W czerwieni

Nieznani sprawcy przemalowali kopenhaską syrenkę na czerwono. Nie jest to pierwszy akt wandalizmu, który spotkał stojący od 1913 roku, na wybrzeżu, nieopodal miejsca, gdzie kiedyś przypływały promy z Polski, niewielki pomnik, który postawiono nieistniejącej literackiej postaci z baśni Andersena. Syrenkę malowano farbą już wcześniej, kiedyś oderżnięto jej głowę, a parę lat temu ubrano w islamską burkę.
O ile wcześniejsze akty wandalizmu nie do końca były jasne ideologicznie, to ten ostatni ma wyjątkowo jasną wymowę. Jest protestem przeciw wyjątkowo ohydnemu i okrutnemu rytuałowi zwanemu Grindadráp. Co roku roku w lipcu na Wyspach Owczych należących do Danii w wyjątkowo okrutny sposób zabijane są grindwale należące do rodziny delfinów. W masowym mordzie, który dziś nie ma żadnego innego uzasadnienia poza „tradycją”, biorą udział całe rodziny łącznie z dziećmi.
Cywilizowany świat zwykle sprzeciwia się bezmyślnemu okrucieństwu. W wielu krajach zabroniono tzw. rytualnego uboju zwierząt. Także w Danii. Uznano, że okrutne zabijanie zwierząt nie powinno mieć miejsca, choć tego właśnie chcą religijne tradycje islamu i judaizmu.
Od lat organizacje ekologiczne walczą o humanitarne traktowanie zwierząt. Coraz częściej odnoszą choćby częściowe zwycięstwa. Od roku 2012 korrida, czyli walki byków na arenie, jest zakazana w Katalonii. Coraz więcej gatunków podlega ochronie. Pojawiają się nowe uregulowania prawne dotyczące zwierząt domowych i hodowlanych. Tymczasem okrutna rzeź delfinów jako lokalna tradycja nadal kultywowana jest na Wyspach Owczych. Co roku ginie około 800 sztuk tych zwierząt. Odbywa się to wszystko w majestacie prawa duńskiego.

Skoro tradycje są tak ważne, to może wikingowie wybiorą się znów po danegold? W końcu to była szczególna tradycja, rzec by można państwowotwórcza, która dziwnym sposobem po setkach lat przekształciła się w hygge. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

CETA a sprawa polska

Gdy wybuchł spontaniczny protest przeciw projektowi ustawy zaostrzającej prawo antyaborcyjne, która została poparta przez sporą część posłów PiS, nagle też pojawiły się w mediach i na stronach internetowych tysiące głosów, które twierdziły, że ten protest to jest głupota, bo tak naprawę rząd rozpylił celową zasłonę dymną, która ma przykryć sprawę podpisania umowy CETA.
Mówiąc dosadniej, kobiety jesteście głupimi babami, które dały się wmanewrować w nieistotny protest, a rząd przemyci porozumienie CETA, które jest holokaustem na narodzie, bo w Polsce pojawi się GMO.
Otóż porozumienie Unii Europejskiej i Kanady oznaczone skrótem CETA tak naprawdę negocjowano w 2014 roku i dzisiejsi wrogowie tego porozumienia wtedy trzymali gębę na kłódkę. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że inni europejscy przeciwnicy CETA się ujawnili równie niedawno. Pierwsze protesty publiczne odbyły się podczas spotkania przywódców europejskich w Bratysławie. Był to wrzesień tego roku.
Wokół CETA pojawiają się też kłamstwa, co pozwala się domyślać, że autorami są nienawidzący praw kobiet korwiniści i kuce Kukiza. Zwykle bowiem retoryka antyfeministyczna i lekceważenie praw kobiet łączy się tam z głęboko spiskową teorią niszczenia polskiej gospodarki przez socjalistyczny eurokołchoz.
Należy powiedzieć sobie, że większość piszących o CETA nie zadała sobie trudu zapoznania się z przedmiotem dyskusji, a więc zwykle to rozmowa ze ślepym o kolorach, bo o tym, przeciw czemu naprawdę protestują kobiety i czego żądają, dyskutanci również nie mają pojęcia.
Warto zatem wypunktować kilka faktów.
1. Ustawa antyaborcyjna to temat dla PiS śliski. W 2007 roku doprowadził do osłabienia klubu PiS w sejmie po odejściu Marka Jurka i jego popleczników. To wtedy Jarosław Kaczyński, czując oddech opozycji za plecami postanowił wymyślić aferę gruntową, zamknąć Andrzeja Leppera do więzienia i przejąć posłów Samoobrony. Wyszło to kiepsko, jak wszystko i pośrednio to właśnie kwestia aborcji przyczyniła się do upadku rządu oraz wcześniejszych wyborów.
2. Projekt fundacji Ordo Iuris, to rachunek za kościelne poparcie z ambon udzielone Dudzie i PiS w czasie ubiegłorocznych wyborów. Kościół kocha pieniądze, pieniądze i… pieniądze. Ale kocha również panować nad wiernymi, a ci uciekają coraz częściej. Jak zyskać ten rząd dusz? Zmusić siłą. Niech prawo państwowe będzie zgodne z prawem kościelnym. Łatwo sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby ta ustawa przeszła bez protestów. Następne w kolejce czekałby zakaz sprzedaży środków antykoncepcyjnych, kary za stosunki pozamałżeńskie, wreszcie zakaz rozwodów. Kaczyński i jego przyboczni aż tak durni nie są. Temat aborcji wypłynął co prawda w tym samym czasie co afera Misiewicza i to było dla PiS dobre, ale Kaczyński doskonale wie, że ma w partii takich debili jak Pawłowicz i w wyniku nawet drobnej nieostrożności ustawa mogłaby zostać przyklepana. Oczywiście na końcu tej drogi jest jeszcze długopis Kaczyńskiego, czyli Andrzej Duda. Jednak wściekłość społeczna osiągnęła by taki poziom, że mogłaby oznaczać początek końca tego idiotycznego rządu.
3. Konsekwencje CETA dla Europy mogą być różne. Na pewno nie tak groźne jak ACTA i TTIP, ale nie należy ewentualnych obaw lekceważyć. Jednak alarm wszczęty teraz przez ludzi przeciwstawiających CETA manifestacjom kobiet mówi głównie o jednym. GMO. A to wcale nie jest takie czarno-białe.
Zapewne wiele osób zna nazwisko Szczepana Pieniążka. Był to biolog, sadownik, naukowiec, w latach stalinowskich znany jako piewca miczurinizmu, a potem w praktyce pracujący nad wyhodowaniem nowych odmian jabłek. To jemu zawdzięczamy to, że smak papierówki znają tylko ludzie po pięćdziesiątce, zaś powszechne na rynku są jabłka świetnie się przechowujące, ale mające smak zmielonego papieru toaletowego. Oczywiście porównanie prac nad nowymi gatunkami jabłek z pracami nad nowymi odmianami pszenicy nie do końca jest uprawnione, także ze względu na znaczny postęp w genetyce od czasu prac profesora Pieniążka. Można rzec, że wtedy było to działanie po omacku. Jednak od tych jabłek nikt nie umiera i nie dostaje się raka, ani nie wyrastają nam czułki na głowie.
Fanatyzm w sprawie GMO jest tak samo głupi jak fanatyzm każący kobietom rodzić okaleczone potworki, które umrą najdalej po paru dniach. Tak samo głupi jak ten, który każe działaczom pro life mordować zwierzęta, by zrobić fałszywe zdjęcia rzekomo z aborcji.

Na koniec jeszcze ważna informacja. Porozumienie CETA ma być podpisane wstępnie pod koniec października, więc zamiast deprecjonować prawa kobiet, należałoby skrzyknąć jeszcze większą od nich demonstrację. Przecież można? Porozumienie CETA choć sukcesywnie będzie wchodziło w życie od momentu podpisania, ma być jeszcze ratyfikowane przez rządy i jak wiele innych unijnych porozumień może zostać zawetowane. Wciąż można naciskać na polski rząd, by się sprzeciwił. Ale nie wystarczy popularyzować tego wyśmiewając się ze słusznego gniewu kobiet. Należy zdobyć argumenty i poświęcić sporo pracy, by do swoich idei przekonać ludzi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (10 votes cast)

Nowomowa żyje

Pisząc w marcu 2010 roku felieton o nowomowie, nie spodziewałem się, że kilka lat później tekst będzie wymagał nader istotnego uzupełnienia. Nowomowa jest charakterystyczna dla systemów totalitarnych, ponieważ totalitarni władcy nie chcą zmieniać zastanego świata, ale chcą go wykreować na nowo.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać. (Zbigniew Nienacki, Dagome Iudex)

Termin nowomowa (newspeak) został – co prawda – stworzony przez George’a Orwella w dystopii „Rok 1984”, ale samo zjawisko zaistniało wcześniej w komunistycznej Rosji, a potem pojawiło się w hitlerowskich Niemczech. Jednak opisane przeze mnie kilka lat wcześniej elementy nowomowy w wydaniu konserwatywnej religijnej prawicy w Polsce, miało inny charakter. Głównie bowiem służyło temu, by przez używanie pewnych wyrazów i zwrotów, doprowadzić do skojarzenia wrogich środowisk z komunizmem. Dlatego „Gazetę Wyborczą” nazywano GazWyb lub (nieoficjalnie) GazŻyd. Z tego samego powodu mówiono o władzach antagonistycznej Platformy Obywatelskiej – politbiuro. Nadawanie pogardliwych nazw swoim przeciwnikom lub instytucjom przez nich kierowanym było elementem przyjętego stylu walki politycznej, który po katastrofie smoleńskiej tylko się jeszcze utrwalił.
Po 10 kwietnia 2010 roku PiS konsekwentnie zaczął stosować nowomowę do wykreowania nowej rzeczywistości i chociaż, nie mając władzy, Kaczyński nie mógł nikogo zmusić do honorowania tego wirtualnego świata, to skutecznie wciągał do niego wszystkich zwolenników PiS.
Pierwszym objawem było konsekwentne używanie słowa poległy w odniesieniu do Lecha Kaczyńskiego. Inni członkowie prezydenckiej wycieczki przedwyborczej zginęli, ale Lech Kaczyński poległ. Czasownik polec ma w języku polskim jasne i oczywiste znaczenie od bardzo dawna, choć wywodzi się od dość powszechnej czynności pozbawionej heroizmu, czyli leżeć.
W Ilustrowanym Słowniku Języka Polskiego M. Arcta z 1929 roku czasownik lec ma kilka znaczeń. Można bowiem lec w łożu (położyć się), można lec z obozem (a więc rozłożyć obóz), ale można też lec w grobie, czyli zostać złożonym w grobie, można też lec na polu walki, a zatem zostać zabitym, zginąć w walce, lec śmiercią mężnych i tu jest wskazanie na czasownik z przedrostkiem polec. Dlatego też nie ma w tym słowniku osobnej definicji czasownika polec, a jedynie wyraz poległy (zdefiniowany jako rzeczownik*) oznaczający kogoś, kto padł w boju.
Współczesny Słownik Języka Polskiego czasownikowi lec dodaje jeszcze inne znaczenie lec u czyichś stóp, czyli ukorzyć się przed kimś, poddać się. Jednak czasownik polec ma wyłącznie znaczenia martyrologiczne. Można polec na polu chwały, polec w walce, polec za ojczyznę, polec od kul. Nie ma tam miejsca na znaczenie polec w wypadku lotniczym. Ba, nawet w przypadku osób, które zginęły za ojczyznę, nie używamy słowa polec. Tak więc nie mówimy, że Romuald Traugutt – ostatni przywódca Powstania Styczniowego powieszony przez Rosjan, poległ. Stefan Starzyński zamordowany w obozie koncentracyjnym przez Niemców, też nie poległ. Jednym słowem zabity w wypadku lotniczym nie jest poległym, jednak gdyby ten wypadek lotniczy był rezultatem czyjegoś celowego działania, uściślając zaś zamachu, który na dodatek miałby przyczynę w politycznej działalności zabitego na rzecz ojczyzny, to sytuacja się zmienia, można byłoby przynajmniej porównywać Lecha Kaczyńskiego z innymi wybitnymi patriotami, którzy stracili życie służąc krajowi.
Dochodzimy więc do sedna. Jarosław Kaczyński i posłuszni wykonawcy jego woli wykonawcy jego poleceń mówią o poległym Lechu Kaczyńskim, przemilczając to, co zwolennicy mają sobie dopowiedzieć sami. Był zamach Lecha Kaczyńskiego, choć tego nie można udowodnić, ale jak dojdziemy do władzy, to odkryjemy całą prawdę.
Gdy w jesienią 2015 PiS wygrał wybory parlamentarne, wcześniej wygrywając wybory prezydenckie, nowomowa tworząca wirtualną rzeczywistość PiS stała się językiem obowiązującym w polityce. I natychmiast stała się oczywista rola nowomowy oraz masowe jej użycie w celu nazwania na nowo, czyli wykreowania rzeczywistości. Podobnie jak w powieści Orwella jest Ministerstwo Pokoju, zajmujące się w rzeczywistości działaniami wojennymi, Ministerstwo Prawdy, które zajmuje się propagandą i fałszowaniem rzeczywistości, Ministerstwo Miłości, odpowiedzialne za inwigilację oraz egzekucje, oraz Ministerstwo Obfitości, które zajmuje się dystrybucją biedy i niedostatku – w języku PiS pojawiają się określenia, które fałszują rzeczywistość nazywając na nowo rzeczywiste sytuacje i wydarzenia. Najbardziej chyba charakterystycznym przykładem nowomowy jest określenie dobra zmiana, które tak naprawdę służy do nazywania obsadzania wszelkich możliwych do opanowania stanowisk we władzach, w firmach będących własnością państwa, w państwowych mediach własnymi i posłusznymi funkcjonariuszami partii, którzy najczęściej nie mają najmniejszych kwalifikacji do zajmowania takich stanowisk. Ulepszanie i demokratyzacja Trybunału Konstytucyjnego oznacza w praktyce jego zablokowanie i zmarginalizowanie. Gdy partia Jarosława Kaczyńskiego przygotowała pakiet demokratyczny określający to, co wolno będzie w sejmie pozycji, wiadomo było, że chodzi naprawdę o dalsze pozbawienie partii opozycyjnych głosu. Przywrócenie równowagi w mediach publicznych to w praktyce wprowadzenie cenzury i przedstawianie rzeczywistości w sposób zgodny z życzeniami prezesa Kaczyńskiego, oczywiście taką naprawę robi się przy zastosowaniu środków dobrej zmiany, czyli wyrzuca się setki dziennikarzy, i pracowników radia oraz telewizji, zastępując ich własnymi – najczęściej bez kwalifikacji, ale za to posłusznymi. Dziś więc rzetelne i obiektywne dziennikarstwo, które uprawia się w objętej przez PiS telewizji i radiu oznacza prezentowanie wyłącznie pisowskiego punktu widzenia oraz takie interpretowanie i pokazywanie rzeczywistości, by Jarosław Kaczyński był zadowolony. Słowo naprawa jest zresztą używane także w odniesieniu do wielu innych działań nowej władzy. Naprawia się np. ustawę o energii wiatrowej w taki sposób, że w przytłaczającej większości gmin nigdy już nie zostanie postawiony żaden wiatrak energetyczny. Naprawia się ustawę dotyczącą ochrony przyrody tak, żeby umożliwić masową wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej.
Interesujące jest traktowanie wszelkich przeciwników, nie tylko politycznych. Przedstawicielka partii Krystyna Pawłowicz popełniła żenującyy błąd językowy i zamiast poprawić się i przejść nad nim do porządku dziennego, zaczęła wynajdować pozorne dowody na to, iż to nie był błąd, aż wreszcie stwierdziła, że czepiają się lewacy. Lewacy i postkomuniści to najczęściej używane określenia opozycji, przy czym prawdziwe przekonania ekonomiczne lub polityczne przeciwników PiS nie mają znaczenia. Jeśli ktoś przeciwstawia się typowo socjalistycznym działaniom partii rządzącej zostanie lewakiem, choćby był ultraliberalny.
Charakterystyczne dla każdej władzy totalitarnej jest konsekwentne deprecjonowanie przeciwników przy użyciu takich właśnie określeń jak lewactwo – nawiasem mówiąc – termin wymyślony przez Lenina. Do tego dochodzą z upodobaniem używane przez Kaczyńskiego takie określenia, jak zakamuflowana opcja niemiecka, media polskojęzyczne lub antypolonizm.
Nowomowa w polityce będzie się rozszerzać na inne dziedziny życia, ponieważ PiS rękami swej niedouczonej polonistki Anny Zalewskiej sprawującej władzę w Ministerstwie Edukacji Narodowej, przygotowuje skok na szkolnictwo. Wystarczy kilka lat, a ze szkół zaczną wychodzić nowi patrioci, dla których nowomowa będzie jedynym językiem, jaki znają.


* Dziś słowo poległy definiuje się prawidłowo jako imiesłów przymiotnikowy bierny.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Czym się różni wrona?

Tym – że ma jedną nóżkę bardziej. To ulubiony niegdyś dowcip studentów polonistyki przez profanów nazywany dowcipem abstrakcyjnym, ponieważ zupełnie nie potrafili zrozumieć, na czym polega. W terminologii literackiej jest to tzw. humor językowy, który polega na różnym od słownikowego użyciu jakiegoś słowa lub związku frazeologicznego. Język angielski aż roi się od dowcipów tego typu, niestety, nasz język jest pod tym względem dość ubogi. Dlatego też slogan reklamowy be more przetłumaczony na polski jako bądź bardziej brzmi przynajmniej głupio, skoro nie jest przykładem humoru językowego.
Kiedyś modne było powiedzonko kierowane do gościa, który przychodził jesienną lub zimową porą: rozpłaszcz się. Bazowało na podobieństwie do archaicznej już formy rozdziać się (rozdziewać się), co oznaczało zdjąć z siebie ubranie. Dowcip polegał na tym, że czasownik płaszczyć się, pochodzący od przymiotnika płaski, oznaczał upokarzać się dla jakiejś korzyści, poniżać się przed kimś (najczęściej przełożonym, mającym władzę itp.). Niestety to dowcipne językowe powiedzonko straciło szybko rację bytu, gdy – mówiąc językiem Mickiewicza – zawędrowało pod strzechy. Mówiąc językiem Jacka Kurskiego*, gdy ciemny lud to kupił. Lud nie łapał niuansów językowych i zaczął używać zwrotu całkiem poważnie, a to już był zwyczajny błąd językowy.
Ale cóż w tym dziwnego, skoro żyjemy w kraju, w którym połowa mieszkańców robi błędy takie, jak Lech Wałęsa, a druga połowa takie, jak Jarosław Kaczyński**.

* Być może za sto lat ktoś będzie czytał mój tekst i zada sobie pytanie: A kimże do cholery był Jacek Kurski? Wtedy należy sięgnąć do Encyklopedii lub podręcznika historii i przeczytać rozdział o upadku gospodarczym i politycznym Polski w XXI wieku oraz o człowieku, który do tego doprowadził. A gdy już drogi czytelniku dotrzesz do nazwiska Kaczyński, które nosił twórca ideologii upadku i zniszczenia, to wyjaśnię ci, że Kurski był jednym z licznych jego sługusów.
** Drogi czytelniku z przyszłości, jeśli przeczytałeś już przypis pierwszy i dalej nie wiesz kim był Kaczyński, to zapewne jesteś nieukiem. Jednak nie przejmuj się, skoro należysz do umiejących czytać, nie jest tak źle.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Dziękuję ci Platformo

Jest za co dziękować. Przede wszystkim za to, że w 2007 roku mieliście tyle energii by jednak wygrać. I za ciepłą wodę w kranie – bez ironii – bo wasi poprzednicy zdążyli dowieść, że wolą organizować podsłuchy, afery, bawić się w Agenta 007, niż myśleć o polepszeniu życia Polaków. Dziękuję za kolejnych osiem lat względnego spokoju i za to, że za granicą już nikt nie śmiał się z Polski.
Muszę też jednak podziękować Wam za to, że przez osiem lat nie udało wam się pociągnąć do odpowiedzialności Zbigniewa Ziobry i gdy wreszcie za pięć dwunasta wysłaliście wniosek o Trybunał Stanu dla niego, to postaraliście się, by zabrakło kilku posłów i żeby ten wniosek nie przeszedł. Gdyby nie to, to dziś Ziobro byłby poza polityką, a ja nie mógłbym przypomnieć sobie jak to jest żyć w PRL.
Serdeczne podziękowania należą się Wam też za pięć lat znoszenia wyzwisk pod adresem prezydenta i zezwalania kohortom fanatyków oskarżać go o zdradę, szpiegostwo i rosyjską agenturę. Dzięki Wam prezydent Komorowski mógł przegrać, a my możemy się znów przekonać jak to jest mieć za prezydenta człowieka małostkowego i pospolitego.
Uniżenie wręcz dziękuję za to, że do ostatniej chwili odkładaliście sprawę Mariusza Kamińskiego, dzięki czemu w chwili wyborów nie siedział jeszcze w więzieniu i mógł objąć stanowisko, na którym będzie nas wszystkich podsłuchiwał. Choć to Was będzie głównie podsłuchiwał i przeciw Wam montował kolejne afery. Być może niektórzy z Was nawet znajdą się tam, gdzie powinien być Mariusz Kamiński, przecież Ziobro niedługo będzie miał w garści nie tylko prokuratorów, ale i sędziów.
Należy się Wam też podziękowanie za bardzo wyraźną dykcję, która pozwoliła dobrze nagrać Wasze rozmowy i nie pozostawiła złudzenia, że jesteście co prawda względnie przyzwoitymi, ale jednak idiotami, którzy dali się nagrać bandzie kelnerów. No a w każdym razie należy się podziękowanie, że próbowaliście rozwikłać tę aferę z wdziękiem Misia o Bardzo Małym Rozumku. Dzięki temu PiS do dnia wyborów mógł rozgrywać podsłuchy, a wy przegraliście wybory koncertowo.
Nie da się ukryć też, że specjalne podziękowanie należy się za IPN. Każdy średnio rozgarnięty gimnazjalista byłby w stanie zrozumieć, że jest to instytucja powołana do obrzucania łajnem prawdziwych dysydentów z okresu PRL ze szczególnym uwzględnieniem Lecha Wałęsy. Na szczęście nie zlikwidowaliście tego pisowskiego instytutu opluwania Wałęsy, dzięki czemu dziś może on dokończyć swe szczytne zadanie udowodnienia światu, że w Polsce żadnej rewolucji nie było, a komuna sama się zlikwidowała rękami własnych agentów pod wodzą bohaterskiego generała Kiszczaka.
Kolejne podziękowania są być może nieco na wyrost. Ale dziękuję Wam, że zachowujecie się jak banda niedojdów, która potyka się o własne nogi. Bo dzięki temu, że bez przerwy znikacie z sali obrad sejmu, PiS pewnej pięknej nocy uchwali nam nową konstytucję, dzięki której już na zawsze przypomnimy sobie, jak żyło się w PRLu.
Za to beznadziejne nieudacznictwo muszę Wam podziękować szczególnie serdecznie, bo dzięki temu zrozumiałem, że jesteście już trupem, tylko o tym nie wiecie. Zatem czas pomyśleć o tym, na kogo głosować w następnych wyborach. O ile jeszcze będą jakieś wybory.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (21 votes cast)

Signum temporis

Redaktorzy Oxford Dictionaries uznali za słowo roku wyraz z języka japońskiego emoji [emodži], który jest nazwą piktogramu. Wbrew temu zresztą co podają nasze media, nie jest to piktogram z uśmiechniętą buzią i łezkami, a seria piktogramów, których nie da się odwzorować za pomocą zwykłych znaków ASCII. Piktogramy zwane po angielsku emoticons (emotikony) pojawiły się w wyniku stosowania rożnych emocjonalnych znaków podczas rozmów na IRC (Internet Relay Chat). IRC to protoplasta współczesnych komunikatorów i „gimby tego nie znajo”. Używano tam rozmaitych skrótów takich jak BRB (Be right back), LOL (Laughing out loud) oraz zestawu znaków używanych do wyrażania emocji, takich jak :) [uśmiech], :D [głośny śmiech], ;) [uśmiech z przymrużeniem oka]. Gdy pojawiły się komunikatory zastosowano wówczas piktogramy, czyli małe rysunki i wtedy też pojawiła się nazwa angielska emoticon od słów emotion i icon (emocja i ikona).
emoji
Zatem emoji to w zasadzie japońska wersja słowa emoticons. Na dodatek nie jest to wcale używane słowo, a jedynie nazwa cyklu piktogramów, których dziś często używają ludzie w tekstowych wiadomościach przesyłanych za pomocą smartfonów. Podsumowując, najpopularniejszym słowem zostało coś, co słowem nie jest i co można najwyżej określić w sposób opisowy za pomocą przynajmniej jednego zdania. Słowem roku zostało coś, czego się nie mówi i czego się nie pisze, lecz rysuje. Swoisty znak czasu i upadku języka jako środka komunikacji miedzy ludźmi. Jeszcze kilka lat i okaże się, że taniec pszczół ma bardziej skomplikowaną strukturę od ludzkiego języka. O ile pszczoły będą jeszcze istnieć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (8 votes cast)

Mediana

Mediana to bardzo pożyteczne zwierzątko. Wiedziałem to od czasów ogólniaka, ale jakoś tak… zapomniałem. Przypomniał mi o tym Thomas Piketty, gdy czytałem jego pracę „Kapitał XXI wieku”. Gdy jeszcze pracowałem w szkole, a mam na myśli ten okres, kiedy wszechwładne stały się tzw. testy niekompetencji – pardon – kompetencji. Mediana wówczas przydawała mi się w liczeniu statystyki wyników osiąganych przez uczniów. Jednak najpierw warto przeczytać ogólną definicję z Wikipedii, jeśli ktoś nie jest matematykiem.

Mediana (zwana też wartością środkową, wartością przeciętną lub drugim kwartylem) – wartość cechy w szeregu uporządkowanym, powyżej i poniżej której znajduje się jednakowa liczba obserwacji. Mediana jest kwantylem rzędu 1/2, czyli drugim kwartylem. Jest również trzecim kwantylem szóstego rzędu, piątym decylem itd.
Mediana spełnia następujący warunek: jeśli szukamy liczby takiej, że średnia modułów odchyleń wartości dla wszystkich obserwacji od niej byłaby najmniejsza, to liczbą tą jest właśnie mediana. Dzięki temu mediana ma interpretację jako optymalne przewidywanie wartości za pomocą jednej liczby, jeśli przyjętą funkcją błędu przewidywania jest moduł odchylenia (różnicy). (Wikipedia)

Do czego się przydaje mediana? Mówi się, że kłamstwa dzielimy na niewielkie, duże i statystykę. Mediana pozwala trochę oczyścić statystykę z zarzutów o kłamstwo. Wyobraźmy sobie małą firmę, której pracownicy zarabiają po tysiąc złotych, a właściciel bierze sobie 30 tysięcy. Średnia pensja w tej firmie to 3900. I wygląda to bardzo ładnie. W tym konkretnym wypadku mediana jednak powie nam prawdę, bowiem mediana to wartość dwóch środkowych liczb dodanych do siebie i podzielonych przez dwa, przy założeniu, że ciąg liczb jest ustawiony od najmniejszej do największej. Mediana to 1000 złotych. Różnica między medianą a średnią arytmetyczną pokaże nam też rozwarstwienie płac. A to już nie jest ładne.
A teraz przykład z innego podwórka. Powiedzmy, że mamy 10 uczniów którzy piszą sprawdzian. Wyobraźmy sobie, że nauczyciel lubi pracować wyłącznie z uczniami zdolniejszymi, im poświęca całą uwagę, a pozostałych uważa za niewartych swej pracy. W rezultacie tak oto kształtują się oceny:
1,1,1,1,2,2,5,6,6,6
Średnia ocen będzie równa 3,1 i nie jest to niepokojące, bo przecież każdy nauczyciel wie, że są klasy słabsze i wyniki tam z różnych powodów trudno tam osiągnąć. Ale mediana będzie równa 2 i to będzie sygnał niepokojący. Powie nam, że większość wyników w tej klasie jest poniżej wszelkich oczekiwań.
Czasami może być też odwrotnie. Dziesięciu uczniów dostało ze sprawdzianu następujące oceny:
1,1,2,2,3,4,4,4,5,6
Średnia arytmetyczna z tych ocen to 3,2 i wydaje się niska, choć nie jest to bardzo kiepski wynik, jeśli klasa ogólnie jest słaba. Jednak mediana w tym przypadku to będzie 3,5, a to – po pierwsze – znacznie lepszy wynik. Po drugie, mediana pokazuje, że 50% uczniów ma wynik lepszy od niej i w stosunku do poprzedniego przykładu, jest dowodem, że nauczyciel pracuje równo ze wszystkimi uczniami i stara się zoptymalizować ich wyniki.

Dziś, gdy rzekomo Polska jest w ruinie i często dyskutuje się o płacach, też warto pamiętać o tych dwóch elementach statystyki. Z jednej strony jest średnia arytmetyczna, z drugiej mediana.

A co widać ze wzrastających różnic pomiędzy średnią a medianą? Że w Polsce powoli, ale stale dochodzi do rozwarstwienia dochodów. Proces jest wolniejszy, niż w innych krajach, ale jest. O tym między innymi pisze Thomas Piketty w interesującym dziele współczesnej ekonomii – „Kapitał XXI wieku”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Postapokalipsa

Po wczorajszej prawie półgodzinnej awarii wszystkich usług serwisu Facebook, gdy czytałem maile wstrząśniętych znajomych, gdy słyszałem histerię i przerażenie telefonujących do mnie bliższych i dalszych przyjaciół, gdy rozpacz odbierała oddech nastolatkom na przystanku, którzy z niedowierzaniem i lękiem spoglądali na ekrany swych smartfonów, postanowiłem napisać niezbędny – jak się okazuje – podręcznik surviwalu.

Jak przetrwać po awarii Facebooka

Świat zmierza ku upadkowi i musimy liczyć się z najgorszym. Życie to nie jest bajka, więc czasem zdarzają się sytuacje ekstremalne. W szkole można dostać złą ocenę, w pracy szef może wezwać na dywanik, czasami nawet może ktoś stracić pracę. Zdarzają się także tragedie niewyobrażalne. Ostatnio słyszałem o nieszczęśniku, któremu się limit transferu danych w smartfonie skończył. Miał jednak wyjątkowe szczęście i zdążył dopełznąć do domu, by podłączyć się do wi-fi. Rodzina Kowalskich z Durnowa przeżyła własną apokalipsę, gdy router domowy zepsuł się w sobotę wieczorem. Głowa rodziny – pan Kowalski – opowiadał dziennikarzowi telewizji informacyjnej, jaki przeżył horror, gdy po awarii routera zobaczył we własnym mieszkaniu trzy kompletnie obce osoby. Okazało się, że to żona pana Kowalskiego i jego dwaj synowie.
Jednak – choć to wydaje się zbyt straszne – w niedalekiej przyszłości możecie zobaczyć taki oto obrazek.

fejsbuk

Jeśli po włączeniu komputera zobaczycie taki oto napis, to „porzućcie wszelką nadzieję”, jak głosił napis na bramie piekieł w „Boskiej Komedii” Dantego. Niestety Facebook nie działa.
Najlepszym ratunkiem jest natychmiastowe zalogowanie się do Twiitera i szybkie wysłanie informacji o treści: HELP #facebookdown. To pozwoli szybko dołączyć do milionów innych ofiar apokaliptycznej katastrofy i wzajemnie podnosić się na duchu.
Znacznie gorzej jest wtedy, gdy nigdy się nam konta na Twitterze nie chciało zakładać. W chwili awarii Facebooka ruszą do bram Twittera miliony walczących o przeżycie i założenie konta może się ślimaczyć tak długo, że serce przestanie wam pracować. W takim wypadku lepiej będzie skorzystać z innego konta np. na Snapchacie, Instagramie lub nawet na Naszej Klasie. Byle tylko nie pozostać w tej chwili tragedii samemu.

Gdy Facebook odmówi posłuszeństwa, należy też bacznie uważać na realne otoczenie. Twarze ludzi, których zobaczycie w najbliższej okolicy, znacząco będą się różnić od selfie z Facebooka. Mimo to może to być wasza rodzina lub znajomi. Dlatego zanim spojrzycie dookoła warto wziąć kilka głębokich wdechów, uspokoić nieco skołatane nerwy i dopiero wówczas rozejrzeć się, w przeciwnym razie szok może być zbyt wielki.

Co zrobić, gdy awaria Facebooka przedłuży się? Niestety trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nikt tego jeszcze nie sprawdził, jednak symulacje prowadzone w warunkach laboratoryjnych przez amerykańskich naukowców pozwalają na sformułowanie tezy, że człowiek pozbawiony dostępu do socialmediów umiera najdalej po tygodniu. A nawet jeśli przeżyje, co to jest za życie?!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Zderzenie kultur

Przyjechał Duńczyk do Polski. Myślał naiwny, że przyjeżdża do cywilizowanego kraju w Unii Europejskiej. Nikt go nie uprzedził, że na polskich drogach rządzą samozwańczy szeryfowie. Pilnują porządku zgodnie z własnymi zasadami. Jak jest jakieś zwężenie spowodowane robotami drogowymi, to kilku szeryfów zawsze pilnuje, żeby przynajmniej pięć kilometrów wcześniej wszyscy jechali pięć kilometrów na godzinę jednym pasem. Jazda na suwak? A cóż to za nowomodne pomysły? Polski szeryf do tego nie dopuści.
Chcesz w miejskim korku zmienić pas? Mowy nie ma. W najlepszym wypadku cię otrąbią, zajadą drogę. W gorszym wyzwą lub nawet oddadzą strzał z broni hukowej. By the way dobrze, że nie ma u nas powszechnego dostępu do broni palnej. W najgorszym scenariuszu jakiś szeryf wysiądzie i złoi ci skórę.
To właśnie przytrafiło się naszemu podróżującemu Duńczykowi w Poznaniu. Efekt? Złamany nos, wybita szczęka, naderwane ucho, krwiaki i siniaki, a do tego przerażone histerycznie dzieci na tylnym siedzeniu. No i po co ci było do Polski przyjeżdżać?
Polskich kierowców za to należy uprzedzić, że jeśli się znajdą w Kopenhadze, to tam kierowcy sobie wzajemnie umożliwiają zmianę pasa, nawet w korku. Potrafią nawet wypuścić kogoś z bocznej ulicy i – co bardzo dziwne – nie robią zawodów, kto bardziej pogoni pieszego na pasach. Na dodatek praktycznie się nie zdarza, by kierowca wypasionej fury miał prawo do jednoczesnego zajęcia trzech miejsc parkingowych. Nawet, gdy masz auto warte więcej niż cała wieś w Polsce, to i tak musisz parkować tam, gdzie wolno i musisz zająć tylko jedno miejsce. Niesłychane. Ba! A już szczytem idiotyzmu jest, że na miejscach dla niepełnosprawnych, nie wolno parkować bogatym posiadaczom wypasionych fur, jeśli są zdrowi. Taki brak szacunku! A na dodatek musisz uważać na rowerzystów, jakby to oni mieli grubsze blachy.
Na autostradzie odstęp między samochodami musi być bezpieczny i uzależniony jest od prędkości. Za tzw. siedzenie komuś na zderzaku – to już istne kuriozum – można dostać mandat. A przecież wiadomo – nam polskim kierowcom – że jest to najlepszy sposób na pogonienie lewusa na drodze.

Na czym polega ten paskudny fenomen wybuchu chamstwa na polskich drogach? Otóż od 1989 roku liczba samochodów na polskich drogach wzrosła o 200%. Było ich około 4 i pół miliona. Ta sytuacja spowodowała ogromne zwiększenie natężenia ruchu, bo przecież miasta nie są z gumy i choć powstają nowe drogi, estakady i obwodnice, to centra miast pozostają takie same jak przed stu laty. Zaś Polacy mają klanowy system wartości. Nawiasem mówiąc, taki sam jak na Bliskim Wschodzie, którym tak otwarcie pogardzają. Zatem są gotowi do pomocy innym, do ustępstw, do rezygnacji z krótkotrwałych celów tylko w obrębie klanu, czyli rodziny, grona najbliższych kolegów, przyjaciół, z którymi trzeba żyć dobrze, bo pomagają nam, tak samo, jak my im w realizacji celów dalszych. Wszyscy obcy są konkurentami odbierającymi nam nasze szanse – na lepszą pracę, lepszy dochód, lepszy zakup, a także szybszy dojazd do celu. A więc są wrogami w tej krótkiej perspektywie chwili.
Duńczycy z kolei charakteryzują się bardziej perspektywicznym myśleniem dospołecznym. Wypuszczą kierowcę z bocznej uliczki, bo myślą o tym, że oni też kiedyś wyjeżdżać będą w tłoku z podporządkowanej. Nie zajmą trzech miejsc parkingowych, bo rozumieją, iż inni też chcą zaparkować. Nie zastawią komuś auta, bo nie chcą, by im ktoś to zrobił. Obcy człowiek jest dla nich częścią społeczeństwa. Ich społeczeństwa. Nie traktują go jak wroga, bo doskonale wiedzą, że agresja niczego nie ułatwia.
gw-screen
Ta różnica w zachowaniach społecznych powoduje różnice nie tylko na polskich i duńskich drogach. Ale to już zupełnie inna historia, może opowiem ją innym razem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)