałej komunikacji oprogramowania bazowego z serwerami Ubisoftu. Dalej dowiadujemy się, że nie musi to być szybkie połączenie wystarczy nie więcej niż 50 kilobitów na sekundę.
Wydawałoby się, ze nie ma problemu. Jednak tylko pozornie. Oznacza to, że choć mamy legalną grę, to producent zabroni nam korzystania z legalnie kupionego produktu, jeśli akurat nastąpi awaria dnsów, awaria routingu do serwerów firmy, awaria samych serwerów firmy lub awaria naszego dostępu do internetu. Nie pogramy też na wakacjach w wiejskiej głuszy, bo dostępne tam połączenie gprs okaże się za wolne, nie pogramy też za granicą, bo połączenie okaże się za drogie. Inaczej mówiąc – zasada sprzedaży zmieniła się, nie kupujemy już gry, w którą potem będziemy mogli grać do woli. Kupujemy sobie prawo do grania na warunkach określonych przez producenta. To on zadecyduje kiedy i jak możemy sobie pograć. Idąc w tym kierunku dotrzemy do sytuacji, w której producent dowolnego oprogramowania będzie wiedział ilu użytkowników, kiedy i jak często używa jego programów. Teraz tylko jeszcze należałoby prawnie usankcjonować rootkity (kłania się casus firmy Sony) i mamy kontrolę całkowitą.
Masz w domu cyfrową kablówkę? Najprawdopodobniej twój operator dysponuje już możliwością sprawdzenia ilu użytkowników korzysta z określonych kanałów. Fantazja Orwella stała się możliwa. W powieści Rok 1984 wszechobecne teleekrany, które pełnią jednocześnie funkcję kamer szpiegowskich, wymuszają bezwzględne posłuszeństwo. Jeśli okaże, ze twój ulubiony kanał telewizyjny na którym oglądałeś sobie tajemnice życia seksualnego rozwielitek, zniknął, a w zamian pojawił się kanał prezentujący live show o randkach chłopaka wnuczki z jej babcią na bezludnej wyspie w towarzystwie dziesięciu wyzwolonych lesbijek, to zapewne operator telewizyjny podjął taką decyzję na podstawie bezwzględnych danych statystycznych, których dostarczyło oprogramowanie telewizji cyfrowej.
Z opowieści rodziców wiem jak inwigilowano obywateli w czasach stalinowskich. Prowokatorzy usiłujący wydobyć z ludzi ich prawdziwe poglądy, kapusie czający się wieczorami pod drzwiami czy oknami, aby dowiedzieć się, kto słucha Wolnej Europy. Rozbudowany aparat donosicielstwa i kontroli chciał sprawić wrażenie, że wie o wszystkim.
Pomyślmy jakie to byłoby proste, gdyby Stalinowi dać wszystkie możliwości techniczne, które dziś „dla naszego dobra” usiłują wykorzystywać firmy promujące DRM oraz inne – rzekomo antypirackie – zabezpieczenia.

To tylko żart.

To tylko żart.

Jeśli rozwój technologii cyfrowych zostanie opanowany przez DRM i patenty na oprogramowanie, a co za tym idzie, będzie możliwe i dozwolone permanentne kontrolowanie użytkownika, możemy się doczekać, że wyskakujące okienko o treści podobnej do powyższej, nie będzie wcale żartem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Mobilny Moblin

Gdy pojawiły się pierwsze minikomputery, nazwane później netbookami, nie mogłem się doczekać, aby dużego laptopa zastąpić takim maleństwem. Najpierw stałem się właścicielem Asusa 701, a potem 901. O ile na tym pierwszym natywnie był zainstalowany Xandros Linux, o tyle na drugim był Windows i Linuksa sam musiałem wybrać. Przez długi czas był to Arch, który dość dobrze był przygotowany do pracy na tym sprzęcie. Jednak wymagał wcześniejszego mozolnego grzebania się w plikach konfiguracyjnych. Na dodatek każda aktualizacja wiązała się z ryzykiem, że coś przestanie działać. Mimo to trzeba było aktualizować, bo w przeciwnym razie nie byłoby możliwe doinstalowanie ewentualnych potrzebnych aplikacji. Po kolejnej wpadce Archa postanowiłem dać szansę dystrybucji tworzonej pod opieką Intela.
Zainstalowałem system Moblin. Zależało mi na czymś, co będzie faktycznie proste i czytelne, a przy tym dużo łatwiejsze w konfiguracji. System jest szybki, maksymalnie uproszczony – w tym pozbawiony typowego pulpitu, zastąpionego panelem z zestawem zakładek.

Kliknięcie na zrzucie ekranu powiększy go do naturalnych rozmiarów. Ekran główny zaczyna się od myzone, czyli „Mojej strefy” i podzielony jest na trzy części. Z lewej wpisy zadań i kalendarza, na środku ostatnio otwierane strony i pliki, a z prawej aktualności z Twittera i LastFM. Kolejne zakładki pozwalają na proste wykonanie podstawowych zadań, a cztery ostatnie mają charakter konfiguracyjny – połączenie sieciowe, bluetooth, bateria i głośność. Dodatkowa zakładka zones – „Strefy”, przełącza pomiędzy uruchomionymi aplikacjami, jeśli jest ich więcej.

Połączenie GPRS zapewnia mobilność

System nie jest idealny, wymagał dodania repozytorium Fedory i zainstalowania programów i kodeków multimedialnych, a także samodzielnego napisania małej aplikacji do połączenia się z internetem przez telefon komórkowy, która jest na zrzucie powyżej. Wbudowany konfigurator rozpoznaje bowiem tylko niektóre modemy 3G. Najważniejsze jednak, że dzięki połączeniom ethernetowym, wifi lub gprs mam komputer, który w razie potrzeby zapewni mi połączenie w każdych warunkach.
Całość sprawia wrażenie przyjemne, system jest dopracowany i w związku z połączeniem firmowanego przez Nokię Maemo z intelowskim Moblinem, być może za jakiś czas będziemy mieli do czynienia z doskonałą alternatywą na netbooki dla ChromeOS z Google. Moblin nie sprawi nikomu problemów w użytkowaniu, logika zakładek podobna jest do budowy papierowego terminarza, a podobny układ od dawna stosują niektórzy producenci sprzętu wideo, więc nawet osoby starsze nieobeznane z komputerami, dadzą sobie radę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Imperium zła?

Młodociani miłośnicy Linuksa, niedawno nawróceni neofici i gorliwi wyznawcy boga Free Software najczęściej piszą skrót nazwy Microsoft jako M$, używają zniekształceń w rodzaju Windose lub Winzgroza zamiast nazwy znanego systemu operacyjnego. Na komputery nalepiają sobie logo pingwina, choć bardziej by pasowała fotka Richarda Stallmana. Nie przeszkadza im to mieć na swoich komputerach WUPW (czyli wstydliwie ukrytą partycję Windows), bo przecież pograć czasem trzeba, a w Linuksie wiadomo – poza Tuxracerem to nędza.
Firma z Redmond stała się więc ogólnoświatową ikoną zła. Microsoft jest niemoralny, oszukańczy i podstępny. Nie zmieniają tego nawet miliardy wydawane przez Billa Gatesa na cele charytatywne. Najciekawsze jest to, że często dla kontrastu podaje się firmę Google, jako tę, która jest otwarta i prospołeczna, i podejmuje pozytywne działania na rzecz społeczności użytkowników.
Ostatnio o Google było głośno. Najpierw pojawiła się informacja, że Google przestaje cenzurować internet w Chinach. Miał to być wyraz sprzeciwu giganta internetowego wobec chińskiego rządu. Pojawiły się nawet zrzuty ekranów, które miały uwiarygodnić ten brak cenzury. Przyznam, że dałem się na to nabrać. Potem władze firmy ogłosiły, ze zamierzają wycofać się z Chin w związku z bezprecedensowym atakiem hakerów, którzy – jak podejrzewa Google – chcieli wykraść dane chińskich dysydentów.
Zatem jak to w końcu wygląda naprawdę?
Wiadomo, że do masakry na placu Tiananmen doszło w tym samym czasie, gdy w Polsce zwyciężała wolność. Zatem wpisałem do wyszukiwarki hasło po angielsku i oto wyniki.

Wynik wyszukiwania w google.pl

Wynik wyszukiwania w google.pl

Nietrudno zauważyć, że pierwsze wyniki dotyczą wydarzeń sprzed ponad 20 lat. Zatem spróbowałem wpisać to hasło w chińskiej wersji tej przeglądarki.

Wynik wyszukiwania w google.cn

Wynik wyszukiwania w google.cn

Nie ma tu nic o masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju. Same radosne linki turystyczne. Jeśli ktoś myślał, że Google nie cenzuruje wyników wyszukiwania w Chinach to był naiwny. Jeśli jakiś dysydent powierzał swoje dane Google, to był idiotą. Przypuszczam, że dla firmy z Mountain View jest to czysto biznesowa rozgrywka. Być może ma to zapewnić alibi na wypadek wycofania się z Chin, w których Google nie stało się potentatem. Przy okazji firma poprawi swój wizerunek wśród nieco naiwnych obrońców praw człowieka.
Jeśli Google inwestuje w rozwój oprogramowania Open Source, jeśli sprzyja rozwojowi Linuksa, to nie dlatego, że jest dobrą firmą w odróżnieniu od złego Microsoftu. Po prostu widzi w tym swój interes, a że pecunia non olet, to jedną ręką cenzuruje internet w Chinach, a drugą dokłada cegiełkę do wolności oprogramowania.
Zabawny jest bunt części użytkowników komputerów, którzy mówią o monopolu Microsoftu, a kompletnie nie zauważają swego uzależnienia od Google. System w komputerze łatwo zmienić. Spora część użytkowników używa głównie przeglądarki i zapewne łatwo by się przestawili z Internet Explorera na Firefoxa, Operę, czy Chrome. Natomiast gdyby jutro Google wyłączyło wszystkie swoje usługi, to znaczna część ludzi nie miałaby po co włączać komputera. Nie mieli by poczty, ani swojej galerii zdjęć z wakacji, nie skontaktowaliby się z przyjaciółmi, nie obejrzeliby kolejnej porcji filmów z Youtube, straciliby dokumenty, nie zobaczyliby prognozy pogody…
To dopiero jest monopol.
Wiadomo, że Microsoft każe sobie słono płacić za system operacyjny i programy, nawet zmiana wyglądu pulpitu (tzw. skórki) z założenia miała być płatna, niektórych rzeczy nie wolno i już. To jest oprogramowanie własnościowe. Google daje wszystko za darmo, zachęca miliony użytkowników do stworzenia społeczności. Tysiące ochotników produkują nowe wtyczki do Chrome, nowe dodatki ułatwiające korzystanie ze spersonalizowanej wersji wyszukiwarki, nowe funkcje do Picasy, a obecnie testują nowy system operacyjny, który kiedyś być może stanie się popularny.
Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.
Smacznego!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Stallman, ty idioto

Richard Stallman to jedna z najbardziej znanych postaci ze świata Open Source. Zarazem też postać najbardziej kontrowersyjna. Pierwszy raz usłyszałem jego wypowiedzi w znanym filmie Hannu Puttonena „The Code”. Stallman porównuje tam oprogramowanie z przepisami kulinarnymi. Mówi o tym, że lubimy zmieniać coś w przygotowywanych potrawach i zapraszać przyjaciół, a także dzielić się swoimi pomysłami.
Wyobraź sobie teraz świat, w którym nie można nic zmieniać… Wyobraź sobie, że jeśli podzielisz się przepisem z przyjaciółmi, nazwą cię piratem i spróbują wsadzić do więzienia na całe lata.
To ma sens, pomyślałem wówczas.
Od chwili, gdy zacząłem używać komputera minęło już ponad piętnaście lat. Mój stosunek do oprogramowania zmieniał się przez te lata. Jak większość, zaczynałem, nie odróżniając komputera od oprogramowania. Podobnie jak inni przeszedłem też okres nieświadomego używania programów bez zastanawiania się, skąd one pochodzą. Potem zacząłem zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie jest towarem sprzedawanym tak samo jak masło, czy telewizor. W epoce przedinternetowej mało kto się jednak przejmował kwestią kopiowania i samodzielnego powielania programów, nie tylko w Polsce.
Zanim jeszcze mogłem mieć swój pierwszy komputer, nastąpiły się w informatycznej rzeczywistości dwa zdarzenia. Jedno jest mi doskonale znane. W 1991 roku Linus Torvalds opublikował kod pierwszej wersji Linuksa. System został opublikowany na zasadach Open Source. Dużo wcześniej, bo w roku 1976, inny młody człowiek – Bill Gates pisze tzw. otwarty list „do hobbystów”. Krytykuje w nim otwarty dostęp do kodu i ma pretensje do wszystkich, którzy wykorzystali bezpłatnie program jego autorstwa, ponieważ – uważa – w ten sposób go okradli.

źródło: Wikipedia

Linus Torvalds

Będąc przez wiele lat użytkownikiem Windows, zrozumiałem wreszcie, że ten system i spora część programów do niego kosztuje. I są to takie kwoty, na które mnie nie stać. Na dodatek używany przeze mnie system nie spełniał moich oczekiwań – był zawodny, niestabilny i niewydajny. Dlatego już ponad 10 lat temu szukałem alternatywy. „Podejść” do Linuksa miałem kilka. Za każdym razem system podobał mi się coraz bardziej, ale też za każdym razem znajdowałem problemy z działaniem sprzętu, których nie potrafiłem rozwiązać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyczyną są utajnione specyfikacje techniczne, które nie pozwalają na napisanie sterowników. Wreszcie jednak nastąpił ten moment, gdy wszystko zaczęło działać prawidłowo i z ulgą mogłem zrezygnować z Windows.
Zaoszczędziłem sporo pieniędzy (bo dziś używanie pirackiego oprogramowania byłoby raczej niemożliwe) i nerwów (nie oczekuję wizyty policji i BSA o szóstej rano).
Wtedy też poznałem istotne dla rozwoju wolnego oprogramowania postaci – Linus Torvalds, czy Richard Stallman. Wolne oprogramowanie jest wolne w znaczeniu „zapewniające wolność decyzji” i wcale nie musi oznaczać, ze jest darmowe. Czasem trzeba zapłacić własnym czasem, a czasami pieniędzmi. Używając Linuksa do wszystkiego, prędzej czy później musiałem się też zetknąć z oprogramowaniem zamkniętym. No bo jak tu czytać PDFy, nie używając najpopularniejszego czytnika. Lub jak obejrzeć filmy na Youtube bez wtyczki do przeglądarki. Zdarzyło mi się też kilkakrotnie kupić programy zamknięte działające w Linuksie. Wtedy też zacząłem uważać Stallmana za maniaka opętanego przez idiotyczną ideę walki z zamkniętym oprogramowaniem. Liberalne podejście do współistnienia programów otwartych i zamkniętych wydawało mi się odpowiednie. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie życia bez pewnych zamkniętych formatów plików, po drugie denerwowały mnie problemy z pozyskaniem zamkniętych dodatków w niektórych ideologicznie zorientowanych dystrybucjach Linuksa.
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Linus Torvalds opublikował Linuksa, Bill Gates napisał:
Gdyby ludzie zrozumieli jak otrzymywać patenty w momencie, kiedy większość dzisiejszych pomysłów była wymyślana i zrobiliby to, dzisiejszy przemysł stanąłby w miejscu. Rozwiązaniem jest wymiana patentowa z innymi dużymi firmami oraz patentowanie najwięcej jak tylko zdołamy. (notatka służbowa „Wyzwania i Strategie”, 16 maja 1991 r.)
O co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem znacznie później. Problem patentów i łatwości ich otrzymania istnieje i najlepszym jego przykładem jest słynna sprawa opatentowania koła w Australii*. W komputerowym światku dość powszechne są żarty z opatentowania podwójnego kliknięcia. Jednak w pewnym momencie okazało się, że wcale nie jest wesoło. Całkiem niedawno okazało się, że taktyka „patentować wszystko, co na drzewo nie ucieknie” miała swój cel. Celem podstawowym była próba zablokowania możliwości rozwoju innych systemów, a celem zapasowym możliwość straszenia patentami lub pozywania firm związanych z Linuksem. Jest to temat-rzeka i kiedyś jeszcze o tym napiszę. Tymczasem jednak wróćmy do Stallmana. W pewnym momencie jego szaleństwo zaczęło wyglądać zupełnie inaczej w świetle działań firm takich jak SCO i Microsoft.

źródło: Wikipedia

Richard Stallman

Co też takiego Stallman wymyślił obecnie, że znów zaczynamy zajmować się jego idee-fix? Otóż Richard Stallman ogłosił 4 maja dniem sprzeciwu wobec DRM.
DRM jest to w skrócie elektroniczny system zarządzania prawami do treści multimedialnych. Został zaimplementowany w systemie Windows. Działa to tak, że chcąc odtworzyć plik muzyczny w Windows Media Player, musimy wpisać odpowiedni klucz w wyskakujące okienko, klucz ten otrzymamy kupując zabezpieczony przez DRM plik. Co w tym złego? Ano po pierwsze znacznie ograniczy to ilość urządzeń na których odtworzymy swój plik. Ponadto może okazać się, że sprzedawca w wielostronicowej umowie „małym druczkiem” zapisał, że ten plik mamy prawo sobie przesłuchać maksymalnie 10 razy.
Jednak chciałbym się skupić na innym zagrożeniu. Koncerny medialne walczą od dawna wspólnie z firmą Microsoft o obowiązkowe wprowadzenie DRM. Oznaczałoby to w praktyce wymusza stosowanie DRM. Urządzenie bez DRM byłoby złamaniem prawa. Każdy producent telewizora, odtwarzacza wideo lub muzycznego musiałby odpowiednio zabezpieczony mechanizm sprawdzania praw dodać do swojego urządzenia. Używanie starego dvd-playera bez DRM zapewne byłoby przestępstwem**. Producenci, rzecz jasna, doliczyliby sobie koszty DRM do ceny sprzętu. I rzecz jasna oznaczałoby to, że koszty całkowite wprowadzenia DRM poniósłby końcowy użytkownik. Nie kupiłby już taniego odtwarzacza, zapewne nie mógłby na komputerze używać oprogramowania Open Source,a jakakolwiek próba przełamywania zabezpieczeń byłaby karalna. Na dodatek poszerzyłoby się pojęcie „cyfrowego wykluczenia” – wszystkie urządzenia z DRM musiałyby być podłączone do sieci. Jakoś te wszystkie tajne klucze trzeba sprawdzać. Nie masz internetu, nie obejrzysz filmu. Na dodatek firmy medialne zyskałyby niesamowite narzędzie kontroli. Wiadomo byłoby ile razy klient film obejrzał, gdzie to robił, na jakim sprzęcie,a w niedalekiej przyszłości również – w jakim towarzystwie. Jeśli komuś w tym momencie przypomniał się „1984” Orwella, to niebezpodstawnie. Jednak w czarnych wizjach pisarzy totalna kontrola kojarzyła się zwykle z politycznym systemem totalitarnym. Wydaje się nam zatem, że skoro groźba systemu totalitarnego nie wisi nad nami, jak miecz Damoklesa, to jesteśmy już bezpieczni w naszej wolności. Otóż nie! W imię swoich zysków koncerny medialne chętnie ograniczą naszą wolność i na domiar złego nie obchodzi ich kogo wezmą za pysk – lewicę, czy prawicę.
Kilka dni temu przeczytałem, że córka znanego pisarza grozi pozwem sądowym każdemu, kto będzie pisał o związku filmu „Różyczka” z życiem jej ojca. Wynika z tego, że rości sobie prawa nie tylko do spuścizny literackiej tatusia, ale też do jego życia. Może miałaby ochotę je opatentować.
W Europie na szczęście nie obowiązują patenty na oprogramowanie, ale wspólnota w tym zakresie wciąż jest atakowana przez USA. Zaś patentowanie rozwiązań programowych jako żywo zbliża się do patentowania samych pomysłów, co w Ameryce miało już miejsce. Rykoszetem uderzyło to także w firmy potężne, bo na przykład 30 lat temu malutka firma z Kalifornii opatentowała pomysł wyświetlania obrazu 3D na ekranie monitora. W tamtym czasie było to niemożliwe i firma nie miała pomysłu „jak”. Wykoncypowali, ze kiedyś to będzie możliwe, a oni nie wkładając w to ani pieniędzy, ani pomysłu, ani pracy – zarobią spora kasę.
Jeśli ktoś nadal ma jeszcze wątpliwości co do bezsensu patentowania pomysłów, to niech zastanowi się, co byłoby gdyby Daniel Defoe opatentował formę powieści. A może zastanówmy się komu powinno przysługiwać prawo patentu na nowelę i dlaczego w tej sytuacji nie powstałyby nowele Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej lub Dąbrowskiej. Albo Lord Byron opatentowałby wierszowany dramat romantyczny i Adam Mickiewicz za napisanie Konrada Wallenroda poszedłby siedzieć.
Nie wiem jak wy, ale ja do protestu przeciw DRM się dołączę. Choćby po to, żeby później po latach, oglądając zabezpieczony DRM film, który przestanie grać, bo właśnie padło połączenie z internetem, nie krzyknąć: „Stallman, ty idioto***, czemu wówczas mnie nie przekonałeś.

* Nie wnikam w szczegóły tej sprawy celowo. Nie zamierzam rozdmuchiwać pomyłki głupiego urzędnika i wiem, że w tym wypadku nie chodziło o prawdziwy pełnoprawny patent. Jednak mechanizm jest oczywisty.
** Piszę o hipotetycznej sytuacji, gdy lobby medialne wygrało i ustawodawstwo wszystkich krajów wprowadziło DRM.
*** To zawołanie w tytule i w końcowym fragmencie tekstu pochodzi z jakiejś wirtualnej polemiki ze Stallmanem w internecie, niestety nie potrafię znaleźć dziś pierwowzoru. Mam nadzieję, że autor okrzyku go nie opatentował.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (6 votes cast)

Republikanka Shelley

Z dawnych lat pamiętam jedną z komedii z cyklu „Amerykańskie wakacje”. Griswoldowie wygrywają wycieczkę do Europy. Przybywają do Anglii i wynajętym samochodem jadą zobaczyć Stonehenge. Tatuś cofa, jeszcze cofa… i sru.. wali w kamienny blok kręgu, ten się przewraca i przewracają się następne. Zabytek sprzed tysięcy lat przestaje istnieć.
Po młodzieńczych fascynacjach Ameryką dziś nie został żaden ślad, żaden tam easy rider, czy kowboj przemierzający bezgraniczne stepy, symbole obywatelskiej wolności… to był tylko miraż. Dziś został jedynie gamoniowaty Griswold obracający w perzynę wszystko, czego dotknie.

Kilka lat temu na dziedzińcu zamku krzyżackiego w Bytowie, podsłuchałem rozmowę amerykańskiej rodzinki, która nie wiadomo czemu przyplątała się do tego małego miasteczka. Nastoletni gumożuj wybełkotał: Ale ten zamek musi być stary… na co tatuś, z wyglądu ewidentne zaprzeczenie teorii ewolucji (neandertalczycy są wśród nas) odrzekł: No jasne ma chyba sto lat…

Dziś* w nadziei poprawienia sobie humoru po raz kolejny odwiedziłem stronę firmowaną jako blog wolności Shelley The Republican. Założycielką strony jest niejaka Shelley Goodman, a strona znana z zadziwiająco głupich artykułów o Linuksie. Jednak to, co przeczytałem, starło mi uśmiech z twarzy. Przez kilka godzin konsultowałem się z ludźmi władającymi angielskim lepiej niż ja, mając choć cień nadziei, że powiedzą mi, że tekst, o który pytałem to jedynie ironia, ostra satyra… niestety teraz już nie mam złudzeń, wszystko co można przeczytać w artykule „So called “Domestic Violence”and the female role in the modern American-Christian society” jest napisane na serio.
Artykuł zaczyna się „naukowym” cytatem niejakiego doktora Steve Klyne, psychologa z University of Alabama:
“Men love obedient women; Women love strong men. Men hate stubborn women; of them they say: “She’s a witch.” Women hate weak men; of them they say: “He’s a wimp.” Men want to rule a woman like they rule the world; women want to be ruled. Women like to care for their own; men like to be cared for. That is the basic structure of human nature.”
W skrócie: Mężczyźni kochają posłuszne kobiety, kobiety kochają silnych mężczyzn. Mężczyźni nienawidzą upartych kobiet, mówią o nich, że są czarownicami. Kobiety nienawidzą słabych mężczyzn, mówią o nich, że są mięczakami. Mężczyźni chcą rządzić kobietami, tak jak rządzą światem, kobiety chcą być „rządzone”…. to jest podstawowa struktura ludzkiej natury.
Naukowość tegoż osądu jest mocno wątpliwa, lecz nie on stanowi clou całości. Shelley przypomina nam, że Bóg stworzył Adama silnym i mądrym, a Ewę stworzył jako posłusznego pomocnika Adama. Niżej znajdziemy zdjęcie zapłakanej kobiety duszonej przez mężczyznę z podpisem:
A women gets disciplined by her husband. Maybe she was a bitch, maybe she was a slut, maybe she did not fulfill her duties. It’s not our business to know. The husband knows and that should be good enough for us. It’s between him and her.
Kobieta została ukarana przez męża. Może była dziwką, może była flejtuchem, może nie wypełniała swoich powinności. To nie nasz interes wiedzieć. Mąż wie i tak jest dobrze dla nas. To sprawa między nim a nią.
Dalej są wskazania dla dobrej żony:
– Bądź posłuszna, radosna pomocna
– Wychowuj dzieci
– Utrzymuj domostwo w czystości
– Rób zapasy i gotuj dla rodziny
– Bądź dobrą pomocnicą twego męża i sprawiaj mu przyjemność gdzie i kiedy możesz**

Nie wiem czym Shelley różni się od Abdulla żyjącego na drugim krańcu świata, bo zasady rodzinne mają dokładnie te same.
Być może zresztą ów Abdull jest litościwszy dla swej małżonki niż amerykański konserwatysta. Bo oto Shelley serwuje nam zdjęcie potwornie skatowanej kobiety z podpisem:
This is how unruly women ultimately end up. Either through the hand of their husband or through the hand of God. Everybody has to learn sooner or later.
Oto jak nieposłuszne kobiety ostatecznie kończą. Albo z ręki męża, albo z ręki Boga. Każda się wcześniej czy później nauczy.
I wreszcie finał:
Every woman should keep in mind: Play by the rules of the Good Book and you will be fine. Step out of line and suffer the consequences.
(Wolne tłumaczenie: Każda kobieta niech o tym pomyśli: Bądź w zgodzie z Biblią i będziesz w porządku. Złam zasady a doświadczysz konsekwencji.)
All the best and thanks for reading,
Shelley The Republican
Potem jeszcze komentarze. Z wyrazami poparcia śpieszy Tristan Shuddery:
Thank you Shelley – I agree. If only our females would abide by the standard of Christian womanhood, there would be no such thing as Domestic violence. All of these problems are caused by uppity women who do not know their place in life.
Dziękuję Shelley – Zgadzam się. Jeśli tylko nasze kobiety bedą trzymać się standardu chrześcijańskiej kobiecości nie będzie takiej rzeczy jak przemoc domowa.Przyczyną wszystkich tych problemów są aroganckie kobiety, które nie znają swego miejsca w życiu.
Na co Shelley odpowiada:
Tristan,
God bless you for telling the truth.
That is one of the many fundamental differences between lie-berals and Republicans. Lie-berals go for the cheap shot and play the old blame game but we Republicans try to find out what the root causes are!

Tristan,
Niech cię Bóg Błogosławi (za to, że mówisz prawdę).
To jest jedna z podstawowych różnic pomiędzy lie-berals*** i republikanami /…/

Odechciało mi się śmiać. Już nawet nie bawił mnie tekst ” Pollocks And Teletubbies – Better Late Than Never” – o naszej pani Sowińskiej i o tym, że lepiej późno niż wcale, bo oni w Ameryce wiedzieli od lat, że Teletubisie to pedały. Nawet nie wiem, jak można to podsumować. Shame, shame on you…

* Artykuł pochodzi z poprzedniej mojej strony i został napisany 13 września 2007 r.
** To ostatnie akurat brzmi nieźle. 😉
*** lie-berals – Idiom podobny do stosowanych w języku polskim np. łże-elity. Słowo liberals (liberałowie) zostało zmienione w pierwszej części aby kojarzyło się z lie (kłamstwo, kłamać).

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)