Szatańskie wersety

Ten tekst wymaga wstępu. Zatem Dear Readerprzypis, jeśli masz jakiekolwiek uczucia religijne, to odejdź i nie czytaj, bo na pewno będę je obrażał. Lepiej posprzątaj coś przed świętami, pomaluj jajko… albo dwa. Jeśli nie lubisz wysilać szarych komórek, to także odejdź, bo będzie bolało.
Spór o istnienie Boga (bogów) ma długą tradycję i jest niezależny od wyznawanej religii. Zasadniczy w nim jest argument zwany teologicznym. Jeśli istnieje tak złożony projekt, jakim jest świat i został tak doskonale zaprojektowany, to musi istnieć projektant. Doskonałym uzupełnieniem argumentu teologicznego jest stwierdzenie Hoyle’a, że prawdopodobieństwo samoistnego powstania życia na Ziemi jest takie, jak prawdopodobieństwo, że przelatujący nad śmietniskiem huragan złoży działający samolot z leżących tam rozmaitych i kompletnych części. Ten argument nosi potocznie nazwę ostatecznego boeinga.
Jednak odwołując się do historii filozofii, na te dwa ostateczne argumenty możemy odpowiedzieć stosując metodę starego sceptyka Hume’a – ujmując to po prostacku: „a kto stworzył projektanta”?
Ze stwierdzeniem Hoyle’a rozprawia się Richard Dawkins w swojej książce The God Delusion. Z mojego punktu widzenia pewność Dawkinsa jest mniej przekonująca niż sceptycyzm Hume’a, ale to jest obszerny temat do sporów. Zamierzam się raczej skupić na postawach ludzi wobec teizmu. Znajomy mój podzielił ich na trzy grupy, odnosząc się do mojej krótkiej autocharakterystyki na tej stronie. Pierwsza grupa to wierzący w Boga. Druga to agnostycy, którzy nie wiedzą i nie potrafią się zdecydować. Trzecia to ateiści, których określił jako „wierzących w nieistnienie Boga”. Z taką systematyką zgodzić się nie mogę. Należałoby tu raczej wprowadzić kategorię antyteistów, takich jak Dawkins, którzy aktywnie zwalczają wszelkie poglądy teistyczne. Agnostyk jest raczej kimś, kto ma wątpliwości co do samej możliwości poznania i zgłębienia zagadki bytu. Zatem będzie uważał, że nie istnieje możliwość udowodnienia istnienia Boga, ani tez nieistnienia. Agnostyczne podejście do nauki nie oznacza jednak braku wiary. Brak wiary łączy się naturalnie z ateizmem. Natomiast to, co tak poetycko zostało określone jako wiara w nieistnienie Boga, łączy się raczej z fundamentalizmem. Zaś fundamentalizm znajduje się po obu stronach tej barykady.
Fundamentalizm jest też głównym tematem moich rozważań. Nie będę jednak pisał o terrorystach. O kobietach i dzieciach owijających się ładunkami plastiku i wysadzających się wśród innych ludzi, których jedyną winą jest często to, że wyznają inna religię. Moją uwagę zwrócił niejaki Ali Husajn Sibat. Prezenter telewizyjny z Libanu, który jako pobożny muzułmanin pojechał do Mekki, a ta znajduje się w Arabii Saudyjskiej. Tam został aresztowany i skazany na śmierć za czary, ponieważ w audycjach wróżył dzwoniącym do telewizji widzom. To zupełnie jak bym sobie pojechał na wycieczkę do Rzymu i tam został aresztowany przez gwardię szwajcarską podczas zwiedzania, i spalony na stosie za heretyzm.
Znanemu fizykowi, laureatowi nagrody Nobla, Stevenowi Weinbergowi przypisuje się opinię, że są ludzie dobrzy i źli. Dobrzy ludzie robią dobre rzeczy, a źli złe, ale do tego, by dobrzy ludzi robili złe rzeczy, potrzebna jest religia. Oczywiście można podnieść krzyk, że to islam jest złą religią. Trudno byłoby dziś znaleźć równie spektakularne przykłady mordowania z powodów religijnych przez chrześcijan. Pamiętajmy jednak, ze islam jest religią młodszą o ponad 600 lat od chrześcijaństwa. Sprawiedliwiej byłoby spojrzeć na chrześcijaństwo sprzed tylu właśnie lat. Były wojny religijne, była inkwizycja, procesy o czary, było ludobójstwo Indian – to chyba dość przykładów. Nie było co prawda chrześcijańskich terrorystów wysadzających się w powietrze z tysiącami niewinnych, ale wynikało to raczej z braku możliwości technicznych, a nie braku wiary.
Boję się Greków, nawet gdy przynoszą dary. To zdanie wg Wergiliusza miał wypowiedzieć Laokoon na widok konia trojańskiego. Ilustruje ono mój stosunek do religii. Zły człowiekdrugi przypis zawsze ma świadomość zła, które wyrządza, a więc i granicę, którą będzie się bał przekroczyć. Cofnie się w obawie przed obroną, odwetem, zemstą lub znajdując swą korzyść w innym działaniu. Czasami najzwyczajniej świecie zrzyga się na widok zła jakiego dokonał i nie będzie potrafił już więcej. Człowiek głęboko religijny zniesie najgorsze potworności, które musi zrobić innym ludziom. On bowiem wierzy, że czyni dobrze, a jego działania błogosławi Bóg. Człowiek głęboko religijny nie jest panem swoich czynów, myśli i sumienia. Władają nimi ci, którzy przekazują mu wolę Boga.
Książka Salmana Rushdie, którą przywołałem w tytule, jest jednym z przykładów, jak łatwo stać się można celem fanatyków religijnych, choć sam tytuł (wbrew pozorom) nie nazywa tak świętej księgi islamu. Chrześcijanie, zanim poczują wyższość, niech sobie przypomną dwie książki. W obydwu wypadkach nie powinni być dumni ze swego stosunku do nich. Pierwsza to O obrotach sfer niebieskich Kopernika, jak długo była na papieskim indeksie ksiąg zakazanych? Druga to Młot na czarownice Jacoba Sprengera i Heinricha Kramera, jak długo stanowiła biblię łowców czarownic, mimo oficjalnego potępienia?
Zakończę, składając podziękowania. Marcinowi, że sprowokował mnie kilka tygodni temu do przemyśleń na temat wiary, agnostycyzmu i ateizmu. Kamilowi, że na Facebooku nawiązał do Hume’a i potem podjął ten temat w rozmowie ze mną, co dało impuls do odświeżenia wiedzy i przemyśleń, które tu zasygnalizowałem. Resztę tekstu sponsorowała literka W jak Wielkanoc. Nie jestem fundamentalistycznym ateistą, bo brak mi wiary, więc jajko zjem na wielkanocne śniadanie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Czas jest najprostszą rzeczą

Zwykle na coś czekamy. Niecierpliwimy się. Thank God it’s Friday. Czekamy na kolejną sobotę, na wakacje. Potem czekamy na urlop, jeszcze później żeby dzieci podrosły, co pozwoli wypocząć podczas urlopu. W końcu czekamy na emeryturę. Życie człowieka składa się z czekania. Czasem czekamy na nierealne. Karmimy się złudzeniami o czymś, co powstało w naszych urojeniach, a tuż obok prawdziwe życie przecieka nam przez palce.
Stracony czas nie wraca. Coś, co odłożyliśmy (bo będzie więcej pieniędzy, bo dzieci będą starsze, bo nie będzie tyle pracy), nie wróci już, marzenie staje się mrzonką. Minuta po minucie, dzień po dniu, rok po roku, umieramy powoli, nie mając o tym pojęcia. I wreszcie przyjdzie to, na co nikt z nas nie czeka.

Spójrz na mnie i zapamiętaj mnie.
Odejdę na zawsze i nie spotkasz mnie już.
Nigdy już.
Odejdę ku zachodowi,
gdzie żyją nieśpiesznie
nasze dawne dni
i ty kochasz mnie…
La la la la laj…

Nie można zmienić przeszłości, nie można wrócić do niej. Jest tylko przyszłość i dlatego czas jest najprostszą rzeczą*.


* Tytuł zaczerpnąłem z powieści Clifforda Simaka.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Wojna płci

Pamiętam, że kiedyś było to modne określenie. Były to czasy, gdy kobiety walczyły o równouprawnienie, zakładały minispódniczki, spodnie, przełamywały bariery. Co prawda socjalizm dość szybko i przewrotnie załatwił sprawę równouprawnienia, więc w Polsce wszystko wyglądało inaczej. Polska kobieta bardzo szybko zdobyła prawo pracy w każdym zawodzie* i dodatkowo w nagrodę drugi etat w domowych pieleszach. Z zachodu wojna płci do nas trafiała tylko w filmach i nie ma co ukrywać, szczęka opadała, jak się oglądało np. I Bóg stworzył kobietę. Pięknie te problemy płci potrafili ci kapitaliści przedstawić. Aktorka potocznie zwana w Polsce Bardotką, stała się niedługo symbolem wyzwolenia kobiet. Obrazował to film Gdyby Don Juan był kobietą.

Zdjęcie z 1968 roku

Zdjęcie z 1968 roku


Z biegiem czasu pojęcie wojny płci stało się niemodne. Szanse pań się wyrównały, my tu w Polsce mieliśmy znacznie ważniejsze problemy, a ponadto świat zmienił się tak bardzo, że wracanie do tego pojęcia byłoby anachroniczne.
Jednak temat, który chcę poruszyć, tę wojnę na nowo może wywołać. 🙂
Jakiś czas temu media rzuciły informację, która w natłoku polityki, przemknęła słabo zauważona. Feministki w Polsce zorganizowały pierwszy Dzień Cipki. Idea mi się podoba.
Organizatorki zakomunikowały: Naszym celem jest odczarowanie słowa „cipka”, wspólne poszukanie innych określeń i sposobów mówienia o kobiecej cielesności, które nie miałyby wydźwięku naukowo-medycznego lub wulgarnego, a także podkreślenie radosnych i pozytywnych aspektów seksualności kobiet. Dlaczego nie. To było rozsądne. Natomiast w dalszym etapie była mowa o tabu wokół kobiecych narządów płciowych. To już zakrawa na wyolbrzymianie problemu, bo czasy współczesne zlikwidowały wszelkie tabu, nawet za bardzo. Gdy przeczytałem tytuł MATRONAT NAD DNIEM CIPKI OBJĘŁA FEMINOTEKA!!!, to zrobiło się nieco śmiesznie.
Kilka dni później pojawiła się informacja o akcji na pewnej anglojęzycznej stronie, gdzie internautki mogą wpisywać, jak nazywają swoja waginę. Też śmieszne. Zakładając jednak, że to kobiety tam wpisują i wybierają rozmaite propozycje, zastanawia mnie słowo, które zajęło pierwsze miejsce. Jest to moot. Po angielsku moot point oznacza punkt sporny. Dziwne. Co prawda druga w kolejności nazwa bardzo mi się spodobała, ale to musieli wpisywać faceci – The downtown dining and entertainment district.
Przejdźmy zatem do wojny płci. Gdyby tak mężczyznom przyszło do głowy założyć stronę moj.penis.pl i wybierać tam rozmaite pieszczotliwe nazwy dla swojego organu płciowego w rodzaju: pyta, pała, maczuga, wacek**, mały i jeszcze sporo innych – zapewne szybko podniosłyby się głosy sprzeciwu. Okazałoby się, ze jesteśmy męskie szowinistyczne i seksistowskie świnie i że tylko jedno nam w głowie.
Jako SSMSS*** zakończę anegdotką. Romantyczny letni wieczór nad wodą. Słoneczko zachodzi nad lasami, zefirek lekko szeleści w listowiu. Komary nad wodą bzykają, ja nie bzykam, tylko na brzegu siedzę z pewną panią. Łączy nas wspólne romantyczne milczenie. Nagle ciszę przerywa jej pytanie.
– O czym myślisz?
– O tym samym co ty.
– Wam facetom to tylko jedno w głowie!


* Jak ktoś nie czytał opowiadania Hela traktorzystka to może nie wiedzieć.
** Przepraszam wszystkich Wacławów, to nie było zamierzone.
*** SSMSS – Stara Seksistowska Męska Szowinistyczna Świnia

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Zaklinanie rzeczywistości

Marzec upłynął mi pod znakiem polityki. Prawybory ogłoszone w szeregach PO przyciągnęły uwagę mediów i przez miesiąc nie mówiło się o niczym innym. Pomysł w swej prostocie był genialny. Platforma, a w konsekwencji wygrywający kandydat – Komorowski – dostał bezpłatnie miesiąc czasu antenowego od wszystkich liczących się stacji telewizyjnych.
Interesujące było zachowanie polityków opozycji. W zależności od nastroju powtarzali jak mantrę, że to jest oznaka poważnego rozłamu w Platformie, która zapewne niedługo się rozpadnie albo że to nie jest prawdziwa debata, a tylko takie udawanie. A następnie, od lewej do prawej, politycy udowadniali swe tezy mówiąc rzecz jasna o Komorowskim i Sikorskim. W ten sposób ze sceny na miesiąc zniknęli wszyscy inni kandydaci z Kaczyńskim na czele. I dobrze, bo o ile nie jestem pewny, jakiego prezydenta chciałbym w Polsce, o tyle dokładnie wiem, jakiego bym nie chciał.
Te powtarzane bezustannie brednie w których celowali przedstawiciele partii z nazwy prawej i sprawiedliwej, miały ewidentny aspekt zaklinania rzeczywistości. Wręcz buchała z nich nadzieja, że jeśli powtórzą swe tezy o poważnych problemach Platformy dostatecznie wiele razy, to słowo stanie się ciałem. Politykom jednak można wybaczyć. Większość z nich ex definitione to głupcy.
Jednak niektóre wypowiedzi komentatorów mogą zaskakiwać. Znana ze swych sympatii do braci Kaczyńskich profesor Staniszkis ogłosiła, że PiS teraz powinien jak najszybciej teraz również zorganizować prawybory. Zaproponowała nawet, aby wziął w nich udział były premier Olszewski i senator Romaszewski.
Jak widać zbyt gorąco wyrażane sympatie polityczne źle wpływają na logiczne myślenie. Otóż w tym roku pociąg z tablicą „Prawybory” już odjechał, a PiS został na peronie… we Włoszczowej.
Być może w kolejnych latach prawybory odbędą się w innych partiach i zainteresowanie mediów rozłoży się równomiernie. W tym roku jednak prawybory już były i następne nikogo nie zainteresują.
Kolejna rewolucyjna ocena dotyczyła oceny PO. Zdaniem pani profesor Platforma tylko na prawyborach straciła. Zadziwiające stwierdzenie wobec rosnących słupków sondaży. A skoro na prawyborach się traci, to dlaczego proponuje je PiSowi? Na koniec jeszcze pani Staniszkis zdążyła wywróżyć zmierzch Palikota i oderwanie się PO od wyborców, szczególnie młodych.
Na nieszczęście pani Staniszkis i wielu polityków zaklinanie rzeczywistości działa tylko w filmach fantastycznych, w życiu nie bardzo. Tak więc drogi czytelniku, powtarzanie bez przerwy „ona mnie kocha” nic nie da. Jak nie kocha, to nie pokocha. Zostanie ci peron we Włoszczowej i „Farewell, miss Iza farewell„*
A skoro już przewidujemy wydarzenia, które jeszcze nie nadeszły, to pozwolę sobie stwierdzić,że moim zdaniem wygra Komorowski i to z dużym prawdopodobieństwem w pierwszej turze. Zaś pozostałym kandydatom przyjdzie się jedynie wypłakać i wysmarkać – jak nie starczy chusteczek, to mogą w papier toaletowy.

To jest rolka papieru toaletowego

To jest rolka papieru toaletowego

Na koniec jeszcze dodam, że (moim zupełnie nieskromnym zdaniem) profesor Staniszkis niedługo zostanie ulubionym komentatorem politycznym TV Trwam.

* A sam (sama) zgadnij, skąd ten cytat.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Hip hop i rap

Nie ma co ukrywać. Nie lubię. Choć sam nie zapominam dbać o jędrność języka i nie uważam się za purystę, to monotonne i rytmiczne powtarzanie wulgaryzmów trudno mi uznać za sztukę. Jeśli jeszcze dołożymy do tego komputerowe miksowanie gotowych sampli, to mamy dokładną definicję tego, co według mnie sztuką na pewno nie jest.
Pewnego niedzielnego popołudnia przypadkiem stałem się odbiorcą pewnego wywiadu w pewnej stacji telewizyjnej. Nazwy nie podam, żeby jej nie reklamować (chyba, że mi zapłacą). Znany dziennikarz rozmawiał z kompletnie mi nieznanym młodym człowiekiem w dziwacznych okularach i kozią bródką. Pomimo dziwnego wyglądu ów młody człowiek wypowiadał się w sposób bardzo interesujący na tematy, które dla nas wszystkich są i powinny być ważne.
Mówił o historii, ojczyźnie i polityce, i w tym kontekście o swoich projektach artystycznych. I było to bardzo ciekawe. Zaciekawił mnie tak bardzo, że znalazłem nieco informacji o nim i jego projektach. Młody człowiek nazywa się Łukasz Rostkowski i oto próbka jego twórczości.

Zdecydowanie to jest sztuka. Zdecydowanie to jest artysta.
Nadal jednak nie podoba mi się taka muzyka. Ale cóż, za Pendereckim też nie przepadam, a miana artysty bym mu nie odmówił.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Nowomowa

Istniejemy w języku. Nasz byt nierozłącznie związany jest z językiem. Nazywanie organizuje przestrzeń społeczną i decyduje o jej statusie. Wydaje się to idiotyczne i niemożliwe, ale jest to oczywistością. Można łatwo wykonać doświadczenie. Spojrzeć wokół siebie i spróbować nie nazywać niczego, co zobaczymy. Okaże się to niemożliwe, ponieważ nasze myśli są prawie zawsze werbalizowane.
Tę właściwość ludzkiej natury doskonale znali i wykorzystali twórcy totalitarnego państwa, które powstało w wyniku Rewolucji Październikowej. Wtedy też powstała na użytek nowej władzy nowomowa (choć sama nazwa jest znacznie późniejsza).
Język rosyjski był pierwszym, który wchłonął ogromną liczbę słownictwa kojarzącego się wyłącznie z dokonaniami nowej władzy. Najczęściej były to skrótowce, ponieważ nowy język miał być szybki, konkretny i ostry w brzmieniu. Wystarczy kilka przykładów. Kołchoz (zamiast kolektiwnoje choziajstwo), podobnie sowchoz (zamiast sowietskoje choziajstwo), zamiast biuro polityczne zaczęto mówić politbiuro. Niezależnie od Rosji Radzieckiej, jakiś czas później kolejny kraj zaczął wdrażać nowomowę. Były to hitlerowskie Niemcy. Tam również skrótowce stały się powszechne. Geheime Staatspolizei czyli gestapo, niech posłuży nam jako przykład. Stało się jasne, że nowomowa jest kluczem do opanowania umysłów ludzi w systemach totalitarnych. Jeśli zmusimy ludzi by nazywali coś zgodnie z wytycznymi, to ich ogląd świata zacznie się zmieniać zgodnie z nowym językiem.
Sam termin nowomowa powstał dzięki książce Orwella Rok 1984. Nowomowa (newspeak) była konstrukcją głownie słowotwórczą i miała na celu zastąpienie starych nazw nowymi, wyeliminowanie z języka niepotrzebnych słów, wprowadzenie nowych, które nazywały nowe zjawiska lub na nowo stare zjawiska.
Pomijam tu dalszy etap rozwoju nowomowy, gdy już chodziło nie tylko o krótkie i dobitnie brzmiące wyrazy, ale także o całe konstrukcje składniowe i nazewnicze, które zmieniają język. Rozmaite wyrażenia i zwroty, które stawały się sposobem na utrwalenie dominacji totalitarnej biurokracji nad życiem codziennym. W naszych polskich warunkach takim przykładem może być legendarny już zwis męski przedni elegancki (czyli krawat). Jednak podstawowym celem nowomowy zawsze było wprowadzenie do języka skrótowców o jasnym, zdecydowanym i ostrym brzmieniu.
Wyzwolenie się z totalitaryzmu oznacza w większości wypadków także wyzwalanie się z okowów nowomowy. Staje się ona coraz bardziej anachroniczna. Jednak nowomowa dalej ma się świetnie w niektórych środowiskach. Początkowo miała być takim szyderstwem z przeciwników politycznych utożsamianych z określonym środowiskami.
Gdy mówią zwolennicy ultrakatolickiej prawicy o socjalistycznych poglądach ekonomicznych, to będziecie musieli się domyślić, ze GazWyb to Gazeta Wyborcza. Najbardziej radykalni użyją nawet nazwy GazŻyd, ale tylko nieoficjalnie, bo oficjalnie te środowiska do antysemityzmu się nie przyznają. Niedawno przeczytałem, że wykład zadający kłam politpoprawnym wypowiedziom żydowskich historyków jest doskonały. A jak powstają nowe skrótowce, które mają oczywiście funkcję wartościującą? Zobrazuję to na przykładzie. Słowa flejtuch, łapiduch, kocmołuch połączone są formantem -uch oraz wartościują negatywnie. Jak można utworzyć nowe słowo wartościujące negatywnie? Przymiotnik wykształcony łączymy z formantem -uch i powstaje nam wyraz wykształciuch. Ponieważ słowo było w powszechnym użyciu za czasów tzw. czwartej RP, nie muszę więcej wyjaśniać. Takim samym celom służyły określenia łżeelity czy lumpeninteligencja, które miały zdezawuować przeciwników – nie tylko politycznych, ale w ogóle wszystkich, którzy się sprzeciwiali.
Zastosowanie nowomowy przez środowisko prawicowe może się wydać komuś zaskakujące. Konserwatyści, prawicowi katolicy, którzy sięgają po ulubione narzędzie, ba, narzędzie wymyślone przez totalitarny reżim komunistyczny. Przecież to się w głowie nie mieści.
A mi się mieści. Po prostu obnaża to prawdziwe zakusy tych ludzi. Oni nie mają nic przeciw dyktaturze, pod warunkiem, że to oni będą rządzili.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Zdrowy rozsądek

Nawet najlepsze prawo nie zastąpi zdrowego rozsądku, za to brak zdrowego rozsądku wydatnie przyczyni się do stanowienia złego prawa. Złą pokusą jest chęć skodyfikowania każdego aspektu życia. Dlatego nie jestem socjalistą.
Wracam do sprawy parytetów. W ramach uogólniania i stereotypizacji pozwolę sobie najpierw przytoczyć przykład pochodzący ze Szwecji. Okazało się tam, że niektóre Szwedki zdające na uniwersytet, nie dostały się na studia z powodu parytetu, choć były lepsze od swych męskich konkurentów. Całkiem słusznie odwołały się do sądu, który uznał, ze o przyjęciu na studia powinny decydować wyniki egzaminu, a nie płeć. Tylko teraz powstaje problem bardzo delikatnej natury. Jak to będzie z parytetami? Czy szwedzkie uniwersytety z poparciem społecznym zdecydują, że koniec z parytetami – warunki startu dla obu płci się wyrównały na tyle, że niech wygrywa lepszy. Ale może będzie to tak, że parytet będzie wówczas gdy kandydatka będzie gorsza od kandydata, a jak lepsza to parytet będzie zawieszony? Tu jest właśnie pole do popisu dla zdrowego rozsądku. Czy jednak on zwycięży?
Nadal mam wątpliwości co do parytetów w polityce. Znam przynajmniej kilka pań, którymi chętnie bym zastąpił obecnie działających polityków. Mało tego, jedyny minister z jajami w obecnym rządzie to Ewa Kopacz. Nie dała się nawet zaszantażować samobójczymi groźbami RPO. Takich ministrów chciałbym więcej. Ale są też wręcz przeciwne przykłady. Tyle, że głupota i mądrość nie mają nic wspólnego z płcią, obdzielają swymi urokami po równo mężczyzn i kobiety.
Jak Paulina słusznie napisała w swoim komentarzu – kobiety często są obojętne zarówno wobec parytetów, jak i w ogóle potrzeby głosowania. A szkoda. Może gdyby Kaczyńskiego zastąpiła pani Kaczyńska, to prawicowe poglądy byłyby bardziej strawne? Zatem jednym problemem jest niewielki udział kobiet publicznym. Drugim, także ich obojętność wobec wyborów w ogóle. Z tym, że tu obydwie płcie po równo są tymi satisfied slave. Nie idą głosować oddając prawo decyzji innym, jak prawdziwi niewolnicy.
W roku 2005, gdy toczyła się rozgrywka pomiędzy prawicą o socjalistycznym obliczu, a prawicą bardziej liberalną, doszło do spektakularnej porażki Platformy Obywatelskiej. To był czas letnich* wyborców. Uważali za oczywiste, że wygra ta rozsądna opcja i na wybory nie poszli. Nie wygrała.
Dwa lata później nastąpiło przebudzenie. Zmobilizowali się głównie młodzi ludzie. Ze sporym prawdopodobieństwem można rzec, że centroprawica niekoniecznie była partią ich marzeń, być może woleliby głosować na inną partię. Jednak wybory polityczne to często wybór mniejszego zła.
W Londynie kolejka Polaków na wybory była tak ogromna, że tubylcom się chyba przypomniały czasy tuż po wojnie.

Paulina dołącza do kolejki wyborczej

Paulina dołącza do kolejki wyborczej


Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna** – taka filozofia nie popłaca, złudzeniem jest, że można uciec przed problemami. Dlatego drogi czytelniku (obojga płci oczywiście) bądź za parytetami lub przeciw, wysyłaj do posłów maile i demonstruj swoją postawę, głosuj tak lub inaczej, ale nie mów, że cię to wszystko nie obchodzi.
Ludzie umierali za to, żebyś ty dziś mógł (mogła) głosować tak, jak chcesz.
A ja jednak wysłałem maile do posłów z mojego okręgu – według tego wzoru. Nie dlatego, żebym się przekonał do parytetów, ale dlatego żeby zacząć o tym mówić, żeby zacząć się na serio spierać i dyskutować. Żeby także kobiety wzięły udział w publicznej debacie i żeby wreszcie przestało wszystkim być obojętne.


* To taka aluzja do książki „Czas letnich chrześcijan” Dobraczyńskiego.
** To Wyspiański.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Solidarność jajników

Nie zamierzam się, wbrew pozorom, zajmować solidarnością niewieścią wobec mężczyzn, ani wobec przeciwności losu. Co mam na myśli, będzie można dowiedzieć się na końcu.
Przypadkowo usłyszałem w mediach, że wciąż występuje poważny problem, na tyle poważny, że zauważony nawet przez przedstawicielkę rządu desygnowaną do zajmowania się sprawami rodzinnymi. Łatwo się domyślić, że chodzi o tzw. opiekę nad dzieckiem po rozwodzie. Nadal sądy rodzinne przyznają to prawo głównie kobietom. Od kilkunastu lat, gdy ten problem dotyczył również mnie, niewiele się zmieniło. Zaledwie 3% ojców otrzymuje prawo opieki nad dzieckiem.
Formalnie wygląda to nieco inaczej. Sąd rzadko odbiera prawo do opieki i w teorii ustanawia do opieki nad dzieckiem obydwie rozwiedzione strony. Jednak zarazem podejmuje zwykle decyzję o ustanowieniu miejsca zamieszkania dziecka (lub dzieci) w miejscu zamieszkania matki. Natomiast ta podejmuje skuteczne działania, żeby dzieci tatusia zapomniały jak najszybciej. Z własnego doświadczenia wiem, że ojciec rzadko kiedy dostaje szansę wychowywania dziecka, choć akurat mi się udało.
Pomijając przypadki patologii, rozwody najczęściej są orzekane bez ustalania winy stron, ale faktycznie nie da się ukryć, że spora część powodów do rozwodu leży po męskiej stronie barykady. Bardzo często to on zrywa związek, bo znajduje przysłowiowy „nowszy model”. Ona – zraniona do żywego, będzie robić wszystko, aby jakoś się zemścić.
To nawet zrozumiałe i ludzkie. Zranione uczucia, poczucie krzywdy i złość odbierają człowiekowi dystans do siebie i własnego losu. Tyle że w takim stanie człowiek kiepsko się nadaje do wychowania dzieci. Zarówno sądy rodzinne, jak i wszelkiego rodzaju ośrodki diagnostyki rodzinnej powinny to zauważyć i zgodnie z literą prawa kierować się dobrem dziecka. Jednak sądy rodzinne i ośrodki rodzinne są sfeminizowane, a statystyki wskazują, że wśród kobiet wykształconych i aktywnych zawodowo większy jest odsetek rozwodów. I tu dochodzi do głosu tytułowa solidarność jajników.
Same kobiety często twierdzą, że nie ma kobiecej solidarności. Odbierają sobie nawzajem mężów, cudzy facet jest lepszym kąskiem niż niczyj. W stosunkach zawodowych, dla kariery czasami chętnie by się nawzajem potopiły w łyżce wody. W przypadku skandali obyczajowych nikt tak ostro nie potępi kobiety, jak inna kobieta. To racja. Dlatego nie mówię o solidarności kobiet. Solidarność jest tylko w jednym przypadku – spory o dziecko są jedynym zdecydowanym momentem, gdy kobiety się popierają bezwarunkowo. Mam wrażenie, że – niekoniecznie świadomie – są przekonane, że dziecko jest ich, że mężczyzna w tym aspekcie nie ma praw, bo to one były w ciąży, urodziły. Tak, jak by w ten sposób nabywało się prawa własności. Dziecko jako własność, nie ma swoich praw i trudno mówić o jego korzyści, za to świetnie się nadaje jako argument przetargowy do wyciągnięcia jak największych korzyści majątkowych, a także jako broń przeciw byłemu już mężowi. Można manipulować dzieckiem, powodować by sprawiało ojcu kłopot, buntować przeciw jego nowej żonie. Arsenał możliwości jest ogromny. Nie solidarność kobiet, ale solidarność jajników powoduje, że rozwodząca się kobieta w majestacie prawa dostaje tę broń do ręki. Konsekwencją takiego postępowania są kolejne pokolenia mające patologię związków niejako we krwi.
Aby być sprawiedliwym, trzeba powiedzieć, ze spora grupa ojców na ojców się nie nadaje. Całkiem pokaźna liczba oddaje dzieci żonie z wygody, nie są im obojętne, ale sami przed sobą się tłumaczą, że u mamy będzie lepiej. Duża grupa rozwodzących się, zbyt szybko się poddaje. Mimo to, nikt mnie nie przekona, że jedynie 3% ojców zasługuje na to, by sprawować opiekę nad dzieckiem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Jestem kamieniem

Dyskusja jest bardziej humanitarnym sposobem przedstawiania swoich racji niż wojna. Niestety jest to sposób mniej skuteczny. Przeciwnik pozostaje przy życiu, a na dodatek jeśli jest odporny na argumenty, pozostaje też przy swoich racjach. Z zażenowaniem obserwuję upadek sztuki dyskusji w życiu publicznym. Jednak to trend ogólny dotyczący nie tylko strefy mediów. Zadziwiająco łatwo przebijają się opinie skrajne, oparte na potocznych przypuszczeniach, uprzedzeniach ludzkich i – co tu dużo kryć – na głupocie.
Przysłowiowa już gombrowiczowska gęba zostaje przyporządkowana nie tylko osobom, ale i wydarzeniom. Spora grupa ludzi odbiera rzeczywistość za pomocą niewielu uniwersalnych kluczy lub raczej wytrychów. Przy czym te wytrychy są na tyle uniwersalne, że przydają się im niezależnie od deklarowanych poglądów, które zresztą również wyrażane są jednoznacznie i kontrastowo.
Lata doświadczeń nauczyły mnie, że w życiu rzadko zdarzają się zjawiska prawdziwie kontrastowe – czarne lub białe. Najczęściej wszystko jest – jak pisał ksiądz Twardowski – w kratkę. Ludzie chętnie to nawet przyznają, ale tylko w odniesieniu do zjawisk bliższych. Najczęściej zresztą wtedy, gdy próbują wyjaśnić złożoność własnej natury lub wytłumaczyć popełniane błędy. Jednak w sprawach ogólnych lub światopoglądowych łatwiej przyjmują postawy skrajne. Inaczej mówiąc, przyznaję, że postąpiłem egoistycznie i kierowałem się własnym interesem, ale zostałem sprowokowany przez sytuację, a na dodatek przygniatały mnie problemy materialne, ale wszyscy politycy to skorumpowane świnie.
Lubię mieć rację, jak każdy. Jednak nie jest to nadrzędny imperatyw. Coraz częściej zdarza mi się, że próbując przedstawiać poglądy stonowane i wyważone, traktowany jestem przez wyznawców poglądów skrajnych jako reprezentant poglądów skrajnie przeciwnych wobec ich własnych. Próba przedstawiania postawy wyważonej spotyka się ze złością większą, niż gdybym faktycznie skrajne poglądy reprezentował.
Nie mam złudzeń wobec własnej mocy kształtowania rzeczywistości. Jest jak muśnięcie skrzydła motyla. Wolę się zatem wycofać. Szkoda mi tego czasu, który mi jeszcze pozostał na wątpliwe próby przekształcania świata.
Pozostanę obserwatorem.

Jestem kamieniem przydrożnym
Nic mnie nie obchodzi
Jestem dostatecznie dotykalny i własny
Ażeby być z tego dumnym
*.


* Bogdan Chorążuk, Dosłowność

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Granice

W świecie internetu granic jak wiadomo nie ma, chyba, że mieszkasz w Chinach, wtedy pokazują ci się nawet w twoim komputerze. Nie tak dawno pisałem o pozornym buncie Google w Chinach. Była mowa o pogróżkach Google wobec chińskich władz w sprawie cenzury, którą – przypomnę – Google w Chinach stosowały od lat. Zacytuję zatem sam siebie:
Przypuszczam, że dla firmy z Mountain View jest to czysto biznesowa rozgrywka. Być może ma to zapewnić alibi na wypadek wycofania się z Chin, w których Google nie stało się potentatem. Przy okazji firma poprawi swój wizerunek wśród nieco naiwnych obrońców praw człowieka.
Dziś pojawiła się wiadomość, że oto Google przestają cenzurować chiński internet, choć pozostają w Chinach. Jedna wiadomość i same kłamstwa. Poszpiegujmy zatem trochę za pomocą prostych narzędzi dostępnych w komputerze.
> google.cn
Name: google.cn
Address: 74.125.95.160

Chińska strona Google ma numer IP 74.125.95.160, szukajmy dalej.
IP address: 74.125.95.160
Host name: iw-in-f160.1e100.net
74.125.95.160 is from United States(US) in region North America

Zatem chińska wyszukiwarka Google wcale nie jest w Chinach tylko w w USA. Jeśli wpiszemy w pasku adresu przeglądarki google.cn zostaniemy natychmiast przekierowani na google.com.hk.
Niby niewielka różnica. Hong Kong jest specjalnym obszarem administracyjnym należącym do Chin, ale do 2047 roku ma zagwarantowaną autonomię prawie we wszystkich sprawach, za wyjątkiem polityki zagranicznej i armii. W Hong Kongu nie ma cenzury, w Chinach jest.
Oryginalna chińska strona Google jest nadal dostępna po wpisaniu numeru IP. Jednak wyszukiwanie przekierowuje nas już na stronę ogólną www.google.com.
Czy zatem Google nie cenzuruje internetu? Należałoby pojechać do Chin i sprawdzić, co tam się dzieje po wpisaniu google.cn. Jedno jest pewne, Google nie wyprowadziło przeglądarki z Chin, bo ona nigdy tam nie była. Zaś teraz wszystko wskazuje na to, że dla całego świata chińska strona Google przeprowadziła się do Hong Kongu. Czy dla Chińczyków też? Poważnie wątpię.
A skąd się wzięły tytułowe granice? Zacząłem się zastanawiać, czy są jakiekolwiek granice kłamstwa i obłudy w działaniu ogromnych korporacji biznesowych. Wychodzi na to, że mamy świat bez granic – także – przyzwoitości. Czasami nienawidzę mieć rację.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)