Prywatność

Na jednym z komputerowych forów, na które zaglądam pojawił się wpis z nieco alarmującym tytułem: Should Google street view be banned? Konkluzja brzmiała: I think Google have gone too far with street view, what are your opinions?
Wiadomo, że od pewnego czasu Google oferuje w swych usługach tzw. widok ulicy*, który pozwala nam odbyć wirtualny spacer po nieznanych nam miejscach w innych miastach i innych krajach.

Camden Town w Londynie

Camden Town w Londynie


Rewelacja. Dzięki temu odwiedzając córkę w Londynie wiedziałem, że idąc do niej po drodze minę sklep rowerowy po lewej stronie, chińską restaurację, a gdy zobaczę kościół po prawej będzie to znak, że muszę skręcić w boczną uliczkę. Szedłem tymi ulicami tak, jak bym je już dobrze znał. Jednak nieznany mi osobnik na forum napisał: Czy widok ulicy w Google nie powinien być zabroniony? Czy Google nie posuwa się za daleko? Na zrzucie ekranu, który prezentuję, widać panią, która zmierza do bankomatu, inna kobieta stoi na skraju chodnika, nieco dalej idąca para osób. Może się zdarzyć, że ktoś zostanie uwieczniony wyglądając w szlafroku przez okno swojego domu lub podczas spaceru z kochanką. Zatem, czy nie jest to łamanie naszego prawa do prywatności?
Wbrew pozorom internet nie stworzył tego problemu. Już ponad 50 lat temu pisarz Jerzy Szaniawski zastanawiał się nad tym zagadnieniem. W piękny wiosenny dzień reporter gazety sfotografował mieszkańców dużego miasta. Zdjęcie ukazało się następnego dnia w gazecie. Na zdjęciu dzieci ze zdumieniem zobaczyły swego tatusia, ale nie z mamą, tylko z jakąś nieznaną panią pod rękę.
Inny przykład to relacja filmowa z meczu piłkarskiego. Operator filmuje podekscytowanych wrzeszczących kibiców. Robi zbliżenie twarzy pewnej pani, która w tym momencie wydaje mu się ucieleśnieniem emocji kibiców. Osoba ta później ogląda ten film, czuje się sponiewierana takim swoim wizerunkiem, na co dzień jest bowiem spokojna i stonowana w zachowaniach. Uważa, że ten wizerunek z meczu jest z gruntu fałszywy**.
Zatem problem istniał już wtedy, gdy o internecie nikt jeszcze nie marzył. Telewizja była w powijakach, a królowała zwyczajna staroświecka fotografia. Już wtedy można było spodziewać się, że wychodząc na ulicę tracimy pewną część naszej prywatności. Nadużyciem byłaby dopiero sytuacja, gdzie bez naszej zgody stalibyśmy się pierwszoplanowym obiektem fotografii czy kadru filmowego. Takie właśnie dwa przypadki rozważał Szaniawski w swoich opowiadaniach.
Mnie zdziwiło jednak coś zupełnie innego. Dlaczego nagle współcześnie ktoś odkrywa problem istniejący od chwili powstania fotografii? Mleko już się dawno rozlało. Kochani internauci, pozostawialiście swe ślady wszędzie gdzie się tylko dało, jak piesek, który obsikał każde drzewko w okolicy. Wasze konta na Twitterze, Facebooku i Naszej Klasie, wasze IP na forach, zdjęcia na Picasaweb lub Flickr.com – sami dobrowolnie zrezygnowaliście z prywatności, a teraz nagle się wściekacie, że Google zrobiło wam fotkę, gdy zaspani wyglądacie przez okno o poranku? A dzień wcześniej na Naszej Klasie oznajmiliście „Dzisiaj randka z moim misiaczkiem, będzie bzykanko” i mogło to przeczytać dwustu niby-znajomych na Śledziku?
Znaj proporcję mocium panie chciałoby się zawołać, jak Cześnik z Zemsty.


* Problemem są ostatnie dyskusje – głównie w USA – o prywatności naruszanej rzekomo przez zbyt dokładne zdjęcia.
** W sposób zupełnie swobodny relacjonuję tu zagadnienia rozważane w dwóch opowiadaniach z cyklu Opowieści profesora Tutki J. SZaniawskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Te baby

Dzisiejszy felieton tak naprawdę zaczął się od Twittera. Przez lata całe broniłem się przed wszelkimi sociable services* rękami i nogami w przeciwieństwie do mojej córki, która chyba była jedną z pierwszych użytkowniczek Naszej Klasy. Uważałem, że wystarczą mi kontakty ze znajomymi za pośrednictwem sieci IRC, gadu gadu lub poczty elektronicznej. Całkiem niedawno zdecydowałem się za namową znajomego (bo to fajne jest) na założenie konta na Twitterze. Chwilę potem wiedziałem, że to idiotyczny pomysł. Wykorzystuję go zatem wyłącznie do anonsowania nowych tekstów na stronie.
Jednak jak już w to wlazłem, to chwilę później założyłem konto na Facebooku. Moje uwagi na ten temat przedstawię innym razem. Zdecydowałem się, ponieważ od kilku lat z tego serwisu korzysta moja córka, a jest to dość powszechny zwyczaj komunikowania się studentów. Jakiś czas temu zresztą był to serwis tylko dla studentów przeznaczony. Pomyślałem sobie, że będę miał jeszcze jeden  kanał komunikacji z dzieckiem, które od lat studiuje za granicą, więc każdy sposób jest dobry.
Pierwsze na co się natknąłem, to deklaracja o przystąpieniu do mailowej akcji „Pośle/Posłanko wyjmij parytety z zamrażarki”. W pierwszej chwili zjeżyłem się nieco, bo parytety to mi się jakoś tak z centralnym zarządzaniem skojarzyły. Zaś centralne zarządzanie z socjalizmem, a w te klocki to bym już nie chciał się dziś bawić ponownie.
Jednym słowem udziału w akcji parytetowej nie wezmę. Aczkolwiek jestem za tym, by rozwijać możliwości szerszego udziału kobiet w polityce, pod warunkiem, że to nie będą chłopo-baby w rodzaju posłanki Kempy z PiS. O ile parytet zapisany w prawie wyborczym uważam za złe rozwiązanie, o tyle zapisy w statutach partii wydają mi się racjonalne.
Dzień później zobaczyłem poniższy wpis na Facebooku.
Paulina: my boss is a man. my priest is a man. the president of my country is a man. my gynaecologist is a man. they all know what’s best for me. i truly believe that a woman can’t be a priest, she deserves to earn 30% less than her male counterpart at work, and she’s too lazy and too stupid to become a president. i’m a SATISFIED SLAVE.
Mój szef jest mężczyzną, mój ksiądz jest mężczyzną. Prezydent mojego kraju jest mężczyzną. Mój ginekolog jest mężczyzną. Oni wszyscy wiedzą, co jest dla mnie najlepsze. Naprawdę wierzę im, że kobieta nie może być księdzem, że zasługuje na 30% mniejsze zarobki od swego odpowiednika płci męskiej i że jest za leniwa, i za głupia, żeby być prezydentem. Jestem zadowoloną niewolnicą.
Najpierw się roześmiałem i zażartowałem komentując jej wpis, bo jakoś mi się to wszystko z Seksmisją skojarzyło..
Maciek: and your father is a man too
I twój ojciec też jest mężczyzną**
Potem jednak zastanowiłem się. Dlaczego takie słowa pisze kobieta od lat mieszkająca w kraju, którego głową jest królowa i który miał jednego z najsłynniejszych premierów, do dziś nazywanego „żelazną damą”. Czy może się czuć dyskryminowana jako kobieta, skoro prawdę powiedziawszy, nawet ojciec może pozazdrościć jej energii, odwagi i determinacji życiowej. Chwilę potem refleksja: a kto inny ma takie słowa wygłosić? Irańska gospodyni domowa z szóstką dzieci uczepionych fartucha w samym środku islamskiej pustyni?
No dobra, nie ma co ukrywać. Z racji wieku i tradycji jestem klasyczną męską szowinistyczną świnią. Odpowiednia kobieta zawsze będzie mi się kojarzyć z seksem, z garami to już mniej – bo no offence drogie panie – nieźle daję sobie radę w kuchni i lubię to. Nie ja wymyśliłem porządek świata, ale nie mam nic przeciwko temu, by kobieta, która chce realizować się głównie jako żona i matka, miała tę swobodę wyboru. Jednak świat współczesny zdecydował inaczej, w większości krajów praca zawodowa kobiety nie jest jej fanaberią, a koniecznością. Z różnych powodów. Przeważnie dlatego, że trudno byłoby żyć rodzinie na sensownym poziomie bez dochodów komplementarnych męża i żony. Także i dlatego, że tradycyjną formułę małżeńską zastąpiły dziś słowa „dopóki rozwód nas nie rozłączy”, zatem praca zawodowa daje pewną gwarancję swobody i niezależności obydwu stronom.
Tak czy inaczej, praca zawodowa kobiet stała się faktem. W swojej karierze zawodowej spotkałem wiele z nich i zwykle pracowały lepiej i sumienniej niż mężczyźni. Więc jeśli dziś widzę oferty pracy z adnotacją, że „preferujemy mężczyznę”, to miałbym ochotę komuś skopać tyłek. Taki pracodawca bowiem jest idiotą, który już na starcie eliminuje potencjalnych dobrych pracowników.
Z drugiej zaś strony, idee feministyczne mnie przerażają. Nie chciałbym zostać pozwany kiedyś do sądu za seksizm z powodu tego, że otworzyłem drzwi kobiecie i przepuściłem ją pierwszą. „Seksizm” zresztą jest całkiem fajny pod jednym warunkiem, bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz, jak mówi poeta***
I tym miłym akcentem pozwolę sobie zakończyć.


* Prawidłowa nazwa usług takich, jak Nasza Klasa to social network (service), zatem po naszemu usługi, sieci społecznościowe. Celowo użyłem określenia sociable, a więc towarzyskie, ponieważ w mojej świadomości funkcjonuje to raczej jako towarzyski serwis randkowy, w którym głupie nastolatki szukają majętnych sponsorów, upubliczniając wykonywane komórką roznegliżowane zdjęcia. Była to więc zamierzona ironia.
** Kilka słów wyjaśnienia. Tekst jest cytatem, jednak nie potrafię wskazać źródła. Paulina swe komentarze pisuje czasami po angielsku, ponieważ spora część jej znajomych, z niewiadomego powodu nie zna polskiego. 😉
*** Tadeusz Boy Żeleński

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Czarownice

Czarownice to nigdy nie była polska specjalność, dziwne się to dziś wydaje, gdy patrzymy na świat naszej polityki. W Polsce procesów o czary było relatywnie mniej niż w innych krajach Europy* i częściej – niż gdzie indziej – kończyły się wybatożeniem lub wygnaniem, a nie spaleniem na stosie. Wiele prac naukowych poświęcono tym zagadnieniom, więc nie będę usiłował być mądrzejszy, ale zaproponuję swoje wyjaśnienie, które z nauką być może się nie zgadza, ale za to z logiką w całej rozciągłości. Otóż paradoksem jest to, że procesów o czary najwięcej było tam, gdzie dominujące stały się wyznania protestanckie, które przecież były bardziej postępowe i nowocześniejsze. Jednak zwycięstwo rozumu nad wiarą, które w wielu kwestiach pojawiało się wśród protestantów, nie dotyczyło kobiet. Eskalacja procesów o czary nastąpiła też w okresie kontrreformacji, ale tu z kolei, korzystna w naszym kraju była nieobecność inkwizycji. Dane historyczne zwykle są w tym zakresie rozmaite, w zależności od tego, jaką tezę usiłował historyk udowadniać. Może to być wskazówka, że nie tylko dzieje współczesne mogą budzić aktywność rozmaitych „Cenckiewiczów i Zyzaków”**

Dawne wyobrażenia czarownic

Na Pomorzu, które było częścią kultury i obyczajowości niemieckiej, było kilka głośnych procesów o czary i kilka sławnych czarownic, które oczywiście marnie skończyły. Najsławniejsza z nich to Sydonia von Borck. Niektóre źródła podają, że była kobietą piękną i mądrą, a do tego niezależną. Być może dlatego za mąż nie wyszła, a w konsekwencji nie pozwolono jej cieszyć się należnym jej majątkiem. W późniejszym wieku piękna Sydonia prawdopodobnie była zrzędliwą jędzą, a tu już do czarownicy całkiem niedaleko.
Dziś Sydonia jest jedną z legendarnych postaci w Szczecinie, gdzie została stracona. Ponieważ dawne czarownice naprawdę bywały zielarkami, znachorkami i raczej leczyć starały się niż szkodzić, dziś targi medycyny naturalnej w tym mieście nazwano imieniem Sydonii. Nie tyle patronka, co same targi wzbudziły niepokój księży. W kościołach ostrzegano wiernych.

Nie podważając środków naturalnych w medycynie, przestrzegamy przed korzystaniem z usług tam oferowanych, a szczególnie z horoskopów, porad wróżek lub nabywania rzekomo magicznych przedmiotów, talizmanów i amuletów. Jest to sprzeczne z wiarą katolicką i stanowi grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu (kanclerz kurii ks. Andrzej Maćkowski).

Apel nieco dziwny, bo przecież księża jakoś nigdy nie przestrzegali wiernych przed modlitwami do Allaha lub Buddy. Nie księżom się jednak dziwię, jeno wiernym. Skoro nie przyszłoby im do głowy wierzyć w Allaha, to dlaczego gotowi są wierzyć w jakieś cudowne amulety, horoskopy i zaklęcia? Dla mnie widok gorliwej katoliczki odprawiającej jakieś hokus-pokus z wahadełkiem jest trochę śmieszny, a trochę żałosny. Żałosny? No bo gdzie im do takiej Sydonii von Borck lub choćby naszej słupskiej Triny Papisten.
Małe miasteczko pomorskie miało swoje niezbyt chlubne karty w historii, według niektórych źródeł miało tu miejsce 18 egzekucji kobiet oskarżonych o czary, a więziono je i torturowano właśnie w słynnej baszcie czarownic. Trina Papisten była ostatnią ofiarą religijnej histerii. Jej proces odbywał się na początku osiemnastego wieku. Prawdopodobnie miała na imię Katarzyna i przybyła na te ziemie wraz z pierwszym mężem, który był kowalem. Jako młoda wdowa dość szybko ponownie wyszła za mąż. W tym przypadku również mamy do czynienia z piękną i bystrą niewiastą, która pomagając mężowi rzeźnikowi w pracy, szybko przyczyniła się do wyeliminowania konkurencji. Na dodatek prawdopodobnie znała się na zielarstwie, więc zazdrość i złość znalazły wiarygodne dla ówczesnych uzasadnienie. Kobiecie nie udało się uciec z miasta i w rezultacie tortur przyznała się do wszystkiego, o co ją oskarżano. Spalono ją na stosie po kilku miesiącach upokarzającego śledztwa i tortur.

Proces o czary

Zastanawiające jest to, że zwykle procesy o czary łączone były z ważnymi elementami wierzeń chrześcijańskich. Trina Papisten miała otrzymać od diabła ducha pomocnika w noc św. Jana. Z innych źródeł również można się dowiedzieć, że w rozmaitych procesach było podobnie. Czarownice miały się nie wiadomo czemu uaktywniać w dni świąt kościelnych lub imieniny ważniejszych świętych. Zatem wiara w siły nieczyste wyraźnie była związana z religijnością zarówno katolicką, jak i protestancką.
Innym motywem, jaki się pojawił w procesie Triny Papisten był motyw lubieżnych praktyk, którym oddawała się z diabłem. W ich wyniku miała mieć znamię na pośladku. Poszukiwanie wszelkich rodzajów znaków diabelskich na ciele oskarżanych o czary było niewątpliwie najmilszą rozrywką inkwizytorów i sędziów. Ci pierwsi skazani na celibat, drudzy zaś zmuszeni do obcowania z mało interesującymi małżonkami wyłącznie w mroku nocy, mieli niewątpliwie wielką radość z oglądania żywej niewiasty bez odzienia. Na dodatek bez skrępowania mogli zaglądać, rozchylając uda, w intymne miejsca podsądnych, bo przecież to tam szukali tych diabelskich znaków. W ten sposób kilku śliniących się religijnie zboczeńców zaspokajało swe żądze i nic też dziwnego, że w wielu udokumentowanych przypadkach procesy o czary rozpoczynały się od odrzucenia przez piękną kobietę zalotów jakiegoś wysoko postawionego nieudacznika.
Charakterystyczne jest także, iż w wierzeniach chrześcijańskich równie często pojawiają się atrybuty boskie, co szatańskie. Budzi to sporo uzasadnionych wątpliwości, w co tak naprawdę wierzyli chrześcijanie.

Wyobrażenia i przesądy według Goi

Ostatnim akcentem w historii procesów o czary na Pomorzu był nie tyle proces oficjalny, co raczej miejscowy samosąd we wsi Chałupy i odbył się w społeczności kaszubskiej około sto lat po oficjalnym zakazie procesów o czary wydanym przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I. Zastanawiające jest, że poza wyjątkami, które raczej wiązały się z wojnami religijnymi, w procesach o czary rzadko oskarżano mężczyzn***. Można zatem domniemywać iż oskarżenia o czary były pewnego rodzaju bronią mężczyzn przeciw kobietom niezależnym, bystrym, które nie chciały się poddać męskiej dominacji.
Pomimo, że spotykałem w życiu takie jędze, które chętnie wysłałbym w chwili złości na stos, to jako ojciec bardzo niezależnej córki cieszę się, że tamte czasy minęły.

Baszta czarownic w Słupsku

Czasem, przechodząc obok odrestaurowanej baszty czarownic, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby tam – zamiast galerii sztuki – umieścić jakieś małe muzeum ciemnoty i zacofania. Znalazłbym do niego nawet parę żywych eksponatów w naszym kraju.


* W opracowaniach historycznych czasami uwzględnia się statystyki Pomorza i Śląska. Przez to ilość skazanych za czary rośnie, a te ziemie były w okresie reformacji i kontrreformacji raczej niemieckie niż polskie.
** Cenckiewicz i Zyzak to nazwiska dwóch autorów paszkwilanckiej książki o Wałęsie.
*** Ze znanych mi przypadków jest to słynna historia miasteczka Salem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Filozofia interfejsu

A co! Dziś dorabia się filozofię do wszystkiego, to ja napiszę o filozofii interfejsu*. Dziwnym angielskim słowem interfejs nazywamy coś, co stanowi rodzaj „deski rozdzielczej” dla wszystkich nowoczesnych urządzeń elektronicznych. W każdym urządzeniu potrzebne są jakieś przyciski, pokrętła, guziczki, którymi włączamy i regulujemy rozmaite funkcje. W czasach mojej młodości wszystko było proste. Telewizor miał włącznik, pokrętło kanałów i ewentualnie potencjometry jasności, kontrastu i głośności. W lodówce było jedno pokrętło – cieplej i zimniej. W tych lepszych była żaróweczka. Moja babcia umiała włączyć telewizor i wybrać program (aż dwa były). To były dobre czasy prostych interfejsów.
Oczywiście z biegiem czasu sprawy zaczęły się komplikować. Wszystkie interfejsy jeszcze były mechaniczne, ale liczba opcji zwiększała się. Było to może trudniejsze do zapamiętania, ale nie utrudniało życia. Interfejsy były jednopoziomowe. Trudno było zablokować działanie urządzenia, bo np. nagrywanie i odtwarzanie w magnetofonie nie było możliwe jednocześnie. Prawdziwe komplikacje zaczęły się dopiero wraz z pojawieniem się komputerów. Pierwotnie komputer przeznaczony dla fachowca, to było jego narzędzie pracy, zaś laik mógł się najwyżej cieszyć jej wynikami. Zmuszenie komputera do działania wymagało wpisywania rozmaitych tekstowych poleceń o różnym stopniu komplikacji. Jeśli ktoś napisał „Cześć komputerze, oblicz mi pierwiastek kwadratowy z 259”, to otrzymał najwyżej odpowiedź w rodzaju „Command no found”.
Gdy pojawiły się pierwsze GUI**, a były to pierwsze wersje systemów Apple i nakładka na DOS zwana Windows, sprawa się wtedy dopiero okazało się, jak bardzo skomplikowane może być posługiwanie się komputerem. Fachowcy stracili monopol i coraz częściej przy komputerze siadał laik. Pierwsze interfejsy znanego powszechnie Windows maiły charakter kaskadowy***. Najpierw otwieraliśmy okno główne, wybieraliśmy ikonę grupy programów, np. biurowych, potem dopiero wybrać można było program. Nie wykluczało to możliwości otwarcia kilku programów jednocześnie, ale wielozadaniowość była mocno dyskusyjna. Powodów było kilka. Z jednej strony komputery były słabe, Windows był tylko nakładką graficzną i po włączeniu niektórych programów się zawieszał lub zamykał inne, a dla przeciętnego użytkownika przekopywanie się przez otwarte okna było zbyt trudne.
Firma, produkująca komputery ze znakiem nadgryzionego jabłka, była zwykle o krok przed konkurencją, ale dla większości użytkowników momentem rewolucyjnym było koniec roku 1995. Wtedy to interfejs komputera stał się wielopoziomowy. Z menu można było wybierać rozmaite programy i uruchamiać je równocześnie.W miarę upływu lat, komputery stawały się coraz doskonalsze, systemy operacyjne również i wielozadaniowość stała się faktem. Nie wiem czy to dobrze, bo z drugiej strony interfejsu siedział człowiek, który w zadziwiający sposób był zwykle kompletnie jednozadaniowy. W ten sposób komputery zaczęły wspierać bałaganiarstwo. Użytkownik otwierał bowiem kilka programów, pracował tylko na jednym, a reszta tylko spowalniała maszynę.
Swoboda, z jaką można było kształtować interfejs komputera, z biegiem czasu stała się przekleństwem użytkownika. Nie przypadkiem zaczęto część problemów komputerowych umieszczać w kategorii problem between chair and keyboard****. Zbyt skomplikowany interfejs komputera spowodował, ze dzisiejsze babcie już sobie nie radzą z tak skomplikowaną maszyną. Jest tam zbyt wiele ikonek i zbyt wiele przycisków do kliknięcia. A wcale to nie znaczy, że współczesna babcia nie chciałaby się takim urządzeniem posługiwać. Jednak interfejs takiego urządzenia powinien być prosty, czytelny i zrozumiały.

Ikony muszą być czytelne i proste.

Ikony muszą być czytelne i proste.


Pierwszy krok w celu uproszczenia interfejsu komputera uczynil Asus wraz z premierą swojego słynnego już Eee PC. Interfejs stał się na tyle czytelny i prosty, ze dziś używają go (w specjalnej wersji) użytkownicy Windows na tych minikomputerach.
Wzorem prostego interfejsu zaczęły się stawać urządzenia z innej branży – telefony komórkowe. Owszem, niektóre z nich są też bardzo skomplikowane, ale podstawowe funkcję są czytelne i oczywiste. Jest spora grupa ludzi w podeszłym wieku, którzy bez oporów korzystają z komórki, a nie potrafią używać komputera. Pomijając smartfony, telefon jest jednozadaniowy. Dzwonisz albo wysyłasz sms.
Jeśli pomyślimy o przeciętnym użytkowniku, który chciałby mieć kontakt z bliskimi za pośrednictwem komunikatorów, wysłać i odebrać pocztę lub poczytać informacje na stronach www, to interfejsy dzisiejszych komputerów cierpią na znaczny przerost ambicji.
Dlatego ponownie wracam do systemu Moblin i prostoty interfejsu, jaki proponuje. Jest jeden pasek podstawowych narzędzi. Każdy bez problemu znajdzie to, co chce. Ponieważ jednak jednozadaniowość zupełna byłaby marnowaniem możliwości, więc wszystkie otwarte programy skupione są pod ikonką Zones czyli Strefy. Każdy użytkownik łatwo znajdzie uruchomione programy.

Strefy aplikacji w Moblinie

Strefy aplikacji w Moblinie


Można kliknąć na obrazku, żeby zobaczyć powiększenie. W Moblinie wielka zaletą jest prostota konfiguracji. System nie pyta czy praca na baterii ma być oszczędna, w jakim trybie ma pracować procesor, jaki ma być procent jasności ekranu. Przeciętny użytkownik nie wiedziałby, o co chodzi, a to spowodowałby jego frustrację, czułby się głupszy od maszyny. Podobnie jest z konfiguracją łącz sieciowych. System zadaje tylko niezbędne pytania, najczęściej o hasło do szyfrowanej sieci. Cała reszta parametrów wykrywana jest automatycznie.
Pora na wnioski. Sądzę, ze nadszedł moment, gdy należy rozdzielić interfejsy komputerów w zależności od tego, do czego służą. Interfejs dla profesjonalisty***** będzie wyglądał inaczej, niż interfejs domowego użytkownika. Moblin poszedł w dobrym kierunku i być mozę system ten nie zdobędzie świata, ale na pewno wyznaczy trendy w projektowaniu interfejsu nowoczesnych komputerów.
Tym samym między bajki wkładam opowieści o komputerach sterowanych głosem, z którymi będziemy rozmawiać. Już dziś można stosować polecenia dźwiękowe, ale jest to często bardziej skomplikowane niż klikanie myszką, a rozmawiać z komputerami nie będziemy. Nigdy. Nie dlatego, ze nie będzie możliwości technicznych, nie będzie takiej potrzeby.


* Mój przyjaciel Michał zawsze używa spolszczenia – międzymordzie i twierdzi, że tak jest lepiej. 🙂
** Graphical User Interface – czyli interfejsy graficzne.
*** Użyte przeze mnie określenia – kaskadowy, czy wielopoziomowy, są moimi sformułowaniami, które przez swój brak fachowości mają ułatwić czytanie laikom.
**** Po naszemu to problem między krzesłem a klawiaturą.
***** Profesjonalista – ktoś używający komputera do pracy, a tym samym osoba, która ma obowiązek „umieć”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Kto ma twój klucz?

Co jakiś czas w internetowych wydaniach gazet, ale również w papierowych wydaniach czasopism komputerowych, pojawiają się analizy bezpieczeństwa sieci radiowych. Z reguły epatuje się czytelnika sporą dawką szczegółów technicznych, które sprawiają wrażenie ogromnego profesjonalizmu autora.
Dawniej zasady bezpieczeństwa były prostsze. W drzwiach należało mieć dobre zamki, w gospodarstwie psa, nosić portfel w wewnętrznej kieszeni marynarki, a nie w tylnej spodni i nie włóczyć się wieczorami po bocznych ulicach. Dziś złodziej może nas okraść wirtualnie, choć również boleśnie. Możemy stracić dane do swych rozmaitych kont internetowych, a w ekstremalnych wypadkach całkiem realne pieniądze w banku internetowym.
Dziś mamy komputery, konta w bankach, karty płatnicze i kredytowe, i koniecznie musimy zabezpieczyć się nie tylko przed włamaniem do mieszkania, ale również przed włamaniem na rozmaite nasze konta. Od chwili, gdy pojawił się internet, stał się dodatkową furtką do naszych danych i pieniędzy. Trzeba ją także zabezpieczyć.
Wraz z postępem technicznym rośnie ilość zagrożeń. Jakiś czas temu najpopularniejszym żartem w Niemczech było powiedzonko: „Jedź na urlop do Polski, twój samochód już tam jest”. Jak zwykle bywa z dowcipami, ten też dość daleki był od prawdy. Złodziei w Polsce nie brakowało i nadal nie brakuje, ale w branży samochodowej byliśmy raczej krajem tranzytowym, a kradzione auta wędrowały dalej na wschód.
Dziś nasz samochód jest bezpieczniejszy, niż parę lat temu, a na pewno bezpieczniejszy niż karty kredytowe. Znacznie częściej dziś słyszymy o kradzieży pieniędzy z kont niż przedmiotów materialnych. Ma to swój głęboki sens. Trudno z mieszkania ukraść np. telewizor. Łatwo wpaść, sprzęt jest ciężki i duży. Z samochodem jeszcze gorzej. A kradzież pieniędzy jest łatwa i czysta, i nie trzeba nic dźwigać. Początkowo wystarczyło zabezpieczyć się przed wirusami, połączenia modemowe były z powodu kosztów krótkie i stosunkowo niegroźne. W chwili pojawienia się łącz stałych, komputery zostały podłączone do internetu permanentnie. Nieważne, czy gramy w jakąś grę, czy oglądamy zdjęcia z wakacji, nasz komputer w tle ma wciąż połączenie z globalną siecią. Może w tym czasie wykonywać nasze polecenia, sprawdzać nasze konto pocztowe lub ściągać muzykę, ale równie dobrze może wykonywać polecenia włamywacza, który jest tysiące kilometrów dalej. Brzmi to groźnie. Zwykle można się było zabezpieczyć używając jakiegoś domowego routera z wbudowanym firewallem oraz stosując programy antywirusowe i last but not least nie włóczyć się po ciemnych uliczkach internetu*. Jednak teraz to za mało. Powszechnie zaczęliśmy korzystać z różnych metod zdalnego bezprzewodowego dostępu.
Przyjemnie się położyć z laptopem na kanapie i nie ciągnąć za sobą dziesięciu metrów kabla. Może się jednak okazać, że ta wygoda jest niebezpieczna.



Połączenia radiowe


Na rysunku powyżej (można go sobie powiększyć) jest kilka dostępnych sieci w mojej okolicy. Widać, ze jedna jest niezabezpieczona. Fachowe artykuły analityczne dzielą dostępne radiowe sieci na trzy typy. Najpewniej zabezpieczone są te z szyfrowaniem WPA/WPA2. Słabiej te z szyfrowaniem WEP, bo tam można się włamać czasem w kilkanaście minut. Sieci nieszyfrowane są po prostu otwartymi drzwiami do naszego komputera. Włócząc się nieco po świecie, widziałem wiele niezabezpieczonych sieci. Niektóre z nich wręcz zapraszały. Przyznawały numer IP i zapewniały swobodny dostęp do internetu.
Mając świadomość niebezpieczeństw, możemy zabezpieczyć domową sieć. Jeśli nie umiemy, możemy wynająć fachowca. Warto, bo brak zabezpieczeń może drogo nas kosztować. Nie zakładamy przecież zamka w drzwiach lub autoalarmu sami.
Gorzej jednak, gdy wykupujemy radiowy dostęp do internetu, a nasz provider szyfrowania nie stosuje. Dostęp wymagający loginu i hasła i filtrowanie tzw. MAC kart sieciowych może zabezpieczać przed nieautoryzowanym podłączeniem się do sieci. Z reguły login i hasło przesyłane są w postaci zaszyfrowanej. Jednak dalszy ruch jest już otwarty i ktoś w łatwy sposób może podsłuchać wszystko.

Połączenia szyfrowane https

Połączenia szyfrowane https

Zatem, jeżeli musimy z takiej sieci korzystać lub gdy korzystamy z sieci ogólnie dostępnych, na przykład w hotelu, gdzie hasło dostępowe dostaje każdy klient, traktujmy taką sieć jako potencjalnie niebezpieczną. Korzystajmy z połączeń szyfrowanych z ważnymi stronami. Na rysunku powyżej widać najczęstsze oznaczenia pojawiające się przy takich połączeniach. Kolor zielony wskazuje na bezpieczne połączenie z bankiem. Kolor czerwony połączenia z pocztą Gmail alarmuje, ze nie wszystkie elementy strony są bezpieczne. Najprawdopodobniej szyfrowane było nasze hasło, ale treść maili już nie.
Wiedzmy też, że nasze rozmowy w komunikatorze**, wysyłane maile i historia oglądanych stron mogą nie być tajemnicą w takiej sieci.
Podsumowując, pamiętać należy także o tych wirtualnych drzwiach i zamkach do naszego domu i naszych danych. Zatrudniasz fachowca do zamontowania antywłamaniowych drzwi? Mało komu przychodzi do głowy samodzielne naprawianie samochodu lub instalacji gazowej w domu, nasza ingerencja w domową sieć energetyczną sprowadza się najwyżej do wymiany żarówki. Zatem nie należy udawać komputerowego eksperta, a po prostu poprosić o pomoc fachowca***.


* Są nimi wszelkiego rodzaju strony porno lub czasem strony oferujące „darmowe” filmy, muzykę lub programy. Nie ma co ukrywać, ze podatność systemu Windows na infekcje wirusami i trojanami jest tu kluczowym czynnikiem.
** Oczywiście zależeć to może od programu, Kadu w Linuksie ma opcję szyfrowania rozmów.
*** Zapewne nie uważalibyśmy syna sąsiadki, czy jakiegoś kuzyna za fachowca, któremu powierzymy samochód. Dlaczego zatem powierzamy bezpieczeństwo naszych danych komuś przypadkowemu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Monitor wyborczy 2010

Gdy zbliżają się jakiekolwiek wybory, pojawiają się też rozmaite testy wyborcze. Najczęściej doraźnie operujące na hasłach poszczególnych kandydatów lub partii. Testy takie są ogólnie bezużyteczne.
Niedawno rozwiązywałem test, który miał ambicje szerzej określić preferencje polityczne niezależnie od kraju i od momentu politycznego. Wynik nie był niespodzianką, ponieważ umiejscowił mnie wśród wyborców centrowych z lekkim odchyleniem lewicowym i zdecydowanymi poglądami liberalnymi.
Celowo pozwoliłem sobie na ten prywatny wstęp, aby było wiadomo, że w moim przypadku nie znajdę w najbliższych wyborach prezydenckich kandydata, który spełniałby moje oczekiwania. Nie kandydaci jednak są dla mnie dziś tematem głównym.
Czołowi twórcy, kształtujący propagandę polityczną PiS od początku przegranej PO w 2005 do dnia dzisiejszego, wmawiali opinii publicznej, że wszystkie polityczne działania Platformy uwarunkowane są dążeniami Tuska do prezydentury. Czegokolwiek politycy PO nie zrobili, zawsze był to wynik „traumy Tuska po przegranych wyborach” lub później „tworzenia wizerunku na potrzeby kampanii prezydenckiej”. Gdy Tusk oznajmił, ze kandydować nie będzie, specjaliści od public relations w PiS zgłupieli. Dziś usłyszałem opinię Jacka Kurskiego. Otóż Tusk wystawia dwóch kandydatów – Komorowskiego i Sikorskiego, aby w wewnętrznej kampanii się spalili i skompromitowali (i przestali mu zagrażać*), a w końcu kandydatem Platformy zostanie Cimoszewicz jako ostatnia deska ratunku, rzecz jasna wygra Kaczyński**. Równie dobrze Kurski mógłby sobie karteczkę z napisem Jestem idiotą na piersi przyczepić.


Idiota z Nonsensopedii

Są jakieś granice?


Gdy tę piramidalną bzdurę usłyszałem, zacząłem się zastawiać jakie są granice – nie głupoty, ale kompromitacji – dla polityka. Jakie bzdury jest gotów wygłosić w imię swojej partii lub swojego kandydata? Czy jest granica serwilizmu politycznego?


* Kurski nie wyjaśnił, w czym przestaną mu zagrażać. Chyba nie w kampanii prezydenckiej, skoro nie kandyduje.
** Pozwolę sobie na małą przepowiednię. Kandydatem PO zostanie Komorowski, który wygra te wybory. Zakłady przyjmuję. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Matka Polka

Mam taką swoją teorię, na temat życia intymnego rodaków. Teorię, która sięga głęboko w przeszłość. Powstała kiedyś podczas maratonu znanego jako „nocne Polaków rozmowy” i w tym sensie jest teorią nie tylko moją, ale i przyjaciela, z którym te rozmowy toczyłem.
Powszechnie wiadomo, że pojęcie „Matki Polki” wywodzi się z okresu powstań narodowych, z początków XIX wieku i ma niewątpliwie pozytywne konotacje. Jednak we współczesnym języku potocznym to już nie jest tak oczywiste. Pod określeniem „Matki Polki” kryje się bowiem przeciętna współczesna kobieta, która ze swego poświęcenia, dla rodziny, dla dzieci czyni pewną cierpiętniczą ideologię.
Sięgnijmy zatem do korzeni. Po fatalnym dla Polski wieku siedemnastym, kolejne stulecie przyniosło osłabienie państwa, rozpad instytucji państwowych i edukacji. W pewnym momencie nasi przodkowie zaczęli naprawiać swe błędy (i błędy poprzednich pokoleń), ale już było za późno. Polska straciła niepodległość. Z tym jednak Polacy nie potrafili i nie chcieli się pogodzić. Stąd kolejne powstania, zaczynając od Kościuszkowskiego, a na Styczniowym kończąc. Kolejne powstania wyniszczały naród biologicznie, najbardziej zaś ostatnie – Styczniowe. Udział w kolejnych powstaniach brali przede wszystkim mężczyźni silni, konsekwentni i odważni. Wydaje się, że najlepsi z punktu widzenia genetyki*. W domu zostawali najsłabsi fizycznie, z chwiejnym i niezdecydowanym charakterem, kunktatorzy.
Po każdym kolejnym powstaniu zostawały samotne kobiety obarczone dziećmi i odtąd musiały wypełniać wszystkie role w rodzinie. Zająć się wychowaniem dzieci, ale także utrzymaniem w sensie materialnym. Istotny wpływ na kształtowanie kolejnych mężczyzn miało wychowanie bez ojcowskich wzorów. Kobiety wychowywały synów tak, aby ich uchronić od losu ojców, a więc mimowolnie odbierając im jakąś cześć męskości.
Te, które były młode i wybierały partnerów życiowych, miały coraz mniejszy wybór.
Doskonale widać to w literaturze pozytywistycznej, która chętnie malowała takie scenki obyczajowe. W noweli ABC Orzeszkowej mamy rodzeństwo Lipskich, dzieci dawnego nauczyciela, który być może stracił posadę po powstaniu. Syn Mieczysław jest chwiejny i przerażony rzeczywistością, a osobą wykazująca hart ducha i odwagę jest jego siostra Joanna. W wielu też utworach są przedstawione kobiety, które same zajmują się dziećmi, zresztą prawdziwe losy takich postaci jak Konopnicka, czy Orzeszkowa bardzo przypominają te literackie przykłady.
Ten fatalny dla polskiej nacji stan rzeczy nie skończył się na okresie zaborów. Naród utracił wielu najlepszych swych obywateli kolejno jeszcze podczas pierwszej i drugiej wojny. Za każdym razem pogłębiało to sytuację, gdy kobiety musiały troszczyć się zamiast mężczyzn o utrzymanie rodziny i wychowanie dzieci. Mężczyzna, jeśli był, to był często bezużyteczny. Doskonałym przykładem może być Dulski ze znanej komedii Gabrieli Zapolskiej. Z nowszych przykładów pasuje tu świetnie postać grana przez Zbigniewa Cybulskiego w filmie Giuseppe w Warszawie.
W ten sposób w obyczajowości polskiej utrwaliło się traktowanie mężczyzny jako trutnia, którego jedynym zadaniem, jakie potrafi wypełnić, jest spłodzenie dzieci, a później już staje się jedynie balastem dla umęczonej codziennymi staraniami o przetrwanie żony.
Konsekwencje są bardzo głębokie. W oczach mężczyzny kobieta po kilku latach małżeństwa zaczynała przypominać jego własną matkę i tak też się zachowywała. Można więc mówić o szacunku, ale trudno już o miłości, a seks staje się wręcz brzydkim słowem.

Niestety taki wizerunek jak powyżej wciąż był aktualny, nawet jeszcze w latach siedemdziesiątych, a na wsi jeszcze dłużej. Niewątpliwą przyczyną tego stanu rzeczy jest – z jednej strony – socjalistyczna bieda i szarość dnia codziennego, a z drugiej wspólne państwowo-kościelne potępienie seksu. Wystarczy przypomnieć, że liczba książek na temat edukacji seksualnej była żałosna. Znany podręcznik Wisłockiej pojawił się dopiero pod koniec epoki gierkowskiej. Dla odróżnienia w zachodnioeuropejskim lub amerykańskim wizerunku żony pracującej w domu (housewife) kładzie się akcent na szczęście i zadowolenie, a nie poświęcenie i cierpienie. W reklamach, artykułach prasowych, w telewizji, żona jest ładna i zadbana, nawet kuchenny fartuszek jest seksowny i modny. Ale też zachodnia żona była żoną „domową”, o utrzymanie rodziny troszczył się mężczyzna, a dążenia kobiet do pracy zawodowej były raczej wynikiem aspiracji, a nie konieczności ekonomicznej. U nas mężczyzna nie dość, że obarczony tradycją trutnia, to jeszcze w realnym socjalizmie nie był w stanie zarobić na utrzymanie rodziny. Żona zatem pracowała na dwa etaty.

Wśród kobiet zaś tradycyjnie, przekazywane z pokolenia na pokolenie, pokutuje przeświadczenie o konieczności poświęcenia się, co dla większości oznacza rezygnacje z własnych pragnień i szczęścia. W tych warunkach „Matka Polka” jest nie tylko brzydka lub przynajmniej skandalicznie zaniedbana, jest zgorzkniała i nieprzyjemna, bo w głębi duszy ma wciąż wrażenie, że tak być nie musi. Jednak przez blisko dwieście lat polskie kobiety jako partnerów dostawały coraz to gorszy „materiał genetyczny”, „prawdziwi” mężczyźni zwykle ginęli w powstaniach i na wojnach. To spowodowało również tradycyjne, przekazywane z pokolenia na pokolenie, wzorce zachowań w małżeństwie i poza nim. Dla kobiet wejście w małżeństwo było końcem radośnie pojmowanej kobiecości i było początkiem cierpienia i wyrzeczeń. Dla mężczyzny zaczątkiem swoistego rozdwojenia jaźni (żona żadną miarą nie pasuje do wizerunku kobiety, z którą może się spełnić seksualnie). Tak więc w przeciętnym małżeństwie okres godowy, czas miłości mężczyzny i kobiety z reguły kończył się wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka.
W ferworze walki płci kobiety nie zauważyły, że coś się zmieniło. Po pierwsze, gdy pojawiły się kolejne powojenne pokolenia, po drugie – gdy przestał istnieć realny socjalizm. Współczesny mężczyzna nie jest już Dulskim, który wokół stołu „robi” trasę do Kopca Kościuszki i z powrotem. Jest zaradny i energiczny, potrafi pogodzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi, umie być jednocześnie ojcem i mężem. Od żony nie oczekuje poświęcenia, ale wspólnego dążenia do tego, żeby w małżeństwie być szczęśliwym.
Zatem i kobieta współczesna powinna bardziej zadbać o siebie i swe szczęście i zrozumieć, że dzieci nie oznaczają ani końca kobiecości, ani możliwości osiągnięcia zadowolenia z małżeństwa. Wydaje się, że obecne pokolenie młodych kobiet jest w stanie odciąć się od cierpiętniczej tradycji swych szacownych przodkiń. I oby się tak stało, by już na zawsze przestała być aktualna słynna Litania do matrony krakowskiej Boya Żeleńskiego oraz jej zakończenie:
I tylko w tęsknocie żyjem,
Czy nie wstanie jaki Wandal,
Co przepędzi babę kijem
I zakończy raz ten skandal!…
**
Czego sobie i wam życzę. 🙂


* Takie stwierdzenie nie czyni mnie jeszcze absolutnym zwolennikiem darwinizmu. Jednak symptomatyczne jest, że w normalnych warunkach to samiec najsilniejszy, najbystrzejszy, atrakcyjny, zdobyłby samicę. W naszych głównie wojennych warunkach, ten atrakcyjny ginął często bezpotomnie. A jeśli nawet nie, to często rola jego kończyła się na spłodzeniu potomka, zaś nie zdążył być mężem i ojcem.
** Jako tradycyjna szowinistyczna męska świnia, nie mogłem sobie odmówić radości wklejenia tu choćby krótkiego cytatu z Żeleńskiego. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Virtual Star

Gdzieś jesienią 2008 roku Paulina* podesłała mi link do zabawnej piosenki na Youtube. Utwór usłyszała na jakichś z nieco luźniejszych zajęć na uniwerku. Ale jak to czasami bywa, posłuchałem i zapomniałem. Podczas wizyty w domu Paulina zaprezentowała mi jeszcze kilka nagrań z sieci. Piosenkę przypomniał mi znajomy za jakiś czas, ale była w innym, dużo gorszym wykonaniu. Zacząłem szukać oryginału. Okazało się, że można znaleźć znacznie więcej utworów. Artysta nazywał się Piotr Nalicz (Peter Nalitch) i wraz z innymi muzykami stworzył zespół pod nazwą Muzyczny Kolektyw Piotra Nalicza.

Piosenka Gitar okazała się swoistym fenomenem internetowym. Teledysk z Youtube zyskał niesamowitą wręcz popularność. Można by rzec – Peter Nalitch wirtualna gwiazda jednego utworu. W twórczości artysty pastisz i ironia mają specjalną wartość. Zobaczyłem kilka innych ciekawych klipów, które Nalitch umieścił w internecie. Zacząłem śledzić karierę artysty.

Jak by ktoś w Polsce przerobił w podobny sposób Pierwszą Brygadę, to odsądzono by go od czci i wiary. Pieśń sparodiowana przez Nalitcha to znany utwór z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej. Pamiętam go jako tło muzyczne patriotycznych filmów radzieckich.

Kapitalną niespodzianką jest piosenka Babaliuba.
Rysunkowy teledysk stylizowany jest na starą rosyjską skazkę. Decyduje o tym nie tylko strona plastyczna ale i tekst piosenki. Baba Liuba to kobieta imieniem Liuba. Ponieważ baba oznacza kobietę a Liuba to imię pochodne od słowa Liubow, czyli milość, więc znaczenie tytułu jest symboliczne. A pomimo nowoczesnej aranżacji duch rosyjskiej pieśni rzewnej i płaczącej unosi się nad tą piosenką.
Gdy zacząłem eksplorować stronę Petera Nalitcha, okazało się, że zespół przygotował już materiał na płytę zatytułowaną Radość prostych melodii i piosenki są do pobrania w formacie mp3. Jakiś czas potem odkryłem, że koncert zespołu w moskiewskim klubie B1 jest dostępny do ściągnięcia w całości w wysokiej rozdzielczości i z doskonałą jakością dźwięku.
Ponad godzina koncertu w jakości DVD to gratka. Mogłem jeszcze raz posłuchać znanych mi utworów w koncertowych wersjach.

Pół żartem, pół serio, ze świadomością patosu, ale i ze świadomością śmieszności rozpoczął Nalitch karierę w realnym świecie. Tak trochę król, a trochę błazen.
Что же это такое,
Где же правда люди
Я один в поле воин
Справедлив и спокоен.

Wciąż jeszcze poza głównym nurtem, z jakimiś tylko migawkami w mniej popularnych kanałach telewizyjnych, ale na koncertach były setki a potem tysiące osób, a pierwsza płyta wydana nieco amatorsko i po minimalnym koszcie rozeszła się jak przysłowiowe świeże bułeczki. Peter Nalitch był skazany na sukces. Jego muzyka podobała się i starszym i młodszym. Teksty piosenek często odnosiły się do bieżących wydarzeń i problemów, były niepokorne i buntownicze. To nie ułatwiało kariery. Jednak sukces był tuż tuż. Kilka dni temu w rosyjskich eliminacjach konkursu Eurowizji wygrał Peter Nalitch i to on będzie reprezentował Rosję. I jeśli ktokolwiek zasługuje na zwycięstwo w tym cholernym teleturnieju to jest to właśnie Nalitch.


* Dla ciekawych. Paulina jest moją córką. Na przełomie 2008/09 miała tzw. „year abroad” na studiach w londyńskim UCL, i w ten sposób przez pół roku studiowała w Petrozawodsku, a pół w Moskwie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Sorry Winnetou

 

Dowcip z czasów mojej młodości, jeden z niewielu dziś dość popularnych. Na lekcji nauczycielka pyta uczniów: „Powiedzcie, kto był największym wodzem na świecie?” Z pewnym wahaniem podnosi rękę Jaś i zachęcony przez nauczycielkę mówi: „Największym wodzem był przywódca Rewolucji Październikowej, Włodzimierz Ilicz Lenin”. Świetnie – woła pani – masz Jasiu piątkę. Jaś siada i ściskając w dłoni pomiętoszoną fotografię, na której jest ucharakteryzowany Pierre Brice, szepcze: „Sorry Winnetou, ale biznes is biznes”.

Winnetou to niekwestionowany idol wielu pokoleń chłopców. Jeszcze w latach siedemdziesiątych, choć był Janek z Czterech Pancernych i kapitan Kloss ze Stawki większej niż życie, Winnetou nie miał godnych siebie rywali. Był szlachetny i uczciwy, walczył do końca, a w książkach i filmach o Winnetou nie było indoktrynacji politycznej. Jednak w dowcipie przegrał z Leninem dla osiągnięcia doraźnego celu, którym była piątka w dzienniku. Lenin nie był idolem. O Leninie opowiadaliśmy sobie dowcipy w innym stylu.
Jury konkursu malarskiego pod hasłem „Lenin w Polsce”. Przewodniczący pyta artystę o wyjaśnienie idei obrazu na którym są tylko wystające z pościeli nogi męskie i damskie. Artysta odpowiada, ze to są nogi Nadieżdy Krupskiej i Feliksa Dzierżyńskiego.
– A gdzie Lenin?
– No Lenin w Polsce!

Ale za ideą Lenina stał cały aparat państwa, zaś za Winnetou tylko tęsknota za bohaterstwem i szlachetnością. Mały Jaś z tym samym poczuciem wstydu, za kilka lat zapisze się do ZMS, a potem do PZPR, bo przecież żona, mieszkanie, meble, firanki, dzieci. Niektórzy żyli z tym poczuciem wstydu do końca. Nigdy nie zapomnę żadnego z kompromisów, do których musiałem dostosować własne sumienie. Nie było ich wiele, ale umrę, mając je w świadomości. Niektórzy jednak woleli zmienić wodza. Dorabiali sobie ideologię do swojej słabości, że przecież socjalizm to jest wspaniała idea. Te problemy są tylko przejściowe, partia się oczyści, jesteśmy dziesiątą potęga świata, jest lepiej niż przed wojną i zlikwidowaliśmy analfabetyzm. Kiedy już uwierzyli we wszystkie te brednie, byli gotowi na więcej. Donoszenie na znajomych, robienie kariery cudzym kosztem. Jak w dowcipie: „Sumienie mam czyste, nigdy go nie używałem”.
Komunistyczna ideologia w końcu się skompromitowała. Wyszło na jaw, że nie jesteśmy żadną potęgą w niczym, że socjalizm to naprawdę był kapitalizmem państwowym, a analfabetów dziś mamy więcej niż można się spodziewać. Partia – używając kolokwializmów – zdechła, a jej cuchnące truchło zamieciono w kąt i dlatego czasem jeszcze śmierdzi.
Czasem jednak przecieram oczy ze zdumienia. Okazuje się, że pojawiła się nowa ideologia, która indoktrynuje nie gorzej niż kiedyś komuniści. Partia chciała, żebyśmy żyli dla niej. Pracowali jak najwięcej, a wolny czas poświęcali na kształcenie ideowe oraz dodatkową pracę (tzw. czyny społeczne). Nie udało się. Za to dziś tak, pieniądz zmusza ludzi do pracy, takiej, że niektórzy już niedługo zapomną, co to jest czas wolny. Przypomina to opowiadanie Jacka Londona, w którym pewien biały trafia do plemienia Indian na dalekiej północy. Po kilku latach okazuje się, że wśród Indian pojawiła się nowa religia, a jej bóg nosi imię „Byzznyzz”.
Jako relikt przeszłości nie muszę dziś zawierać kompromisów. Pomimo relatywnej biedy mogę sobie pozwolić na odrzucenie tych, które za bardzo ingerowałyby w spójność moich przekonań. Imperatywem współczesnych pokoleń jest powiększanie obszaru posiadania. Powstaje w ten sposób styl życia coraz bardziej przypominający bohaterów wiersza Mieszkańcy Juliana Tuwima. Ludzie pracują, dorabiają się, bo żona, meble, firanki i dzieci…
l znowu mówią: że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Najgorsze jest w tym, że gubią rzeczy ważne, że zaczynają sobie dorabiać ideologię, („nie dlatego to robię, bo muszę, ale dlatego że to jest najlepsze i najwłaściwsze i tak jest dobrze”), oszukują samych siebie.
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.
Czy mały Jaś dzisiaj ma jeszcze jakieś ideały? Czy tylko chce mieć wszystkiego jak najwięcej? Może się już urodził jako wyznawca bożka „Byzznyzz”? Może warto się nad tym zastanowić, póki nie jest za późno? A może jest?
Ja jednak – Ostatni Mohikanin – pójdę za tobą Winnetou. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Mam dylemat

Gwiazdy tańczą na lodzie czy Taniec z gwiazdami? Co jest gorsze i głupsze? Pomijam już ten drobny fakt, że o „gwiazdach” mało kto słyszał. Pomijam w tym wypadku też fakt, ze jakieś tabuny idiotów wysyłają te płatne smsy do programów i badania popularności świadczą dobitnie, że ogląda to więcej ludzi niż tylko rodziny zainteresowanych. Chodzi o to, ze te programy stanowią obrazę inteligencji przeciętnie rozwiniętego sześciolatka.
W czasach PRL kultura była pod nieustanną kuratelą państwową. Ponieważ brakło wszystkiego, w końcu była to gospodarka niedoboru, to i kultura cierpiała braki. Na dodatek wciąż był dylemat – co wolno, a czego nie. Jak zareaguje cenzura? Najłatwiej było tam, gdzie koszty były stosunkowo niewielkie. Spora swoboda działania obejmowała rozmaite lokalne domy kultury. Rzecz jasne rozwój zależał od lokalnego środowiska. Jednak to właśnie w ten sposób powstawały nieraz wybitne inicjatywy artystyczne. Nie będę wymieniał, ale wiele sław zaistniało dzięki domom kultury w jakichś pipidówkach. Trochę gorzej było tam, gdzie potrzebny był papier lub taśma filmowa. Jednak były wydawane takie czasopisma jak Poezja, Literatura, Literatura na świecie. Staraniem lokalnych wydawnictw publikowane były wiersze mało znanych poetów, które rzecz jasna trafiały po części do bibliotek, kupowane były przez krewnych i znajomych. A większość po paru latach trafiała na przemiał. Trudno się było przebić młodym adeptom sztuki filmowej, bo tam w grę wchodziły już spore pieniądze. Jednak czasami też się udawało. Polska szkoła filmowa powstała przecież nie po roku 1989.
Cenzura. Owszem, była. W sporej części aktywność twórców zmierzała ku temu, jak cenzurę oszukać. Wiadomo też było, że władze starały się wykreować twórców popularnych. Nie zawsze się udawało, przykładem może być choćby Putrament. Ci, którzy zdobywali popularność, musieli jednak zostać zaakceptowani przez odbiorców. A najważniejsze, że wyznacznikiem nie były ewentualne zyski. Nie staram się w żaden sposób usprawiedliwiać, ani też gloryfikować tamtych czasów. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich brudnych kompromisów, jakie środowisko artystyczne zawierało z władzą, żeby istnieć. Być może Tyszkiewicz to paskudna kolaborantka, Gajos grał w demoralizującym politycznym serialu, a Łapicki płaszczył się przed partią. A co mamy dziś – mroczki przed oczami, znaczy Mroczków, takich braci bliźniaków. Do bliźniaków od jakiegoś czasu podchodzę z wielką rezerwą, nie tylko Mroczków.
Wraz z upływem lat mam coraz częściej wrażenie, że wylaliśmy dziecko razem z kąpielą. Czy są dziś jeszcze nierentowne czasopisma? Takie jak Poezja? Żaden sponsor dziś nie da pieniędzy na spektakl teatralny, ale na kolejny debilny show to chętnie. Publiczna telewizja robi wszystko by dorównać komercyjnej w miałkości intelektualnej, a raczej głupocie kolejnych przedsięwzięć. Wiersze to młodzi poeci mogą sobie w internecie publikować. Najlepiej jednak by robili to na stronach przeplatanych nagimi panienkami, może ktoś wtedy przeczyta przez pomyłkę.
Jak słyszę pojęcie kultura masowa, to mam raczej skojarzenie z masowym samobójstwem – intelektualnym. Biorąc pod uwagę świat kreowany przez media, który rozprzestrzenia się także na życie prowincjonalne, dzięki dostępności tych mediów, to niedługo znajdziemy się w świecie podobnym do tego z powieści Fahrenheit 541. Być może nie będzie się palić książek, ale samodzielne myślenie będzie źle widziane.
Wiele lat temu, w czasopiśmie Forum (zawierającym przedruki z prasy zachodniej) był dowcip rysunkowy. Chłopiec stojący przy fotelu pyta siedzącego tatusia:” Tato, czy jeśli w lesie zwaliło się drzewo, a nie było przy tym telewizji, to czy ono naprawdę się zwaliło?”. W latach siedemdziesiątych, w tamtych realiach po prostu nie rozumiałem sensu tego dowcipu. Zrozumiałem go dzisiaj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)