Antysemityzm bez Żydów

Po Drugiej Wojnie Światowej liczba Żydów w Polsce drastycznie się zmniejszyła w wyniku holokaustu, ale też w wyniku migracji. Spora część obywateli pochodzenia żydowskiego, którym udało się znaleźć w krajach zachodnich, nie wracali przerażeni komunizmem, inni emigrowali, póki jeszcze mogli. W holokauście życie straciły miliony ludzi, a wśród nich przede wszystkim ci, którzy bardziej przywiązani byli do swojej religii, języka i kultury. Po wojnie cały ten, charakterystyczny dla małych miasteczek, folklor żydowski zniknął. Zniknęły synagogi, najczęściej zburzone podczas wojny i nikogo nie odbudowywane. Z krajobrazu znikały też żydowskie cmentarze, niestety często niszczone już po wojnie.

Nowa władza postanowiła zmienić Polaków na wzór człowieka radzieckiego, dlatego ze zdwojoną energią budowano ośrodki przemysłowe, zaludnione tysiącami mieszkańców wsi, dlatego też tępiono regionalizmy i niszczono ślady żydowskie i niemieckie (na tzw. ziemiach odzyskanych). W ciągu dziesięciu zaledwie lat udało się to nad wyraz skutecznie. Polak po 1945 roku stał się Polakiem ogólnie, niespecjalnie przywiązanym do lokalnego środowiska, także dlatego, że to środowisko często zostawił na wschodzie, który należał obecnie do Związku Radzieckiego. Gdy migrował ze wsi do miasta, starał się pozbyć wiejskich nawyków, aby zostać „miastowym”, co w praktyce oznaczało nijakim. Ludzie migrowali dość powszechnie na przyznane Polsce po wojnie Pomorze, Dolny Śląsk, czy Lubuskie. Własne środowisko rodzinne i sąsiedzkie, przez Niemców zwane heimatem, przestawało mieć dawne znaczenie. Polacy żyli w większych społecznościach, które były ze sobą luźno związane – praca, szkoła, a rodzina często się ograniczała do kilku najbliższych osób we wspólnym mieszkaniu.

To oznaczało, że pewien zespół zasad i prawd życiowych dawniej przekazywanych z pokolenia na pokolenie, teraz był elementem wpływu znacznie większej grupy społecznej w szkole lub zakładzie pracy. Warunki polityczne, szczególnie w okresie stalinowskim, nie sprzyjały otwartości. Władza zresztą i później promowała trzymanie języka za zębami. Zatem w zakresie wielu dziedzin ludzie skazani byli na domyślanie się, co jest społecznie dozwolone, a co może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami. A to oznaczało publiczne ukrywanie wielu swoich przekonań. W psychologii nazywa się to pluralistyczną ignorancją.

Zjawisko to występuje za każdym razem, gdy ludzie ukrywają swoje prawdziwe myśli i uczucia z powodu przesadnej obawy przed dezaprobatą społeczną. Powstały w ten sposób rozdźwięk między prywatnymi myślami a publicznymi zachowaniami wzmacnia fałszywą normę, co sprawia, że ludziom jeszcze trudniej jest wyrazić, co naprawdę myślą i czują. W rezultacie grupa jako całość pozostaje nieświadoma swoich rzeczywistych przekonań. („Najmądrzejszy w pokoju”, Thomas Gilovich, Lee Ross)

Po wojnie, w ocenie polityków i szeroko rozumianych elit, jakiekolwiek przyznawanie się do antysemityzmu, byłoby pewnego rodzaju stawaniem po stronie Hitlera, co – zważywszy na ogrom krzywd poczynionych przez faszyzm Polakom – uważano za niestosowne. Zatem za wyjątkiem epizodu z roku 1968, który oficjalnie zresztą nie był skierowany przeciw Żydom, jako takim, ale przeciw syjonizmowi, treści antysemickie nie pojawiały się w oficjalnym obiegu. O Żydach najlepiej było nie mówić wcale, z wyjątkiem oczywiście rocznicowych wzmianek o obozach śmierci, krematoriach i zbrodniach hitlerowskich, a także wspomnień o Powstaniu w Gettcie Warszawskim. Dla wielu ludzi, szczególnie urodzonych już po wojnie, stawało się oczywiste, że jakiekolwiek negatywne opinie o Żydach mogą się spotkać ze środowiskową dezaprobatą. Taka osoba mogła zostać nawet w jakiś sposób napiętnowana. Nie mówiło się o Żydach w radio, telewizji, nie pisano w gazetach, nie mówiono o tym w szkole, ani w pracy. Jeśli nawet ktoś uważał dowcip o uciekaniu Żydów z obozu przez komin za śmieszny, to podzielił się nim tylko w gronie najbliższej rodziny lub przyjaciół z obawy przed publicznym napiętnowaniem.

Ponieważ antysemityzm ukrył się w gronie wyłącznie zaufanych ludzi, nastąpiło powszechne sprzężenie zwrotne. Polacy byli przekonani, że antysemityzm jest postawą skrajną i dotyczącą niewielkiego marginesu populacji.
Gdy w 1989 roku zmieniły się warunki polityczne, a za niewygodne dla władzy wypowiedzi nic już nie groziło, pojawili się ludzie, którzy swe antysemickie przekonania zaczęli głosić w sposób jawny. Pewne sygnały takich postaw pojawiły się już w latach osiemdziesiątych, gdy powstało Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” reżysera Bohdana Poręby. Ocena zjawiska była trudna, ponieważ z jednej strony Poręba stworzył film „Hubal” przywracający świadomości społecznej jedną z ważnych postaci historycznych, z drugiej strony ludzie z jego środowiska (np. Ryszard Filipski) wiązali się w jakieś dziwne teorie, współpracując z władzami podczas stanu wojennego, a antysemityzm, choć do roku 1989 skrywany, był częścią ich ideologii. Jedną ze znanych po upadku PRL postaci był niejaki Bolesław Tejkowski, nazywany nieraz złośliwie naczelnym antysemitą Polski. Nadal jednak postawy antysemickie nie przedostawały się do głównego nurtu polityki. Gdy Wałęsie przytrafiło się powiedzieć na ten temat coś głupiego, szybko został skłoniony do przeprosin i skorygowania wypowiedzi. Zatem wciąż zjawisko pluralistycznej ignorancji trzymało Polaków w przekonaniu, że antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym w naszym kraju. W miarę pojawiania się rozmaitych bytów w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej lub Organizacji Narodowo-Radykalnej, zaczęto mówić, że antysemici są nieliczni, ale krzykliwi. Nikomu nadal nie przyszło do głowy, że skala zjawiska jest zupełnie inna, a powszechna opinia nie jest zgodna z prawdą.

Dopiero upowszechnienie się internetu, możliwość anonimowego często komentowania, a potem powstawanie wirtualnych środowisk o różnym zabarwieniu ideologicznym, uświadomiło wiele osób, że nie są sami. Że jest wielu innych, których śmieszą antysemickie dowcipy, że są inni, którzy uważają Żydów za źródło zła na świecie, a ponieważ ludzie pamiętający wojnę należą dziś do mniejszości, to usprawiedliwianie nazizmu lub gloryfikacja Hitlera nie wydają się już tak straszne ludziom, dla których przemoc jest tylko interesującą rozrywką stadionową lub wirtualną w grach. Powoli zaczęło się okazywać, że antysemitów w kraju bez Żydów jest więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek sądził. A skoro Żydów realnych jest tak mało, to zapewne się ukrywają, więc zaczęto tropić, gdzie i pod jakimi nazwiskami. Niestety, przez ostatnich kilkanaście lat polskie elity polityczne i kulturalne nie zrobiły nic poza ostentacyjnym lekceważeniem zjawiska. Dziś, gdy partia rządząca – łamiąc prawo – szuka poparcia, kokietując środowiska skrajnie niebezpiecznych chuliganów stadionowych, nacjonalistów i neofaszystów, jest to zabawa odbezpieczonym granatem, który wybuchnie na pewno, tylko jeszcze nie wiemy kiedy.

PS. Dziękuję Beacie, za podsunięcie książki, która pozwoliła mi nazwać to, co już od dawna krążyło mi po głowie. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Coś osobistego

Jon Ronson – urodzony w Walii, pochodzący z rodziny żydowskiej, mieszkający to tu to tam, a piszący zaś po angielsku – jest autorem książki So You’ve Been Publicly Shamed. Tytuł można przetłumaczyć jako Zostałeś publicznie zawstydzony, lecz pasowałoby też słowo napiętnowany. Jednak polski wydawca uważa, że polskiemu czytelnikowi trzeba pewne występujące w książce elementy włożyć do głowy łopatą. Ponieważ książka traktuje w sporej części o mediach społecznościowych, dostała tytuł w postaci tagu #WstydźSię. Tagi w języku polskim są zwykle nieortograficzne i niegramatyczne, choć coraz częściej się pojawiają. Za tytuł polskiego tłumaczenia krecha dla wydawcy jak stąd do bieguna.
Książka Ronsona jest denerwująca, lecz nie sposób się od niej oderwać. Czytając wciąż miałem ochotę polemizować z autorem, choć zapewne on nie miałby ochoty polemizować ze mną. Z wieloma diagnozami stawianymi przez Ronsona kompletnie się nie zgadzam, ale nie o tym dziś zamierzam pisać. Ronson analizuje przykłady publicznego piętnowania i zawstydzania ludzi za czyny lub słowa. Wskazuje często na to, że współcześnie zachowania w internecie przybierają postać linczu pełnego bezrozumnej nienawiści setek tysięcy ludzi.

Nie powinno być dla nikogo niespodzianką, że odczuwamy potrzebę dehumanizacji osób, które skrzywdziliśmy – zanim to zrobimy, w trakcie, a także potem.

Nie da się zaprzeczyć, wszyscy to wiemy i powyższy cytat wydaje się wręcz truizmem. Wiemy doskonale jak faszyzm odczłowieczał Żydów, po to by potem łatwiej wypełnić zadania „ostatecznego rozwiązania”, którego oczekiwał Hitler. Dziś w Polsce mierzymy się z jednej strony z pełnymi nienawiści i pogardy słowami prezesa partii rządzącej, który mówi o gorszym sorcie, elementach animalnych i barbarzyństwie, nawet białe róże trzymane przez jego przeciwników są symbolem nienawiści i głupoty. Z drugiej strony, każda akcja rodzi reakcję, a więc przeciwnikom łatwiej nienawidzić Kaczyńskiego, gdy nazwą go niedojdą, kurduplemm, nienawistnym gnomem. W ten sposób rośnie poziom złości i agresji, który w żaden sposób nie jest kontrolowany przez nikogo. Lub raczej rządzącym się wydaje, że kontrolują, a tymczasem rosną im pod bokiem nacjonalistyczne neofaszystowskie bojówki. Zgodnie z literackim prawem Czechowa, jeśli w sztuce teatralnej wisi na gwoździu dubeltówka, to najpóźniej w ostatniej scenie sztuki musi ona wystrzelić. Ta reguła jest bardziej uniwersalna, niż się niektórym wydaje.
Jednakże są to rozważania ogólne, dla wielu teoretyczne, bo polityka jest gdzieś tam w Warszawie i oglądamy ja w telewizji. Internet spowodował, że pewne zdarzenia zbliżyły się, wkroczyły do naszych domów, ale znów wydaje się nam, przeważnie biernym konsumentom, że to jest jakiś odległy świat, który nie dotyczy naszych czterech ścian. Tym bardziej, że wielu osobom nadal wydaje się, że są anonimowe.

I tu pora na osobistą refleksję. Można stać się obiektem nienawiści tak gwałtownej, że aż trudno to pojąć. Dotyczy to czasem tak specyficznych aspektów rzeczywistości, że trudno to zrozumieć. Na początku bieżącego wieku znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji zawodowej. Szkołą, w której pracowałem, zaczęła kierować osoba, z której postępowaniem kompletnie się nie mogłem zgodzić i musiało to w końcu mieć poważne konsekwencje. Kiedyś być może wrócę do sedna sprawy, ale dziś chcę wspomnieć o jednym tylko jej aspekcie. Podczas procesu o zniesławienie, który wytoczyła mi już była zwierzchniczka, wyszło na jaw, że jej zastępczyni (za wiedzą dyrektorki) dopuściła się przestępstwa przeciw dokumentom fałszując tzw. protokolarz. Jest to w każdej szkole dokument zawierający szczegółowy zapis przebiegu rad pedagogicznych oraz podejmowanych podczas nich decyzji. Gdy sędzia usiłował uświadomić panią, że to nie było nic nieważnego, że to przestępstwo i może za nie odpowiedzieć karnie, reakcja była zdumiewająca. Nie pamiętam dziś dokładnie słów, więc nie będę cytować, jednak wyrazista i emocjonalna reakcja tej pani stawiała mnie gdzieś pomiędzy psem a świnią, zwierzęciem, po którym ona się czuła w obowiązku „posprzątać” (w protokole, gdzie były dokładnie przytoczone moje zarzuty wobec dyrekcji). Zatem gdzieś u źródeł tej nienawiści i dehumanizowania wroga tkwi przekonanie o własnej misji, własnej uczciwości i słuszności własnych racji. Tak właśnie było w opisywanym przeze mnie wydarzeniu. Nie potrafiłem wówczas zrozumieć tak gwałtownego wybuchu, ponieważ moje relacje z dyrekcją od początku były wyłącznie służbowe i zdystansowane. I choć ta cała historia zabrała trzy lata z mojego życia, to dla mnie nie była sprawą emocji, a jedynie konsekwencją mojej śmiesznie idealistycznej postawy.
Cóż, warto pamiętać, że im bardziej przedstawiciele „dobrej zmiany” będą przekonani o własnej uczciwości, nieomylności i własnych racjach, to tym skuteczniej będą kiedyś strzelać do przeciwników.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

I po szkodzie głupi

Gdy widzę w mediach społecznościowych odliczanie, ile nam jeszcze pozostało do końca rządów PiS, nie wiem, czy powinienem podziwiać niezłomny optymizm i wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, czy jak Jan Hus na stosie, zakrzyknąć: O santa simplicitas! Zwolennicy teorii szybkiego upadku partii prezesa Kaczyńskiego głoszą, że „dobra zmiana” zachowuje się wszędzie jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, więc rozmiar dokonywanych zniszczeń pozbawi ich wkrótce poparcia wyborców. Nie jest to wcale pewne, ponieważ jednocześnie funkcjonariusze partii rządzącej umiejętnie wciąż podsycają złość i nienawiść wykorzystując do tego rzekomy zamach smoleński. Teorie spiskowe zawsze łatwo trafiały do części społeczeństwa, więc podtrzymanie tego liczącego około 20% elektoratu nie będzie trudne. Przy globalnym zniechęceniu do polityki i tradycyjnie niewielkiej frekwencji w wyborach, pozycja partii Kaczyńskiego wcale nie wygląda beznadziejnie.

Optymiści nie biorą też pod uwagę, że obóz rządzący może również lekko „skorygować” ordynację wyborczą, aby zwiększyć swe szanse, a nawet sfałszować wybory. No i co im zrobimy? Za dwa lata będą mieli w rękach nie tylko Trybunał Konstytucyjny, tajne służby, wojsko, policję i prokuraturę, ale sporą część sądownictwa, o ile nie całe. Czy Unia Europejska nam wówczas pomoże? Jeszcze niedawno się wydawało, że sieć powiązań prawnych, gospodarczych i politycznych z krajami europejskimi, które – tak jak my – są we wspólnocie europejskiej, jest gwarancją demokracji. Dziś okazuje się, że osłabiona przez brexit Unia, wcale nie jest tak skłonna do zajmowania się Polską. Można nawet domniemać, że chętniej zgodzi się nawet na Polexit, niż zaangażuje się w wyniszczające spory polityczne z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Kolejnym błędem optymistów jest też przekonanie o niewzruszonym poparciu Polaków dla naszego członkostwa w strukturach UE. Społeczeństwo opowiada się za Unią, ponieważ wciąż widzi korzyści. Rolnicy dostają dopłaty, budowane są drogi, remontowane zabytki, dofinansowane rozmaite lokalne projekty. Korzystają instytucje i firmy, a pośrednio też obywatele. Nieudolność „dobrej zmiany” powoduje, że już zaczynamy tracić unijne pieniądze, a wszędzie tam, gdzie się coś nie udaje, Prawo i Sprawiedliwość wskazuje palcem Unię. W perspektywie najbliższych lat możemy stracić 80% pieniędzy, które teoretycznie są w naszym zasięgu. Pozytywne postrzeganie Unii znacznie się zmniejszy.

W tym roku wzorem lat ubiegłych zaproszono do sejmu przedstawicieli nastolatków. Na fikcyjnym posiedzeniu, którego ogólna tematyka miała dotyczyć dekomunizacji pozwolono się jednak gimnazjalistom i licealistom wypowiadać nieco szerzej. Wśród zabierających głos całkiem spora grupa w swym przemówieniu rozmaitymi – choć podobnymi – słowami wzywała do zniszczenia Unii Europejskiej. Ci młodzi idioci są przekonani, że prawo do podróżowania bez wiz, otwarte granice, możliwość studiowania i pracy w krajach zachodnich, dostali w czasie narodzin w sposób naturalny, jak dwie nogi i dwie ręce. Nie pamiętają kolejek na granicach, wiz, stempli w paszportach, bo przeważająca część ich życia upłynęła właśnie w kraju unijnym. W 2015 roku również nie wzięto pod uwagę, że oto prawa wyborcze dostała grupa niedawnych nastolatków, która nie pamiętała fatalnego eksperymentu noszącego nazwę Czwarta Rzeczpospolita. To nie przerzedzone wiekiem „moherowe berety” stanowią siłę Prawa i Sprawiedliwości, ale rosnące tabuny młodych kretynów. Dzisiejsi smarkacze nawołujący w sejmie do zniszczenia Unii Europejskiej, podczas kolejnych wyborów będą mieli już dowody osobiste. Być może najlepszym hasłem wyborczym za dwa lata będzie wyjście Polski z Unii Europejskiej.

Partia Kaczyńskiego zawsze była antyeuropejska i ksenofobiczna, ale dzięki kryzysowi migracyjnemu związanemu z wojną w Syrii, zyskała nowy wymiar propagandy nacjonalistycznej. Bez skrupułów wykorzystuje i podsyca drzemiący w Polakach antysemityzm i rasizm. Nigdy przedtem politycy żadnej partii nie wykorzystywali najbardziej prymitywnych instynktów, które drzemią w ludziach. To jest jednak bilet w jedną stronę. Polska znajdzie się na uboczu cywilizowanego świata na długie dziesięciolecia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

W czerwieni

Nieznani sprawcy przemalowali kopenhaską syrenkę na czerwono. Nie jest to pierwszy akt wandalizmu, który spotkał stojący od 1913 roku, na wybrzeżu, nieopodal miejsca, gdzie kiedyś przypływały promy z Polski, niewielki pomnik, który postawiono nieistniejącej literackiej postaci z baśni Andersena. Syrenkę malowano farbą już wcześniej, kiedyś oderżnięto jej głowę, a parę lat temu ubrano w islamską burkę.
O ile wcześniejsze akty wandalizmu nie do końca były jasne ideologicznie, to ten ostatni ma wyjątkowo jasną wymowę. Jest protestem przeciw wyjątkowo ohydnemu i okrutnemu rytuałowi zwanemu Grindadráp. Co roku roku w lipcu na Wyspach Owczych należących do Danii w wyjątkowo okrutny sposób zabijane są grindwale należące do rodziny delfinów. W masowym mordzie, który dziś nie ma żadnego innego uzasadnienia poza „tradycją”, biorą udział całe rodziny łącznie z dziećmi.
Cywilizowany świat zwykle sprzeciwia się bezmyślnemu okrucieństwu. W wielu krajach zabroniono tzw. rytualnego uboju zwierząt. Także w Danii. Uznano, że okrutne zabijanie zwierząt nie powinno mieć miejsca, choć tego właśnie chcą religijne tradycje islamu i judaizmu.
Od lat organizacje ekologiczne walczą o humanitarne traktowanie zwierząt. Coraz częściej odnoszą choćby częściowe zwycięstwa. Od roku 2012 korrida, czyli walki byków na arenie, jest zakazana w Katalonii. Coraz więcej gatunków podlega ochronie. Pojawiają się nowe uregulowania prawne dotyczące zwierząt domowych i hodowlanych. Tymczasem okrutna rzeź delfinów jako lokalna tradycja nadal kultywowana jest na Wyspach Owczych. Co roku ginie około 800 sztuk tych zwierząt. Odbywa się to wszystko w majestacie prawa duńskiego.

Skoro tradycje są tak ważne, to może wikingowie wybiorą się znów po danegold? W końcu to była szczególna tradycja, rzec by można państwowotwórcza, która dziwnym sposobem po setkach lat przekształciła się w hygge. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Była sobie Polska

Kilka miesięcy temu pod tytułem „Był sobie Rzym” opisałem, jak przebiegał proces upadku starożytnego świata – całej starożytnej kultury i cywilizacji. To nie było tak, jak na lekcji historii, gdy nauczyciel mówi: zapamiętajcie sobie datę upadku Rzymu, rok 476. Ten upadek zaczął się przynajmniej 200 lat wcześniej i dokonywał się jeszcze ponad sto lat po tej symbolicznej dacie. Jednym ze świętych Kościoła Katolickiego został rzymski patrycjusz, polityk i uczony – Kasjodor. Był on jednym z niewielu ludzi w tamtych czasach, który spojrzeniem wykraczał poza własne życie i podjął rozpaczliwą próbę ratowania dorobku starożytności dla następnych pokoleń. Niestety on również nie zdawał sobie sprawy z tego, że u źródeł upadku Rzymu tkwi religia chrześcijańska i że próby ratowania dzieł starożytnych spełzną na niczym. Zgniją one w klasztornych lochach i przez blisko tysiąc lat będą dla ludzkości niedostępne. Gdy skończy się bezprzykładne i bezwzględne panowanie Kościoła Katolickiego, pokolenia epoki renesansu ze zdumieniem odkryją, że był kiedyś świat, w którym rzeźbiarze potrafili rzeźbić w marmurze w sposób tak doskonały, że budziło to zachwyt, że malarze znali perspektywę, zaś lekarze wiedzieli nieporównanie więcej o chorobach i ich leczeniu od wszystkich średniowiecznych medyków razem wziętych.
Żyjąc tu i teraz zwykle trudno jest zobaczyć własną epokę i własne czasy w odpowiedniej perspektywie. W jakich czasach żyjemy my? I co może się zdarzyć. Wybory z 2015 roku spowodowały, że dziś przed Polską rysują się trzy scenariusze, a żaden z nich nie jest dobry.

Zły
Koniec rządów PiS nastąpi dopiero po kolejnych wyborach. Wiadomo, że nie powtórzy się scenariusz z 2007 roku, gdy PiS stracił tzw. przystawki. Dziś z koalicji nie odejdzie ani partyjka Zbigniewa Ziobry owładniętego obsesją zniszczenia lekarzy, którzy w jego mniemaniu zabili mu ojca. Potrzebuje stanowiska ministra, więc będzie wypełniał wszelkie zlecenia Kaczyńskiego. Nie odejdzie też Jarosław Gowin, dla którego sojusz z Kaczyńskim jest jedyną opcją. Ten ostatni zresztą, zajmujący się stosunkowo mało istotną politycznie dziedziną, ma też względną autonomię. Choć jest to autonomia złudna i krótkotrwała. Zatem czeka nas rok wyborów w 2019 roku, a potem jeszcze wybory prezydenckie. Sprawy idą w złym kierunku, za kilka lat Polska będzie na marginesie Unii Europejskiej. Już dziś kompletnie nie liczą się z nami nawet mali sąsiedzi. Europa zostawi nas o całe lata w tyle. Odrabianie strat wizerunkowych będzie zadaniem na dziesiątki lat. Już wkrótce stracimy spore kwoty unijnych dotacji, a to oznacza spowolnienie gospodarcze i stagnację. Opozycja jest zdziesiątkowana i nawet jeśli przez najbliższe dwa lata zdarzy się cud, to krajobraz po wyborach będzie znów krajobrazem trudnych koalicji. PiS przegra, ale wciąż będzie silny i wciąż będzie grał kartą patriotyczną, żołnierzami wyklętymi i zamachem smoleńskim. Wyborcy tej partii poczują się oszukani i zdradzeni, będą utrudniać wszystkie procesy zmian. Rozzuchwaleni narodowcy mogą posuwać się do aktów przemocy. Już dziś ludzie PiS są wszędzie, będą sabotować wszelkie próby naprawy kraju. Z drugiej strony politycy, którzy zwyciężą za 4 lata dostają od PiS bonus w postaci zarówno złego prawa, jak i tysiące precedensów jego bezkarnego łamania. Wielką pokusą będzie po prostu z tego korzystać i zapewne tak się stanie. Każda kolejna władza uzna, że wygodnie mieć podległy sobie Trybunał Konstytucyjny, dyspozycyjne sądy, służby, wojsko i policję. Naprawa tego stanu rzeczy nie jest niemożliwa, ale potrwać może dziesiątki lat. Na dodatek kolejne rządy za plecami wciąż będą czuć oddech wściekłego PiSu oraz jego agresywnych wyborców.

Gorszy
Bezkarnie manipulujący przy prawodawstwie PiS może nie przegrać wyborów za dwa lata. Bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że zostanie tak zmieniona ordynacja wyborcza, by zapewniła tej partii zwycięstwo. Przy frekwencji, która w Polsce często oscyluje koło 50%, sześć milionów wyborców to nadal jest potężna siła. PiS startujący przy rozdrobnionej opozycji w spektrum od lewicowego Razem do prawicowej Platformy, może i tak wygrać, posuwając się jedynie do niewielkich manipulacji w ordynacji wyborczej. Jak mawiali komuniści, nie jest ważne kto głosuje, ale kto głosy liczy. Może się okazać, że to całkiem realny scenariusz, na wypadek problemów partii Kaczyńskiego.
Oznacza to, że PiS będzie miał kolejne 4 lata by rządzić według swojej koncepcji. Nawet gdyby stary już i będący w kiepskiej kondycji Kaczyński przestał dowodzić, to będą na tyle skonsolidowani, że utrzymają władzę. Osiem lat rządów konserwatywno-katolickiego PiS oznacza upadek oświaty i szkolnictwa uniwersyteckiego. Wszechobecną inwigilację obywateli przez policję i zreformowaną super służbę, której powstanie już jest przygotowywane. Kontrola będzie dotyczyć każdego aspektu życia obywateli, ponieważ gospodarka będzie w coraz gorszym stanie, więc zastraszanie niepokornych, cenzurowanie mediów oraz internetu stanie się oczywistą potrzebą. Z demokracji w Polsce nie zostanie już nic. Zaczną bardzo po cichu narzekać nawet ci, którzy dziś uważają, że świetnie iż PiS pogonił tych wszystkich „lewaków i liberałów”. Wszyscy będą widzieć swe puste portfele i fatalny stan wszystkiego wokół. Dobra zmiana przestanie mieć jakiekolwiek skrupuły i te rządy będzie można porównać raczej do dyktatury Franco niż do czasów PRL. Tajna policja, więzienie ludzi, tajemnicze zgodny opozycjonistów, a to wszystko podlane bogoojczyźnianym sosem przy aktywnym poparciu skorumpowanego Kościoła. O ile pozwoli na to ordynacja, a naród zjednoczy się wokół opozycji, możliwe jest odsunięcie rządów PiS w roku 2023.
Nie ma co ukrywać, demokrację diabli wezmą na przynajmniej 50 lat. Nie wiadomo, czy Polska będzie jeszcze w Unii, bo na pewno nie będzie w Schengen. Ktokolwiek obejmie władzę będzie miał trudne zadanie. Przedstawiciele dobrej zmiany będą wszędzie. Status Polski będzie gorszy niż dziś Ukrainy. Wszechobecna korupcja, prywata i przekonanie, że państwo służy do dorabiania się tych „zaradnych”.

Najgorszy
PiS nie straci władzy w 2023 roku. Zdąży bowiem wyprowadzić Polskę ze wszystkich struktur europejskich, zmienić prawo i konstytucję. Powrócą granice, paszporty i wizy dla Polaków. Złotówka straci wymienialność. Kraj będzie stawał się zacofanym skansenem w tej części Europy. Całkiem możliwe, że nie będziemy już w NATO, a wtedy Polska stanie się obiektem rozmaitych rozgrywek Rosji. Zapewne ratując gospodarkę potomkowie dzisiejszego PiS zgodzą się na jakąś formę przystąpienia do WNP i niepodległość Polski będzie tylko nominalna. Być może Putin lub jego następca reaktywuje coś w rodzaju Układu Warszawskiego. Świat znów zacznie się dzielić.
Nasi potomkowie będą czasem w zaciszu domowym opowiadać o swobodnym dostępie do internetu, o dobrobycie w czasach Unii Europejskiej. Nieliczni bogacze będą jeździć zagranicznymi autami po rozsypujących się powoli autostradach wybudowanych w czasach Tuska. Pojawi się inflacja, która spowoduje braki towarów, większość zagranicznych podmiotów gospodarczych zlikwiduje swoje interesy w Polsce do roku 2030. Zostaną nieliczni, oferujący usługi i towary dla przedstawicieli władzy. Będzie to wyglądało jak na Kubie za czasów dyktatury Batisty.
W połowie obecnego stulecia może nastąpić przełom. Kraj będzie tak mocno zrujnowany, że rządzenie bankrutem się już nie opłaci. PiS odda władzę przy kolejnym okrągłym stole. Być może nie będzie okrągłego stołu, ale bunt i rewolucja. Komuniści w Polsce byli na tyle mądrzy, by zrezygnować z rządzenia zbankrutowanym krajem. Czy PiS będzie tak rozsądny? Myślę, że to mniej prawdopodobna opcja. Zatem krwawa rewolucja, która odsunie tę partię od władzy, ale też do reszty zniszczy kraj.
Gdy nadejdzie nowe stulecie, o początkach XXI wieku nasze prawnuki będą opowiadać legendy. Nikt w nie nie uwierzy, bo gruzy już dawno zarosną krzakami i trawą

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Sztuczna inteligencja

Zaledwie rok temu gigant branży informatycznej Microsoft z ubolewaniem odłączył swój futurystyczny projekt sztucznej inteligencji od sieci komputerowej. Sztuczna inteligencja nazwana Tay zaledwie po dobie dostępu do zawartości internetu stała się agresywna, wyrażała przekonania antyfeministyczne, rasistowskie i antysemickie.
W ten sposób po raz pierwszy zachwyt nad możliwościami tzw. sieci neuronowych w informatyce zderzył się z rzeczywistością.
Rok później podobne wnioski pojawiają się po analizie sztucznej inteligencji, tym razem pochodzącej z firmy Google. Tym razem nie dopuszczono jej do internetu, ale badano zachowania w grach. System nazwany Deep Mind – co prawda – nauczył się szybko współpracy w grze zwanej Wolfpack. Dwa superkomputery szybko pojęły, że współpraca wirtualnych „wilków” daje lepsze efekty niż „polowanie” na własną rękę. Ludzie do dziś nie zawsze potrafią to ogarnąć, pomimo kilkudziesięciu tysięcy lat rozwoju.
Pojawił się też mniej optymistyczny element. W grze Gathering polegającej – wydawałoby się na pokojowym – zbieraniu wirtualnych owoców, sztuczna inteligencja wyposażona była też w broń, pozwalającą na okresowe unieszkodliwienie konkurenta (nie przeciwnika, czy wroga). Za celny strzał nie było premii, jedynie czas na zbieranie „owoców” bez konkurencji. Okazało się, że im bardziej zaawansowany system, tym szybciej stawał się agresywny. Eksperymentatorzy z Google zauważyli, że działania sztucznej inteligencji cechuje wręcz zadziwiająca skłonność do chciwości, celowych działań destrukcyjnych i agresji. Im bardziej wyrafinowany system analizowano, tym te skłonności były mocniejsze.
Czy nadal chcecie by na drogach pojawiły się samochody prowadzone przez sztuczną inteligencję od Google?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (8 votes cast)

Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Sejm. Polski parlament. Miejsce stanowienia prawa. Obrady przedstawicieli narodu. Na mównicy pojawia się zwykły poseł Jarosław Kaczyński, nie bez przyczyny nazywany przez niektórych najważniejszą osobą w kraju. Niektórzy nazywają go suwerenem, bo to jego polecenia i życzenia spełniają wszyscy politycy partii rządzącej. Kaczyński zaczyna przemawiać i w pewnym momencie z jego ust pada słowo WŁANCZAĆ. WŁĄCZAĆ! – wrzasnęła zjednoczona – jak nigdy – opozycja z ław sejmowych. Kaczyński odczekał chwilę i stwierdził ze śmiertelnie poważną miną – pozwolicie państwo, że będę mówił, jak mówię.
Nie był pierwszy. Pisowski damski bulterier, czyli Krystyna Pawłowicz publicznie wykłócała się z internautami, że forma WZIĄŚĆ jest poprawna, że tak ją uczono mówić i pisać w szkole, i ona tak dalej będzie mówić i pisać. Pani profesor, prawniczka, ucząca niegdyś studentów Pawłowicz, przez chyba całe dwa tygodnie szła w zaparte i udowadniała wszystkim, że jej błąd językowy jest formą poprawną, a czepiają się jej wyznawcy jakiejś lewackiej ortografii.
Całkiem za to niedawno poseł Arkadiusz Mularczyk, chcąc przyłożyć adwersarzom użył słowa, a może raczej słów POST PRAWDA. Na zwróconą uwagę, że to hańba nie wiedzieć, że to słowo pisze się poprawnie łącznie, czyli postprawda, Mularczyk napisał, że CHAŃBA to pracować w Wyborczej.

To tylko trzy przykłady z dziesiątek, a może setek językowych potknięć i lapsusów polskiej (tak zwanej) prawicy. Niektórzy zastanawiają się, czy niechlujny język i błędy językowe nie są czasem jakąś chorobą dotykającą prawicowych, konserwatywnych polityków partii rządzącej. I nie tylko polityków. Gdy musimy już mieć do czynienia z tzw. narodowcami, szybko przekonujemy się, że niechlujstwo językowe, błędy ortograficzne i gramatyczne oraz nieznajomość podstawowych zasad własnego języka to wręcz ich znak rozpoznawczy. Całkiem niedawno jeden z nich wysłał mi swą narodową obietnicę: bendziesz wisiał ty zdrajco Polakuw.

Biedny Słowacki, nieszczęsny Mickiewicz, na nic ich twórczość, na nic ich starania o piękno języka ojczystego, skoro cechą wyróżniającą dzisiejszych patriotów jest prymitywizm językowy i niedouczenie. O innych aspektach intelektu już z przerażenia nie wspomnę…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Miejsca

Są takie miejsca, do których zawsze chce się wracać. Prowadzą nas tam najczęściej dobre wspomnienia. Jednym z takich miejsc w Barcelonie stała się dla mnie Cafe De L’opera, o której pisałem kiedyś – ze smacznymi daniami rodzimej kuchni oraz wspaniałą sangrią. Teraz na mojej mapie nostalgicznych powrotów będzie jeszcze urocza kawiarenka Spice Cafe.
Niewielkie wnętrze zostało urządzone w rustykalnym, takim troszkę patchworkowym stylu. Drewniane stare krzesła, długi stół z blatem ze starych desek, przeszklona witryna z domowymi wypiekami. Atmosfera kojarzy się z wiejską izbą babci lub starą przydrożną gospodą. Wrażenie to spotęgowane jest tym, że właśnie opuściliśmy jedną z najruchliwszych ulic Barcelony i wkraczając do Poble Sec – kulinarnej mekki tego miasta – nagle odczuwamy spokój i ciszę.

To właśnie przy tym długim wspólnym stole odbywają się spotkania, nazywane conversation cup, wymyślone przez Lee, jednego z pomysłodawców, założycieli i właścicieli kafejki Spice Cafe. Dlaczego filiżanka konwersacji? Ponieważ po pierwsze, w ramach symbolicznej opłaty za uczestniczenie w spotkaniu dostaniecie filiżankę kawy lub herbaty, a ponadto w filiżance na karteczkach znajdują się tematy do rozmowy, które są losowane. Tak, jest to swoisty kurs angielskiego, dla ludzi, którzy mówią dobrze w tym języku, ale chcą właśnie nabyć bardzo ważnej w życiu pozazawodowym umiejętności zwyczajnej towarzyskiej rozmowy i – ponieważ miałem okazję poznać Lee – zaręczam wam, że na pewno nie są to przysłowiowe small talks.

W przeszklonej szafce znajdziecie stosunkowo niedrogie i zawsze świeże wypieki domowe. To drugi z założycieli i współwłaścicieli kafejki – Katalończyk Isi – jest wykonawcą tych bardzo smacznych ciast i ciasteczek. Nie sposób się tylko przyglądać, zaręczam wam, że nie wystarczy zobaczyć, trzeba spróbować. A warto, jeśli będziecie w Barcelonie.

Kawiarenka zdobyła już sobie grono wiernych klientów, niektórzy przychodzą na kawę i ciasto, inni przy okazji w spokoju wyjmują tablet lub laptopa, by w spokoju skupić się na pracy, bowiem właściciele udostępniają swoim klientom darmowe WiFi. Nie tylko w środowisku miejscowym Spice Cafe stała się sławna. Na tyle często odwiedzają ją turyści i wyrażają swoje szczere zachwyty, że w przewodniku Lonely Planet uznano za stosowne napisać o tym wyjątkowym lokalu.

Nie bez powodu zresztą, bo jest to wyjątkowo klimatyczne i przyjazne miejsce, w którym po prostu chce się posiedzieć. A na dodatek podają bardzo dobrą cafe con leche, czyli kawę z mlekiem, za którą przepadam, to spędziłem tam sporo czasu.

Do kawy można zamówić sobie kawałek domowego ciasta, a specjalnością Spice jest ciasto marchewkowe. Jest to najlepsze ciasto marchewkowe, jakie jadłem w życiu. Możemy je sobie też kupić na później do zjedzenia w domu. Dostaniecie wówczas gustowny ekologiczny kartonik z waszym – na pewno już – ulubionym przysmakiem. Żadnych plastikowych opakowań, jak to często bywa w znanych sieciówkach. Bowiem gdy tylko otworzycie drzwi do Spice Cafe, wszystko jest takie jak w domu, naturalne, smaczne, a ciasto marchewkowe, które piecze Isi to naprawdę creme de la creme. Niestety trudno kogoś poczęstować online ciastem, ale popatrzcie sobie chociaż jak smakowicie wygląda. To kawałek, który sobie zjadłem w domu. 😉

Będę wracał do Spice Cafe, bo jest to jedno z tych czarodziejskich miejsc, gdzie czas się zatrzymuje specjalnie po to, byśmy dłużej mogli delektować się smakiem życia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Historia i legenda

Skąd wzięli się na terenach środkowej Europy Słowianie, kiedy przybyli, jak się rozwijali? To wciąż jest sprawa dyskusyjna. Dość często pojawia się opinia, że skoro w „cywilizowanych” greckich i rzymskich źródłach pisanych nie ma zbyt wiele wzmianek o Słowianach, to znaczy, że ich tu nie było i przywędrowali dopiero w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery. Wraz z Hunami, Wandalami, Gotami i całą tą wędrówką ludów, która zmieniła Europę nie do poznania.
Jednak jest też inna koncepcja. Czy nam się to podoba, czy też nie, tutejsze ziemie na przełomie epok były takim kompletnym światowym zadupiem. Ówczesna cywilizowana Europa miała dość kłopotu ze swoją cywilizacją. Rzym pochłonięty był wojnami z Kartaginą, podporządkowywaniem sobie Egiptu i Grecji, więc nic dziwnego, że stosunkowo mało zajmował się odległymi barbarzyńskimi krainami z których sprowadzano elektron – jak starożytni zwali bursztyn. Zresztą przyznajmy sami, co my dziś wiemy o Lesotho lub czy znamy położenie Curaçao?
Zatem, czy chcemy, czy nie, początki powstawania państwa, które potem nazwano Polską, skryte są w przestrzeni dostępnej częściej archeologom niż historykom. A część tej historii, którą chcielibyśmy napisać, będzie li tylko legendą. Czy to źle? Od lat świat zachwyca się serią opowieści o Wikingach, którzy podbijali wybrzeża europejskie w okresie, gdy nasi przodkowie zaczynali tworzyć państwo gdzieś pomiędzy Wartą a Wisłą. Mało komu przychodzi do głowy, że główny bohater sześciu kolejnych serii, Ragnar Lodbrok jest postacią bardziej legendarną niż historyczną. Mroczna opowieść o świecie wikingów stała się bestsellerem telewizyjnym. A być może początki naszej historii ukrywające się w mroku naukowej niewiedzy też byłyby fascynujące? Są fascynujące. Autor cyklu „Ja Dago”, Zbigniew Nienacki również stworzył ciekawą narrację w oparciu o niewielką zawartość historycznych źródeł. Może należałoby pomyśleć o takim stworzonym na nowo micie założycielskim – chyba, że wystarczy nam mit bohaterskiej szarży na ruską mgłę w Smoleńsku…

Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej.
Gdybym miał serce, mógłbym cię kochać.
Gdybym miał głos, śpiewałbym,
Po nocy, gdy budzę się.
Zobaczę co jutro przyniesie.
Gdybym miał głos, śpiewałbym.*


* Słowa pieśni z czołówki serialu „Wikingowie”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Więc chodź pomaluj mi świat… na czarno

Paint it, Black – w 1966 roku Rolling Stones zaśpiewali ten utwór po raz pierwszy i promował on ich amerykańską płytę zatytułowaną Aftermath. Prawdę powiedziawszy oryginalne wykonanie zespołu stało się naprawdę dobre dopiero w 2006 roku, ale to moja indywidualna opinia. Znacznie lepsze wersje tego utworu zaprezentowały Deep Purple i London Symphony Orchestra, a znacznie później Ciara jako ścieżkę dźwiękową do filmu Ostatni Łowca Czarownic. Covery tego przeboju wykonywali różni wykonawcy, także najsławniejsi – Judas Priest, Omega, U2 i inni. Filmowy dramatyzm tego utworu został wykorzystany już wcześniej w filmie Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, a także w serialu Supernatural, filmie Adwokat Diabła, jednym z odcinków serialu Lucifer i wreszcie w serialu Westworld odwołującym się do słynnego filmu z 1973 roku pod tym samym tytułem, który został wyreżyserowany przez Michaela Crichtona według własnego scenariusza. Jeden niewielki wytwór popkultury, a ileż się z nim wiąże tropów. Ponieważ tekst piosenki jest bardzo ważny i wiąże się ze wszystkimi odniesieniami filmowymi, zatem poniżej jego wersja po polsku.

Widzę czerwone drzwi i chcę by były czarne
Żadnych innych kolorów, chcę, by zmieniły się w czarne
Mijają mnie dziewczyny w swych letnich strojach
Muszę odwrócić głowę, nim przeminie moja ciemność

Widzę sznur aut, każde z nich jest czarne
Z kwiatami i moją miłością, nigdy już nie wrócą
Widzę, jak ludzie odwracają głowy i szybko spoglądają w dal
Jak nowo narodzone dziecko, to się dzieje codziennie

Patrzę w siebie i widzę, że moje serce jest czarne
Widzę moje czerwone drzwi i muszę je pomalować na czarno
Może wtedy ja zniknę i nie będę musiał stawić czoła faktom
Niełatwo stawić czoła, gdy cały twój świat jest czarny

Już nigdy zieleń mego morza nie przemieni się w głęboki błękit
Nie mogłem przewidzieć, co się z tobą stanie
Jeśli wystarczająco uparcie będę wpatrywał się w zachód słońca
Moja miłość będzie się śmiać ze mną, nim nadejdzie poranek

Widzę czerwone drzwi i chcę by były czarne
Żadnych innych kolorów, chcę, by zmieniły się w czarne
Mijają mnie dziewczyny w swych letnich strojach
Muszę odwrócić głowę, nim przeminie moja ciemność

Chcę, by wszystko było pomalowane, pomalowane na czarno
Czarne jak noc, czarne jak węgiel
Chcę zobaczyć, jak słońce znika z nieba
Chcę zobaczyć je pomalowane, pomalowane, pomalowane, pomalowane na czarno
Tak!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)