Dzień święty święcić

Kapłani prawie wszystkich wyznań – z wyjątkiem może muzułmańskich – załamują ręce nad laicyzacją współczesnych społeczeństw. Szczególnie zaś boleją nad łamaniem jednego z najważniejszych boskich przykazań, które każe dzień święty święcić, czyli poświęcać go bogu, a nie mamonie. Tymczasem współczesny człowiek, zamiast do świątyni udaje się do świątyni handlu i spędza wraz z rodziną całe godziny w „galerii”. Określenie galeria handlowa w języku polskim się przyjęło na tyle, że młodsi już w ogóle nie wiedzą, co to galeria. Niedziela wykorzystywana jest przez wielu jako dzień pracy w domu, na działce lub nawet na dodatkowe zajęcia, które zwiększą dochody. Nawet w tradycyjnie socjalistycznej Skandynawii, gdzie latami dbano o prawa pracownicze, dziś hipermarkety pracują na okrągło, a dzień wolny to już niekoniecznie musi być niedziela.
Jednak jest grupa zawodowa bardzo tradycyjna, która w sposób zdecydowany świętuje niedziele, a nawet więcej – całe weekendy. Są to spamerzy.
Od pewnego czasu uważniej monitoruję swoje serwery smtp, w związku z wprowadzeniem nowych zasad filtrowania poczty. Nie są to duże serwery, ale i tak bywają obciążone przez ataki spamerskie. Raz na dobę skrypt robi podsumowanie tego, co się działo. Jak to wygląda? Proszę, oto przykładowe dane z ostatniego poniedziałku.
Greylistowane: 44
Maile z nieznanych serwerów tymczasowo są odrzucane z komunikatem błędu i jeśli nie jest to spamerski bot, to powtórzy próbę i wtedy mail jest przyjmowany. Kiedyś był to jeden z najważniejszych filtrów, dziś jak widać jest tego mało.
Odrzucone (RCPT): 489
Maile odrzucone z powodu nieistniejącego na serwerze odbiorcy. Czasami zdarzają się takie słownikowe ataki na serwery, spamerzy liczą, że jak wyślą kilkaset maili na losowo wybrane adresy, to w końcu na serwerze jakiś john lub mary się znajdzie.
Odrzucone (RBL): 14
Maile odrzucone, ponieważ serwer nadawcy znajdował się na czarnej liście. Korzystam ze spamhaus.org i z własnej listy.
Odrzucone (Sender verify): 7
Maile odrzucone z powodu niemożności weryfikacji nadawcy. Spamerzy często używają nieistniejących adresów w rodzaju xdferg@dfey.
Odrzucone (EHLO): 367
EHLO to pierwsza komenda przy połączeniu serwerów. Jeśli zdalny serwer nie ma nazwy, jeśli próbuje się przedstawiać moją własną nazwę, albo co gorsza jako 127.0.0.1 lub localhost, jest odrzucany.
Odrzucone (FQDN): 73
Podobnie są odrzucane połączenia z komputerów, których nazwa nie jest zgodna z FQDN, czyli np. wygląda tak: komputer-zosi.
Odrzucone (ADSL): 46
Z automatu odrzucane są połączenia z serwerów o dynamicznych IP, czyli wszelkie połączenia ppp, adsl, gprs. To zawsze jest spam.
Dostarczone i wysłane: 33
Z tej masy maili przetworzonych, tylko 33 wiadomości zostały wysłane lub dostarczone. Czyli spamerzy w poniedziałek nie próżnowali. Podobne statystyki będą w pozostałe dni tygodnia. Na dowód jeszcze statystyki z innego dnia (czwartek w ubiegłym tygodniu).
Greylistowane: 79
Odrzucone (RCPT): 263
Odrzucone (RBL): 1110
Odrzucone (Sender verify): 52
Odrzucone (EHLO): 183
Odrzucone (FQDN): 71
Odrzucone (ADSL): 52
Dostarczone i wyslane: 50

A teraz przychodzi sobota i niedziela. I co się okazuje?
Greylistowane: 9
Odrzucone (RCPT): 3
Odrzucone (RBL): 14
Odrzucone (Sender verify): 0
Odrzucone (EHLO): 12
Odrzucone (FQDN): 0
Odrzucone (ADSL): 0
Dostarczone i wyslane: 9

To była sobota.
Greylistowane: 0
Odrzucone (RCPT): 1
Odrzucone (RBL): 0
Odrzucone (Sender verify): 0
Odrzucone (EHLO): 10
Odrzucone (FQDN): 10
Odrzucone (ADSL): 5
Dostarczone i wysłane: 25

A to była niedziela. Pobożni ludzie z tych spamerów. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (6 votes cast)

Dekada

Od ponad dziesięciu lat zajmuję się administrowaniem sieciami komputerowymi, lecz symboliczną datą, od której liczę ten czas, jest rozpoczęcie pierwszego Zjazdu Freesco, który zorganizowałem właśnie dziesięć lat temu pod koniec lipca. Pomimo tego, że wszystko wymyślone zostało tak trochę „na wariata”, zjazd się udał i imprezę kontynuowaliśmy przez kolejnych dziesięć lat.

Pamiątkowe zdjęcie - jeszcze wtedy analogowe.

Pamiątkowe zdjęcie - jeszcze wtedy analogowe.


Organizując te spotkania poznałem wielu ludzi, niektórzy pojawiali się raz, inni byli stałymi uczestnikami, niektórzy z nich zasługują na oddzielne teksty, które mam nadzieję, że kiedyś napiszę.
Wielu administratorów na naszych zjazdach zdobywało swe pierwsze szlify, ale przyjeżdżali też profesjonaliści z długim stażem i doświadczeniem.
To właśnie przed tym pierwszym zjazdem na moim świeżo kupionym laptopie, obok Windows został zainstalowany Linux, a przed jeszcze końcem tego roku na dobre pożegnałem się z produktami Microsoftu*.
Z Dziennika Bałtyckiego

Z Dziennika Bałtyckiego


Czasami pojawiali się dziennikarze niekoniecznie tylko z całkiem lokalnej prasy. Kiedyś nawet jakaś ekipa z radia przyjechała. W swoich zbiorach mam nawet ciekawostkę dziś już nie do obejrzenia. Geoportal w piewrwszej wersji udostępnianych czarno-białych zdjęć satelitarnych miał fotkę z lata 2003, na której widać samochody stojące podczas drugiego zjazdu.
Zrzut fragmentu ekranu ze strony dawnego Geoportalu

Zrzut fragmentu ekranu ze strony dawnego Geoportalu


Oczywiście oryginalne zdjęcie na stronie było większe i mogłem nawet rozpoznać stojące jako drugie z prawej swoje tico, którym wówczas jeździłem.
Na naszych zjazdach bywała całkiem spora grupa młodzieży. Spora część ówczesnych adeptów dziś już nie może rościć sobie prawa do miana „młodzież”. Charakterystyczne były nocne długie dyskusje i wspólne rozwiązywanie rozmaitych problemów. Czasami po takiej sesji delikwentowi nie starczało już siły na dojście do sypialni, a jedynie na miękkie zsunięcie się z krzesła na podłogę, gdzie przekimał godzinkę lub dwie.
Zmęczenie pokonywało niektórych dopiero rano.

Zmęczenie pokonywało niektórych dopiero rano.


Przez dziesięć lat zmieniały się łącza internetowe, które niegdyś liczyliśmy w kilobitach na sekundę, a dziś w megabitach. Pojawiały się nowe technologie i nowe wyzwania. Dziś chlebem powszednim stały się łącza radiowe i konieczność ich zabezpieczania. Diametralnie zmieniało się także oblicze poczty elektronicznej i www, a nowe możliwości zawsze łączyły się z nowymi zagrożeniami.
A jakiś morał? Podsumowanie? Nic z tego. Nie będzie. 😉

* Na swoim sprzęcie, ponieważ jako administrator sieci heterogenicznych miałem i mam do czynienia zarówno z desktopowym Windows, jak i systemami serwerowymi Microsoftu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Firewalle

Dla przeciętnego użytkownika komputera firewall jest to program, który ma nie pozwolić by „coś” wpełzło do jego komputera przez łącze internetowe. Dla admina określenie firewall jest tylko umownym sloganem stosowanym, by wyjaśnić coś laikom. W przypadku serwerów trudno mówić o jakimś firewallu, chodzi raczej o pewien zestaw reguł dostępu do serwera. Na dodatek same reguły to często za mało. O ile zwykły komputer można chronić jakimś programem zawierającym w sobie antywirusa i firewall, a najczęściej jeszcze jakimś routerem, który jest lokalną bramą do internetu, a w najgorszym wypadku wyłączyć go, o tyle funkcją serwera jest udostępnianie jakichś usług wszystkim i w razie problemów wyłączyć go nie można.
Skoro serwer udostępnia jakąś usługę, to znaczy, że jest do niej dostęp. A w takim przypadku można się liczyć z tym, że znajdą się tacy, którzy zechcą skorzystać z danej usługi niezgodnie z jej przeznaczeniem. Mogą się znaleźć tacy, którzy będą chcieli się włamać do serwera, lub usługę po prostu zablokować lub uszkodzić jej działanie. Czasami mogą używać do swych celów całej sieci komputerów zombie, czyli takich, których właściciele nie wiedzą, że stracili nad nimi panowanie. Trudno uwierzyć jak wiele jest takich komputerów, nawet wśród czytających ten felieton znaleźlibyśmy przynajmniej kilka komputerów zainfekowanych trojanami lub backdoorami.
Gdyby administrator miał bez przerwy sprawdzać, co dzieje się z jego serwerem, nie jadłby i nie spał, a na pewno nie miałby chwili wolnego. Rzecz jasna naprawdę duże firmy zatrudniają pracowników odpowiedzialnych za bieżące doglądanie pracy serwerów, zwykle mają ich wiele. Jednak przeważnie trzeba zabezpieczać się w inny sposób.
Nieocenioną pomocą są wszelkie programy umiejące przeglądać logi programów i prezentować administratorowi ich wyniki. Ale lepsze jest wrogiem dobrego. Lepsze są programy, które potrafią analizować logi i na ich podstawie wyciągać wnioski i podejmować działania.
Jednym z bardzo znanych jest program portsentry, który monitoruje wszelkie próby „macania” różnych portów serwera. Jeśli dotyczy to portów nieużywanych, znaczy to zwykle, że ktoś sprawdza, jakie mamy usługi i w jaki sposób realizowane, a także czy można liczyć na ich słabości. Program potrafi wówczas odciąć dostęp do serwera potencjalnemu szkodnikowi.
Innym trudnym do przecenienia programem jest fail2ban, konieczne narzędzie w niezbędniku admina. Ten z kolei monitoruje logi działających usług i sprawdza, czy nie dochodzi do niedozwolonych wywołań. W razie zaobserwowania trzech kolejnych niedozwolonych zachowań blokuje dostęp.
Oczywiście wszystkie programy chroniące serwer trzeba skonfigurować, czasami wymagają trochę czasu by dostosować je do naszych konkretnych warunków, ale praca ta owocuje potem spokojnym snem bez koszmarów.

Dobrze móc polegac na automatycznym pomocniku.

Dobrze móc polegac na automatycznym pomocniku.


Widok skutecznie działającego zabezpieczenia to najpiękniejsza rzecz dla admina, pomimo tego, że są to białe literki i cyferki na czarnym tle. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)

Skrypty i ludzie

Bardzo dawno temu w Polsce była epoka przedkomputerowa. Tak mogłaby zaczynać się bajka albo popularno-naukowa pogadanka dla maluchów. W 1989 roku na Dzień Dziecka namówiłem kilku znajomych właścicieli rozmaitych Atari i ZX Spectrum na przygotowanie atrakcji dla dzieciaków w szkole. Potem poszedłem za ciosem i zorganizowałem wśród rodziców zbiórkę na zakup pierwszego Atari do szkoły. Tak się złożyło, ze pierwszy rok wolności w naszym kraju był jednocześnie początkiem komputerów w szkole w Tuchomiu. Była to zapewne jedna z pierwszych szkół w kraju, a na pewno pierwsza wiejska szkoła na Pomorzu.
Zaczęliśmy w formie kółka prowadzić zajęcia dla uczniów i wtedy też spróbowałem pisać własne wprawki w języku basic. Był to prosty język skryptowy oparty na prostych poleceniach w języku angielskim takich, jak if, goto, print. Szczytowym moim osiągnięciem był program sprawdzający umiejętności ortograficzne. Wymagał wpisywania wyrazów i stawiał oceny. Uruchamiał się z taśmy magnetofonowej przez piętnaście minut i w 25% przypadków zaliczał błąd podczas wgrywania. Katowałem nim uczniów tak długo, aż w końcu z powodu błędów taśmy nie dał się już uruchomić.
Potem był już PC i – wspominany z nostalgią przez niektórych – DOS. Tam również można było tworzyć skrypty. Był Windows 3.11 i nakładka dająca funkcjonalność podobną jak w w linuksowych managerach okien (o tym się dowiedziałem później), czyli uruchomienie prawego przycisku myszy z menu kontekstowym i menu aplikacji podobne jak w późniejszym Windows 95. Te doświadczenia to był mniej więcej rok 1994. Nakładka windowsowa dawała się konfigurować za pomocą dość rozbudowanego, ale prostego skryptu.
Później przez kilka lat używałem komputera dla zabawy i do poważnych zastosowań. W 1998 roku możliwy stał się dostęp do internetu i powróciło moje zainteresowanie skryptami. Tym razem był to język html. Zacząłem projektować strony i szybko okazało się, że żaden edytor nie daje takich możliwości, jak zwykłe grzebanie w kodzie. W XXI wiek wkroczyłem już pod rękę z PHP. Pod koniec 2001 roku opracowałem nawet swój mały system zarządzania treścią z panelem administracyjnym i danymi w plikach tekstowych. Nazwałem go miniwebportal. Dziełko to powstało głównie dlatego, że hosting z dostępem do MySQL był drogi, a ja robiłem strony dla takich małych „żuczków”, dla których wydatek na hosting był istotny. Moje zabawy z PHP zakończyłem w zasadzie na następcy miniwebportalu, który otrzymał nazwę mikrus. Tym razem pomysł był mój, ale większość pracy wykonał ktoś inny. Mikrus jest naprawdę lekki, ale nowoczesny i chyba raczej bezpieczny. Nie mam już takiego zapału, ale wprowadziłem trochę zmian i lada moment opublikuje drugą wersję.
Kończę jednak te dygresje, bo w 2002 roku zrozumiałem, że tak naprawdę dopiero sieć to jest komputer. Moje zainteresowania skupiły się na sieciach i naturalnie na Linuksie, który jak się okazało potrafi wszystko i na dodatek można to „wszystko” zrobić za pomocą skryptów. Programowanie jako takie mnie nie zainteresowało, więc języki takie jak perl lub python znam na tyle, by wiedzieć, co robi skrypt, ale nie na tyle, by samemu coś napisać.
Jako administrator zwykle ułatwiam sobie życie pisząc rozmaite drobiazgi w bashu, czasem jednak staję przed poważniejszymi zadaniami. Przygotowując monitorowanie pewnego serwera chciałem dodać przydatny skrypt sprawdzający pogodę. Skrypt pobierał dane z pliku tekstowego, z którego wyciągał temperaturę, punkt rosy i dodatkowo tak zwaną temperaturę odczuwalną. Wkrótce się okazało, że plik źródłowy czasami tę temparaturę odczuwalną zawiera, a czasem nie (zapewne dla lotniska nie jest ona najważniejsza).

Temperatury na lotnisku w Gdańsku

Temperatury na lotnisku w Gdańsku


Gdy brakowało ostatniego parametru, system przestawał rysować cokolwiek. Wymyśliłem zatem, że na czas gdy zabraknie tego parametru wykres będzie rysował taką samą linię, jak wartość punktu rosy, aż do powrotu pełnych danych. Temperatura odczuwalna może być czasem dużo niższa niż punkt rosy, jeśli wieje wiatr, więc warto by w miarę możliwości mieć ten wykres.
Logiczne, ze w skrypcie należało wstawić warunek i ostatecznie są to cztery linijki.
if not WindC_res:
WindC = DewC
else:
WindC = WindC_res[0]

Proste, jeśli dokładnie zna się składnię pythona.
Było o skryptach, teraz o ludziach. Z pytaniem o ten skrypt zwróciłem się w pierwszym rzędzie do znajomych programistów. Jeden obiecał: „za parę dni zajrzę”, drugi coś tam mruknął na gadu gadu, trzecie nie odpowiedział nawet na maila. Na koniec przypomniałem sobie o liście mailingowej znajomych z Polskiej Grupy Freesco. Jeden z nich znał pythona i na drugi dzień rano rozwiązanie czekało już na mnie w skrzynce mailowej. No i chwała mu za to.
Chce się jednak skupić na pewnej prawidłowości. Z racji swoich zainteresowań mam do czynienia często z ludźmi młodymi. Zresztą informatyka to jednak w przeważającej mierze domena ludzi młodych. Takich dinozaurów (jak ja) jest stosunkowo niewielu. Bardzo często są to fachowcy uważający, że zasługują na najwyższe pobory i lekceważący jednocześnie pracę innych, a potem okazuje się, że mają problemy z zestawieniem zwykłego połączenia VPN. Nie zmyślam – znam taki przypadek i dotyczył całkiem sporej i znanej firmy. Zdaje się, że młodym ludziom brakuje też asertywności (modne słówko). Nie potrafią uczciwie powiedzieć, ze czegoś nie potrafią lub że potrafią, ale oczekują określonej gratyfikacji i zwykle w takich przypadkach, gdy szukam wsparcia (a chodzi zwykle o realizację jakichś zadań opensource’owych) to słyszę wykręty, odkładanie zdecydowanej odpowiedzi na „święty nigdy” lub tez odpowiedzi mające świadczyć, jaki to ktoś zajęty: „przypomnij mi jutro”.
Coraz częściej rozwiązania rozmaitych problemów znajduję na zagranicznych newsach lub forach, gdzie jak widać ludzie, którzy zawdzięczają dużo społeczności Open Source, czują się w obowiązku oddać innym to co sami kiedyś dostali. W Polsce zaczyna dominować zupełnie inna postawa i to zdecydowanie mi się nie podoba, bo polskie projekty opensource’owe upadają lub podupadają. Niedługo poza wyjątkami przestaniemy się liczyć w międzynarodowej społeczności.
No to belfer sobie ponarzekał. A co! Też mam prawo. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Nowa zabawka Belfra

Jako że poprzedniego EeePC odsprzedałem jakiś czas temu, pozostawałem w stanie nieposiadania mobilnego komputera. Stresująca sytuacja. Oglądałem rozmaite nowe modele i jakoś do żadnego nie potrafiłem się przekonać. Zniechęcała mnie kiepska bateria lub wyjątkowo kiepskie osiągi sprzętu. Aż pewnego dnia przypadkiem zobaczyłem coś, co od dawna mi się podobało. Jednak wcześniej nie podobała mi się cena.

Przyzwoity sprzęt w porządnym opakowaniu

Przyzwoity sprzęt w porządnym opakowaniu


Teraz okazało się, że cena zrobiła się całkiem przyzwoita, a sprzęt dalej mi się podoba. Tak – to Nokia Booklet 3G. Zasadniczą zaletą tego komputera jest jego całkowita bezgłośność. Zastosowany procesor to dwurdzeniowy Z530 Atom, który doskonale balansuje między wydajnością, a niskim poborem mocy. Obudowa jest z aluminium, więc nagrzewające się elementy komputera traktują ją jako duży radiator. Obudowa nagrzewa się równomiernie i nigdy nie jest zbyt gorąca.
Sprzęt jest na tyle wydajny, że bez problemu daje sobie radę z wyświetlaniem filmu w rozdzielczości dvd, a nawet większej. MI to zupełnie wystarczy, gdy jestem w podróży to czasem mogę chcieć obejrzeć jakiś film lub posłuchać muzyki. Jednak przeważnie potrzebuję programów do poczty, newsów i ogólnie mówiąc dostępu do netu. Czasem muszę coś napisać, czasem przeczytać – do tego Nokia wystarczy w zupełności. Klawiatura jest dużo wygodniejsza i większa niż w moich poprzednich netbookach, ekran ma większą rozdzielczość i pomimo schowania go za szkło, jest bardzo kontrastowy i wyraźny.
Nokia Booklet 3G

Nokia Booklet 3G


Podobnie jak inne netbooki ma trzy gniazda usb i czytnik kart, a dodatkowo wbudowany modem 3G. To jest bardzo ważna zaleta. Dzięki temu spokojnie mogę realizować zasadę internet everywhere and everytime. Wcześniej łączyłem telefon z netbookiem jako modem i musiałem dbać, by mieć model z HSDPA. Teraz już mogę wybrać sobie telefon kierując się jakością rozmowy a nie wbudowanym modemem.
No i last but not least bateria. Producent twierdzi, ze wytrzyma nawet 12 godzin. Nie używałem komputera z z włączonym profilem oszczędzania energii, bo wtedy być może wytrzymałby tak długo. Jednak podczas normalnego używania wytrzymałość baterii jest również imponująca. Podczas dość intensywnego korzystania z komputera, które polegało na obejrzeniu trwającego trzy godziny koncertu w rozdzielczości HD Ready, ściągnięciu z sieci i zainstalowaniu kilkunastu potrzebnych mi programów, z włączonym cały czas połączeniem wireless komputer działał bez problemu ponad 8 godzin. Przypuszczam, że w funkcji czuwania z włączonym 3G, a czasami tak bywa, że muszę być online, choć wcale nie siedzę przy komputerze, wytrzymałby spokojnie kilkanaście godzin.
System operacyjny Nokii to Windows 7 Starter, który ma kilka denerwujących ograniczeń o drugorzędnym znaczeniu. Nie da się na przykład w prosty sposób zmienić tapety pulpitu. Jednak system działa całkiem przyzwoicie i po dostosowaniu go do wymagań można się z nim pogodzić. Oczywiście jako admin potrzebuję też Linuksa i to był największy problem, ponieważ chwilowo nie dysponowałem narzędziami pozwalającymi mi zmienić strukturę partycji na tym właśnie komputerze. Z tego względu wybrałem dystrybucję Jolicloud, która instaluje się na partycji Windows i z poziomu Windows.
Na uwagę zasługuje prawie identyczne działanie komputera zarówno w Windows, jak i w Linuksie. Działają klawisze funkcyjne, połączenie 3G jest banalnie proste w obu systemach, tak samo połączenia radiowe. Czas pracy w Linuksie jest nieco krótszy, co jest dość dziwne, bo w EeePC było odwrotnie. Czasem też funkcja usypiania systemu działa problematycznie, a to z kolei spowodowane jest przez dość nietypowy i od niedawna obsługiwany chipset GMA500.
Zatem całkiem subiektywnie i prywatnie mogę orzec, ze mam to, o co mi zawsze chodziło i sprzęt wart był swojej ceny. Belfer jest zadowolony ze swej nowej zabawki. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Netbookomania

Netbook jest według mnie świetnym wynalazkiem. Telefon komórkowy, smartfon to dla mnie urządzenie zbyt miniaturowe, aby go wygodnie używać do zadań sieciowych. Owszem zdarzyło mi się korzystać z ssh w swoim telefonie, ale było to zdecydowanie niekomfortowe. Gdy pojawiły się pierwsze EeePC, kupiłem natychmiast tak szybko, jak to było możliwe. Przepłaciłem straszliwie, bo dziś za te same pieniądze można dostać dużo lepszy sprzęt. Jednak byłem zadowolony, mając dostęp do internetu w każdych warunkach i możliwość wykonywania we względnym komforcie rozmaitych zadań.
Dlatego też chętnie kupiłem kolejną wersję EeePC. I dlatego też chętnie kupiłbym kolejny sprzęt z tej półki – może nieco lepszy od mojego obecnego netbooka.
Wczoraj w ręce mi wpadł produkt Lenovo. Był to Ideapad S12 w białym perłowym kolorze.

Biały IdeaPad S12

Biały IdeaPad S12

Jest to netbook z ekranem o wielkości 12 cali, procesorem Atom oraz kartą graficzną Nvidia ION. Ma 2 GB pamięci operacyjnej i 250 GB pamięci masowej. Jest lekki i wygodny w pracy, zaletą jest duża klawiatura o normalnych wymiarach przycisków. Jedynym minusem jest krótsza praca na bateriach w stosunku do mojego EeePC.

Biały IdeaPad S12

Windows 7 na S12

Na ekranie o rozdzielczości 1280×800 można dość wygodnie oglądać filmy i komfortowo przeglądać strony www, można też bez specjalnych problemów pracować z plikami graficznymi. System Windows 7 działa sprawnie i dość szybko.

Ubuntu 10.4 na S12

Ubuntu 10.4 na S12

Spróbowałem uruchomić wersję live systemu Ubuntu 10.4. Pobieżne sprawdzenie pokazało, ze wszystko powinno działać jak należy, a więc karty sieciowe, bluetooth i sterowniki grafiki. Działa dźwięk, a Ubuntu ma jak widać przystosowaną do tego modelu netbooka grafikę ekranową (reakcja na sprzętowe klawisze regulacyjne). Można się zatem spodziewać, ze Linux będzie na tym sprzęcie działał bez żadnych problemów.
No i teraz mam dylemat. Złamać swą wierność wobec maleeeństwa? Kupić Lenovo?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Dlaczego Linux

Linux określany jest jako free software, po polsku może to oznaczać zarówno wolne, jak i darmowe. Przeważnie Linux jest darmowy, zatem płacimy jedynie za nośniki danych lub połączenie internetowe. Jednak to nie „darmowość” jest najważniejsza, ale wolność wyboru, która pozwala nam na dowolne modyfikacje i używanie oprogramowania. Mało kto zdaje sobie sprawę, że powszechnie używany system Windows, obwarowany jest licznymi ograniczeniami licencyjnymi. Nawet zmieniając sobie domyślny wygląd za pomocą zewnętrznych aplikacji, najprawdopodobniej łamiecie zasady umowy licencyjnej. Pewien mój znajomy otworzył plik wykonywalny z Windows tzw. hexeditorze, poprawił mało znaczący, ale denerwujący go błąd językowy. Nikt go oczywiście nie ścigał, ale złamał warunki licencji. Przeważnie nikogo te ograniczenia nie interesują. Chyba, że wada systemu lub oprogramowania zacznie komuś mocno doskwierać, wówczas ma do wyboru – albo filozoficznie się z tym pogodzi, albo zainteresuje się systemami otwartymi.
Pierwszy kontakt z komputerem miałem w roku 1989. Niektórzy z moich bogatszych znajomych sprawili sobie mikrokomputery ZX Spectrum lub Atari.Nie miały one jeszcze możliwości na miarę Hala z Odysei kosmicznej 2001, ale i tak fascynowały. Szybko stałem się gorącym orędownikiem zakupu komputera do szkoły. Dzięki poparciu niektórych nauczycieli i sporej grupy rodziców, dwa mikrokomputery Atari zostały zakupione z tzw. środków społecznych. To była wówczas norma. Po upadku realnego socjalizmu szkoły były niedoinwestowane i przestarzałe. A władze miały znacznie poważniejsze problemy niż mrzonki o nowych technikach nauczania. Szkoły kupowały telewizory, magnetowidy zwykle za pieniądze pochodzące ze zbiórek lub od sponsorów. Nasz szkoła miała dwa Atari.
Przez jakiś czas nawet prowadziłem kółko zainteresowań, na którym uczniowie uczyli się wykorzystywać niewielkie jeszcze możliwości tych komputerków. Napisałem nawet w basicu program, który był takim „komputerowym dyktandem”. Do dziś pamiętam te emocje, kiedy prawie piętnaście minut czekałem, czy program zapisany na taśmie magnetofonowej wgra się poprawnie. Później w dziedzinie komputerów w szkole zastąpił mnie kolega, który jako fizyk mógł ukończyć informatyczne studia podyplomowe, ponieważ wówczas nauczanie informatyki łączono tylko z naukami ścisłymi.
W 1993 roku zetknąłem się z PC, który został zakupiony do szkoły. Ale dopiero w 1996 zacząłem używać komputera na co dzień. W innym tekście pisałem już o tym, jak powszechne i oczywiste niegdyś było kopiowanie programów. Początkowo nawet nie zastanawiałem się, skąd wziął się Windows 3.11 na moim komputerze. Szybko jednak stałem się właścicielem nieco lepszego komputera i zacząłem używać Windows 95. Początki zmagań z tym systemem bywały zabawne. Najbardziej utkwił mi w pamięci problem z dołączonym do Internet Explorera 4 programem pocztowym Outlook Express. Za każdym razem, gdy otworzyło się otrzymany mail w nowym oknie na pełnym ekranie, komputer zawieszał się. Trzeba było go resetować, przerywać połączenie modemowe i łączyć się ponownie. A jak wiadomo w połączeniach modemowych płaciło się za czas połączenia. To było frustrujące. Ale też za sprawą wieszającego się komputera zacząłem szukać i szybko okazało się, że jest sporo alternatywnych programów. Mało tego, dowiedziałem się, że istnieje alternatywny system operacyjny wymyślony przez fińskiego studenta Linusa Torvaldsa.
Pierwsza moja próba to zainstalowanie systemu niemieckiej firmy SuSE GmbH. Była to wersja 5.3 i zachwycony byłem działaniem modemu na mojej kiepskiej linii telefonicznej, transmisja była dużo szybsza niż w systemie Windows. Niestety rozdzielczość ekranu nie dała się ustawić większa niż 640×480 przy 4 kolorach, nie działał dźwięk i nie umiałem sobie zapewnić kopiowania danych z Linuksa do Windows. Kolejną nieudaną wciąż próbą był Red Hat 6.0. Sporym minusem wciąż były problemy z grafiką. W Red Hacie działał dźwięk, ale za to były problemy z modemem. Pod koniec roku 1998 lub na wiosnę 1999 trafiłem na Mandrake 6.1. Tym razem udało się uruchomić podsystem graficzny w rozdzielczości 800×600 i w normalnej wówczas palecie 256 kolorów. Co ciekawe, system oferował już polski interfejs. Jednak nie mogłem drukować, z dźwiękiem miałem problemy, więc to również był falstart.
Chyba jednak Windows dawał mi się mocno we znaki, bo koniec XX wieku przywitałem mając już dwa systemy na dysku (i nowszy komputer). Był oczywiście Windows, ale też Mandrake 7.0, który używany był przede wszystkim do połączeń internetowych. Nadal jeszcze nie wszystko było idealnie. Działał bez problemu dźwięk, po zmianie karty graficznej na ATI mogłem już uzyskać nawet rozdzielczość 1024×768, a drukarka Canon drukowała ładniej niż w Windows. Nie działał jednak skaner i niedawno kupiona karta telewizyjna, która co prawda dawała obraz, ale nie było dźwięku.
W tym okresie przeżyłem kilka załamań Windows, które nie były spowodowane wirusami. Od 1997 roku używałem bowiem legalnego i dobrego Norton Antivirus. Motywowało mnie to wciąż do dalszych prób. Pierwszym w pełni zadowalającym systemem był Mandrake 8.2, który zainstalowałem na świeżo kupionym laptopie w 2002 roku, a niedługo później miałem Mandrake 9.0 i ostatecznie pożegnałem się z Windows. Z jednej strony dlatego, ze uważałem iż system ten jest zły, że niewart jest swojej ceny, a nie chciałem używać go dalej nielegalnie. Nie przekonywały mnie poglądy wygłaszane przez niektórych znajomych: „Windows jest kiepski, Microsoft każe sobie płacić za niego więcej niż w USA, więc nie ma nic złego w tym, że go ukradnę.” Miałem też świadomość, że nie stać mnie na programy, których bym chciał używać.
W tych okolicznościach Linux był oczywistym wyborem.
Od 2002 roku używam Mandrake na swoim komputerze (obecnie system nazywa się Mandriva). Zdecydowanie najlepiej spełnia moje wymagania, choć kilka lat temu używałem również Windows 2000 na swoim laptopie Compaq, a obecnie mam jako drugi system Windows XP na Asusie 901. Zatem używanie Linuksa ma w moim wypadku wymiar raczej praktyczny, nie ideologiczny. Pracuję również na serwerach, na których Linux jest oczywistością. W 2002 roku zaczynałem od Freesco, a obecnie korzystam z kilku różnych dystrybucji serwerowych.
Tak, zdaję sobie sprawę, że ten tekst może być nudny dla osób dość luźno związanych z techniką komputerową, dlatego też opatrzyłem go tagiem nuda.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Mobilny Moblin

Gdy pojawiły się pierwsze minikomputery, nazwane później netbookami, nie mogłem się doczekać, aby dużego laptopa zastąpić takim maleństwem. Najpierw stałem się właścicielem Asusa 701, a potem 901. O ile na tym pierwszym natywnie był zainstalowany Xandros Linux, o tyle na drugim był Windows i Linuksa sam musiałem wybrać. Przez długi czas był to Arch, który dość dobrze był przygotowany do pracy na tym sprzęcie. Jednak wymagał wcześniejszego mozolnego grzebania się w plikach konfiguracyjnych. Na dodatek każda aktualizacja wiązała się z ryzykiem, że coś przestanie działać. Mimo to trzeba było aktualizować, bo w przeciwnym razie nie byłoby możliwe doinstalowanie ewentualnych potrzebnych aplikacji. Po kolejnej wpadce Archa postanowiłem dać szansę dystrybucji tworzonej pod opieką Intela.
Zainstalowałem system Moblin. Zależało mi na czymś, co będzie faktycznie proste i czytelne, a przy tym dużo łatwiejsze w konfiguracji. System jest szybki, maksymalnie uproszczony – w tym pozbawiony typowego pulpitu, zastąpionego panelem z zestawem zakładek.

Kliknięcie na zrzucie ekranu powiększy go do naturalnych rozmiarów. Ekran główny zaczyna się od myzone, czyli „Mojej strefy” i podzielony jest na trzy części. Z lewej wpisy zadań i kalendarza, na środku ostatnio otwierane strony i pliki, a z prawej aktualności z Twittera i LastFM. Kolejne zakładki pozwalają na proste wykonanie podstawowych zadań, a cztery ostatnie mają charakter konfiguracyjny – połączenie sieciowe, bluetooth, bateria i głośność. Dodatkowa zakładka zones – „Strefy”, przełącza pomiędzy uruchomionymi aplikacjami, jeśli jest ich więcej.

Połączenie GPRS zapewnia mobilność

System nie jest idealny, wymagał dodania repozytorium Fedory i zainstalowania programów i kodeków multimedialnych, a także samodzielnego napisania małej aplikacji do połączenia się z internetem przez telefon komórkowy, która jest na zrzucie powyżej. Wbudowany konfigurator rozpoznaje bowiem tylko niektóre modemy 3G. Najważniejsze jednak, że dzięki połączeniom ethernetowym, wifi lub gprs mam komputer, który w razie potrzeby zapewni mi połączenie w każdych warunkach.
Całość sprawia wrażenie przyjemne, system jest dopracowany i w związku z połączeniem firmowanego przez Nokię Maemo z intelowskim Moblinem, być może za jakiś czas będziemy mieli do czynienia z doskonałą alternatywą na netbooki dla ChromeOS z Google. Moblin nie sprawi nikomu problemów w użytkowaniu, logika zakładek podobna jest do budowy papierowego terminarza, a podobny układ od dawna stosują niektórzy producenci sprzętu wideo, więc nawet osoby starsze nieobeznane z komputerami, dadzą sobie radę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Stallman, ty idioto

Richard Stallman to jedna z najbardziej znanych postaci ze świata Open Source. Zarazem też postać najbardziej kontrowersyjna. Pierwszy raz usłyszałem jego wypowiedzi w znanym filmie Hannu Puttonena „The Code”. Stallman porównuje tam oprogramowanie z przepisami kulinarnymi. Mówi o tym, że lubimy zmieniać coś w przygotowywanych potrawach i zapraszać przyjaciół, a także dzielić się swoimi pomysłami.
Wyobraź sobie teraz świat, w którym nie można nic zmieniać… Wyobraź sobie, że jeśli podzielisz się przepisem z przyjaciółmi, nazwą cię piratem i spróbują wsadzić do więzienia na całe lata.
To ma sens, pomyślałem wówczas.
Od chwili, gdy zacząłem używać komputera minęło już ponad piętnaście lat. Mój stosunek do oprogramowania zmieniał się przez te lata. Jak większość, zaczynałem, nie odróżniając komputera od oprogramowania. Podobnie jak inni przeszedłem też okres nieświadomego używania programów bez zastanawiania się, skąd one pochodzą. Potem zacząłem zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie jest towarem sprzedawanym tak samo jak masło, czy telewizor. W epoce przedinternetowej mało kto się jednak przejmował kwestią kopiowania i samodzielnego powielania programów, nie tylko w Polsce.
Zanim jeszcze mogłem mieć swój pierwszy komputer, nastąpiły się w informatycznej rzeczywistości dwa zdarzenia. Jedno jest mi doskonale znane. W 1991 roku Linus Torvalds opublikował kod pierwszej wersji Linuksa. System został opublikowany na zasadach Open Source. Dużo wcześniej, bo w roku 1976, inny młody człowiek – Bill Gates pisze tzw. otwarty list „do hobbystów”. Krytykuje w nim otwarty dostęp do kodu i ma pretensje do wszystkich, którzy wykorzystali bezpłatnie program jego autorstwa, ponieważ – uważa – w ten sposób go okradli.

źródło: Wikipedia

Linus Torvalds

Będąc przez wiele lat użytkownikiem Windows, zrozumiałem wreszcie, że ten system i spora część programów do niego kosztuje. I są to takie kwoty, na które mnie nie stać. Na dodatek używany przeze mnie system nie spełniał moich oczekiwań – był zawodny, niestabilny i niewydajny. Dlatego już ponad 10 lat temu szukałem alternatywy. „Podejść” do Linuksa miałem kilka. Za każdym razem system podobał mi się coraz bardziej, ale też za każdym razem znajdowałem problemy z działaniem sprzętu, których nie potrafiłem rozwiązać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyczyną są utajnione specyfikacje techniczne, które nie pozwalają na napisanie sterowników. Wreszcie jednak nastąpił ten moment, gdy wszystko zaczęło działać prawidłowo i z ulgą mogłem zrezygnować z Windows.
Zaoszczędziłem sporo pieniędzy (bo dziś używanie pirackiego oprogramowania byłoby raczej niemożliwe) i nerwów (nie oczekuję wizyty policji i BSA o szóstej rano).
Wtedy też poznałem istotne dla rozwoju wolnego oprogramowania postaci – Linus Torvalds, czy Richard Stallman. Wolne oprogramowanie jest wolne w znaczeniu „zapewniające wolność decyzji” i wcale nie musi oznaczać, ze jest darmowe. Czasem trzeba zapłacić własnym czasem, a czasami pieniędzmi. Używając Linuksa do wszystkiego, prędzej czy później musiałem się też zetknąć z oprogramowaniem zamkniętym. No bo jak tu czytać PDFy, nie używając najpopularniejszego czytnika. Lub jak obejrzeć filmy na Youtube bez wtyczki do przeglądarki. Zdarzyło mi się też kilkakrotnie kupić programy zamknięte działające w Linuksie. Wtedy też zacząłem uważać Stallmana za maniaka opętanego przez idiotyczną ideę walki z zamkniętym oprogramowaniem. Liberalne podejście do współistnienia programów otwartych i zamkniętych wydawało mi się odpowiednie. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie życia bez pewnych zamkniętych formatów plików, po drugie denerwowały mnie problemy z pozyskaniem zamkniętych dodatków w niektórych ideologicznie zorientowanych dystrybucjach Linuksa.
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Linus Torvalds opublikował Linuksa, Bill Gates napisał:
Gdyby ludzie zrozumieli jak otrzymywać patenty w momencie, kiedy większość dzisiejszych pomysłów była wymyślana i zrobiliby to, dzisiejszy przemysł stanąłby w miejscu. Rozwiązaniem jest wymiana patentowa z innymi dużymi firmami oraz patentowanie najwięcej jak tylko zdołamy. (notatka służbowa „Wyzwania i Strategie”, 16 maja 1991 r.)
O co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem znacznie później. Problem patentów i łatwości ich otrzymania istnieje i najlepszym jego przykładem jest słynna sprawa opatentowania koła w Australii*. W komputerowym światku dość powszechne są żarty z opatentowania podwójnego kliknięcia. Jednak w pewnym momencie okazało się, że wcale nie jest wesoło. Całkiem niedawno okazało się, że taktyka „patentować wszystko, co na drzewo nie ucieknie” miała swój cel. Celem podstawowym była próba zablokowania możliwości rozwoju innych systemów, a celem zapasowym możliwość straszenia patentami lub pozywania firm związanych z Linuksem. Jest to temat-rzeka i kiedyś jeszcze o tym napiszę. Tymczasem jednak wróćmy do Stallmana. W pewnym momencie jego szaleństwo zaczęło wyglądać zupełnie inaczej w świetle działań firm takich jak SCO i Microsoft.

źródło: Wikipedia

Richard Stallman

Co też takiego Stallman wymyślił obecnie, że znów zaczynamy zajmować się jego idee-fix? Otóż Richard Stallman ogłosił 4 maja dniem sprzeciwu wobec DRM.
DRM jest to w skrócie elektroniczny system zarządzania prawami do treści multimedialnych. Został zaimplementowany w systemie Windows. Działa to tak, że chcąc odtworzyć plik muzyczny w Windows Media Player, musimy wpisać odpowiedni klucz w wyskakujące okienko, klucz ten otrzymamy kupując zabezpieczony przez DRM plik. Co w tym złego? Ano po pierwsze znacznie ograniczy to ilość urządzeń na których odtworzymy swój plik. Ponadto może okazać się, że sprzedawca w wielostronicowej umowie „małym druczkiem” zapisał, że ten plik mamy prawo sobie przesłuchać maksymalnie 10 razy.
Jednak chciałbym się skupić na innym zagrożeniu. Koncerny medialne walczą od dawna wspólnie z firmą Microsoft o obowiązkowe wprowadzenie DRM. Oznaczałoby to w praktyce wymusza stosowanie DRM. Urządzenie bez DRM byłoby złamaniem prawa. Każdy producent telewizora, odtwarzacza wideo lub muzycznego musiałby odpowiednio zabezpieczony mechanizm sprawdzania praw dodać do swojego urządzenia. Używanie starego dvd-playera bez DRM zapewne byłoby przestępstwem**. Producenci, rzecz jasna, doliczyliby sobie koszty DRM do ceny sprzętu. I rzecz jasna oznaczałoby to, że koszty całkowite wprowadzenia DRM poniósłby końcowy użytkownik. Nie kupiłby już taniego odtwarzacza, zapewne nie mógłby na komputerze używać oprogramowania Open Source,a jakakolwiek próba przełamywania zabezpieczeń byłaby karalna. Na dodatek poszerzyłoby się pojęcie „cyfrowego wykluczenia” – wszystkie urządzenia z DRM musiałyby być podłączone do sieci. Jakoś te wszystkie tajne klucze trzeba sprawdzać. Nie masz internetu, nie obejrzysz filmu. Na dodatek firmy medialne zyskałyby niesamowite narzędzie kontroli. Wiadomo byłoby ile razy klient film obejrzał, gdzie to robił, na jakim sprzęcie,a w niedalekiej przyszłości również – w jakim towarzystwie. Jeśli komuś w tym momencie przypomniał się „1984” Orwella, to niebezpodstawnie. Jednak w czarnych wizjach pisarzy totalna kontrola kojarzyła się zwykle z politycznym systemem totalitarnym. Wydaje się nam zatem, że skoro groźba systemu totalitarnego nie wisi nad nami, jak miecz Damoklesa, to jesteśmy już bezpieczni w naszej wolności. Otóż nie! W imię swoich zysków koncerny medialne chętnie ograniczą naszą wolność i na domiar złego nie obchodzi ich kogo wezmą za pysk – lewicę, czy prawicę.
Kilka dni temu przeczytałem, że córka znanego pisarza grozi pozwem sądowym każdemu, kto będzie pisał o związku filmu „Różyczka” z życiem jej ojca. Wynika z tego, że rości sobie prawa nie tylko do spuścizny literackiej tatusia, ale też do jego życia. Może miałaby ochotę je opatentować.
W Europie na szczęście nie obowiązują patenty na oprogramowanie, ale wspólnota w tym zakresie wciąż jest atakowana przez USA. Zaś patentowanie rozwiązań programowych jako żywo zbliża się do patentowania samych pomysłów, co w Ameryce miało już miejsce. Rykoszetem uderzyło to także w firmy potężne, bo na przykład 30 lat temu malutka firma z Kalifornii opatentowała pomysł wyświetlania obrazu 3D na ekranie monitora. W tamtym czasie było to niemożliwe i firma nie miała pomysłu „jak”. Wykoncypowali, ze kiedyś to będzie możliwe, a oni nie wkładając w to ani pieniędzy, ani pomysłu, ani pracy – zarobią spora kasę.
Jeśli ktoś nadal ma jeszcze wątpliwości co do bezsensu patentowania pomysłów, to niech zastanowi się, co byłoby gdyby Daniel Defoe opatentował formę powieści. A może zastanówmy się komu powinno przysługiwać prawo patentu na nowelę i dlaczego w tej sytuacji nie powstałyby nowele Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej lub Dąbrowskiej. Albo Lord Byron opatentowałby wierszowany dramat romantyczny i Adam Mickiewicz za napisanie Konrada Wallenroda poszedłby siedzieć.
Nie wiem jak wy, ale ja do protestu przeciw DRM się dołączę. Choćby po to, żeby później po latach, oglądając zabezpieczony DRM film, który przestanie grać, bo właśnie padło połączenie z internetem, nie krzyknąć: „Stallman, ty idioto***, czemu wówczas mnie nie przekonałeś.

* Nie wnikam w szczegóły tej sprawy celowo. Nie zamierzam rozdmuchiwać pomyłki głupiego urzędnika i wiem, że w tym wypadku nie chodziło o prawdziwy pełnoprawny patent. Jednak mechanizm jest oczywisty.
** Piszę o hipotetycznej sytuacji, gdy lobby medialne wygrało i ustawodawstwo wszystkich krajów wprowadziło DRM.
*** To zawołanie w tytule i w końcowym fragmencie tekstu pochodzi z jakiejś wirtualnej polemiki ze Stallmanem w internecie, niestety nie potrafię znaleźć dziś pierwowzoru. Mam nadzieję, że autor okrzyku go nie opatentował.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (6 votes cast)