Małpi proces

Jednym z koronnych argumentów zwolenników tzw. inteligentnego projektu, popieranego ciszej lub głośniej przez wyznawców wszystkich chyba religii jest ten, wymyślony przez Freda Hoyle’a.

Na złomowisku są wszystkie części i fragmenty Boeinga-747, porozkręcane i chaotycznie porozrzucane. Trąba powietrzna przypadkowo przechodzi przez złomowisko. Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że po jej przejściu znajdziemy tam w pełni złożony 747, gotowy do lotu? (Fred Hoyle)

Oczywiście taki argument miałby sens, gdyby nie to, że jest z gruntu fałszywy. Otóż kreacjoniści zapominają, że według teorii ewolucji życie nie powstało od razu w formie człowieka. Inaczej mówiąc burza przechodząca nad tym złomowiskiem, najpierw „zmontowała” proste wahadło. Potem zmieniały się przez miliony lat warunki fizyczne, a tym samym części „leżące” na tym umownym złomowisku. Ukształtowanie się samolotu nie byłoby więc czynem jednorazowym, ale procesem kształtowania się coraz bardziej skomplikowanych elementów.
Dla kreacjonistów to jednak argument koronny, bo spora część z nich wierzy w zapisy biblii w sposób literalny. A zatem świat według nich został stworzony przez siłę nadprzyrodzoną, którą oni nazywają Bogiem, w procesie tworzenia trwającym 6 dni, a działo się to mniej więcej koło sześciu tysięcy lat temu. Nie wszyscy wyznawcy rozmaitych religii są tak fundamentalni, niektórzy z nich dopuszczają znaczenie symboliczne świętych ksiąg judaizmu, chrześcijaństwa, czy islamu. Jednak obserwujemy niepokojący zwrot ku wierze i negowania nauki. W Turcji z nowego programu szkolnego usuwa się nawiązania do teorii Darwina, ponieważ jak ujął jeden z ważnych polityków partii Erdogana, „jest niewiarygodna”. W Polsce po tzw. reformie oświaty z programów zniknie teoria Darwina, a także elementy dotyczące kosmosu i układu słonecznego, uczniowie nie dowiedzą się też nic o Koperniku. Pominięta zostanie postać Marii Curie-Skłodowskiej. Nieoficjalne wypowiedzi niektórych polityków partii rządzącej sprowadzają się do stwierdzenia, że „nie ma co dzieciom w głowach mieszać”. Jeśli dodamy do tego, że podczas edukacji szkolnej uczeń będzie uczestniczył w ponad 530 lekcjach religii, to robi się juz bardziej strasznie, niż śmiesznie.

Biolodzy na całym świecie uwikłani są w batalię z ruchem inteligentnego projektu, który sprzeciwia się nauczaniu teorii ewolucji w szkołach i twierdzi, że biologiczna złożoność stanowi dowód na istnienie stwórcy, który z góry zaplanował najdrobniejsze szczegóły życia biologicznego. (Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości, Yuval Noah Harari)

Pamiętam, że kiedyś czytałem świetną książkę biograficzną o amerykańskim adwokacie, który zasłynął jako obrońca w tzw. małpim procesie. Clarence Darrow był obrońcą nauczyciela oskarżonego o łamanie prawa, ponieważ na lekcjach wspominał o teorii ewolucji, a to było sprzeczne z religią.

Małpi proces – popularna nazwa procesu, który odbył się w 1925 w Dayton w hrabstwie Rhea amerykańskiego stanu Tennessee, dotyczącego nauczania teorii ewolucji w szkołach. Do małpiego procesu doszło na skutek zderzenia rozwijającego się ewolucjonizmu z amerykańskim fundamentalizmem.
Teoria ewolucji Darwina opublikowana została w 1859. Już 5 lat później w Ameryce pojawiły się prace mistyczki Ellen G. White sprzeczne z naukowym opisem powstania świata. Jednak reakcja na powstanie poglądów Darwina była umiarkowana. Zwolenników literalnego odczytywania Biblii wzburzyła dopiero książka Straussa Das Leben Jesu, podejmujące próbę demitologizacji postaci Jezusa Chrystusa. Taki sposób uprawiania teologii uznano za zagrożenie. Kościoły protestanckie USA podjęły próbę określenia fundamentalnych prawd wiary chrześcijańskiej (wydanie The Fundamentals, od którego wzięła się nazwa fundamentalizm) i walki z modernizmem. Objęła ona również parlamenty stanowe. Kilka z nich wydało zakazy nauczania w szkołach treści sprzecznych z opisanym w Biblii stworzeniem człowieka przez Boga. (Wikipedia)

Zdumiewałem się wówczas, jak można było w Ameryce, w XX wieku być tak zacofanym jak te setki tysięcy religijnych fanatyków. Gdy chodziłem do szkoły, Kościół nie negował teorii Kopernika, ani teorii ewolucji Darwina. Przynajmniej oficjalnie.
Dorastając byłem przekonany, że oczywistość teorii naukowych na temat powstania świata nie będzie już w wieku XX kwestionowana. Tymczasem wiek XXI okazał się pełny niespodzianek. Pomimo rozwoju nauki mamy coraz więcej przykładów, że miliony ludzi tę naukę odrzucają w imię uprzedzeń, mitów i zabobonów. Rosną w potęgę ruchy antyszczepionkowe, które uważają, że szczepionki są truciznami celowo podawanymi dzieciom. Karierę robią znachorzy i uzdrowiciele, także wspierani przez Kościół jak niejaki ksiądz John Bashobora z Ugandy. Zdziwić się można, ilu jest zwolenników rozmaitych mutacji teorii o płaskiej Ziemi. Kreacjonizm staje się oczywistą teorią nie tylko w zacofanych krajach islamskich, ale jak już wcześniej przytaczałem w Turcji. A co gorsza coraz silniejszy staje się w Polsce oraz Stanach Zjednoczonych. Czy będą kolejne małpie procesy? Czy nauczyciele uczący o teorii Darwina, a potem może teorii Kopernika będą wsadzani do więzień? Czy nadchodzi era ciemnoty i zacofania? Czy pioruny „oswojone” przez Beniamina Franklina znów będą tylko dowodem gniewu bożego?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Krótka historia biedy

Od czasów prehistorycznych do dnia dzisiejszego ludzkością rządzą te same mechanizmy. Pomimo rozwoju cywilizacji, wynalazków technicznych i rozwoju kultury pod pewnymi względami człowiek pozostał wciąż tym samym jaskiniowcem, którym był setki tysięcy lat wcześniej. Dowodzi to w oczywisty sposób, jak silna jest determinanta biologiczna w zachowaniach społecznych człowieka. Nie chcę się jednak zajmować takimi truizmami jak instynkt samozachowawczy lub instynkt zachowania gatunku i przekładaniu ich działania na zachowania społeczne. Zjawisko, które chcę opisać to bieda, która jest jednym z objawów przemocy stosowanej dla utrzymania władzy. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne, teoria jawi się jako idiotyczna, a na pewno całkowicie absurdalna. Ale czy na pewno?

Wspólnota pierwotna, czyli równość wolność i braterstwo
Historycy, archeolodzy, jak również przedstawiciele nauk socjologicznych zgodnie twierdzą, że tzw. wspólnota pierwotna była pierwszą w dziejach ludzkich organizacją społeczną. Tak naprawdę stwierdzono to badając kultury pierwotne, które zachowały się w niezmienionym prawie stanie na niektórych obszarach niedostępnych Ameryki Południowej, Afryki i niektórych wysp Oceanii.
Zasadniczą cechą wspólnoty pierwotnej była jej stosunkowo niewielka liczebność, co pozwalało na istnienie więzi osobistej pomiędzy wszystkimi członkami grupy. Wszyscy się znali, ponieważ takie wspólnoty były niewielkie. Zmartwieniem człowieka pierwotnego było głównie zdobywanie żywności, więc wszyscy zajmowali się tym wspólnie i zgodnie ze swoimi możliwościami. Trudno mówić o jakiejkolwiek własności prywatnej, ponieważ nieliczne narzędzia służyły tylko do zdobywania pożywienia i to była ich cecha nadrzędna. Taka niezbyt kompletna teoria powstała jeszcze w XIX wieku na podstawie dość ubogich wówczas badań antropologicznych, dała ona początek pomysłowi Marksa, który taką organizację społeczną nazwał komunizmem pierwotnym. Pojęcie własności prywatnej nie istniało według Marksa ponieważ nie było wartości dodanej. Cały efekt pracy takiej wspólnoty był na bieżąco spożywany. Wspólnoty te liczyły często nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób i co ciekawe, dzisiejsze badania epoki social mediów pokazują, że do dzisiaj w zasadzie nie potrafimy na prawdę mieć więcej niż około 150 znajomych.
Punktem zwrotnym stał się rozwój rolnictwa i udomowienie zwierząt, co spowodowało nadprodukcję żywności, a w konsekwencji pojawienie się podziału klasowego i nierówności społecznych. Nazwano to rewolucją agrarną.
Jednak dzisiejsza wiedza o ludach pierwotnych pozwala na nieco inne wnioski. Już w grupie kilkudziesięciu osób kształtuje się hierarchia ważności, powstaje przywództwo dwojakiego rodzaju – materialne i duchowe. Przywództwo we wspólnocie pierwotnej jest potrzebne, ponieważ bez niego działania kilkudziesięcioosobowej społeczności zaczynają być chaotyczne i nieefektywne. Oczywiście jest pewien zakres działań, który wynika z tradycji, z wiedzy nabywanej przez kolejne pokolenia, np. dojrzewa określony gatunek owoców, wiec trzeba działania skupić na ich zbieraniu albo przez teren zamieszkania wspólnoty przechodzi coroczna migracja jakiegoś gatunku zwierząt i jest to dogodna pora na względnie łatwe polowanie. Jednak ten ostatni przykład jest również opisem sytuacji wymagającej przywództwa. Ponieważ czymś innym jest decyzja „idziemy polować”, a czym innym zorganizowanie polowania tak, aby było maksymalnie efektywne. Doskonale się to splata z istnieniem wśród ludzi tzw. osobników alfa, którzy mają z jednej strony naturalny instynkt władzy, a z drugiej – przynajmniej w tej strukturze społecznej – muszą mieć umiejętności pokierowania grupą w sposób dla niej korzystny.
I w tym momencie wspólnota pierwotna wchodzi w kolejną fazę rozwoju. Ponieważ są przywódcy, więc działanie grupy staje się coraz bardziej efektywne, to pozwala się wspólnocie rozrastać i produkować więcej żywności oraz innych dóbr, które są przydatne. Praca, która dotychczas służyła wyłącznie temu, by się najeść, zaczyna być obowiązkiem narzuconym przez przywódców, a to z kolei prowadzi do powstania wartości dodanej w rozumieniu marksowskim. Jednak nadmiarowa produkcja dóbr nie tłumaczy wcale rozwarstwienia społecznego. Przyczyną jest władza. Sprawowanie władzy w większej społeczności wymaga utworzenia grupy nadzorującej wykonywanie rozkazów, co do zasady grupa ta musi być uprzywilejowana, a ponieważ nie bierze ona udziału w tworzeniu dóbr, po raz pierwszy w dziejach ludzkości powstaje klasa „próżniacza”. Tworzenie takiej klasy staje się jednak uzasadnione, gdy weźmiemy pod uwagę, że owa wspólnota jako duża i dobrze zorganizowana staje się obiektem zazdrości innych wspólnot, przed którymi trzeba się bronić. Ludzie pomagający w sprawowaniu władzy powoli zmieniają się w klasę wojowników. Jednak równocześnie z pierwszą klasą próżniaczą pojawia się pierwsza klasa pariasów. Dlaczego? Po pierwsze wytwarzanie dóbr nadal stoi na dość niskim poziomie. Po drugie ograniczona liczebnie grupa najuboższych to z jednej strony osobnicy sprzeciwiający się władzy, a z drugiej osobnicy o ograniczonej przydatności. Większość społeczności otrzymuje czytelny sygnał – nie buntuj się, bo będziesz żył w nędzy i zwiększaj swoją przydatność, a będziesz żył lepiej.

Feudalizm, czyli drabina władzy
Czas wspólnot pierwotnych trwający tysiące lat skończył się wraz z nabyciem przez ludzi takich umiejętności praktycznych i społecznych, które spowodowały rozrost wymagający już nie tylko przywódcy, ale osobnej grupy społecznej sprawującej władzę.
Według Marksa feudalizm był ustrojem społecznym, który zapanował po epoce niewolnictwa. Jednak – moim zdaniem – trudno uważać niewolnictwo za historyczną ewolucję systemów społecznych, ponieważ w różnych epokach było ono obecne jako jeden z elementów sprawowania władzy. Gdyby używać wyłącznie metodologii marksistowskiej, to system społeczny południowych stanów USA przed wojną domową w połowie XIX wieku musielibyśmy zrównać z systemem panującym w starożytnym Egipcie. Ponadto warto pamiętać, że feudalizm na różnych kontynentach często funkcjonował równolegle z rozmaitymi formami niewolnictwa. Czasami też formy podległości pewnych grup społecznych były niewolnictwem, choć nie nosiły tej nazwy. Niewolnictwo istniało od czasów prehistorycznych i w niektórych organizacjach społecznych stało się powszechną praktyką, w innych miało charakter marginalny. Jednak istniało wszędzie i na pewnych obszarach Afryki oraz Azji istnieje do dziś. Niewolnictwo jest też jednym ze sposobów realizowania biedy jako formy przemocy służącej utrzymaniu władzy. Choć z perspektywy tysięcy lat historii wcale nie jest sposobem dominującym. Zatem na potrzeby niniejszych rozważań przyjmujemy definicję feudalizmu jako drabiny władzy, a to oznacza, że nie tylko średniowieczne państwa były feudalne, ale również takie cywilizacje jak egipska lub rzymska.
Feudalizm powstał jako forma sprawowania władzy wynikająca z niedowładu organizacyjnego ówczesnej cywilizacji. Aby wspólnoty znacznie większe od pierwotnych, oparte o podobne dialekty, religię i przynależność kulturową mogły sprawnie funkcjonować potrzebna była z jednej strony centralizacja władzy, a z drugiej sprawność sprawowania władzy na szczeblu lokalnym, nie dało się tego zrealizować w dotychczasowym dwustopniowym podziale rządzący – rządzeni. W rezultacie powstała drabina zależności oparta na stosunku wasal – suweren.
Miało to swoje dobre strony, ponieważ lokalny suweren miał pod swoimi rządami stosunkowo niewielką grupę nad którą był w stanie zapanować, sam zaś był wasalem potężniejszego suwerena, który rządził w sposób pośredni. Miało to jednak swoje wady. Utrata wasala nie oznaczała tylko utraty zarządcy, ale najczęściej całego obszaru wraz z ludźmi, którzy przechodzili pod zarząd innego suwerena. Przekonał się o tym boleśnie cesarz Henryk IV, który w konflikcie z papieżem o mało nie utracił tronu, ponieważ książęta niemieccy – jego wasale, w obliczu rzuconej przez papieża ekskomuniki, zagrozili wypowiedzeniem posłuszeństwa. Utrata jednego z wasali oznaczała wówczas utratę części cesarstwa.
Jednak pomijając ten aspekt nietrwałości władzy, system feudalny ukształtował i wzmocnił procesy, które rozpoczęły się już we wspólnotach pierwotnych. Podzielił przede wszystkim społeczeństwo na jasno wyodrębnione klasy społeczne. Na samej górze mamy do czynienia z klasą próżniaczą, którą nazywam tak dlatego, że jej zasadniczym zajęciem było utrwalanie podziałów i utrzymanie władzy. Najniższy poziom to byli ludzie z różnych powodów utrzymywani w stanie skrajnej biedy, część z nich była niewolnikami. Jeśli spojrzymy na historię pod tym kątem, to zauważymy, że przez setki lat była to stosunkowo niewielka grupa, która dla większości społeczeństwa miała stanowić przestrogę, jak i motywację do bycia przydatnym w społeczeństwie. W szerszym przekroju historycznym zobaczymy, że doprowadzanie coraz większych grup społecznych do życia w skrajnej często biedzie, było procesem trwającym setki lat i przypominało węża zjadającego swój własny ogon. Większość ludności przez wiele stuleci stanowiła ludność wiejska, zajmująca się bezpośrednio produkcją żywności. Przez cały okres średniowiecza to właśnie zajęcie było podstawowym dla ogromnej części ludzkości. Metody uprawy roli, narzędzia i wiedza były na tyle prymitywne, że wytwarzanie żywności było niezwykle ciężką pracą. Rolnik wytwarzający żywność, choć był nisko w hierarchii społecznej, cieszył się pewną autonomią i względnym dobrobytem. W Polsce do wieku siedemnastego los ludności wiejskiej nie był wcale zdominowany przez władającą krajem szlachtę. Utrzymywana w biedzie była nieliczna grupa i wciąż była ona pewnym straszakiem społecznym. Gdy w okresie późniejszym feudalne państwa ulegały wynaturzeniom, gdy został zaburzony typowy dla tego ustroju system zależności, a władza centralna stawała się coraz silniejsza i coraz bardziej wymagająca, okazało się, że nadwyżka w produkcji żywności i innych dóbr staje się niewystarczająca pomimo postępu technicznego, który rozpoczął się w epoce Oświecenia. Jednak to nie powstrzymywało rządzących i w szpony biedy wpadała coraz większa grupa ludności. Nie wystarczyło być już posłusznym poddanym, który uczciwie pracuje i dzięki temu ma środki do życia. Konsekwencją były bunty i rewolucje, zwykle przy tej okazji okazywało się, że żadne bogactwo nie jest w stanie uchronić przedstawicieli klas posiadających przed marnym losem pokonanych. Tak było choćby podczas Rewolucji Francuskiej. Dość charakterystycznym i tylko pozornie należącym do innej epoki zjawiskiem była Wielka Rewolucja Socjalistyczna w Rosji. Rosja była oczywistym reliktem przeszłości i pomimo rodzącego się kapitalizmu tkwiła głęboko w epoce feudalnej, a pazerność klas wyższych wtrącała w krańcowa biedę coraz większe grupy ludności. To musiało skończyć się zrywem rewolucyjnym, który stary porządek zmiótł z powierzchni Ziemi.

Kapitalizm, czyli jak utrzymać w nędzy miliony
System feudalny nie miał racji bytu od dawna, ale definitywnie skończył się, gdy pojawił się postęp techniczny. Nie było już uzasadnienia dla istnienia wielostopniowej drabiny władzy i łączenia tego z zamożnością i przywilejami. Państwo kapitalistyczne zorganizowane było inaczej. Klasa próżniacza, czyli sprawująca władzę stała się mniej liczna, bardziej wyspecjalizowana, a przynależność do niej nie byłą funkcją urodzenia. Państwo zatrudniało ogromna armię urzędników, względnie dobrze opłacanych i pomagających sprawować władzę, ale nie będących władzą. Zwiększyła się rola armii i policji jako czynników represji wobec ludności nieposłusznej, ale także jako czynników utrzymania porządku i osiągnięcia bezpieczeństwa zewnętrznego. Te tysiące zwyczajnych obywateli pełniących funkcję żołnierzy (często z poboru) i policjantów, to nie była władza. Nie należeli oni do wtajemniczonej w system sprawowania władzy kasty. Wykonywali polecenia otrzymując w zamian względnie przyzwoite wynagrodzenie. Ich pochodzenie społeczne było coraz mniej ważne, a ich lojalność miała dotyczyć samego państwa, bowiem ludzie sprawujący władzę niekiedy się zmieniali.
Ponieważ zmniejszyła się liczba ludności potrzebnej w procesie produkcji żywności, a za to zwiększyły się potrzeby przemysłu, doszło też do wielkich migracji. Już nie ludność wiejska była trzonem społeczeństwa.
Natomiast pojawienie się nowej klasy posiadaczy środków produkcji, znacznie liczniejszej niż wcześniej arystokracja spowodowało wzrost zapotrzebowania na bogactwo, a to brało się wciąż wyłącznie z wtrącania w biedę rzesz pracowników. W ten sposób proces, który w feudalizmie trwał kilkaset lat, w kapitalizmie zajął zaledwie kilkadziesiąt. Doskonałym przykładem nowych procesów ekonomicznych są Stany Zjednoczone. Kraj w którym nigdy nie było arystokracji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a który wytworzył własną klasę posiadaczy środków produkcji i pieniędzy. Mechanizm rozwoju kapitalizmu doskonale spuentował Jack London w „Księżycowej dolinie” z 1913 roku.

Nowy kraj, otoczony oceanami, położony we właściwej szerokości geograficznej, o żyźniejszej ziemi i bogatszych skarbach naturalnych niż jakikolwiek inny kraj na świecie, skolonizowany przez imigrantów, którzy odrzucili pęta starego świata i przyszli tu w nastroju sprzyjającym demokracji. Tylko jedna jedyna rzecz mogła im przeszkodzić w udoskonaleniu tej demokracji, którą zaczęli budować. Tą rzeczą była chciwość. Zaczęli żreć wszystko, co było na widoku – jak świnie. A gdy tak żarli, demokrację diabli wzięli.

Etyka kapitalizmu zaczęła się w XX wieku nieco zmieniać pod wpływam rosnącej groźby ze strony milionów ludzi żyjących w nieustannej i dojmującej biedzie. Jednak to dalej było za mało. W zasadzie dopiero Druga Wojna Światowa stała się wstrząsem. Dlaczego i w jakim zakresie. Otóż przez tysiące lat najlepszym sposobem na wzbogacenie się było napaść sąsiadów i zabrać im to, co mają. Tak działo się prawie od początku cywilizacji. Oczywiście było to działanie krótkowzroczne. Sąsiedzi kiedyś mogli urosnąć w siłę i się odwzajemnić, mając przy tym ideologiczną podporę rewanżu za krzywdy. Na tym tle wybuchały wszystkie wojny. Jednak ostatnia wojna światowa pokazała, że zniszczone ekonomicznie, upodlone biedą społeczeństwo gotowe będzie dać władzę nawet szaleńcom, jeśli ci obiecają dobrobyt. Oczywiście pomysł Hitlera był tylko jeden. Napaść na innych i zabrać im ich bogactwa. Jak sam kiedyś stwierdził: „nikt nie sądzi zwycięzców”. Zakładał, że to Niemcy odniosą zwycięstwo i że żadna zbrodnia nie zostanie osądzona. Stało się inaczej.

Kapitalizm dziś
Po ostatniej wojnie klasy sprawujące władzę zrozumiały, że utrzymywanie milionów ludzi w nędzy szybko doprowadzi do kolejnej wojny, a każda kolejna wojna była coraz groźniejsza ze względu na postęp technologiczny. O ile utrzymywanie w posłuszeństwie rozproszonej ludności wiejskiej w feudalizmie było stosunkowo łatwym zadaniem, o tyle kapitalizm musiał mieć duże skupiska ludzi w ośrodkach przemysłowych i trudno już było podzielić świat na klasę panów i klasę niewolników. Kolejna wojna lub rewolucja mogła zagrozić także kasie rządzącej, gdy dochodzi do okrutnych aktów przemocy, trudno ochronić nawet najbogatszych. W ten sposób kapitalizm powojenny zyskał ludzką twarz. Miliony ludzi pracujących w przemyśle usługach oraz innych niezbędnych dla utrzymania cywilizacyjnego ładu miejscach opłacano teraz tak, aby byli zadowoleni ze swojego życia. Powszechnie rozwijający się konsumpcjonizm temu właśnie służył. I znów jak kiedyś, u zarania ludzkości, bieda dotykała tylko niewielkiej grupy najbardziej buntowniczych lub nieprzydatnych społecznie osobników. Pojawiła się nowa etyka kapitalizmu. Społeczeństwo było na tyle zamożne, że mogło zapewnić godne życie także tym, którzy nie nadążali w codziennym wyścigu do dobrobytu. Szczególnie widoczne stało się to w krajach europejskich. Pewien margines biedy istniał choćby dlatego by dla większości członków społeczności być pewną przestrogą utrzymujących ludzi już nie tylko w ryzach władzy, ale także w zgodzie z etyką danego społeczeństwa.
Niestety mechanizm opisany tak bezpośrednio przez Jacka Londona znów zadziałał. Ekonomista Thomas Piketty udowadnia że w XXI wieku znów mamy do czynienia ze zjawiskiem wzrostu bogactwa nielicznej grupy ludzi, którzy mają znaczną większość wszystkich dóbr kosztem milionów pracujących ludzi, którzy maja niewiele lub zgoła nic. W błyskawicznie zmieniającym się świecie cyfrowych technologii przemysł utracił stabilność. Wcześniejsze konie pociągowe rozwoju gospodarczego takie, jak przemysł samochodowy, przestały mieć wcześniejsze znaczenie. Przemysł stracił stabilność. Jeśli w danym roku istnieje ogromna potrzeba np. dostarczenia na rynek milionów sztuk komputerów, to wcale nie oznacza, że należy na tym budować strategię biznesową na następnych dwadzieścia lat. Zmieniają się bowiem nie tylko oczekiwania konsumentów, ale też mamy do czynienia z galopującym wręcz postępem technologicznym. Gdy pojawiły się laptopy, nikt nie przewidywał, że staną się one już wkrótce dominującą konstrukcją komputera. Przecież są mniej wydajne i mniej wygodne pod wieloma względami od tradycyjnych biurkowych pecetów. Posiadacze środków produkcji i właściciele środków finansowych uznali, że całe ryzyko należy przerzucić na pracowników. Tradycyjna ścieżka kariery zawodowej obecna i doceniana w XX wieku stała się przeżytkiem. Ktoś pracujący przez 30 lat w jednej fabryce nie jest pracownikiem godnym szacunku i zasługującym na większe względy. Dziś jest symbolem nieudacznika. Oczywiście zawsze znajdzie się grupa pracowników, którzy w zmieniających się warunkach dadzą sobie doskonale radę. Będą to ci szczególnie uzdolnieni, mający intuicję i siłę przebicia. Jednak dla rozwoju społecznego potrzebna jest trwałość i stabilizacja. Tymczasem do kapitalistów łączyły państwa, które przestały już dbać o równowagę społeczną, a zamiast tego zajmują się równowagą ekonomiczną. Kryzys z roku 2008 pojawił się dlatego, że instytucje finansowe na potęgę zaczęły handlować długami, a więc czymś co niejako z założenia ma wartość ujemną. Gdy kryzys okazał swą potęgę w całej pełni – państwa, zamiast zastanawiać się nad losem społeczeństw zaczęły dofinansowywać banki, aby utrzymać fikcyjną choćby, ale równowagę. Rok 2008 z całym dramatyzmem pokazał także istnienie nowej klasy społecznej, którą Guy Standing nazwał prekariatem. Prekariusze to grupa ludzi pozbawiona stabilności życiowej i finansowej.

Prekariat nie jest jednorodny. Dziś widać wyraźniej co najmniej trzy odmiany prekariuszy. Pierwsi pochodzą z biedniejszych rodzin, z małych miejscowości, mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Druga grupa to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzecia to m.in. migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Prekariuszem nie staje się z własnej woli. Nie są prekariuszami przedstawiciele wolnych zawodów świadomie wybierający taki, a nie inny zawód i sposób zarabiania pieniędzy. Jeśli adwokat zakłada własną kancelarię prawną, to czasem może mu się wieść lepiej lub gorzej. Jednak nikt nie oczekuje od niego, że zmieni zawód, ze zamiast kancelarii prawnej otworzy zakład naprawy komputerów. Oczywiście podejmuje pewne ryzyko, jeśli go ponieść nie chce, to wybiera inną ścieżkę kariery. Prekariuszem stanie się wówczas, jeśli pomimo dobrego wykształcenia i umiejętności będzie w kolejnych firmach zatrudniany na upokarzających groszowych stażach, lub umowach tymczasowych. Jego zawodowa kariera nie będzie wówczas zależna od jego umiejętności ale często na czynnikach pozazawodowych, a przede wszystkim od tego, że duża korporacja będzie dążyła wciąż do maksymalizowania zysków i minimalizowania kosztów. Wartość obiektywna pracownika nie ma żadnego znaczenia. Pokolenie rodziców dzisiejszych prekariuszy miało swoją może niekoniecznie szybką, ale stabilną ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego oraz życiowego. Jako młodzi ludzie również nie opływali w dostatki, ale pracowali, rozwijali się, awansowali, z czynszowego mieszkania przeprowadzali się do domku z ogródkiem, kupowali lepszy samochód, nowocześniejszy sprzęt domowy i mogli zapewnić swoim dzieciom wykształcenie oraz – jak im się wydawało – lepszy start.
Przeliczyli się, bo ich wykształcone dzieci nie maja szans na podobna stabilizację. I nawet jeśli mają dobre okresy finansowe pomiędzy gorszymi albo wręcz bezrobociem, to brakuje im poczucia bezpieczeństwa. Nie dorobią się domku z ogródkiem, nie myślą często o zakładaniu rodziny, bo dla nich dziecko nie jest nowym etapem życia ale tragedią burzącą jakiekolwiek perspektywy życiowe, szczególnie w przypadku kobiet. Bogatsze kraje jakoś próbują sobie sensownie radzić systemem zasiłkowym i zmianą przepisów taką, by promowały dzietność. Jednak pogorszenie sytuacji w ciągu ostatnich dziesięciu lat widać nawet w krajach skandynawskich.
Szczególnie groźnym zjawiskiem dla rozwoju społecznego w dalszej perspektywie jest deklasacja grupy nauczycieli. Nauczyciel, który nie ma perspektyw zawodowych, skazany na tymczasowe zatrudnienie, będzie dbał o swój rozwój zawodowy tylko w takim zakresie, w jakim może to zwiększyć jego szansę na stałe zatrudnienie, a w sytuacji konieczności dokonania wyboru, jakakolwiek etyka zawodowa zawsze przegra z koniecznością przypodobania się władzy zwierzchniej. Nie tylko w Polsce zauważono bowiem, że szkolnictwo jest miejscem wielu patologii wynikających z zależności niepewnych swego zawodowego i życiowego losu nauczycieli od psychopatycznych zwierzchników. Przynależność sporej grupy pedagogów do klasy prekariatu nie jest obecnie tylko zagrożeniem, ale stała się faktem, jakiś czas temu dość głośna była sprawa wykładowcy akademickiego z USA, który był jednym z wielu zatrudnianych na umowy kontraktowe. Wyższe uczelnie w ten sposób tną koszty, oszczędzają na ubezpieczeniu zdrowotnym i emerytalnym pracowników. Wspomniany wykładowca zmarł z powodu nowotworu, ponieważ kolejne cięcia spowodowały zmniejszanie się jego dochodów, a rosnące koszty pracy związane z dojazdami do kilku uczelni, gdzie był wykładowcą, spowodowały, że nie stać go było na ubezpieczenie zdrowotne.

Dokąd zmierza kapitalizm
Dziś trudno być optymistą. Nic nie wskazuje na to, że polityka rządów się zmieni. Późny kapitalizm zaczyna powoli przypominać swoja własną wczesną wersję, gdy zasadą było płacić pracownikowi tylko tyle, by nie odszedł, a jeszcze lepiej zagłodzić go tak, by zgodził się pracować za każdą sumę. Na horyzoncie nie pojawia się żaden nowy system ekonomiczny, a rosnące warstwy społeczne bez stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, za to z poczuciem krzywdy społecznej coraz łatwiej wpadają w szpony wszelkiego rodzaju nacjonalistów, politycznych szarlatanów i wreszcie zwyczajnych wariatów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Requiem dla neandertalczyka

Od dawna zaskakuje mnie niesamowity i powszechny optymizm dotyczący losów ludzkości. Wbrew historii i teraźniejszości wydaje nam się, że ludzkość od zarania dziejów jest w stanie ciągłego doskonalenia się i rozwoju. W pewnym zakresie można to usprawiedliwić religijnością, ponieważ część ludzi święcie wierzy, że Bóg ma jakiś plan zbawienia ludzkości. Z drugiej jednak strony ten sam Bóg zesłał na Ziemię potop, a całkiem niedawno dopuścił do wymordowania milionów ludzi w obozach śmierci. Zatem boski plan zbawienia może równie dobrze zakładać fizyczną zagładę rodzaju ludzkiego.

Wykazujemy skłonność do odczuwania dziwnego spokoju ducha, że to nigdy się nie zdarzy, że sytuacja nasza jest specyficzna, że w jakiś sposób pozostajemy poza kontrolą biologiczną. Ale to nieprawda. W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, „Naga małpa”)

Gdy zaczynałem się edukować, uważano powszechnie, że znane odkrycia archeologiczne udowadniają wystarczająco teorię ewolucji, także w odniesieniu do człowieka. Spora część odkryć została przecież dokonana jeszcze w XIX wieku. Nauka w połowie następnego stulecia miała wiele dowodów na podstawie których wysnuła z gruntu fałszywą tezę. Te wszystkie archeologiczne znaleziska ochrzczone mądrymi łacińskimi nazwami, począwszy od australopithecusa, przez pithecantropusa, którego nazywano potem homo erectus, po homo neanderthalensis potocznie zwanego neandertalczykiem, traktowano jako kolejne ogniwa w łańcuchu ewolucji gatunku homo sapiens, człowieka myślącego, którym dziś jesteśmy.
W drugiej połowie XX wieku zaczęły się rozwijać takie dziedziny nauki, o których wcześniej trudno sobie było pomyśleć. Przez długi czas jednak nadal nie zdawano sobie sprawy, że np. badanie łańcuchów DNA może się przydać w poznaniu historii rodzaju ludzkiego.

Sugerując, że homo sapiens jest tylko jeszcze jednym rodzajem zwierzęcia, Karol Darwin wywołał powszechne oburzenie. Nawet dziś wielu ludzi wciąż nie chce dać temu wiary. Gdyby neandertalczycy przetrwali, to czy wciąż uważalibyśmy siebie za stworzenie jedyne w swoim rodzaju? Być może właśnie dlatego nasi przodkowie zmietli neandertalczyków z powierzchni Ziemi. Byli do nich zbyt podobni, by można było ich ignorować, ale i zbyt odmienni, by dało się ich tolerować. (Yuval Noah Harari, „Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości”)

Najpierw okazało się, że neandertalczyk żył równolegle z przodkami dzisiejszych ludzi. Potem pojawiły się kolejne odkrycia, homo floresiensis istniał na pewno jeszcze 12 tysięcy lat temu. A więc nie był przodkiem homo sapiens lecz gatunkiem równoległym. W 2010 roku odkryto homo sapiens denisova, kolejny równoległy gatunek, żyjący około 40 tysięcy lat temu.
Również 2010 roku na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej archeolodzy odnaleźli zęby neandertalczyka. To była spora niespodzianka, bo po raz pierwszy takie odkrycie pojawiło się na północ od Karpat. Ponieważ inne znalezisko – grób dziecka datowane jest na około 27 tysięcy lat, możemy przypuszczać, że i na naszych ziemiach neandertalczyk musiał konkurować z praprzodkiem dzisiejszego człowieka. Oznaczało to, że neandertalczyk był nieźle przystosowany do chłodnego klimatu (północna część dzisiejszej Polski była wtedy objęta tzw. małym zlodowaceniem), zatem cywilizacyjnie był znacznie bardziej rozwinięty niż sądzono wcześniej.
Dziś wiemy, że około 4% naszych genów dzielimy z neandertalczykami. Zatem oprócz zwalczania się i konkurencji gatunki również się mieszały. Wiemy, że niektóre gatunki da się krzyżować. Konia i osła można skrzyżować, powstają w ten sposób muły, które jednak są hybrydą bezpłodną. Różnice która są pomiędzy koniem a osłem są bowiem zbyt duże. Różnice między homo sapiens, a homo neanderthalensis aż tak duże nie były.
Być może prehistoryczne zwycięstwo naszego gatunku jest nieco przypadkowe. Nietrudno sobie wyobrazić, że to potomkowie neandertalczyków zaludnialiby świat dziś. Zapewne fizycznie byliby bardzo do nas podobni, ale trudno orzec jaki byłby świat, jaka byłaby cywilizacja. Ba, można sobie również wyobrazić świat w którym dwa konkurencyjne względem siebie gatunki ludzkie nie zyskałyby takiej przewagi, która pozwoliła niegdyś homo sapiens na wytłuczenie co do sztuki wszystkich homo neanderthalensis.
Skoro człowiek, który uważa się za rozumnego, potrafi dziś w XXI wieku napadać na innych przedstawicieli swojego gatunku z powodu innego koloru skóry, co byłoby, gdybyśmy żyli w świecie, którym musimy się dzielić nie z innymi narodami, innymi rasami, ale z całkiem innym, dorównującym nam gatunkiem?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Per aspera ad astra

Kończąc studia napisałem pracę magisterską o Norwidzie. Dziś gdzieś tam się kurzy w jakiejś szufladzie – efekt maszynopisania i pracy introligatora. To były dawne czasy, żadnych komputerów, drukarek… Praca jest tak mądra, że dziś kompletnie jej nie rozumiem. A klnę się, że przynajmniej dwa razy przymierzałem się do jej przeczytania. Z tamtych czasów pozostało mi zamiłowanie do cytowania Norwida, dla podkreślenia jakiejś swojej tezy. Dziś dwie zwrotki wiersza „Ogólniki”.

1

Gdy z wiosną życia duch Artysta
Poi się jej tchem jak motyle,
Wolno mu mówić tylko tyle:
„Ziemia jest krągła — jest kulista!”

2

Lecz gdy późniejszych chłodów dreszcze
Drzewem wzruszą — i kwiatki zlecą —
Wtedy dodawać trzeba jeszcze:
„U biegunów — spłaszczona nieco…”

Nie bez powodu dziś ów wiersz mi się dziś przypomniał. A powodem owym była konferencja NASA, o której napisały i powiedziały dzisiejsze media. W „Gazecie Wyborczej” można było przeczytać o entuzjazmie, a nawet wręcz euforii uczonych.

Dziś znalezienie nowej Ziemi nie jest już kwestią „czy”, ale „kiedy” – ekscytowali się naukowcy podczas konferencji NASA. Badaczom udało się znaleźć system planetarny, w którym jest siedem planet podobnych wielkością do Ziemi. Aż trzy z nich znajdują się w tzw. ekosferze.

Gdy uczyłem się astronomii dawno temu, mówiono, że odkrycie innego pozaziemskiego życia graniczy z cudem. Mówiono, że najbliższym układem gwiezdnym jest Alfa Centauri, a nic nie wskazuje, że są tam jakieś planety. Ludzkość wtedy była jak ten duch artysta z wiersza Norwida, niby zdobyła już kosmos, miała poza sobą lądowanie na Księżycu, a jednak wciąż wiedza o Wszechświecie była nikła. Dziś korygujemy dawne mniemanie, bo postęp nauki i techniki pozwala nam sądzić, że planet, na których być może istnieje życie w naszym rozumieniu tego słowa, jest całkiem sporo.

I nadszedł ostatecznie czas, gdy człowiek pojął, że gwiazd nie zdobędzie nigdy. (Clifford Simak, Czas jest najprostszą rzeczą)

W tej radości uczonych wciąż jest ziarno goryczy, o którym napisał autor książek science-fiction pięćdziesiąt siedem lat temu. Choć nasza wiedza wzbogaciła się ogromnie, to nadal zdobycie gwiazd jest fantazją. Nie zbudowaliśmy baz na Księżycu. Promieniowanie kosmiczne zabija. Zasiedlenie Marsa wciąż wydaje się bardziej fantazją niż planem naukowo-technicznym. Kosmos jest dla człowieka zbyt niedostępny, jest on bowiem istotą tak kruchą, że zabija go nawet promieniowanie macierzystej gwiazdy. Żyjemy zbyt krótko by dolecieć choćby do Alfa Centauri. A z prędkością światła nadal może podróżować tylko… światło.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Cicho babo

Od ponad dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo walczy z kobietą. Pisma Ojców Kościoła wskazują, że kobiet się bali i jednocześnie nie mieli o nich zielonego pojęcia. Być może pomiędzy modlitwami do Matki Boskiej śniła im się vagina dentata, która pozbawia ich męskości.

Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu… są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny… Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna. (Tomasz z Akwinu)

Nic więc dziwnego, że Paweł z Tarsu, jeden z największych świętych w dziejach Kościoła często upominał kobiety, by były posłuszne mężczyznom.

Żony, bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu.

Jednak mogłoby się wydawać, że przez ponad dwa tysiące lat coś się powinno zmienić w chrześcijańskiej wizji świata. Zmieniło się w wielu Kościołach Protestanckich, gdzie coraz częściej kobiety bywają pastorami, a i homoseksualizm przestał być obrzydliwą i godną ogni piekielnych sodomią. Jednak w Kościele Katolickim nie zmieniło się nic.

Kobieta jest słaba i należy ją chronić. Ma to wynikać z genetyki. Mężczyzna jest silniejszy, mądrzejszy i lepiej zarządza. Dlatego nadaje się do pracy, a kobieta do zajmowania się dziećmi.

Tak oto niejaki Grzegorz Powideł tłumaczył na specjalnych szkoleniach istotę podległości kobiet mężczyznom. A żona jego Anna mówiła do kobiet w tym samym tonie.

Wszystkie kobiece serca są takie same. Pragniemy kochać, być kochane i służyć. Każda kobieta chce mieć mężczyznę, któremu będzie mogła być posłuszna.

Oczywiście ktoś może żachnąć się, że to nie Kościół jest organizatorem tych kursów dla małżonków. Jednak hierarchowie kościelni myślą dokładnie tak samo. Arcybiskup Hoser wyraził to w sposób jasny i zdecydowany. Inni księża często wypowiadali się podobnie.

Żona powinna ufać swojemu mężowi i prezentować względem niego „postawę uległości”.

W Białymstoku jest Duszpasterstwo Tradycji Katolickiej, które organizowało warsztaty pod poniższym tytułem.

Rodzina patriarchalna. Model dla naszych czasów

Oczywiście ktoś bardzo złośliwy i nastawiony wrogo do Kościoła mógłby nie słuchać świętego Pawła i przypomnieć inną jego wypowiedź, sugerującą równość powszechną wśród czcicieli Chrystusa.

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie.

Jednakże nie bez racji można żywić obawy, że dla hierarchii kościelnej i księży niektóre cytaty ze świętych pism są bardzo niewygodne, podobnie jak słowa obecnego papieża Franciszka. Oczywiście ktoś bardzo złośliwy zadałby pytanie, dlaczego księża oraz politycy jawnie katolickiej partii rządzącej w Polsce nie chcą słuchać papieża? Zapytałby również, dlaczego wybierają z historii religii tylko te elementy, które cofają Polskę do średniowiecza? I dlaczego Kościół z partią rządzącą idą ręka w rękę w ograniczaniu praw kobiet w imię idiotycznych zasad, które nawet w średniowieczy nie dla wszystkich były oczywiste. Dlaczego prezydent państwa wypowiada idiotyczne opinie o zapłodnieniu? Dlaczego minister zdrowia chce miliony kobiet do życia zgodnie z wyznawaną przez niego religią. Dlaczego Polska staje się państwem kościelnym?
No ale ja tam złośliwy nie jestem. A jakaś część mojej duszy też tęskni za miłą i posłuszną kobietą, która czekałaby na mnie w jaskini ze świeżo przyrządzonym obiadem, gdy ja wrócę z ciężkiego polowania, odstawię dzidę na bok i spocznę na kawałku kamienia. A co? Nie podoba się taka wizja? Kościół nas przecież ciągnie w tamtą stronę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)

Oko smoka

– Smok jak to smok – westchnął dziad, sadowiąc się na mchu pod dębem.
– Ale opowiadajcie – pisnęły dzieci, które otoczyły wędrownego starca. Powoli zapadał zmrok, więc któryś z kmieci rozpalił ognisko, a pod święty dąb zaczęli się schodzić mieszkańcy sioła.
– Smoka w Polszcze wżdy znają. Mieszka psiajucha pod Zamkiem wawelskim. Tak, tym samym, pod którym Jarosław Wygnaniec brata Lechosława pochował, gdy się karoca wyp… znaczy, gdy wraże siły zamachu dokonały. Jaskinia tam jest ogromna i smok w niej żywie. Ogniem pluje, skrzydliska ma błoniaste i ryczy prawie jak rycerz Krystyn Pawłowic. Smok psiajucha cięgiem owieczki lubi, jako pieczyste. Opali najpierw taką ogniem, a potem mlaskając zajada. Po prawdzie to nieraz się i pomylił i kmiecia owłosionego ogniem przypalił, więc wszyscy z daleka jaskinię obchodzą.
– A dziewice? – pisnęła jakaś niedorosła białogłowa.
– A z dziewicami to smok się tradycyjnie całkiem obchodził – zarechotał dziad – po siedem ich brał i chędożył w jaskini.
– Dzieciska uszy zasłonić! – wrzasnęła jakaś tłustawa jejmość.
– Wychodziły całkiem zadowolone, bo smok i skarbiec ogromny w jaskini posiada, więc klejnotów dziewkom nie żałował. A plotkują niektórzy, że nie tylko o klejnoty się rozchodziło. I tak to przez stulecia ze smokiem naród żył w tej, jak to się nazywa, symbiozie. Szkód dużo nie robił, książę odszkodowania płacił, więc stada owiec rosły w okolicach, a w razie najazdu jakowegoś to smok się przydał. Jak włochatych Tatarów ogniem poparzył to łyse i na piechotę uciekali – śmiał sie dziad. Azali dziewki klejnoty na posag miały, to rycerzy chętnych do żeniaczki pod Wawel wielu przybywało.

Ale w siódmym roku wygnania walecznego króla Jarosława pojawił się inny smok na zachodnich rubieżach Pospolitej Rzeczy. Maszkara zwała się Gender. Najpierw do boju ruszył rycerz Krystyn Pawłowic i wszyscy myśleli, iże przestraszy potwora na śmierć swoim wrzaskiem, ale niestety.
Maszkara zwana Genderem wcale nie chciała dziewic, ani chędożyć, ani nawet pożerać. To było straszne. Smoczysko niszczyło tradycje nasze, przemieniało ludzi i wciąż posuwało się naprzód.
– Ale jak przemieniało? – zachrypłym głosem spytał stary sołtys.
– Aaa… sprytna to bestyja – odrzekł dziad – Pojawiało się smoczysko we wsi lub grodzie i ludzkim głosem zaczynało opowiadać dziwy nie z tej ziemi. A słuchali wszyscy, szczególnie baby, bo do nich maszkara mówiła najsampierw. A opowiadał ów Gender, że bab bić nie wolno, że chędożyć tylko jak się zgodzą i o zgrozo, że chłop babie w zagrodzie ma pomagać, krowę wydoić czasem, świnie nakarmić…
– Aaa – ze zgrozą jęknęli słuchacze.
– A najgorsze – ciągnął dziad dalej – że baby odtąd miały głos w zgromadzeniach. Nawet we dworze Jarosława Wygnańca coś się zmieniło. Jedna szczególnie białogłowa głośna się zrobiła, a miano jej było Beata z Kępy. Choć ona waleczna była i jako pierwsza na wojnę z Genderem ruszyła. A za nią trochę zawstydzeni rycerze, a na ich czele knecht Adam z wielkim mieczem.
– Ale wojna ze smokiem trudna i nie wiadomo jak się skończy – pokiwał głową dziad.
Ognisko się dopalało i słuchacze powoli zaczęli się wykruszać, jeden i drugi z kmieci nawet szturchnął babę, ale tak trochę tylko, bo pora późna.
Jednak wraz z ostatnimi słowami wędrownego starca rozległ się łopot ogromny skrzydeł jakowychś. A cień jakiś przykrył miesiączek świecący i gwiazdy.

Nadlatywał Gender.

Ta bajka już jest stara, na dodatek po paru latach od jej powstania okazało się, że to może wcale nie jest bajka… więc publikuję tak trochę ku przestrodze. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Ukłucie błękitu

Fale zimą są jak skrawki luster. Przesypują się, zbliżają z chrzęstem tłuczonego szkła. Migoczą, błyskają srebrem, w końcu rozsypują się na oblodzonych ziarenkach piasku. Zimowy wiatr nie przynosi zapachu morza. Niesie drobne ukłucia błękitu wśród wolno upływających minut lutowego poranka. Minuty skapują powoli, zamarzając w locie nad pustą plażą, która kołysze się coraz bardziej i bardziej, bo nie ma nic trwałego w tym szklanym poświście. Nawet wtłoczone w wodę betonowe rozgwiazdy wydają się pływać i falować. Na szczęście jest ceglasty słup latarni, która zdecydowanie przyszpiliła główkę falochronu i unieruchomiła choć mały fragment krajobrazu. Patrząc na nią, powoli i stopniowo można odnaleźć stabilność plaży. Tylko fale wciąż przesypują się kawałkami luster.


Ten obrazek i niezdarne próby rozwiązania nierozwiązywalnego dedykuję Kasi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Po nas choćby i potop

Od pewnego czasu widuję w prasie oraz mediach społecznościowych rozważania różnych ludzi, na temat zniszczeń, których dokonuje partia, dla śmiechu chyba nazywająca się „Prawo i Sprawiedliwość”. Jak odbudować Polskę? Jak przywrócić demokrację? Jak naprawić to, co zniszczy PiS? Zaraz, zaraz…
 
A kto powiedział, że PiS przestanie rządzić? Oczywiście można się pocieszać, że tak naprawdę PiS ma mniejsze poparcie niż wcześniej rządząca koalicja. Że nie wystąpił efekt „miesiąca miodowego”, czyli znaczący wzrost notowań tej partii po wyborach. Można się krzepić opowieściami o tysiącach Misiewiczów i kolejnych wizerunkowych porażkach wyjątkowo durnego Waszczykowskiego albo kompletnym idiotyzmie Macierewicza. Jednak nawet największa wpadka, nie zaowocuje utratą władzy. Wierni wyborcy dalej kochają Kaczyńskiego i wszystkich jego akolitów. Wyjątkowo niezdarne próby utrzymania kompletnego ignoranta i bufona Misiewicza na stanowisku rzecznika MON nie zaszkodziły partii wśród jej wyborców. Większość z nich powie wam podczas dyskusji o zegarku Nowaka i tamtą historię uzna za wielokrotnie gorszą. Opowiedzą wam o rozkradaniu Polski i zniszczeniach i kraju w ruinie. Zaś bezmyślny wypadek Macierewicza koło Torunia wyjaśnią wam złym stanem dróg, które po sobie zostawił poprzedni rząd.
 
Kto powiedział, że będą jeszcze jakieś wolne i demokratyczne wybory? PiS rozmontował już Trybunał Konstytucyjny. Praktycznie zniszczył armię zmuszając wszystkich generałów do rezygnacji rozmaitymi sposobami, opanował prokuraturę, a najdalej za dwa lata przejmie sądownictwo, wtedy będzie już swobodnie skazywać kogo zechce Kaczyński i za co zechce Kaczyński. Czy istnieje jakakolwiek przesłanka, która świadczy o tym, że PiS nie poradzi sobie ze zmianą ordynacji wyborczej tak, by zapewnić sobie zwycięstwo? Czy coś przeszkodzi Kaczyńskiemu i spółce zniszczyć polską edukację i doprowadzić ja do stanu jak za wczesnego Gomułki? Za kilkanaście lat ze szkół zaczną wychodzić młodzi ludzie, bez umiejętności ścisłych, znajomości języków, za to indoktrynowani przez pół tysiąca lekcji religii i nowo napisanej historii Polski, w której jedynym godnym wzmianki będzie Kaczyński z bratem.
 
Jeśli w ogóle jeszcze stawiamy jakieś pytania o władzę PiS, to jedyne mające sens, brzmi: jak odebrać władzę Kaczyńskiemu i jak zdelegalizować tę przestępczą organizację? Jak wyeliminować jego i podobnych jemu szkodników, jeśli nie na zawsze, to na długie lata. I dopiero, gdy to zrobimy, przyjdzie czas na zadawanie pytań o odbudowę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (14 votes cast)

Cudze dzieci uczyć

W akcie fundacyjnym Akademii przez siebie założonej Jan Zamojski napisał: Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Mylnie te słowa potem przypisywano Fryczowi Modrzewskiemu, blisko dwieście lat później Stanisławowi Staszicowi, który również położył wielkie zasługi na niwie edukacji. A myśl Zamojskiego, choć krótka, jest ważna i prawdziwa, i taką też pozostała do dziś. Tak się jednak składa, że od czasu do czasu za edukację biorą się nieuki i wtedy robi się groźnie, choć nie dla teraźniejszości, ale przyszłości naszej.
Pewien znajomy doktor przekonywał mnie kiedyś, że praca nauczyciela i wychowawcy jest podrzędna i mało istotna w społecznej drabinie ważności. Cóż bowiem taki nauczyciel, pogada ze czterdzieści minut, obecność sprawdzi, pracę domową zada. Jakiż to wysiłek i jakaż odpowiedzialność? On, lekarz ma ludzi jako materię swej pracy, leczy ich, uzdrawia i od jego uwagi i wiedzy zależy często, czy człowiek żyć będzie, czy śmierć położy kres dalszemu jego losowi. Powiedziałem mu wówczas: Drogi doktorze, jeśli zdarzy ci się spartaczyć twą pracę, stanie się niewątpliwie rzecz tragiczna, człowiek straci życie, płakać po nim będą bliscy. Jednak po roku lub dwóch niepamięć przykryje to wydarzenie. Czas – mówią – leczy rany. Gdy ja swą pracę lekce potraktuję i wypuszczę w świat głuptaków, nierobów i niedouczonych ignorantów, to oni tacy w świat pójdą. Będą z nich niedouczeni lekarze posyłający ludzi do piachu, będą niedowarzeni inżynierowie, którzy będą konstruować zawalające się mosty, będą rodzice nieradzący sobie z pociechami. I te dowody mojej fuszerki będą po tym świecie chodzić przez lat kilkadziesiąt, często jeszcze wtedy, gdy ja spokojnie trawkę od spodu będę wąchał.
Ludzie z mojego pokolenia, stając się nauczycielami, mieli różne, pchające ich do tego zawodu, motywacje. O swoich kiedyś pisałem i dziś już powtarzać tego nie będę. Jednak nie trafiali do tego zawodu ludzie kochający pieniądze, bo bogactwa w szkole nikt się dorobić nie mógł. Zawieraliśmy jednak wtedy z państwem pewną dość specyficzną i w zasadzie niepisaną umowę. My będziemy pracować najlepiej, jak potrafimy, a państwo będzie nam płacić najmniej, jak tylko może. Za to będziemy mieli prawo do wcześniejszej emerytury po trzydziestu latach pracy, bo jest to profesja, jak mało która, powodująca wypalenie zawodowe. A nauczyciel wypalony, byle jaki, to nic dobrego. Niektórzy z moich kolegów i koleżanek nie doczekali się tej wcześniejszej emerytury, bo nowe państwo, które pojawiło się na miejscu tego starego, powiedziało: a kuku, jest demografia i niż, i trzeba wiek emerytalny podnieść. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o podniesieniu tych zaległych pensji sprzed trzydziestu lat.
Jednak nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Przysłowia są rzekomo mądrością narodów. Polska podjęła trudne reformy, trzeba było zaciskać pasa. Przez lata tak się składało, że każdemu kolejnemu rządowi najlepiej się zaciskało pasa na nauczycielskich brzuchach. By być sprawiedliwym, dołączano też do tego zaciskania brzuchy pielęgniarek i reszty budżetówki. Po latach takiego zaciskania pierwszy rząd, który zauważył, że nauczycielom bliżej jest do zasiłków niż średniej krajowej, zdecydował się wreszcie zrewaloryzować ich płace. Był to rząd Donalda Tuska, podwyżki płac wyniosły wtedy ponad 40%, choć do średniej krajowej nadal było daleko. Nie jestem wprawdzie pewien czy ktokolwiek jeszcze o tym pamięta, gdy obecna ministra od edukacji, świecąca równym garniturem 42 zębów z białej porcelany, oznajmia, że dba o nauczycieli, albowiem przewidziała dla nich podwyżki od 30 do 60 złotych miesięcznie, co stanowi w najlepszym wypadku jakieś 2,5% dotychczasowych poborów. Pięknie, jaka łaskawa pani.
Jednak to nie o pensjach dziś chcę pisać, ale o znacznie poważniejszym niszczeniu polskiej edukacji. Dziecię moje, studiując w Albionie, wiele lat temu zauważyło, że tam studenci są młodsi, bo edukację dzieci zaczynają w wieku sześciu lat. Czy polskie dzieci są głupsze od reszty europejskich dzieci? Na razie jeszcze nie, ale niedługo może już będą. Pierwszą, tragiczną dla przyszłych pokoleń, decyzją nowej władzy było cofnięcie sześciolatków z powrotem do przedszkoli. Rzekomo dano wybór rodzicom, lecz było to perfidne kłamstwo. Będzie mógł się o tym przekonać każdy z rodziców, który by chciał sześciolatka posłać do szkoły.
Jeszcze gorszą decyzją było pospieszne, ze względów czysto politycznych, rozpoczęcie likwidacji gimnazjów. Nie można tego nazwać reformą, ponieważ jest to po prostu likwidacja wcześniejszej reformy edukacji tworzącej gimnazja. Inaczej mówiąc, jest to deforma. Czasem odnieść można wrażenie, że wszystkie działania obecnej władzy są spełnianiem marzeń podstarzałego miłośnika kotów, który mentalnie zatrzymał się w gomułkowskiej siermiężnej rzeczywistości lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. To dla niego przygotowuje się nową – starą Polskę, aby się czuł, jak u siebie. Mam koszmarne przeczucie, że Kaczyński jest jak owa Urszulka Kochanowska z wiersza Leśmiana, która znalazła się w niebie i Bóg spełnił jej życzenie.

Uśmiechnął się i skinął – i wnet z Bożej łaski
Powstał dom kubek w kubek, jak nasz – Czarnolaski.
I sprzęty i donice rozkwitłego ziela
Tak podobne, aż oczom straszno od wesela!

Po przeczytaniu wypowiedzi wodza, który doceniał w jednym z wywiadów osiągnięcia radzieckiej edukacji, zbudowanej po rewolucji od zera i z niczego, boję się, że następnym krokiem będzie wprowadzenie dziesięciolatki, а потом в институт. Niestety nie ma bezkarnego powrotu do krainy dzieciństwa. Świat się zmienił, a szkoła gomułkowska była fatalna edukacyjnie i nastawiona głównie na indoktrynację młodego pokolenia. Gdy Polacy zrozumieją w końcu pustkę i kłamstwa „dobrej zmiany”, gdy odsuną to stado oszołomów od władzy, zapewne zajmie kilka lat przewracanie równowagi ekonomicznej. Dłużej potrwa przywracanie Polsce odpowiedniej pozycji na arenie międzynarodowej. Jeszcze dłużej naprawianie prawa. Ale przywrócenie dobrego systemu edukacji potrwa przynajmniej ćwierć wieku, a skutki złej edukacji nawet sto lat. A raz już przecież Polacy widzieli, do czego zmierza ekipa Kaczyńskiego i jakie ma zakusy. I tak dochodzimy do kolejnego cytatu, jednego z naszych wielkich przodków. Czemu ich słuchać nie potrafimy? Nie bez powodu obawiał się Jan Kochanowski, tej naszej odporności na rozum.

Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (17 votes cast)

Tupolewizm

To już trzeci zamach na polityków PiS. Taki komentarz znalazł się w jednej z grup pisowskich klakierów, które funkcjonują na Facebooku. Jeśli podyskutujemy ze zwolennikami tej partii o „zamachu pod Toruniem”, to okaże się, że wbrew oczywistemu rozsądkowi nie zgodzą się z tezą, iż przyczyną była jazda z prędkością blisko 130km/h w terenie zabudowanym na wąskiej dwupasmowej jezdni, poprzecinanej co kilkaset metrów skrzyżowaniami i światłami drogowymi. Wina – według nich – leży po stronie poprzedniego rządu i koalicji PO z PSL, która ukradła pieniądze przeznaczone na drogi, budując byle jakie zamiast porządnych.
Jeden ze zrezygnowanych tępym uporem fanbojów Kaczyńskiego internautów zakończył dyskusję stwierdzeniem: Warunki naturalne nie dostosowały się do potrzeb głównego pasażera.
Warto przypomnieć, że poprzednim razem zamachu dopatrywano się w tym, że auto prezydenta wylądowało w rowie. Okazało się, że przyczyną byłą stara opona, którą założono, choć wcześniejsza ekipa przeznaczyła ją już do kasacji, a do prezydenckiej limuzyny zakupiono już dawno nowy komplet opon. Dlaczego nowa ekipa nie założyła tych opon? Dlaczego wyciągnięto starą ze śmietnika? Dlaczego wreszcie prezydencka limuzyna łamała wszelkie zasady nie tylko ruchu drogowego, ale i zwykłego rozsądku?
Przecież jeden z „zamachów” udaremnił pilot samolotu, którym z Londynu chciała wracać ekipa rządowa, wypełniając przy okazji samolot dziennikarzami na miejscach stojących. Gdyby nie sprzeciw pilota i reszty załogi mogliśmy mieć Smoleńsk bis przy kolejnym lądowaniu.
W tej sytuacji przypomina się opinia jednego z pilotów owego feralnego 36 pułku wożącego polskich polityków. Jak się wszędzie widzi wrogów i spisek na prowadzoną politykę to nie ma miejsca na „mgłę”. Mgła może być tylko rozpatrywana w kategorii elementu spisku przeciw prowadzonej polityce.
Władca Persów Kserkses zmierzając na podbój Grecji kazał przerzucić mosty przez cieśninę Hellespont, by przeprawić armię. Nadeszła jednak burza, która mosty zniszczyła. Rozzłoszczony króla kazał wybatożyć fale morskie i napiętnować cieśninę rozpalonym żelazem. Przynajmniej jednak nie próbował chodzić po wodzie. Politycy PiSu próbują.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)