Priorytety

Blisko czterdzieści lat temu podczas „zimy stulecia” dzieciaki biegały po podwórku wykrzykując dwuwiersz: Nie potrzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery. Był to moment, gdy Polska Rzeczpospolita Ludowa przestała funkcjonować w wymiarze radzenia sobie z codziennością. Od tego momentu właśnie. To wtedy powstały ironiczne stwierdzenia, że zima zaskoczyła drogowców, które żartobliwie powtarzaliśmy potem przez następnych ponad dwadzieścia lat. Zaskakiwała nas zima, zaskakiwało nas lato, gdy w oczywisty sposób zawsze brakowało sznurka do snopowiązałek. Zaskakiwał nas każdy aspekt rzeczywistości. Nie mogło być inaczej. Bo gdy władza walczy o to, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, czepianie się takich pierdół jak nieodśnieżony chodnik, jest po prostu małostkowe. Partia miała ważniejsze sprawy na głowie.

Gdy dwa lata temu Kaczyński wraz ze swymi akolitami zdobył władzę w Polsce, dowiedzieliśmy się, że Polska będzie wstawała z kolan. Że nowa władza walczyć będzie o godność Polski i jej niepodległość. Że dzięki tej władzy Polska zyska podmiotowość w Europie i na świecie. Że będą się z nami liczyć. A Kaczyński co miesiąc obiecywał, że dojdą do prawdy, że ta prawda jest niedaleko. I na przekór wrogom ojczyzny, gorszemu sortowi i zdradzieckim mordom, oni do tej prawdy dojdą.

Wtedy właśnie stwierdziłem, że jesteśmy na dobrej drodze do zaśnieżonych chodników, potem dróg powiatowych, wojewódzkich i wreszcie krajowych. Zapewne zabraknie też sznurka do snopowiązałek, a w kolejnych latach przypomnimy sobie, co oznacza brak masła i innych produktów w sklepach. Może nawet nasi potomkowie szybko się dowiedzą, co to są kartki na żywność. Bo – proszę państwa – jak się walczy ze zdradzieckimi mordami o godność ojczyzny, jak się wstaje z kolan, to nie można sobie zawracać głowy takimi duperelami jak sznurek do snopowiązałki. Toczy się podstawowa walka o przyszłość naszej ojczyzny, więc co tam jakieś braki towarów lub śliskie chodniki. I wcale nie chodzi o to, że władza zabrania odśnieżać chodniki lub wyjeżdżać pługom na autostradę. Nie, w żadnym wypadku. Tylko ludziom się tak jakoś głupio robi. Myślą sobie: to oni tam walczą o przyszłość narodu, wstają z kolan, a ja mam się głupim posypywaniem piasku na chodnik zajmować? Tym bardziej wtedy, gdy zbliża się odwilż, więc w końcu ten śnieg sam stopnieje albo ludzie rozdepczą, a samochody rozjadą. Nawet nie przypuszczałem, że moje przewidywania tak szybko staną się rzeczywistością.

Książka. Muzyka. Film. - recenzje

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Ostatni bolszewik Europy

W Europie demokracja trzyma się mocno, pomimo populistycznych partii, pomimo podnoszących głowy nacjonalistów i odradzającej się czasem hydry neonazizmu. W tej demokratycznej Europie są też autorytarne tendencje. Hiszpański prawicowy rząd od paru lat kombinuje, jak ułatwić sobie życie, zmniejszając prawa obywateli. Na Malcie dziwnym trafem tajemniczo zginęła dziennikarka, która krytykowała władze. Na Węgrzech od lat już Orban kombinuje, jak zapewnić sobie europejskie dotacje i korzyści z unijnej wspólnoty, a jednocześnie opozycję wziąć za pysk. W większości państw jednak przywiązanie do demokracji jest duże, choć politycy nigdzie nie są idealni. Ale jest też inna Europa, ta o wschodniej imperialnej tradycji. Niby demokracja jest, ale jak by ludzie nie głosowali, w Rosji zawsze wygrywa Putin, a na Białorusi Łukaszenka. Do tej Europy ciągnie dziś Polska, której nieformalny wódz o władzy marzył już dawno.

Chciałem rządzić, już gdy miałem 12 lat. Premierem zamierzałem zostać mając lat 34, a skończyć rząd, mając lat 91.

Kaczyński jest nieodrodnym dzieckiem Polski Ludowej. Urodzony, wychowany i ukształtowany przez PRL, nie potrafi inaczej myśleć, ani postępować, jak tylko zgodnie z zasadami dialektyki marksistowskiej. Władza kojarzy mu się wyłącznie z decyzyjnością partii, która dla narodu powinna być drogowskazem, przewodnią siłą, przewodnikiem. Sam powiedział to w jednym z wywiadów.

Ja najbardziej chciałbym być szefem, silnej, bardzo wpływowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii.

Partię o nazwie Prawo i Sprawiedliwość utworzył i zaprogramował zgodnie z klasycznymi zasadami wymyślonymi przez Stalina. Na 26 stronach statutu zwrot Prezes PiS pojawia się 57 razy. Z biegiem czasu usunął wszelkie indywidualności, zachowując wyłącznie osobników wypranych z wszelkiego indywidualizmu i całkowicie podległych.Plotki i obmawianie to zasadniczy sposób obiegu informacji, a prezes podejmuje decyzje jednoosobowo na podstawie doraźnych informacji, które są mu przedstawiane poufnie. Każdy może znaleźć się w niełasce albo zostać awansowany. Profesor Andrzej Zoll, sędzia i wybitny prawnik, zauważył istotną prawidłowość.

Kaczyński jest uczniem Stanisława Ehrlicha, teoretyka prawa, który w pierwszym okresie PRL był bardzo mocno związany z nurtem stalinowskim. Ehrlich uważał, że klasa robotniczo-chłopska musi tworzyć polityczny ośrodek decyzyjny niezależny od państwa. Echa tej myśli powtarzały się potem przez lata w wypowiedziach Kaczyńskiego i w przygotowanym przez PiS w 2011 roku „raporcie o stanie państwa”. Zawsze marzył, by ustawić się poza strukturą państwa.

Kaczyński zresztą nie krył swych fascynacji komunistycznymi wzorami. Kiedyś jeszcze w swojej pracy doktorskiej, a potem w działalności politycznej. Pewnego rodzaju wzorem stał się dla niego Edward Gierek i dziesięcioletnia epoka jego rządów w Polsce.

Mówiąc o tym czasie nie można pominąć, że jednak wzrastała przez kilka lat stopa życiowa, wybudowano dużo większą niż przedtem ilość mieszkań, stworzono wiele miejsc pracy. Gierek był człowiekiem, który w ramach tego systemu, akceptując go całkowicie, chciał zrobić jednak coś dobrego dla Polaków i dla Polski. Podobno chciał nawet, żeby Polska miała bombę atomową.

Być może dlatego właśnie do Kaczyńskiego trafiają schizofreniczne rojenia Macierewicza o potędze polskiej armii, która stanie się niezwyciężona dzięki jednostkom obrony terytorialnej, bo one w razie ataku staną się zastępami żołnierzy wyklętych po partyzancku niszczących wroga. Bo przecież bomby atomowej mieć nie będziemy. Co w końcu Gierek zrobił Polsce, bo nie dla Polski, to wiemy z historii. Rola Kaczyńskiego będzie bardziej złowieszcza.

I my, proszę państwa, mimo wściekłych ataków, mamy na to zwycięstwo pełną szansę. Ale pod dwoma warunkami: pierwszy z nich to to, że dotrzymamy zobowiązań, a drugi, że nasze rządy będą przeciwieństwem rządów prawa.

To przejęzyczenie wygląda na klasyczną freudowską pomyłkę. Prezes wiernie naśladuje metody propagandowe stosowane przez wielkich populistycznych przywódców. Jątrzy, poniża i obraża. Podobnie jak komuniści prowadzi systematyczną politykę odczłowieczania przeciwników. Są gorszym sortem, elementem animalnym, zdradzieckimi mordami, mają geny współpracy z gestapo. Od dwóch lat tzw. miesięcznice smoleńskie są seansami nienawiści, podczas których prezes podaje kolejne określenia i zniewagi, które potem naśladowczo stosują jego totumfaccy w mediach. Gdyby wierzyć Kaczyńskiemu, za trzymanie białej róży w ręku należałoby karać. Kto wie, może jeszcze tak będzie.

Dziś mamy drugą taką próbę, nowy wielki atak nienawiści, bo te białe róże, które tam widać, to właśnie symbol nienawiści i głupoty, skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści.

Obrażanie przeciwników to już nie jest jakaś cecha indywidualna wynikająca z prywatnych fobii prezesa. Kaczyński nakręca swych wyborców do coraz to nowych poziomów nienawiści. Obecnie nie ma w Polsce przeciwników politycznych. Ci, którzy sprzeciwiają się fatalnym bolszewickim praktykom inkorporowanym w prawie i obyczajach, nie są przeciwnikami. Niczym w Związku radzieckim muszą być nienormalni, niedorozwinięci lub są agentami i wrogami.

Patrząc na twarze tych osób, to po pierwsze – to jest tylko domysł, ale obawiam się, że niektórzy z nich byli pracownikami dawnych organów bezpieczeństwa, z kolei też wydaje mi się, że widać tam troszkę twarzy osób specjalnej troski.

Wyobrażenia Kaczyńskiego na temat państwa i narodu są zabójczą i wybuchową. Mieszaniną bolszewizmu i nacjonalistycznej retoryki, z religijnością ksenofobiczną i prymitywną.

Zwyciężymy, bo to zwycięstwo jest potrzebne Polsce. Jest potrzebne po to, by w tym państwie, w Rzeczypospolitej Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody.

Bolszewickie metody rządzenia, które zakładają, że rząd jest tylko grupą posłusznych wykonawców poleceń, a prawdziwa władza mieści się w partyjnym centrum decyzyjnym, źle się skończyły w większości krajów na świecie. Bolszewickie metody stworzyły Koreę Północną, która stała się jednym wielkim obozem koncentracyjnym, w którym ludzie umierają z głodu, aby zaspokoić megalomanię władców. Te same bolszewickie rządy doprowadzają właśnie do ruiny Wenezuelę, kraj z największymi zasobami ropy naftowej na świecie. Gdy nawet w Rosji i na Białorusi dyktatury odrobinę się cywilizują, Polska pod przywództwem nieomylnego wodza Jarosława Kaczyńskiego wkracza na drogę rewolucji bolszewicko-religijnej. Za dwadzieścia lat świat będzie patrzył na Polskę jak na zacofany biedny skansen ciemnoty rodem z połowy XX wieku.

Książka. Muzyka. Film. - recenzje

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (13 votes cast)

Sorry Winnetou, biznes to biznes

Dowcip z długą brodą opowiada historię małego Jasia, który zapytany przez nauczycielkę o wielkiego wodza, powiedział, że to Lenin. A następnie, gdy dostał już piątkę, pod ławką do zdjęcia aktora przedstawiającego postać Winnetou szepnął: Sorry Winnetou, ale biznes to biznes.

Wygląda na to, że właśnie Jarosław Kaczyński został małym Jasiem i zrobił polityczny biznes. Przez ostatnie tygodnie nie ustawały spekulacje, co zrobi prezes, czy sam obejmie tekę premiera, czy spuści w niebyt panią Szydło, a może nie? Czy będzie rekonstrukcja rządu i kto straci stołek? Waszczykowski? A może Szyszko lub Macierewicz? Gdy rzesze dziennikarzy szukały dostatecznie mocnych breaking news, żeby im widzowie przed ekranami nie pozasypiali, to posłuszni ludzie prezesa dokończyli przejmowanie sądownictwa. I to było ważne.

Przyznam szczerze, iż pomyliłem się. Byłem przekonany, że prezes pozostawi Jęczącą Betty na stanowisku premiera, by dobitnie pokazać Schetynie i reszcie opozycji, że oni to mu mogą naskoczyć. Choć jak zobaczyłem napuchniętą, od całonocnego płaczu, Becię, to zwątpiłem. Pomyślałem, że prezes musiał ją naprawdę fachowo przeczołgać przez te ostatnie tygodnie. Tym bardziej, że powodów do zmiany nie było widać. Przecież ona jest taka sama, jak miliony Polaków. Czyli byle jaka. A to się suwerenowi podoba, więc suweren Becię kocha.

Rządowa roszada wizerunkowo jest nie do wytłumaczenia. Zaś stawianie na czele rządu bankstera kojarzącego się ze znienawidzonymi elitami, bogacza, bezczelnego i zadufanego w sobie, to przysłowiowy strzał w stopę. Procentów w sondażach od tego raczej nie przybędzie. Narodowcy też decyzji nie pochwalą, żydowskie korzenie Morawieckiego będą dla nich trudne do przełknięcia. Sam fakt, że Morawiecki zna angielski, do standardowego wyborcy z Podlasia lub Podkarpacia raczej nie przemówi. A dla wyborców centrowych to jest tylko kolejna marionetka Kaczyńskiego, na dodatek zapiekły katolicki konserwatysta. Elektoratu PiS więc nie poszerzy.

Tajemnica kryje się w procedowanych błyskawicznie ustawach o sądownictwie. Pierwsze podejście skończyło się fiaskiem, bo grillowany przez swoją własną partię prezydent w akcie rozpaczliwej walki o godność zawetował dwie ustawy. Wcześniej Kaczyński dał przyzwolenie i z Dudy nabijali się wszyscy. I to w taki sposób że satyryczne sceny w „Uchu prezesa” były wobec Dudy wręcz sympatyczne. Pewny siebie Ziobro, który dostawał całą władzę, przedobrzył ostatniego dnia przed prezydenckim wetem. Wówczas do Kaczyńskiego dotarła brutalna prawda.

Kanapowa partyjka Ziobry jest języczkiem u wagi. Przewaga parlamentarna PiS jest na tyle mała, że bez niego dalsze rządzenie może się okazać problematyczne. A skoro Zbysio jest taki pewny i na dodatek dostanie sądownictwo w swoje ręce, to nikt nie będzie bezpieczny. Nawet prezes. Na szczęście w parlamencie jest jeszcze jeden Morawiecki. Tatuś swawolnego Mateuszka bankstera, który ma pod sobą kilka szabel renegatów od Kukiza. Tatusiowi bardzo się marzyło, by Mateusz sięgnął po najwyższe zaszczyty. Na początek niech będzie premier, a potem się zobaczy. W zamian za obietnicę lojalności tatusia, synuś dostał stołek premiera.

Mateusz Morawiecki ma za sobą jedynie poparcie prezesa, nie stanowi żadnej siły politycznej. A, używana przez dwa lata w charakterze szmaty do podłogi, Becia z bezsilnej złości zaczęła się kumplować z Ziobrą. To się bardzo prezesowi nie spodobało. W rezultacie okazało się, że kosztem być może lekkiego spadku wizerunkowego zdecydowanie osłabił Ziobrę i ma ten komfort, że w każdej chwili może pokazać mu drzwi. Dwaj panowie bez politycznego znaczenia, czyli Morawiecki i Duda może coś tam będą razem knuć, ale na razie to jest niegroźne. O tym to prezes później pomyśli. Jest jeszcze Macierewicz. Zdecydowanie nielubiany w PiS i dotychczas dla prezesa wygodny. Być może ma haki na prezesa. Na tej politycznej szachownicy tylko ranga Macierewicza wciąż jest zagadką.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Anatomia upadku

Kraj ma na pewno ponad 150 miliardów dolarów długu zagranicznego. Inflacja sięga 653%. Wyobraźcie sobie, że macie dziś 6,53 zł, które są warte tyle, ile na początku roku warta była jedna złotówka. Możecie za to kupić bułkę, a nie sześć. Jeśli zbieracie właśnie pieniądze na nowe buty, które codziennie są droższe, możecie nigdy nie uzbierać. Kupujecie tylko to, na co was stać dzisiaj. Wypłata co miesiąc jest zmorą, bo gdy dostaniecie następną, buty będą na tyle drogie, że znów będziecie mieć za mało pieniędzy.

Mówimy o Wenezueli, kraju, którego zasoby ropy naftowej uważa się za największe na świecie. Szacuje się je na 300 mld baryłek. Norwegia, która w sporej części żyje z wydobycia ropy, dywersyfikuje dochody. Część z nich przeznacza na zabezpieczenie emerytalne obywateli. Część na edukację oraz infrastrukturę. Uważna jest za jedno z czołowych państw dobrobytu. Bliskowschodnie potęgi naftowe od Kataru po Arabię Saudyjską, choć zwykle są rządzone w sposób autorytarny, również wydają swe dochody z ropy rozsądnie. Budują infrastrukturę, inwestują w edukację. Nawet jeśli mamy co do nich jakieś wątpliwości, to na pewno nie ma tam inflacji dziarsko zmierzającej w kierunku tysiąca procent. Nie ma też miliardowych długów.

Co zatem jest jeszcze w Wenezueli? Sporą emigrację. Od początku rządów socjalistycznych populistów Hugo Chaveza wyemigrowały już dwa miliony z nieco ponad trzydziestu. Głownie ludzie doskonale wykształceni. Inżynierowie, naukowcy, lekarze. Bez trudu dostają pracę w hiszpańskojęzycznych krajach Ameryki łacińskiej. Najbardziej przebojowi uczestniczą w rozwoju krajów europejskich, Australii, USA.

W sklepach brakuje nawet mydła, a pensja profesora warta jest około 30 dolarów amerykańskich. Polacy zarabiali tyle w czasach Polski Ludowej. W okresie schyłkowym na pólkach sklepowych stał jedynie ocet i musztarda, a na zapleczach grasowały komisje robotniczo-chłopskie szukające ukrytych towarów. Podobnie dzieje się dziś w Wenezueli podczas rządów prezydenta Maduro. Silnik napędowy gospodarki, czyli przemysł naftowy niszczony jest przez korupcję i zatrudnianie przedstawicieli reżimu, którzy nie mają żadnych kwalifikacji. Wenezuelska odmiana Misiewiczów opanowała wszystkie lukratywne stanowiska, a produkcja ropy spadła do poziomu najniższego od ponad 30 lat.

Najbiedniejsi mieszkańcy Wenezueli mają za to żywność prawie za darmo, ale nie są zadowoleni, bo to jest tylko na papierze. W sklepach są pustki gorsze niż w Polsce w stanie wojennym. W Wenezueli mało co się produkuje, więc większość artykułów przemysłowych jest poza zasięgiem prawie wszystkich obywateli. Tylko przedstawicieli władzy stać na wszystko. Gdy w 2015 roku naród wenezuelski poszedł po rozum do głowy i w wyborach wygrała opozycja, było już za późno. Reżim Maduro wysłał wojsko przeciw protestującym. Zginęły setki ludzi. Okazało się, że władza jest najważniejsza.

Dyktatura Cháveza, a dziś Maduro, zaczynała z pięknymi hasłami o równości społecznej, sprawiedliwości i pomocy socjalnej dla biednych. Dziś biedni są jeszcze biedniejsi, a jeśli próbowali protestować to są w więzieniach lub martwi. W dobrobycie żyje tylko elita władzy. Kraj pogrąża się w długach, nędzy i upadku gospodarczym. Chcecie dowiedzieć się, co będzie w Polsce za kilka lat? Patrzcie na Wenezuelę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Socjalizm nierealny

Gdy w Polsce Ludowej przestaliśmy wiele lat temu budować komunizm w wyniku gwałtownego sprzeciwu klasy robotniczej na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, powstał pomysł budowy socjalizmu realnego. Odtąd mieliśmy się już nie porywać z motyką na słońce. Zaczęto budować socjalizm realny, w którym Polska miała rosnąć w siłę, a ludzie żyć dostatniej. Starsi pamiętają, a młodsi mogą o tym przeczytać, że w końcu gówno z tego wyszło. Komuniści oddali władzę w 1989 roku nie dlatego, że kochali naród i chcieli nas uszczęśliwić, ale dlatego, że doprowadzili kraj do kompletnego i bezwarunkowego bankructwa.

Wiadomo było, że – wobec kilkuset procent inflacji i braku pieniędzy na najpotrzebniejsze wydatki – poradzić sobie może tylko rząd mający jakieś poparcie społeczne. Przywódcy PZPR takiego nie mieli. A wiadomo było, ze kilka lat następnych będzie ciężkich, a socjalizm, który okazał się nierealny, trzeba wyrzucić do kosza. Wkrótce potem z socjalizmu zrezygnowały inne kraje tzw. obozu wschodniego, a nawet sam Związek Radziecki, który w rezultacie się rozpadł, zwrócił państwowość wcielonym kiedyś siłą krajom i stał się po ponad 70 latach znowu Rosją. Na świecie pozostała jedynie Kuba i Północna Korea. Nawet Wietnam i Chiny zaczęły wprowadzać gospodarkę wolnorynkową. Kuba złamała się w końcu i powolutku demontuje swój socjalizm, aczkolwiek poczekać trzeba będzie zapewne na śmierć drugiego z braci Castro. Została Korea, która socjalistycznie ma wielkie osiągnięcia w budowie broni atomowej i przystosowaniu ludzi do jedzenia trawy.

Gdy wydawało się, że mrzonka socjalizmu pozostanie już tylko światowym skansenem na Półwyspie Koreańskim, w Wenezueli niejaki Hugo Chávez postanowił wskrzesić idee Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego. Miejsce akcji, czyli Wenezuela, było idealne. Kraj bogaty w ropę, który mógł być drugą Norwegią. Jednak zyski z ropy trafiały do nielicznej grupki kapitalistów, a większość żyła w biedzie. Eksperyment zapoczątkowany przez Cháveza miał udowodnić w możliwie najkrótszym czasie, że socjalizm jest w stanie w możliwie krótkim czasie zmarnować największy potencjał kraju, a ludność doprowadzić do nędzy gorszej niż ta w krwiożerczym kapitalizmie. Po drodze oczywiście przechodząc kolejne etapy jak cukier na kartki, mięso na kartki, wszystko na kartki i nie ma niczego. Następca zmarłego przedwcześnie Cháveza, prezydent Maduro podążał z determinacją tą samą drogą i właśnie w rezultacie doszło do spektakularnego bankructwa Wenezueli, która mając złoża ropy naftowej nie potrafi jej skutecznie wydobywać i sprzedawać, a realizując socjalistyczną utopię, doszła nie tylko do powszechnego braku srajtaśmy, ale i zadłużyła się tak bardzo, że same tylko przyszłoroczne raty wylicza się na 5,4 mld dolarów. Można nawet powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza. W Polsce dwadzieścia osiem lat temu inflacja sięgnęła 800%, Wenezuela doszła do 2000%. Inaczej mówiąc Wenezuela jest kompletnym bankrutem. W przeciwieństwie jednak do polskich komunistów Maduro władzy nie chce oddać.

Gdyby ktoś zainteresowany był tematem bardziej i chciałby też zastanowić się nad nieuchronnymi podobieństwami Polski i Wenezueli, to sugeruję przypomnieć sobie moje poprzednie teksty na ten sam temat. Łącznie z dzisiejszym to już prawie serial.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

A jeśli coś się zdarzy?

Rządzący od jesieni 2015 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński wraz z tabunem wspierających go akolitów wykazali się niezwykłą determinacją w opanowaniu personalnym Trybunału Konstytucyjnego, a potem sądownictwa. Potrafili przepuścić przez sejm i senat wiele ustaw w ciągu kilku nocy. Potrafili w błyskawicznym tempie wymienić kadry w państwowych spółkach i urzędach. Wydawało się, że nie istnieje nic, co potrafiłoby spowolnić ten przemarsz troglodytów przez Polskę.

Państwo, które w ciągu ostatnich dwóch lat zbudował Kaczyński, ma jednak pewną nieusuwalną ułomność, niejako nieodłącznie związaną ze sposobem sprawowania władzy. To prezes decyduje o wszystkim. Gdy późnym wieczorem w piątek 11 sierpnia przeszła niespotykanie silna nawałnica nad częścią Pomorza, nikt nie odważył się zakłócić spokojnego weekendu prezesowi. Dopiero w poniedziałek prezes pozwolił zawiadomić premier Szydło, która z niejakim zdumieniem reagowała na wieść, że tragedia zdarzyła się już w piątek koło północy. Zanim zapytano prezesa, co każe zrobić, minął kolejny dzień. Zaś wojsko przybyło w liczbie koło setki niedoświadczonych żołnierzy z małą ilością przydatnego sprzętu kolejny dzień później, gdy miejsce kataklizmu miał wizytować Antoni Macierewicz. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wojska Obrony Terytorialnej, które rzekomo miały pomagać także w sytuacji katastrof naturalnych, według ministerstwa są silnie zrejonizowane i ochotnicy z WOT w Szczecinie nie będą nigdy pomagać np. w Gdańsku, a tylko u siebie w Szczecinie. A jeśli będzie wojna? Też poczekają, aż działania wojenne przyjdą na teren przypisanego im rejonu?

Dziś za kilka godzin minie tydzień od zabójczej nawałnicy. Dla wielu ludzi będzie to tydzień bez prądu, a co za tym idzie bez wody, lodówek, światła, a często bez dachu nad głową lub z częściowo zniszczonym dachem i w zniszczonym domu. Ludzie sobie radzą. Ci, którzy mają samochody jeżdżą po zakupy do odległych miejscowości, nie tylko dla siebie. Jeśli kogoś na to stać, kupuje sobie agregat prądotwórczy. Na głowie stają lokalni strażacy, także ci z ochotniczych oddziałów. Są wolontariusze, którzy pomagają w najbardziej zdewastowanych miejscach. A ministrowie przybywają od czasu do czasu w eleganckich garniturach i krawatach i mówią o kłodach, jakie im pod nogi rzuca „totalna” opozycja. Biedny ten rząd. Tyle ma kłopotów, a tymczasem jacyś tam ludzie pyskują, że pozostawiono ich bez pomocy. Jak by nie mogli sami zamieść tych liści, co pospadały z drzew.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (15 votes cast)

Wariant wenezuelski

Po raz pierwszy o Wenezueli pisałem w marcu 2013 roku, gdy zmarł prezydent Chávez, który zaczął przekształcać ten kraj według starych leninowskich wzorów, które w Europie zdążyły kilkanaście lat wcześniej zbankrutować. Na co dzień niewiele nas obchodzi daleki kraj w Ameryce Łacińskiej, o której wiemy tyle, że często jest biedna i zacofana, a także znana wcześniej z dyktatorskich reżimów.
Kilka lat temu, można było przewidywać, jak skończy się rewolucja Cháveza. W Polsce przerabialiśmy ten scenariusz od 1945 do 1989 roku. 44 lata opóźniania nieuchronnego bankructwa państwa opartego na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W roku 2014 pisałem:

Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny… (felieton z 2014)

Lekcja historii, którą Wenezuela w dalszym ciągu odbywa pod przewodnictwem kolejnego prezydenta, wkroczyła obecnie w kolejny etap. Braki wszystkiego od mleka po papier toaletowy Wenezuelczycy już zobaczyli. Teraz pora na stan wojenny.

6 dni temu odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego, które ma przygotować nową konstytucję, określić obowiązki najważniejszych instytucji w państwie i umożliwić prezydentowi rządzenie za pomocą dekretów. Zgromadzenie odwołało wczoraj ze stanowiska prokurator generalną Luisę Ortega Diaz. Krytykowała ona prezydenta Nicolasa Maduro, a kilka dni temu wszczęła śledztwo w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Była prokurator generalna ma teraz stanąć przed sądem. (Gazeta Wyborcza)

Jeśli parę lat temu Wenezuelczycy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, co ich czeka, to dziś my możemy zobaczyć, co nas czeka, obserwując wydarzenia w Wenezueli. Chávez a potem Maduro nie musieli fałszować wyborów. Ponieważ za pieniądze ze znacjonalizowanego przemysłu naftowego zapoczątkowano ogromny program rozdawnictwa dla niezamożnych obywateli, ci wdzięcznie głosowali zarówno na Cháveza jak i Maduro. Potem socjalizm pokazał prawdziwe oblicze. Zaczęło brakować wszystkiego. Rząd zaczął wprowadzać talony, pojawiły się społeczne komitety, zaproponowano nawet system sprawdzania odcisków palców, żeby było wiadomo kto i ile kupuje. Ponieważ opozycja krytykowała doprowadzanie gospodarki do ruiny, zaczęto do więzień zamykać opozycję. Prywatne media zlikwidowano już wcześniej. Gdy wreszcie obywatele poczuli głupotę władzy na sobie samych, było już za późno.

Maduro ma wojsko, policję, a protestujący najwyżej sztachety z płotów. Nie ma już mediów, które nagłaśniałyby nadużycia władzy, tej rozbudowanej wenezuelskiej „dobrej zmiany”. Nie ma niezależnych sądów, ostatnią osobę, która próbowała ratować resztkę demokracji, właśnie usunięto ze stanowiska. Lud Wenezueli się buntuje, na ulicach dochodzi do zamieszek spowodowanych już nie tylko brakiem podstawowych towarów, ale także złością z powodu braku demokracji. Gdy Maduro zaczął się obawiać, że lud może go nie poprzeć, ostatnie wybory sfałszował. Zapewne były to naprawdę ostatnie wybory.

Czy będą jeszcze demokratyczne wybory w Polsce?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.1/10 (14 votes cast)

Obłęd

Potocznie mówimy o takim osobniku psychopata, naukowcy wolą określenie osobowość dyssocjalna, ponieważ taka osoba cierpi na zaburzenie struktury osobowości w zakresie emocji i relacji interpersonalnych. To nie jest choroba psychiczna. Nie da się tego leczyć. Jednak nie oznacza to, że psychopata musi się naleźć na marginesie społeczeństwa, że zostanie przestępcą lub seryjnym mordercą, aczkolwiek i tak bywa. Zwykle tacy ludzie funkcjonują jakoś w swoim środowisku i często pozostają niezdiagnozowani do końca życia. Najczęściej po prostu uważa się ich za pospolicie wrednych, nieprzyjemnych dla otoczenia lub zarozumiałych albo też egoistycznych. Specyficzne właściwości ich umysłu powodują, że tam gdzie przeciętnemu człowiekowi przelatują przez głowę tysiące myśli, psychopata po cichu i uparcie konstruuje swe plany i działania, ponieważ bardziej niż inni potrafi skupić się na jednym wątku zdarzeń. Jeśli jest obdarzony też inteligencją, może stać się mistrzem w manipulacji innymi ludźmi i będzie potrafił ich wykorzystywać do realizacji własnych celów. Wielu psychopatów przejdzie przez życie niezauważonych i nierozpoznanych. Być może będą nawet w swym otoczeniu podziwiani za fachowość, ale nielubiani. Niektórzy mimo swych zaburzeń będą społecznie pożyteczni. Czasem stają się postaciami z pierwszych stron gazet i niekoniecznie chodzi tu o kronikę kryminalną.
Psychopatyczny osobnik lubi mieć pełną kontrolę nad życiem swoim i innych. Dlatego psychopaci często zostają politykami. Jako politycy mogą być pożyteczni dla społeczeństwa lub szkodliwi. Pożyteczni, jeśli ich cele będą się zgadzać z pożądanymi celami społecznymi. Jeśli też potrafią swe dążenia do sprawowania kontroli skorelować z dążeniami społecznymi. Będą szkodliwi, jeśli pragnienie władzy przeważy. Jeśli ich ego nie będzie w stanie znieść sprzeciwu, jeśli wreszcie będą znajdować szczególna satysfakcję w poniżaniu innych i deptaniu ich osobowości. Wtedy mogą stać się dyktatorami lub ich kariera zakończy się gwałtownie.
Najgorszym wariantem jest, gdy psychopata pod wpływem okoliczności zapadnie na chorobę afektywną dwubiegunową, zwaną kiedyś cyklofrenią. Choroba ta objawia się niekontrolowanymi stanami depresyjnymi przechodzącymi w euforyczne i i agresywne dążenie do wpływania na otaczający świat. W przeciwieństwie do schizofrenii choroba afektywna dwubiegunowa może się ujawnić w dowolnym momencie, często pod wpływem traumatycznych przeżyć. Może to być na przykład utrata bardzo bliskiej osoby, którą psychopata uwzględniał w centrum swoich planów życiowych.
Wtedy pojawia się obłęd. Psychopata odnajdzie w otoczeniu śmiertelnych wrogów, których będzie zwalczał wszelkimi sposobami. Będzie sprawiał wrażenie opętanego żądzą zemsty, choć nie będzie ku temu realnych powodów. Będzie podejmował nieracjonalne decyzje, które w końcu mogą okazać się zabójcze. Ponieważ owładnięty obłędem polityk psychopata często tworzy organizację o charakterze sekciarskim, więc w jego otoczeniu nie ma osób, które potrafią się sprzeciwić. To powoduje, że tknięty obłędem psychopata stacza się, a wraz z nim jego partia i państwo, którym kieruje. Najbardziej znanym przypadkiem był Adolf Hitler, co do którego szaleństwa wiele osób nie miało już wątpliwości w połowie wojny, a mimo to wykonywano jego najbardziej nawet bezsensowne rozkazy.
Psychopata tknięty obłędem, stojący na czele państwa to niewyobrażalne nieszczęście dla społeczeństwa.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)

Paranoja jest goła

Dawno temu zespół Maanam śpiewał piosenkę pod tytułem „Paranoja jest goła”. Dziś po północy, ci którzy jeszcze nie wyłączyli telewizorów, a oglądali obrady sejmu, zobaczyli paranoję człowieka, który rządzi Polską, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji.

Dzień się skończył
Na księżyc patrzę jak pies
Stopień po stopniu na metalową wieżę wspinam się
Rosa pokrywa, rosa pokrywa ciało
Tyle się dzisiaj, tyle się dzisiaj stało (Maanam)

Tyle się dzisiaj stało. Prezes PiS wszedł na bardzo wysoką stalową wieżę. Pozostawił za sobą politykę, kraj, a nawet swoich bezkrytycznych akolitów, którzy coraz mniej rozumieją dziwactwa „Wielkiego Stratega z Żoliborza”.

Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego śp. brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami! (Jarosław Kaczyński)

Oni będą w więzieniu siedzieć, będą siedzieć za to wszystko. (Jarosław Kaczyński)

Poseł partii Ryszarda Petru, wezwany do prezesa jego zwyczajowym „pańskim gestem”, usłyszał od Kaczyńskiego, że wszystkich zamknie w więzieniu. Poseł jedynie domyśla się, że mogło częściowo chodzić po polityków PO, a być może o wszystkich przeciwników.
Prezes nie spocznie, zanim nie powsadza do więzień lub nie pozabija swoich wrogów, póki nie zniszczy wszystkiego, co jego wrogowie zbudowali, czyli póki nie zniszczy Polski. Aby zniszczeć wszystko, nie zawaha się wtrącić kraju nawet w otchłań wojny. A za nim idą bezrozumne karne szeregi wyznawców sekty. Nikt już nie może zatrzymać chorego umysłowo człowieka w jego dziele destrukcji. Polska pogrążyła się w chocholim tańcu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (10 votes cast)

Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej

Powoli, ale nieubłaganie partia prezesa Kaczyńskiego szykuje się do złożenia w ręce prezesa władzy absolutnej. Przed nami są wybory samorządowe, będziemy też jednocześnie wybierać posłów do europarlamentu i to jest dla Kaczyńskiego poligon. Za rok okaże się, czy dotychczasowe zmiany będą wystarczające, by pozbyć się opozycji w wyborach parlamentarnych za dwa lata. Wszystkie działania partii rządzącej mają ten jeden i nadrzędny cel. A oto jak zdobywa się rząd dusz w Polsce.

Chłop żywemu nie przepuści

Mieszczuch może nie wiedzieć, ale trzeba sobie to uświadomić, o ile chcemy zrozumieć kulisy następnego sukcesu wyborczego PiS, chłop polski Unię Europejską traktuje jak krowę. Najważniejsze jest jej wydojenie, a jak się już nie da wydoić, to bez żalu odda ją do rzeźni. Wszelkiego rodzaju ekologów traktuje zaś jak dopust boży i najchętniej poczęstowałby ich widłami. Nikt mu bowiem nie będzie mówił, że nie wolno wypalać łąk i pól, bo tak robił jego ojciec, dziad i pradziad. A ksiądz proboszcz na mszy mówił, że w Biblii stoi „czyńcie sobie Ziemię poddaną”. Więc czyni, a jeśli ma akurat ochotę psa albo babę kijem zatłuc, to nic nikomu do tego. Jego baba i jego pies. Dlatego właśnie minister Szyszko dążąc do wyrżnięcia Puszczy Białowieskiej kazał się swoim podwładnym oprzeć o motywację religijną. Ekolodzy to są sataniści i lewacy, którzy chcą przeszkodzić ludziom wsi w sprawiedliwym korzystaniu z dóbr przyrody, którą dał nam przecież Bóg. Co nas obchodzi jakieś tam międzynarodowe lewactwo z UNESCO. Szyszko grzmi głośno,że w 2014 r. łamiąc prawo, bezprawnie wpisano Puszczę Białowieską na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego i grozi doniesieniem do prokuratury, a Polska zaściankowa głośno klaszcze, bo co nam jacyś obcy będą dyktować, jak my mamy żyć. Ogromna rzesza chłopów z dziewiętnastowieczną mentalnością, pracowników leśnictwa, którzy są państwem w państwie, oddadzą głos na PiS, jeśli ten zapewni ich, że bez skrępowania dalej będą mogli prowadzić wyniszczającą środowisko rabunkową gospodarkę leśną i rolną.

Komuno wróć

Minister rolnictwa Jurgiel właśnie oświadczył, że do państwa dziś należy ogromny popegeerowski majątek, który się marnuje i że należy reaktywować PGRy. Warto wiedzieć, że na wsi, prócz rolników indywidualnych mieszka bardzo wielu byłych pracowników PGRów. Szczególnie w Polsce północnej i zachodniej na tzw. ziemiach odzyskanych były ogromne państwowe latyfundia w czasach Polski Ludowej. Po roku 1989 okazało się, że rolnicy indywidualni są w stanie wyprodukować żywność dla całego kraju, a niewydolne państwowe gospodarstwa musiały upaść, bo państwa nie było stać, by dopłacać do ich produkcji. Pracownicy PGRów to najsłabiej wykształcona i nieudolna życiowo grupa społeczna. Aby jakoś urządzić się w życiu wystarczyło dostać się do PGR, a zwykle też dostawało się mieszkanie i nie trzeba było wykazać się żadnym wykształceniem, ani umiejętnościami. Jeśli ktoś miał prawo jazdy na ciągnik i kombajn, to już w PGRze był elitą. Ci ludzie po likwidacji PGRów znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, nikt nie zadbał o nich w takim stopniu jak o górników lub stoczniowców. A na dodatek na wsi pracy nie było. Większość z nich do dziś jest przekonana i przekonywana nadal przez szarlatanów politycznych, że do upadku państwowych gospodarstw doprowadzono celowo, aby ziemię Niemcom sprzedać. To dawniej był potężny elektorat Samoobrony, dziś ci ludzie pójdą za PiS.

Odbudujemy stocznie

Jedna z narracji pisowskich polityków, a wcześniej PC, lecz także kilku innych partii, było przekonanie, że polski przemysł stoczniowy został celowo zniszczony przez liberalnych polityków, na zlecenie Niemców. Niewydolne państwowe stocznie dotowane na przekór zasadom ekonomicznym nie miały siły, by konkurować ze stoczniami dalekowschodnimi, a polski przemysł stoczniowy nie zniknął, tylko przekształcił się w mniejsze, ale nowoczesne firmy produkujące najnowocześniejsze i bardzo zaawansowane technologicznie statki. Jednak tysiące byłych stoczniowców i stoczniowych emerytów, chętnie słuchają o tym, jak zniszczono stocznie. Przecież przez dziesiątki lat PRL wmawiano im, że tworzą dziesiątą potęgę gospodarczą świata.
Jeśli teraz do Szczecina przybywają najważniejsi politycy PiS z wicepremierem na czele i w dawnej Stoczni Szczecińskiej kładą stępkę pod prom o wartości 450 milionów złotych, obiecując jednocześnie reaktywację państwowego przemysłu stoczniowego, to jest to obietnica wyborcza na miarę wskrzeszenia PRL. To miód na serce milionów tęskniących za komuną Polaków. I nic ich nie obchodzi, że tego promu nawet nikt jeszcze nie narysował, nie mówiąc już o projekcie. A armator zamówi ten prom za nasze, czyli podatników pieniądze u producenta, który nie ma pojęcia, jak takie promy budować, nie ma fachowców, pracowników, ani potrzebnej infrastruktury. Marzenia mają postać głosu oddanego na PiS.

Niech się uczą, jak dawniej

Zmiany w edukacji też nie są przypadkowym wymachiwaniem dwuręcznym mieczem przez porcelanowozębną minister Zalewską. Dla ogromnej wiejskiej i małomiasteczkowej rzeszy nieaktywnych wyborców wprowadzenie gimnazjum było bezrozumnym małpowaniem zachodu. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ośmioklasowa podstawówka i dwuletnia zawodówka (nie zapominając oczywiście o czteroletnim liceum i pięcioletnim technikum) uważana jest za coś zgodne z naszą tradycją. Jest to oczywista bzdura, bo w przedwojennej Polsce obowiązywały rozmaite drogi do zdobycia wykształcenia, a pluralizm wynikał z różnych modeli kształcenia we wcześniejszych zaborach, pod którymi żyli Polacy.
Jednak w powszechnej opinii utrwaliła się zła opinia gimnazjów, spotęgowana powszechnymi żartami z „gimbazy” i „gimbusów”. Jeśli więc PiS likwiduje gimnazja i nie pozwala iść do szkoły sześciolatkom pod hasłem „niech mają dłuższe dzieciństwo”, to może na takim ruchu tylko zyskać. Masowe protesty i żądanie prawie miliona osób o przeprowadzenie referendum są w tym wypadku mało ważne. Ważne jest, czy mile połechtani wyznawcy tradycji pójdą na następne wybory.

Nasza chata z kraja

Już w „Weselu” Wyspiańskiego pojawiają się te słynne słowa: Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. Ten sposób myślenia właściwy jest wielu Polakom. Nic dziwnego, bo od XVII wieku wojny nękały Polskę często, zatem się nie można dziwić, jeśli Polak docenia pokój. Jednak kraj w środku Europy nie może się izolować. Usilne dążenie, by odseparować się od wszelkich zewnętrznych spraw może dać efekty odwrotne od oczekiwanych. Pozbędziemy się sprzymierzeńców i sojuszników. Taką właśnie politykę międzynarodową prowadzi PiS. Historia się powtarza, powtarzane są sanacyjne błędy z lat trzydziestych. Do tego dochodzi rozmyślne i celowe budzenie nienawiści i strachu wobec obcych. Od kampanii wyborczej w roku 2015 Kaczyński ze swymi akolitami konsekwentnie budzi polskie upiory – rasizm, antysemityzm, ksenofobię. To może się przełożyć na duży sukces wyborczy, ponieważ rasistów i antysemitów w Polsce jest więcej, niż kiedykolwiek chcieliśmy to przyznać.

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Niezawisłe sądownictwo, które stało się podstawą demokracji, nie jest wartością dla ludzi, którym demokracja się nie podoba, ani dla tych, którym na demokracji nie zależy. Chęć opanowania sądownictwa stała się po wyborach oczywistością. Najpierw doszło do złamania niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Trwało to długo i wzbudziło wiele kontrowersji. Był to jednocześnie poligon doświadczalny, aby politycy PiS mogli się nauczyć w jaki sposób przejąć kontrolę nad sądami powszechnymi i Sądem Najwyższym. Ciąg dalszy właśnie nastąpił.
Sędziowie należą do grupy barwnie nazwanej wykształciuchami przez Ludwika Dorna, gdy jeszcze był trzecim bliźniakiem. Ludzie takich nie lubią, pokończyli uniwersytety i się mądrzą, zwykle jakoś się w tej nowej rzeczywistości zaczepili, a sędziowie budzą złość największą. Mają bowiem kilka przywilejów, które gwarantują ich niezawisłość wobec władzy wykonawczej.
Władza zaś myśli nie bez racji, że zamiast sędziów niezależnych lepiej mieć sędziów podległych. Bowiem będą wydawać takie wyroki, jakich oczekuje władza. A przeciętny obywatel Polski powiatowej, nie rozumie dziś, że kiedyś się uderzy o mur, gdy całkiem nawet niepolitycznie będzie chciał się przeciwstawić jakiemuś lokalnemu funkcjonariuszowi wiodącej siły narodu. Wtedy już nie będzie niezależnego sędziego, który go obroni przed bezprawiem władzy. Niestety, będzie już za późno.

Miałeś chamie złoty róg

Nie mam zamiaru analizować, dlaczego stało się właśnie tak, a nie inaczej i jakie są przyczyny upadku Polski jako państwa prawa. To jest zadanie dla historyków oraz socjologów i psychologów, którzy zapewne za sto lub więcej lat napiszą na ten temat sążniste rozprawy naukowe. Zadaniem tego tekstu jest pokazanie rzeczywistości, która nieuchronnie doprowadzi do wygranej PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Myślę, że poddani Pana Prezesa nie będą nawet zmuszeni do fałszowania wyborów, choć liczą się z taką potrzebą i się do niej solidnie przygotowują. Mieliśmy złoty róg demokracji i pozwoliliśmy go sobie zabrać.
Książka. Muzyka. Film. - recenzje

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (23 votes cast)