Ćwiczenia z Orwella

W słynnej dystopii George’a Orwella „Rok 1984” przedstawiona została absolutnie totalitarna dyktatura przyszłości, która dysponowała fantastycznymi – jak na tamte czasy – możliwościami inwigilacji obywateli, prawie nieograniczoną siłą propagandy i potężnym aparatem przymusu. Książka ukazała się w roku 1949, więc odbierana była jako fantastyka, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że aluzje w stosunku do totalitarnego Związku Radzieckiego pod wszechwładnymi rządami Stalina są oczywiste.
Poza słynnym Wielkim Bratem (Big Brother) do kultury masowej, a także do języka opisującego politykę przedostały się takie określenia jak nowomowa (newspeak) i nieosoba (noperson). Określenie nowomowa stało się również terminem naukowym w językoznawstwie, socjologii i politologii, ponieważ najbardziej nadawało się do nazwania zmian w językach, a były one charakterystyczne dla dyktatur marksistowskich (Związek Radziecki i kraje mu podległe, między innymi Polska), lecz wcześniej także w pewnym zakresie dyktatur faszystowskich.
Doskonałym przykładem nowomowy są w książce nazwy ministerstw państwa totalitarnego. Ministerstwo Pokoju zajmuje się prowadzeniem wojny. Ministerstwo Prawdy jest naprawdę ministerstwem propagandy. Ministerstwo Miłości odpowiada za inwigilację i egzekucje, a Ministerstwo Obfitości produkcją i dystrybucją dóbr, których zawsze brakuje. Ludzie, którzy mają dziś więcej niż czterdzieści lat zapewne pamiętają czasy tzw. gospodarki niedoboru, która była powszechna w Polsce rządzonej przez komunistów. Orwell opisał też inną stosowaną praktykę w dyktaturach totalitarnych, a szczególnie w czasach stalinowskich. Chodzi o usuwanie niewygodnych osób i przeciwników politycznych, eliminowanie ich nie tylko fizyczne ale usuwanie ich śladów z książek i gazet, zdjęć i filmów tak, by przestali istnieć w świadomości ludzi. Autor nazwał to ewaporacją.
Jednak w najstraszniejszych koszmarach nikt nie wyobrażał sobie, że blisko siedemdziesiąt lat po wydaniu książki znajdzie się partia polityczna, która zdobywszy władzę potraktuje powieść Orwella jako instrukcję polityczną.

12 lipca 2017 roku w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o Narodowym Instytucie Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Instytucja ma przejąć kontrolę nad pieniędzmi dla organizacji pozarządowych i sektora obywatelskiego. (oko.press)

Organizacje pozarządowe od początku były dla partii rządzącej solą w oku. Prowadząc działalność edukacyjną w społeczeństwie, ubiegały się o granty na zadania przewidziane przez Unię Europejską lub międzynarodowe fundacje takie, jak choćby znane Fundusze Norweskie i rząd nie miał wpływu na to, które organizacje dostają pieniądze. Powołanie Narodowego Instytutu Wolności, który de facto odbierze wolność działania tysiącom organizacji obywatelskich, przejmując decyzje o finansowaniu lub decydując o zatwierdzaniu programów tych organizacji, jest książkowym wręcz przykładem totalitarnej nowomowy.
Z kolei tak zwana reforma edukacji cofa strukturę oświaty w Polsce do postaci wdrożonej w PRL przed siedemdziesięciu laty, jednocześnie zmieniając treści nauczania w sposób budzący grozę. Uczniowie nowej pisowskiej szkoły nie będą mieli zbyt wielu okazji, by dowiedzieć się czegoś o takich postaciach jak Mikołaj Koperniki i Maria Skłodowska-Curie. Będą na ich temat jedynie wzmianki w historii. Znika za to z historii najnowszej Lech Wałęsa. Obecnie prowadzona przez kręgi rządowe i związkowe (popierające rząd) zmierza do tego, by Wałęsę uczynić zdrajcą, agentem służb bezpieczeństwa i postawić przed sądem. Bohaterami dzisiejszych czasów stają się bracia Kaczyńscy. Wspomagani przez takich herosów, jak sędzia stanu wojennego Andrzej Kryże, czy Stanisław Piotrowicz kolaborujący z władzami stanu wojennego jako prokurator. Łatwo sobie wyobrazić, ze za lat kilkanaście dojdzie do całkowitej ewaporacji Wałęsy, a zbawcą narodu, twórcą „Solidarności” zostanie Jarosław Kaczyński z bratem, którego jedyną faktyczną zasługą była śmierć w przypadkowej katastrofie lotniczej. Wałęsa stanie się nieosobą (noperson), której nazwiska nie będzie wolno wymawiać.

Wydaje się to nierealne, ale chyba dochodzimy do momentu, gdy chcąc zgłębić dalsze zamiary Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nazwanej Prawo i Sprawiedliwość (która zgodnie z zasadami nowomowy szerzy bezprawie i niesprawiedliwość), będziemy zmuszeni do uważnej lektury książek Orwella.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (15 votes cast)

Dobry tytuł

Nie lubię seriali. Nawet najlepsze z nich w kolejnej odsłonie stają się czystą komercją, bo jakże to zrezygnować z tak dochodowego interesu. Niestety w literaturze mamy podobne zjawiska, a najlepszym może być słynna „Gra o tron” George’a R.R Martina, której pisarz w ogóle nie skończył, bo wersja serialowa zaczęła odbiegać od oryginału, a poza tym chyba literatura się gorzej sprzedaje niż seriale.
Lubię literaturę skandynawską, taki sentyment z dawnych czasów, gdy zanurzałem się w świecie kreowanym przez Knuta Hamsuna. Mój zachwyt budził też Pär Lagerkvist, a szczególnie jeden z jego sztandarowych utworów – Kat. Czy uwierzycie, że napisany w latach 30′ Kat w Polsce został wydany dopiero w 1972 roku? Kupiłem tę książkę jako nastolatek, dzięki wykształconej i oczytanej pani kierowniczce Empiku, która mi ją poleciała.
Niedawno przeczytałem głośną powieść Anny Ragde, uznanej za godną następczynię Hamsuna. Saga rodziny Neshov składa się dziś z trzech tomów, a następne mają się pojawić. Boję się, że dobra powieść stanie się serialem, bo już trzeci tom zaczyna się mocno ślimaczyć. Jednak ta lektura przyczyniła się do moich rozważań o tytułach. Dobry tytuł jest prawie tak samo ważny, jak to, co się w nim zawiera. W drugim tomie swej powieści Anna Ragde wtrąca drobną dygresję z przeszłości o łapaniu raków pustelników w czystych norweskich wodach przed laty. A czytelnik, który ma w ręku tom zatytułowany właśnie Raki pustelniki, zaczyna sobie myśleć o tym, że ten tytuł jest symboliczny także wobec postaci, o których opowiada. Jaki byłby symboliczny tytuł ukazujący życie współczesne Polaków?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 6.4/10 (5 votes cast)

Ono

Nie polubiłem Terakowskiej. Z umiarkowanym zainteresowaniem przeczytałem „Córkę czarownic”, bo lubię fantasy. „Poczwarkę” za to ze złością, bo nie przemawiają do mnie religijno-ezoteryczne brednie o Bogu, który powołuje do życia upośledzone dzieci, bo mają jakieś szczególne zadanie do spełnienia. Nie kupuję tego. Nie przemówiła do mnie również powieść „W Krainie Kota”. Nie przepadam za kotami, a i z kartami Tarota nie mam nic wspólnego. Może to i zręczna konstrukcja fabularna na styku dwóch światów, ale nie mam ochoty poznawać Tarota, by się o tym przekonać. W zasadzie mogła to być dla mnie ostatnia książka tej autorki. Niewiele brakowało. Tymczasem jednak sięgnąłem po historię zatytułowaną „Ono”. Sceptycznie i z rezerwą.

Bohaterką powieści jest młoda kobieta, prawie nastolatka. Ma na imię Ewa. To zresztą symboliczne. Bohaterki Terakowskiej mają na imię Ewa. Podejrzewam, że to celowy zabieg, ale niewiele mnie to obchodzi. Ewa udaje się na dyskotekę sylwestrową, zostaje gwiazdą wieczoru i w swej naiwności wsiada do samochodu z trzema facetami. W wyniku tego całkiem przypadkowego seksu-nie-seksu, bo przecież wiedziała, po co wsiada z nimi, a w zasadzie gwałtu, bo tak naprawdę nie wiedziała, zachodzi w ciążę. Pojawia się Ono. Nie wiadomo kim będzie, bo jeszcze się nie urodziło i nie wiadomo czy w ogóle będzie, bo mowa jest też o skrobance.

Historia tej ciąży staje się pewnego rodzaju pretekstem do opowiedzenia dziejów trzech pokoleń kobiet. Część pojawiających się w książce wspomnień to wczesne lata powojenne, najtragiczniejszy i okrutny okres stalinowski, poznajemy scenki gierkowskiego dobrobytu, życie na kartki, szarość beznadzieję i smutek, aż do czasów współczesnych, do przełomu stuleci. Pokazując rozmaitych ludzi, których bohaterka poznaje w swoistej peregrynacji po Polsce w poszukiwaniu sensu życia, autorka rysuje nam doskonałe portrety psychologiczne napotkanych postaci. W dialogach i wspomnieniach pojawia się szerokie spektrum osobników zaludniających zarówno ten dawny PRL jak i dzisiejszy świat.

– Przecież dzisiaj wszyscy mamy kolorowe telewizory – dziwi się dziewczyna w ciąży.
– No właśnie. Wszyscy. A wtedy tylko nieliczni i dlatego to było miłe – wyjaśnia tęsknie pan.

Tak. Chyba każdy z nas gdzieś w otoczeniu ma kogoś wiecznie skwaszonego, nienawidzącego rzeczywistości, choć wiedzie mu się nieźle. Ale wtedy tylko on miał kolorowy telewizor (samochód lub cokolwiek), a inni zazdrościli. Tacy ludzie nie polubili Polski demokratycznej, bo ona odarła ich z wyjątkowości.

– Moja bułka jest czerstwa. Ja chcę chrupiącą.
– Głupia jesteś. Nie ma chrupiących bułek. Nigdzie nie ma chrupiących bułek. Chrupiące bułki nie istnieją.

Bułki były czerstwe, nawet jeśli nie były. Wszystko było byle jakie. Szare bure i paskudne. Ale było. To kolejny argument, tym razem tych, którzy poczuli się skrzywdzeni tym, że nowa Polska nic im nie dała. Zabrała byle co i nie dała w zamian nic.

– No i na co komu potrzebna była ta „Solidarność”?
– No bo wolność… – bąka Teresa.
– Po co komu wolność, jak nie ma co do garnka włożyć?

Wielu ta walka się nie podobała. Ani wtedy gdy był stan wojenny, a i potem, gdy ustrój się zmienił. Terakowska buduje obraz peerelowskiej rzeczywistości i trudnej przemiany ostatniego dziesięciolecia XX wieku takimi właśnie miniaturkami, w dialogach, które niby mimochodem pojawiają się we wspomnieniach bohaterek.
Polska jest jak w powieści „Czarny Piasek” Iwony Michałowskiej.

Zobaczyłem zwykły europejski kraj dwudziestego pierwszego wieku, z bezrobociem, chamstwem, pogonią za pieniędzmi. Smutek spełnionej baśni.

Terakowska też przedstawia nam właśnie ten smutek spełnionej baśni. Smutek, bo wielu wydawało się, że będzie inaczej. Smutek, bo świat o nich zapomniał. A może i sami się zagubili. Babcia wyjaśnia bohaterce, czym jest wolność.

Najtrudniej jest odnaleźć wolność w czasie wolności, gdyż jej kontury zamazują się, nie wiadomo, gdzie są granice niewoli, a gdzie jej koniec. Można stać się niewolnikiem kolejnych dni, nic o tym nie wiedząc, niewolnikiem mody, pieniądza, stylu życia, telewizji, kolorowych pism.

Od początku wędrując wraz z Ewą mamy wątpliwości. Przecież ona jest w gruncie rzeczy taką niezbyt bystrą małomiasteczkową dziewczyną, skąd nagle skłonność do refleksji, czy wręcz nawet jakiś dar rozumienia więcej niż można by się spodziewać. Ostatni rozdział dobitnie mówi, że wątpliwości były uzasadnione. Jednak nie będę tego opowiadać, wciąż bowiem mam wrażenie, że ta peregrynacja Ewy jest tylko pretekstem by pokazać nam smutny i pozbawiony nadziei świat, który wyłania się w początkach XXI wieku.
W zasadzie nie można znaleźć tam nikogo szczęśliwego, nikogo, komu by się udało. Chociaż to kobiety są na pierwszym planie opowieści, ckliwe i czułostkowe, czasem paskudne i wyrachowane, ale też głupie i naiwne, to są też i mężczyźni. Równie nieszczęśliwi. Jan, którego żona nigdy nie kochała, taki współczesny Dulski pozbawiony sensu życia, ale i własnej woli. Jeden z domniemanych ojców dziecka, młody biznesmen, zdominowany przez matkę, dla którego wizyta Ewy staje się nagle impulsem do wyrwania się do innego świata. Jest transwestytą i wie, że w tym kraju nie ma dla niego miejsca. Jest i ten, który jak się okazuje zgwałcił Ewę, choć do końca nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, pędzący żywot kierowcy tira. Wszyscy oni są zagubieni i nieszczęśliwi podobnie jak przedstawione w powieści kobiety.
Nie ma szczęśliwego zakończenia, bo go być nie może. Jak by rzekł Wyspiański:

A to Polska właśnie.

Co więc jest niezwykłego w tej książce? Właśnie to, że bez zadęcia, zwyczajnie pokazuje myślącemu czytelnikowi, splot wydarzeń, który doprowadził nas to tego momentu, w którym jesteśmy dzisiaj. Być może powinniśmy się tego spodziewać, wiedzieć, a przynajmniej niektórzy z nas. Ale nie wiedzieliśmy, nie rozumieliśmy i oto jesteśmy, gdzie jesteśmy. Oddam głos na koniec babci bohaterki, która rozumiała najwięcej. Żeby starość mogła, żeby młodość wiedziała…

Niektórzy uznają nas za grzeszników, którym nie wybacza się, że potrafili uśmiechać się w strasznym czasie, a nie tylko modlić się, lękać lub walczyć. Inni dla odmiany powiedzą: „A co nas to obchodzi, tamte czasy, tamte ustroje, ważne jest tylko jutro, przecież mamy już dwudziesty pierwszy wiek!” Albo powiedzą jeszcze inaczej: „Ta wasza demokracja… Te wasze opozycje i Solidarności… Co z tego mamy? Bezrobocie, korupcję, przemoc, wysoko oprocentowane kredyty. Potrzebna jest rewolucja. Wolność, równość, braterstwo. Socjalizm”. I zaczną wszystko od nowa, powtarzając te same błędy.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Będzie wojna

Rok 1989 był dla większości z nas początkiem epoki optymizmu. Pokolenia urodzone po wojnie, choć żyjące w cieniu zimnej wojny, przeżyły swe życie w pokoju. Na naszych oczach runęła żelazna kurtyna, a Polska – wydawało się – znalazła się w wyjątkowo dobrej sytuacji. Dołączyliśmy do NATO, a potem do Wspólnoty Europejskiej i tysiące niewidzialnych nici połączyły nas z zachodem. Jeszcze kilka lat temu wszyscy byli o tym przekonani. Dziś jednak w USA zapanował prezydent, który jako pierwszy nic nie mówi o wzajemnej pomocy państw członkowskich, gdyby któreś z nich zostało napadnięte. Ba, nawet zdarzyło mu się stwierdzić, że NATO należy zlikwidować. W Europie mamy coraz gorsze stosunki ze wszystkimi, Wielka Brytania opuszcza Unię, a Rosja w tej sytuacji staje się głównym graczem. Można dziś mieć wrażenie, że gdyby przyszło co do czego, to Polska zostałaby sama.

Z drugiej zaś strony, czy Putinowi dziś opłacałoby się walczyć z Polską? Lub raczej zająć Polskę? Ostra antyrosyjska retoryka obecnego rządu sprawia wprawdzie wrażenia drażnienia niedźwiedzia, ale faktyczna polityka partii Kaczyńskiego umacnia Rosję, ponieważ im słabsza Unia, tym silniejsza Rosja. Nie bez powodu niektórzy zastanawiają się, w jakiej walucie Macierewicz będzie odbierał emeryturę. Jego działania niszczą zdolność obronną kraju. Polskie siły pancerne rozparcelowuje i przenosi na wschód, co tylko pozornie ma sens. Powołuje do życia Obronę Terytorialną, która kompletnie nie ma dziś racji bytu i co najwyżej będzie nadawać się do tłumienia antyrządowych demonstracji. Praktycznie zdemontował lotnictwo. Unieważnił wszystkie przetargi. Polskie wojsko nie ma i nie będzie miało jakże potrzebnych śmigłowców. Ktokolwiek ma jakieś pojęcie o wojsku, to rwie dziś włosy z głowy. Po co Putin miałby napadać nawet tak słabą i niewydolną Polskę? Przecież tu nie ma bogactw naturalnych, trudno się będzie wzbogacić. Za to historia mówi, że jest tu naród o skłonnościach samobójczych, który będzie wrzodem na dupie każdego zaborcy.

Trudno sobie wyobrazić rosyjską inwazję na Polskę? Co by się musiało stać, by Rosjanie zdecydowali się na taki krok, rzucając wyzwanie Europie i rzucając wyzwanie NATO. Być może Putin miałby taką ochotę, ale nie jest szaleńcem. Wojtek Miłoszewski w swej debiutanckiej powieści „Inwazja” pokazuje, jak niemożliwe staje się możliwe. Ostatnie wydarzenia związane z tzw. podkomisją smoleńską, pokazują, że jego political fiction to coraz mniej fiction. Przeanalizujmy sytuację. Teoria zamachu jest coraz bardziej skompromitowana. Ostatnie sondaże pokazują, że zaledwie 18% rodaków wierzy w jakąś formę zamachu. To znaczy, że nawet nie wszyscy wyborcy PiS w to wierzą. Z drugiej strony rozkręcona do granic absurdu maszynka nie może zostać zatrzymana, bo swoim autorom pourywałaby ręce. Trzeba ją skierować gdzie indziej i powoli rozmywać kwestię zamachu w stronę nienawiści do Rosji z jednej strony, a do Europy, której nienawistnym symbolem jest Donald Tusk, z drugiej strony. Ostatnie przemówienia Kaczyńskiego o barbarzyństwie Rosjan w tym właśnie kierunku zmierzają. Skoro nie było zamachu, to powiedzmy, że Rosjanie to barbarzyńcy, że wrzucali zwłoki jak leci, bez szacunku, jak śmieci. Podkręćmy spiralę nienawiści, a ludzie powoli o zamachu zapomną.

I tak właśnie się dzieje w powieści Miłoszewskiego. Polski rząd doprowadza do wybuchu wojny, dając wyjątkowo paskudny pretekst Putinowi, który musi pokazać, że nie pozwoli na poniżenie własnego kraju, inaczej straciłby twarz i zapewne władzę. Na domiar złego polski minister przy biernej postawie marionetkowego prezydenta obraża sojuszników, którzy chętnie nie udzielają Polsce pomocy. Jedynie Niemcy i rządząca nimi kanclerz choć próbuje coś robić, inni spisują nasz kraj na straty. Jak na razie nie zdradziłem niczego, co może popsuć lekturę powieści. Rzeknę tylko, że jest jak u Hitchcocka. Po tym trzęsieniu ziemi napięcie jeszcze rośnie. A wszystkie elementy tej układanki doskonale pasują do realiów współczesności. Autor ani na moment nie przekracza granic poza którymi byłaby już fantastyka bez cienia prawdopodobieństwa. Wszystko o czym pisze, zwykli ludzie, żołnierze, politycy, mieści się bardzo mocno w świecie, który istnieje naprawdę. I to jest najstraszniejsze. Kończąc czytać książkę widzimy, że to jest bardzo prawdopodobny scenariusz. I ta świadomość mrozi czytelnikowi krew w żyłach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Miejsca

Są takie miejsca, do których zawsze chce się wracać. Prowadzą nas tam najczęściej dobre wspomnienia. Jednym z takich miejsc w Barcelonie stała się dla mnie Cafe De L’opera, o której pisałem kiedyś – ze smacznymi daniami rodzimej kuchni oraz wspaniałą sangrią. Teraz na mojej mapie nostalgicznych powrotów będzie jeszcze urocza kawiarenka Spice Cafe.
Niewielkie wnętrze zostało urządzone w rustykalnym, takim troszkę patchworkowym stylu. Drewniane stare krzesła, długi stół z blatem ze starych desek, przeszklona witryna z domowymi wypiekami. Atmosfera kojarzy się z wiejską izbą babci lub starą przydrożną gospodą. Wrażenie to spotęgowane jest tym, że właśnie opuściliśmy jedną z najruchliwszych ulic Barcelony i wkraczając do Poble Sec – kulinarnej mekki tego miasta – nagle odczuwamy spokój i ciszę.

To właśnie przy tym długim wspólnym stole odbywają się spotkania, nazywane conversation cup, wymyślone przez Lee, jednego z pomysłodawców, założycieli i właścicieli kafejki Spice Cafe. Dlaczego filiżanka konwersacji? Ponieważ po pierwsze, w ramach symbolicznej opłaty za uczestniczenie w spotkaniu dostaniecie filiżankę kawy lub herbaty, a ponadto w filiżance na karteczkach znajdują się tematy do rozmowy, które są losowane. Tak, jest to swoisty kurs angielskiego, dla ludzi, którzy mówią dobrze w tym języku, ale chcą właśnie nabyć bardzo ważnej w życiu pozazawodowym umiejętności zwyczajnej towarzyskiej rozmowy i – ponieważ miałem okazję poznać Lee – zaręczam wam, że na pewno nie są to przysłowiowe small talks.

W przeszklonej szafce znajdziecie stosunkowo niedrogie i zawsze świeże wypieki domowe. To drugi z założycieli i współwłaścicieli kafejki – Katalończyk Isi – jest wykonawcą tych bardzo smacznych ciast i ciasteczek. Nie sposób się tylko przyglądać, zaręczam wam, że nie wystarczy zobaczyć, trzeba spróbować. A warto, jeśli będziecie w Barcelonie.

Kawiarenka zdobyła już sobie grono wiernych klientów, niektórzy przychodzą na kawę i ciasto, inni przy okazji w spokoju wyjmują tablet lub laptopa, by w spokoju skupić się na pracy, bowiem właściciele udostępniają swoim klientom darmowe WiFi. Nie tylko w środowisku miejscowym Spice Cafe stała się sławna. Na tyle często odwiedzają ją turyści i wyrażają swoje szczere zachwyty, że w przewodniku Lonely Planet uznano za stosowne napisać o tym wyjątkowym lokalu.

Nie bez powodu zresztą, bo jest to wyjątkowo klimatyczne i przyjazne miejsce, w którym po prostu chce się posiedzieć. A na dodatek podają bardzo dobrą cafe con leche, czyli kawę z mlekiem, za którą przepadam, to spędziłem tam sporo czasu.

Do kawy można zamówić sobie kawałek domowego ciasta, a specjalnością Spice jest ciasto marchewkowe. Jest to najlepsze ciasto marchewkowe, jakie jadłem w życiu. Możemy je sobie też kupić na później do zjedzenia w domu. Dostaniecie wówczas gustowny ekologiczny kartonik z waszym – na pewno już – ulubionym przysmakiem. Żadnych plastikowych opakowań, jak to często bywa w znanych sieciówkach. Bowiem gdy tylko otworzycie drzwi do Spice Cafe, wszystko jest takie jak w domu, naturalne, smaczne, a ciasto marchewkowe, które piecze Isi to naprawdę creme de la creme. Niestety trudno kogoś poczęstować online ciastem, ale popatrzcie sobie chociaż jak smakowicie wygląda. To kawałek, który sobie zjadłem w domu. 😉

Będę wracał do Spice Cafe, bo jest to jedno z tych czarodziejskich miejsc, gdzie czas się zatrzymuje specjalnie po to, byśmy dłużej mogli delektować się smakiem życia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Więc chodź pomaluj mi świat… na czarno

Paint it, Black – w 1966 roku Rolling Stones zaśpiewali ten utwór po raz pierwszy i promował on ich amerykańską płytę zatytułowaną Aftermath. Prawdę powiedziawszy oryginalne wykonanie zespołu stało się naprawdę dobre dopiero w 2006 roku, ale to moja indywidualna opinia. Znacznie lepsze wersje tego utworu zaprezentowały Deep Purple i London Symphony Orchestra, a znacznie później Ciara jako ścieżkę dźwiękową do filmu Ostatni Łowca Czarownic. Covery tego przeboju wykonywali różni wykonawcy, także najsławniejsi – Judas Priest, Omega, U2 i inni. Filmowy dramatyzm tego utworu został wykorzystany już wcześniej w filmie Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, a także w serialu Supernatural, filmie Adwokat Diabła, jednym z odcinków serialu Lucifer i wreszcie w serialu Westworld odwołującym się do słynnego filmu z 1973 roku pod tym samym tytułem, który został wyreżyserowany przez Michaela Crichtona według własnego scenariusza. Jeden niewielki wytwór popkultury, a ileż się z nim wiąże tropów. Ponieważ tekst piosenki jest bardzo ważny i wiąże się ze wszystkimi odniesieniami filmowymi, zatem poniżej jego wersja po polsku.

Widzę czerwone drzwi i chcę by były czarne
Żadnych innych kolorów, chcę, by zmieniły się w czarne
Mijają mnie dziewczyny w swych letnich strojach
Muszę odwrócić głowę, nim przeminie moja ciemność

Widzę sznur aut, każde z nich jest czarne
Z kwiatami i moją miłością, nigdy już nie wrócą
Widzę, jak ludzie odwracają głowy i szybko spoglądają w dal
Jak nowo narodzone dziecko, to się dzieje codziennie

Patrzę w siebie i widzę, że moje serce jest czarne
Widzę moje czerwone drzwi i muszę je pomalować na czarno
Może wtedy ja zniknę i nie będę musiał stawić czoła faktom
Niełatwo stawić czoła, gdy cały twój świat jest czarny

Już nigdy zieleń mego morza nie przemieni się w głęboki błękit
Nie mogłem przewidzieć, co się z tobą stanie
Jeśli wystarczająco uparcie będę wpatrywał się w zachód słońca
Moja miłość będzie się śmiać ze mną, nim nadejdzie poranek

Widzę czerwone drzwi i chcę by były czarne
Żadnych innych kolorów, chcę, by zmieniły się w czarne
Mijają mnie dziewczyny w swych letnich strojach
Muszę odwrócić głowę, nim przeminie moja ciemność

Chcę, by wszystko było pomalowane, pomalowane na czarno
Czarne jak noc, czarne jak węgiel
Chcę zobaczyć, jak słońce znika z nieba
Chcę zobaczyć je pomalowane, pomalowane, pomalowane, pomalowane na czarno
Tak!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Wielkie wygrane

Jako nastolatek jeszcze poznałem słynną „Grę w klasy” Julio Cortazara. Literatura iberoamerykańska cieszyła się znacznie większą przychylnością cenzury niż powieści z kręgu anglosaskiego. Wówczas ta powieść zachwyciła mnie, ponad miarę, jak dziś myślę. Kilka lat później, a więc w odwrotnej kolejności, przeczytałem wcześniejszą powieść Cortazara – „Wielkie wygrane”.
Aby nie zepsuć lektury tym, którzy nie czytali, a gotowi są sięgnąć po tę powieść, nie będę szczegółowo przedstawiał fabuły. Rzecz dzieje się w Argentynie w okresie peronizmu. Warto wiedzieć, że był to system z wieloma wewnętrznymi sprzecznościami. Z jednej strony przypominał państwo opiekuńcze, z drugiej faszystowskie. Choć zrozumienie przesłania książki Cortazara nie wymaga, rzecz jasna, wnikliwych studiów politologicznych. Akcja rozpoczyna się od loterii, w której wiele rozmaitych osób wygrywa rejs statkiem. Osoby z rozmaitych środowisk społecznych, o różnych poglądach i postawach życiowych przybywają na statek, którym mają odbyć rejs.
Dość szybko okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak się spodziewali, a niektóre aspekty stają się wręcz podejrzane. Struktura powieści jest wielopoziomowa. W podstawowej warstwie fabularnej sprawia wrażenie powieści sensacyjnej z rozbudowanymi wątkami osobistymi, w tym również erotycznymi. Gdy spojrzymy szerzej, to widzimy również, że jest to alegoria państwa, które bezosobowo ogranicza wolność ludzi – w zasadzie – w imię własnego niezrozumiałego widzimisię. Państwa, które z jednej strony daje i premiuje uległość, z drugiej strony zaś jest restrykcyjne i zabiera wolność decyzji i wyboru. Powieść jest też metaforą ludzkiego życia, które zawsze składa się z dokonywania wyborów, czy tego chcemy, czy nie. Symbolicznie też pokazuje nam, że nie zawsze te tytułowe wielkie wygrane są dobrym darem losu.
Książka Cortazara dla mnie ma jeszcze pewien osobisty aspekt. Moja córka dostała imię po jednej z ważnych postaci występujących w tej powieści, ale to już całkiem inna historia.

O tych książkowych wielkich wygranych pomyślałem niedawno, przeczytawszy informację o szczególnie wielkiej wygranej w krajowej loterii lotto. Jeden szczęśliwiec – choć nie wiadomo, czy to mu przyniesie szczęście – wygrał 37 milionów złotych. To tak, jakby dostał od każdego z obywateli naszego kraju po złotówce. Zawsze pierwsza myśl każdego z nas będzie prowadziła ku rozważaniom, co ja bym zrobił z takim majątkiem…
Po chwili sobie pomyślałem, młodszy i tak się nie stanę, zęby nowe mi nie wyrosną, nowego życia sobie za to nie kupię. Moje potrzeby dałyby się sprowadzić do co najwyżej setek tysięcy, a nie milionów. A co z resztą? Pomyślałem sobie, że lepiej nie mieć tego problemu. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Ukłucie błękitu

Fale zimą są jak skrawki luster. Przesypują się, zbliżają z chrzęstem tłuczonego szkła. Migoczą, błyskają srebrem, w końcu rozsypują się na oblodzonych ziarenkach piasku. Zimowy wiatr nie przynosi zapachu morza. Niesie drobne ukłucia błękitu wśród wolno upływających minut lutowego poranka. Minuty skapują powoli, zamarzając w locie nad pustą plażą, która kołysze się coraz bardziej i bardziej, bo nie ma nic trwałego w tym szklanym poświście. Nawet wtłoczone w wodę betonowe rozgwiazdy wydają się pływać i falować. Na szczęście jest ceglasty słup latarni, która zdecydowanie przyszpiliła główkę falochronu i unieruchomiła choć mały fragment krajobrazu. Patrząc na nią, powoli i stopniowo można odnaleźć stabilność plaży. Tylko fale wciąż przesypują się kawałkami luster.


Ten obrazek i niezdarne próby rozwiązania nierozwiązywalnego dedykuję Kasi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

A mury rosły

Gdy Jacek Kaczmarski napisał w 1978 roku słowa piosenki „Mury”, które potem stały się nieoficjalnym hymnem „Solidarności”, pieśnią sprzeciwu i nadziei, zwracaliśmy uwagę na słowa refrenu, które mówiły, że „mury runą”.
Nie chcieliśmy słuchać tego, co Kaczmarski śpiewał dalej.

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Wtedy chcieliśmy, by była to pieśń nadziei, a nie prawdy. A Poeta po raz kolejny okazał się Wieszczem.
Minęły lata, skończyła się walka, bohaterowie siedli przy kominku, odpoczywali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jak te tłuste koty wygrzewające się na słońcu. A tymczasem mury rosły. Historia zatoczyła koło, jak wąż Uroboros zjadający swój własny ogon.
I dziś znów potrzeba nam pieśni. I ta pieśń powstała, żeby budzić sumienia, poruszyć serca, dawać nadzieję.


VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

W pętli czasu

Czyńcie sobie Ziemię poddaną. Tak rzekomo przykazał nam Bóg. A przynajmniej takie słowa można znaleźć w Biblii. Wiedząc, że jeszcze sześć tysięcy lat temu ludzie nie znali koła, można zachwycić się tym triumfalnym marszem cywilizacji. Ujarzmiliśmy elektryczność i energię atomową. Potrafimy zobaczyć niewidzialne bakterie i wirusy. Wysłaliśmy naszego przedstawiciela na księżyc. Nie potrafimy jedynie panować nad czasem. Rodzimy się, dojrzewamy, starzejemy, umieramy.To, co się stało, nie może już się „odstać”. Lecz panowanie nad czasem jest jednym z największych marzeń ludzi. Od czasu „Wehikułu czasu” autorstwa Herberta George’a Wellsa jest to ulubiony wręcz motyw literatury fantastycznej. Jednak nie tylko. Wędrówka w czasie ma spełniać funkcję moralizującą, jak w „Opowieści wigilijnej” Dickensa lub być pretekstem to wyobrażeń o przyszłości. A najstarszym chyba przykładem wykorzystania tego motywu jest opowiadanie niejakiego Merciera o roku 2440, które powstało w roku 1771.
W kulturze masowej najbardziej znanym przykładem jest filmowa trylogia „Powrót do przyszłości”. W literaturze – prócz „Wehikułu czasu” – do klasyki zaliczamy również „Powrót z gwiazd” Lema i „Koniec wieczności” Asimova.
Współcześnie jedną z ciekawszych prób operowania podróżą w czasie jest „Obca” Diany Gabaldon. Bohaterka z roku 1945 przenosi się dwieście lat wstecz. Ciekawe jest postępowanie bohaterki, która zaczyna żyć w czasach znanych jej z historii. I próby dokonania zmian w tej rzeczywistości. Nie zdradzę żadnej tajemnicy pisząc, że udaje się to w pewnym tylko zakresie i w aspekcie prywatnym. A więc jak to jest? Czy rządzi nami przeznaczenie? Upraszczając – czy ma rację autor „Antygony, czy „Robinsona Crusoe”? A może to Clifford Simak ma rację mówiąc, że „Czas jest najprostszą rzeczą”. Czy kiedykolwiek będziemy podróżowali w czasie? A jeśli, czy podróżnik z przyszłości zabijając swojego dziadka, zniknie nagle? Przestanie istnieć? To klasyczny dylemat wielu utworów fantastycznych. Czy moglibyśmy zmienić historię cywilizacji? Czy śmierć Lenina zapobiegłaby wybuchowi rewolucji w Rosji? A Hitlera wybuchowi wojny światowej?
Warto przeczytać cykl powieści Diany Gabaldon o Claire, podróżniczce w czasie. Dowiemy się nie tylko, jak żyć bez wielu osiągnięć współczesnej technologii, zobaczymy też, że ludzkie emocje są dziwnie niezależne od epoki. Pierwsze dwa tomy stanowią całość, następne są powiązane fabularnie z podróżami w czasie, ale stanowią przede wszystkim pretekst do stworzenia pasjonującej historii z gatunku tzw. powieści awanturniczej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)