Fatum narodowe

Czerwona łuna z daleka zwiastowała nadejście nacjonalistycznego marszu patriotycznego. Cóż za ironia losu. To w całym kraju nigdzie nie było białych rac? Jakże ta czerwona łuna szydzi z bohaterskich okrzyków: „white power” i „biała dumna Polska”. Wyłączyłem telewizor, ciężko przecież oglądać takie upokorzenie.
Postanowiłem posłuchać muzyki. Włączyłem Pierwszy koncert fortepianowy Fryderyka Chopina. Najlepsze wykonanie wszech czasów – grał Artur Rubinstein. A moje myśli znów poszybowały ku patriotycznym bohaterom dzisiejszych telewizyjnych doniesień. Cóż oni by powiedzieli na to, że symbolem polskiej sztuki na świecie jest rachityczny chudzielec francuskiego pochodzenia. Który, jak by było mało wstydu tej francuszczyzny, gził się na Majorce z babą, co się za chłopa przebierała, klęła jak szewc i w ogóle nie nadawała się na cnotliwą Matkę Polkę. A na pośmiewisko całego świata wystawia nas fakt, że najlepsze wykonania tegoż sfrancuziałego chuderlaka są dziełem Żyda! To dopiero wstyd. Jakieś fatum ciąży nad tą naszą ojczyzną.

Musiałem później zajrzeć do słownika, aby sprawdzić dawniejsze znaczenie pewnego słowa. Był to – a jakże – słownik pod redakcją Arcta. Cóż to za niepolskie nazwisko. Na dodatek to był ewangelik. A na domiar złego autorem pierwszego słownika języka polskiego, jaki w ogóle powstał, był – tfu! wybaczcie to słowo – syn imigranta ze Szwecji. Niejaki Linde. Dobrze przynajmniej, że ci co szkodzili krajowi mieli czyste polskie nazwiska… Branicki, Radziejowski, Szczęsny Potocki, Ożarowski… Niedługo do panteonu dołączy Kaczyński. Stuprocentowi Polacy, tacy biali i słowiańscy.

Nie pójdę nigdy na marsz narodowców i młodzeży weszpolskiej. Moja krew, muszę to wyznać, też skażona. Pradziadek ożenił się z pół-Niemką, dziadek z pół-Węgierką, zaś rodzina mamy pochodziła z Pomorza co oznacza, że byli narodowościowo kompletnie wymieszani. Wszyscy przecież wiedzą, co oznacza dziadek z Wermachtu. Taki to ze mnie mischling. A na dodatek lewak. Posłucham sobie Chopina. Może mazurki?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Była sobie cywilizacja

Historia ludzkości nie napawa optymizmem. Obok wielu cech ludzkich, które przyczyniły się do tego, że nasz gatunek zszedł z drzewa i zbudował cywilizację, jest nieśmiertelna i wszechobecna głupota. Jest ona czynnikiem tak porażającym i ogromnym w dziejach ludzkości, że niejeden uczony, filozof, czy artysta poświęcili jej swą uwagę. Bertrand Russel stwierdził, że choć można napisać historię ludzkiej głupoty, to jest to bezcelowe, bowiem pokrywałaby się z historią powszechną. Henryk Sienkiewicz orzekł w swym aforyzmie, że głupoty ludzkiej nie należy brać w rachubę, ponieważ jest nieskończona. Prawie to samo stwierdził kilkadziesiąt lat później Albert Einstein. Ilekroć ludzkość osiąga przełomowe sukcesy, tylekroć potem ludzka głupota potrafi je zniszczyć a świat doprowadzić na krawędź zagłady.

UMARŁE CYWILIZACJE

W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, Naga małpa)

Gdy Desmond Morris pisał swe błyskotliwe dzieło, świat był w okresie rozwoju, ale też wciąż trwał w cieniu atomowej zagłady, więc ostrzeżenie przed możliwością samozagłady gatunku nie było bezpodstawne. Jednak znacznie bardziej charakterystyczne w historii świata są upadki budowanych przez stulecia cywilizacji. Środkowoamerykańska cywilizacja Majów jest tego doskonałym przykładem. Rozwijająca się w początkach naszej ery, po kilkuset latach doszła do apogeum, by wkrótce około 700 roku załamać się w kulturowym i cywilizacyjnym kryzysie. Opustoszały miasta, wspaniałe miasta, świątynie i piramidy porosła bujna podzwrotnikowa roślinność. Nie był to jeszcze koniec, ale Majowie dostali się pod wpływy kultury Tolteków, i choć ponownie nastąpił wzrost imperium, jednak upadku nie można było uniknąć, Okres rozpadu cywilizacji to XII i XIII wiek. Istniały jeszcze potem pojedyncze miasta w nieprzebytej dżungli, które opierały się nawet przybyłym w wieku XVI do Ameryki hiszpańskim konkwistadorom. Ostatnie miasto zostało zdobyte u progu XVIII stulecia, lecz imperium Majów już wówczas od dawna nie istniało. W przeciwieństwie do cywilizacji Azteków oraz Inków nie można powiedzieć, że cywilizację Majów zniszczyli biali ludzie, bowiem gdy oni przybyli do Ameryki, z cywilizacji Majów zostały już nędzne resztki.

W rejonie Morza Śródziemnego istniało kilka cywilizacji. Jedną z najstarszych była egipska, która istniała w dorzeczu Nilu pod ponad 3,5 tysiąca lat przed naszą erą. Jednak gdy Starożytna Grecja zaczęła tworzyć swą cywilizację, Egipt w zasadzie był cywilizacją upadłą. Rozwój nauki cywilizacji greckiej w niewielkim stopniu zawdzięczał cokolwiek Egiptowi, bowiem Egipcjanie osiągnięcia nauki zamykali w świątyniach pod strażą kapłanów. Gdy zaczęła upadać kasta kapłańska, zapomniane zostały też ich osiągnięcia. Dalej na wschód istniała Asyria, ogromna cywilizacja w dorzeczu Eufratu i Tygrysu. Istniała parę tysięcy lat i w końcu upadła.
Tylko Rzymianie mieli trochę dziejowego szczęścia i przejęli osiągnięcia Greków.
Cywilizacje upadają i należy to traktować raczej jak regułę niż wyjątek, że ludzkość wielokrotnie cofała się w rozwoju. Nie bez racji po wojnie, w której użyto broni atomowej wielki fizyk Albert Einstein stwierdził, że nie wie, jaka broń masowej zagłady zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, ale w czwartej zapewne w ruch pójdą maczugi. Być może Desmond Morris ma rację, że potrafimy zniszczyć własny gatunek.

POZORNA KONTYNUACJA

Powszechnie panuje błędne przekonanie, że cywilizacja, w której żyjemy, jest w prostej linii kontynuacją od osiągnięć starożytnej Grecji i Rzymu, poprzez rozwój cywilizacji europejskiej, nazwanej potem ogólnie zachodnią od chwili, gdy biały człowiek skolonizował Amerykę. Otóż Starożytny Rzym, który był kontynuatorem myśli helleńskiej i klasycznej, upadł. Został zniszczony i pogrzebany wraz ze swym naukowym, technicznym i artystycznym dorobkiem. Nowa religia, która uzyskała panowanie w IV wieku naszej ery uznała Imperium Rzymskie za wroga i zniszczyła je, choć nie wypowiedziała wojny. Oczywiście należy dojrzeć, że chrześcijaństwu sprzyjały czynniki zewnętrzne, jak choćby wielka europejska wędrówka ludów, która miała miejsce w początkach naszej ery. Był to czynnik zabójczy dla starożytnej kultury, ale rozwojowy dla chrześcijaństwa. Jeśli by ktoś chciał zaprotestować, niech zwróci uwagę, że Cesarstwo Bizantyjskie oparło się wędrówce ludów, ale ogarnięte przez chrześcijaństwo pogrążało się w ciemnocie tak samo, jak świat zachodni. Paradoksalnie upadło wówczas, gdy Europa zaczęła się kulturowo i cywilizacyjnie dźwigać z tzw. wieków ciemnych. Pewnego rodzaju symbolem braku kontynuacji cywilizacyjnej jest pożyteczny wynalazek zwany kompasem. Dziś wiemy, że wynaleźli go Chińczycy, ale ten rewolucyjny przyrząd pozwalający w prosty sposób określać kierunki świata na morzu, nie wpłynął na historię Państwa Środka. Chińczycy nie skolonizowali Europy nie podróżowali po świecie. W Europie wynaleźli go starożytni Grecy, ale wkrótce został zapomniany. Ponownie wynaleziony został w średniowieczu na przełomie XI i XII wieku. Jednak do ekspansji Europejczyków przyczynił się dopiero, gdy na nowo uznano, że Ziemia jest kulista, gdy odkryto starożytną wiedzę astronomiczną skrzętnie pochowaną w mnisich siedzibach. Historia uczy nas, że upadek cywilizacji zmusi kolejną do odkrywania na nowo dawno wynalezionych rzeczy. Być może gdy runie nasza cywilizacja uczeni w kolejnych tysiącleciach z mozołem będą dochodzić zasad rządzących światem, które dziś poznaje uczeń podstawówki, mylnie sądząc, że nauka i technika są czymś niezbywalnym.

DWA ŚWIATY

Wiek XX rozpoczął się optymistycznie. Świat zmienił się nie do poznania. Prąd elektryczny, samochody, kino, radio i gramofon. Świat stał się jakby mniejszy, życie szybsze i pełniejsze wrażeń. Zapomniano jednak, że były wciąż miliony biedaków, dla których to były baśnie, a nie realia. Wkrótce potem wybuchła wojna, która kosztowała wiele milionów ofiar, bo głupota zwyciężyła. Przez świat przetoczyła się potworna epidemia grypy, która zebrała większe żniwo niż ledwie zakończona wojna. Na domiar złego niespełna dwadzieścia lat później wybuchła kolejna wojna o światowym zasięgu, która kosztowała więcej istnień niż ta pierwsza oraz epidemia hiszpanki razem. A potem długo wisiało nad światem widmo zagłady atomowej i dopiero po latach dowiadujemy się, że przynajmniej kilka razy byliśmy o krok od samounicestwienia.
Jakby na przekór również w tym czasie nauka w służbie człowieka pokazała swą wielką siłę. Człowiek zdobył kosmos, wylądował na księżycu. Medycyna zrobiła ogromne postępy – znikły epidemie zabijające miliony ludzi, do przeszłości odeszły ospa, odra, dżuma i cholera. Pojawiły się przeszczepy ratujące życie ludzi, którzy dawniej skazani byliby na szybką śmierć. Pojawiła się telewizja, komputery, internet. Zaczęliśmy żyć w globalnej wiosce, wiadomości przebywały tysiące kilometrów w ciągu zaledwie kilku sekund. Rewolucja technologiczna stworzyła też zagrożenia, ale tym razem ludzie zaczęli o tym myśleć wspólnie, ponad granicami i podziałami. Pod koniec stulecia upadł system polityczny który zniewalał miliony ludzi i wiele krajów. Przestała istnieć żelazna kurtyna. Wydawało się, że już nic nie stoi na przeszkodzie zrównoważonemu mądremu rozwojowi naszej cywilizacji. Mogliśmy mieć nadzieję, że kiedyś pokolenia następne nazwą ten czas Złotym Wiekiem. Byliśmy pewni, że rozum wygrał.

POCZĄTEK KOŃCA

Co zatem poszło nie tak? Na przełomie stuleci, gdy internet stał się dla milionów ludzi tak oczywisty jak niegdyś gazety codzienne, nagle okazało się, że rozum przestał być ważny. Głupota jest bardziej atrakcyjna. Od czasów średniowiecza nigdy jeszcze nie były tak silne rozmaite grupy ludzi twierdzące, że Ziemia tak naprawdę jest płaska. Mówią, że człowiek nigdy nie był w kosmosie. Ani na Księżycu. Rządy państw są międzynarodowym spiskiem trwającym niezależnie od politycznych zmian od prawie stu lat i fałszują rzeczywistość na ogromna skalę, by wmówić ludziom, że Ziemia jest kulą. Płaskoziemcy nie są zgodni w odnajdowaniu przyczyn. Dlaczego rządy miałyby to robić, pokonując nawet żelazną kurtynę? To jednak nie wszystko. Od połowy XX wieku nigdy nie były tak silne religijnie motywowane ruchy antyaborcyjne, które tak naprawdę domagają się, by zdrowie i życie kobiet uznać za mniej ważne niż los zygoty. Są kraje, gdzie kobieta po poronieniu zamiast do szpitala, wędruje do więzienia. Negowanie sensu szczepień stało się dziś potężnym ruchem na całym świecie, choć zaczęło się od jednego sfałszowanego merytorycznie artykułu lekarskiego. Po stu latach ludzie zaczynają znów umierać na choroby, które uważano już za zwalczone. Rozum stał się niemodny.

Na domiar złego w większości krajów europejskich i nie tylko w nich, obserwujemy renesans ideologii nacjonalistycznej. Nie wszędzie odbywa się to w taki sam sposób, ale tych ruchów nie sposób zlekceważyć. Być może niedługo symbolem podzielonego świata, w którym ponownie pojawią się graniczne posterunki, zasieki, kontrole i wizy, stanie się obiecywany przez Trumpa mur pomiędzy USA i Meksykiem. Paradoksalnie to właśnie budowa murów, ogrodzeń, płotów i zasieków staje się dziś symbolem współczesności, choć niedawno wydawało się, że stanie się nim świat bez granic. Chociaż istnieje wciąż poważny i silny opór przed ideologiami separatystycznymi i nacjonalistycznymi, to stają się one coraz silniejsze. Nie we wszystkich krajach przebiega to identycznie. Skandynawia wydaje się wciąż ostoją liberalnego myślenia. Podobnie Kanada. Ale w w krajach postkomunistycznych obserwujemy renesans nacjonalizmu, który niebezpiecznie flirtuje z faszyzmem, a Polska jest w awangardzie tych dążeń. Z drugiej strony bogate i uprzemysłowione Stany Zjednoczone również idą w tym samym kierunku. Trudno znaleźć jakiś wzór, schemat, który pozwoliłby na przewidywanie nadchodzącej przyszłości. Są za to czynniki wspólne, które nie zależą od poziomu technologicznego ani obszaru kulturowego. To niszczenie autorytetów z jednej strony, budowanie zaś wspólnoty na nowych, często z gruntu fałszywych autorytetach i powiązanie tego z tradycją, często łączoną z historią pisaną od nowa. Odwoływanie się do mitów założycielskich i budowanie społeczności klanowych to kolejny wspólny mianownik tych ruchów. Ponieważ są one separatystyczne w swej istocie, więc nie ma mowy o zgodzie i wspólnej historii Europy lub świata. Jest tylko „nasza prawda” i obce manipulacje. Tradycja staje się w tym kontekście ostoją głupoty, zacofania i uwstecznienia cywilizacyjnego.

Głupota najlepiej przechowuje się w tradycji. (Ryszard Nowosielski)

Jednym słowem żyjemy w epoce schyłkowej. Degeneracja cywilizacji przebiega identycznie, jak w wielu innych znanych z historii przypadkach. Najbardziej znany jest upadek Rzymu, ale nie jedyny. Cywilizacja wzrasta i rozwija się do momentu, aż okaże się, że następuje kryzys rozumu, a wiara zastępuje naukę. Religie i kapłani zwiększają swoje wpływy, a nauka traci wiarygodność. W ciągu kilkuset lat następuje upadek dotychczasowej cywilizacji, a ludzkość wkracza w epokę ciemnoty i zabobonu. Prawie nikt z żyjących w czasach upadku nie zdaje sobie sprawy z tego, że to naprawdę jest upadek cywilizacji. W książce Hanny Malewskiej „Przemija postać świata” jest scena, gdy Kasjodor (postać historyczna, święty Kościoła, ale również bohater tej powieści) u schyłku życia dopiero widzi, że cywilizacja rzymska przestaje istnieć na jego oczach. Gdy młody mnich wylewa wodę na dawną księgę i zamazuje się przepisywany przez niego wzór matematyczny, który jest nie do odtworzenia, bo nikt z żyjących go nie rozumie. Mnisi przepisywali księgi, nie wiedząc co przepisują.

Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach naszej cywilizacji? O ile wieków się cofniemy?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Antygona

Mitologiczna Antygona była córką Edypa oraz siostrą dwóch braci, którzy po śmierci ojca mieli sprawować władzę w Tebach naprzemiennie. Jednak sprawujący władzę jako pierwszy Eteokles nie przekazał jej bratu Polinejkesowi. Ten zapewnił sobie pomoc zewnętrzną i na czele obcych wojsk najechał Teby. Obaj bracia w tej walce o władzę zginęli. Ich krewny Kreon, który został królem, Eteoklesa kazał pochować jak bohatera, obrońcę ojczyzny, zaś zdrajcę i najeźdźcę Polinejkesa kazał pozostawić na polu bitwy i zabronił urządzenia mu pogrzebu, co według wierzeń greckich oznaczało wieczną tułaczkę i brak możliwości wejścia do krainy zmarłych Hadesu. Dwie osierocone przez ojca, a potem przez braci, siostry zachowały się inaczej. Ismena uznała prawo Kreona, prawo królewskie, bowiem bała się sprzeciwić władcy. Antygona uznała, że nad prawem stanowionym przez króla ważniejsze są prawa boskie, nakazujące grzebać umarłych. Wyprawiła tajemny pogrzeb bratu – zdrajcy. Rzecz jasna nie dało się tego utrzymać w tajemnicy. Kreon ratując swój prestiż władcy skazał Antygonę na śmierć. Wówczas Hajmon, syn Kreona i narzeczony Antygony popełnia samobójstwo. Na wieść o śmierci syna popełnia samobójstwo też żona Kreona Eurydyka. Kreon zmusza więc poddanych do posłuszeństwa i potwierdza niezłomność swej władzy królewskiej, ale traci rodzinę i szczęście, bowiem podjął decyzję nakazującą łamać prawa boskie i za to został ukarany.

Historia Antygony stała się kanwą dla klasycznego dramatu Sofoklesa napisanego pięć wieków przed naszą erą. Do dziś uważa się, że jest to jeden z najwybitniejszych dramatów i nieustannie jest wciąż wystawiany na scenie. Osią dramatu jest konflikt pomiędzy prawem królewskim, dziś byśmy nazwali je prawem państwowym, stanowionym przez ludzi – a prawem boskim, co dziś raczej skłonni bylibyśmy nazwać prawem naturalnym lub nawet podstawowymi prawami człowieka. Sofokles prowadząc fabularną nić swojej klasycznej tragedii jasno chciał dać do zrozumienia, że prawo stanowione przez człowieka nie może górować nad naturalnym. Że łamiąc to ostatnie, nawet w patriotycznym celu, władca musi ponieść klęskę w wymiarze ludzkim.

Lat temu ponad czterdzieści, gdy byłem uczniem liceum, wraz z grupą koleżanek i kolegów postanowiliśmy przedstawić historię Antygony. Dla nas wymowa tagedii była oczywista. Antygona była ikoną sprzeciwu wobec władzy. A jednocześnie ten dramat jako typowy przykład maski historycznej, nie powodował podejrzliwości ludzi dorosłych, od których zależało, czy będziemy mogli ten dramat pokazać. Nasza wersja była uwspółcześniona. Poza Antygoną, która występowała w klasycznym stroju greckim, pozostałe postacie były ubrane w stroje współczesne. Jedynym elementem scenografii był stary, zabytkowy wręcz fotel, który grał tron Kreona. Nasza inscenizacja mówiła widzowi, że oto ma przed sobą starożytną tragedię, która ma oczywiste odniesienia do współczesności. Tragedię ponadczasową. Pamiętam, że sporo się napracowałem przerabiając scenariusz dramatu tak, aby postacie mówiły całkiem współczesnym językiem. Również muzyka, którą wykorzystaliśmy jako tło, była muzyką naszego pokolenia. Dziś z perspektywy czasu wiem, że nie stworzyliśmy dzieła genialnego, ale przybywali na nasze przedstawienie uczniowie innych szkół średnich w mieście i to nie z obowiązku, bowiem nasza działalność była na prawdę pozalekcyjna, a przedstawienia odbywały się wieczorami.

Antygona była dla nas symbolem sprzeciwu wobec autorytarnej władzy i nie mieliśmy wtedy pojęcia, że od dawna ta tragiczna postać dramatu greckiego jest symbolem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprzeciwu, który nie używa przemocy, ale przeciwstawia się prawu stanowionemu przez autorytarną władzę, która łamie prawa naturalne i prawa człowieka. Dziś Antygona jest patronką obywateli z białymi różami, którzy stają na przekór władzy, którzy sprzeciwiają się seansom nienawiści urządzanym przez partię, której Kreonem jest mały zakompleksiony człowieczek. Władza jest jedynym fetyszem, dla którego on jeszcze oddycha.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (5 votes cast)

Antysemityzm bez Żydów

Po Drugiej Wojnie Światowej liczba Żydów w Polsce drastycznie się zmniejszyła w wyniku holokaustu, ale też w wyniku migracji. Spora część obywateli pochodzenia żydowskiego, którym udało się znaleźć w krajach zachodnich, nie wracali przerażeni komunizmem, inni emigrowali, póki jeszcze mogli. W holokauście życie straciły miliony ludzi, a wśród nich przede wszystkim ci, którzy bardziej przywiązani byli do swojej religii, języka i kultury. Po wojnie cały ten, charakterystyczny dla małych miasteczek, folklor żydowski zniknął. Zniknęły synagogi, najczęściej zburzone podczas wojny i nikogo nie odbudowywane. Z krajobrazu znikały też żydowskie cmentarze, niestety często niszczone już po wojnie.

Nowa władza postanowiła zmienić Polaków na wzór człowieka radzieckiego, dlatego ze zdwojoną energią budowano ośrodki przemysłowe, zaludnione tysiącami mieszkańców wsi, dlatego też tępiono regionalizmy i niszczono ślady żydowskie i niemieckie (na tzw. ziemiach odzyskanych). W ciągu dziesięciu zaledwie lat udało się to nad wyraz skutecznie. Polak po 1945 roku stał się Polakiem ogólnie, niespecjalnie przywiązanym do lokalnego środowiska, także dlatego, że to środowisko często zostawił na wschodzie, który należał obecnie do Związku Radzieckiego. Gdy migrował ze wsi do miasta, starał się pozbyć wiejskich nawyków, aby zostać „miastowym”, co w praktyce oznaczało nijakim. Ludzie migrowali dość powszechnie na przyznane Polsce po wojnie Pomorze, Dolny Śląsk, czy Lubuskie. Własne środowisko rodzinne i sąsiedzkie, przez Niemców zwane heimatem, przestawało mieć dawne znaczenie. Polacy żyli w większych społecznościach, które były ze sobą luźno związane – praca, szkoła, a rodzina często się ograniczała do kilku najbliższych osób we wspólnym mieszkaniu.

To oznaczało, że pewien zespół zasad i prawd życiowych dawniej przekazywanych z pokolenia na pokolenie, teraz był elementem wpływu znacznie większej grupy społecznej w szkole lub zakładzie pracy. Warunki polityczne, szczególnie w okresie stalinowskim, nie sprzyjały otwartości. Władza zresztą i później promowała trzymanie języka za zębami. Zatem w zakresie wielu dziedzin ludzie skazani byli na domyślanie się, co jest społecznie dozwolone, a co może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami. A to oznaczało publiczne ukrywanie wielu swoich przekonań. W psychologii nazywa się to pluralistyczną ignorancją.

Zjawisko to występuje za każdym razem, gdy ludzie ukrywają swoje prawdziwe myśli i uczucia z powodu przesadnej obawy przed dezaprobatą społeczną. Powstały w ten sposób rozdźwięk między prywatnymi myślami a publicznymi zachowaniami wzmacnia fałszywą normę, co sprawia, że ludziom jeszcze trudniej jest wyrazić, co naprawdę myślą i czują. W rezultacie grupa jako całość pozostaje nieświadoma swoich rzeczywistych przekonań. („Najmądrzejszy w pokoju”, Thomas Gilovich, Lee Ross)

Po wojnie, w ocenie polityków i szeroko rozumianych elit, jakiekolwiek przyznawanie się do antysemityzmu, byłoby pewnego rodzaju stawaniem po stronie Hitlera, co – zważywszy na ogrom krzywd poczynionych przez faszyzm Polakom – uważano za niestosowne. Zatem za wyjątkiem epizodu z roku 1968, który oficjalnie zresztą nie był skierowany przeciw Żydom, jako takim, ale przeciw syjonizmowi, treści antysemickie nie pojawiały się w oficjalnym obiegu. O Żydach najlepiej było nie mówić wcale, z wyjątkiem oczywiście rocznicowych wzmianek o obozach śmierci, krematoriach i zbrodniach hitlerowskich, a także wspomnień o Powstaniu w Gettcie Warszawskim. Dla wielu ludzi, szczególnie urodzonych już po wojnie, stawało się oczywiste, że jakiekolwiek negatywne opinie o Żydach mogą się spotkać ze środowiskową dezaprobatą. Taka osoba mogła zostać nawet w jakiś sposób napiętnowana. Nie mówiło się o Żydach w radio, telewizji, nie pisano w gazetach, nie mówiono o tym w szkole, ani w pracy. Jeśli nawet ktoś uważał dowcip o uciekaniu Żydów z obozu przez komin za śmieszny, to podzielił się nim tylko w gronie najbliższej rodziny lub przyjaciół z obawy przed publicznym napiętnowaniem.

Ponieważ antysemityzm ukrył się w gronie wyłącznie zaufanych ludzi, nastąpiło powszechne sprzężenie zwrotne. Polacy byli przekonani, że antysemityzm jest postawą skrajną i dotyczącą niewielkiego marginesu populacji.
Gdy w 1989 roku zmieniły się warunki polityczne, a za niewygodne dla władzy wypowiedzi nic już nie groziło, pojawili się ludzie, którzy swe antysemickie przekonania zaczęli głosić w sposób jawny. Pewne sygnały takich postaw pojawiły się już w latach osiemdziesiątych, gdy powstało Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” reżysera Bohdana Poręby. Ocena zjawiska była trudna, ponieważ z jednej strony Poręba stworzył film „Hubal” przywracający świadomości społecznej jedną z ważnych postaci historycznych, z drugiej strony ludzie z jego środowiska (np. Ryszard Filipski) wiązali się w jakieś dziwne teorie, współpracując z władzami podczas stanu wojennego, a antysemityzm, choć do roku 1989 skrywany, był częścią ich ideologii. Jedną ze znanych po upadku PRL postaci był niejaki Bolesław Tejkowski, nazywany nieraz złośliwie naczelnym antysemitą Polski. Nadal jednak postawy antysemickie nie przedostawały się do głównego nurtu polityki. Gdy Wałęsie przytrafiło się powiedzieć na ten temat coś głupiego, szybko został skłoniony do przeprosin i skorygowania wypowiedzi. Zatem wciąż zjawisko pluralistycznej ignorancji trzymało Polaków w przekonaniu, że antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym w naszym kraju. W miarę pojawiania się rozmaitych bytów w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej lub Organizacji Narodowo-Radykalnej, zaczęto mówić, że antysemici są nieliczni, ale krzykliwi. Nikomu nadal nie przyszło do głowy, że skala zjawiska jest zupełnie inna, a powszechna opinia nie jest zgodna z prawdą.

Dopiero upowszechnienie się internetu, możliwość anonimowego często komentowania, a potem powstawanie wirtualnych środowisk o różnym zabarwieniu ideologicznym, uświadomiło wiele osób, że nie są sami. Że jest wielu innych, których śmieszą antysemickie dowcipy, że są inni, którzy uważają Żydów za źródło zła na świecie, a ponieważ ludzie pamiętający wojnę należą dziś do mniejszości, to usprawiedliwianie nazizmu lub gloryfikacja Hitlera nie wydają się już tak straszne ludziom, dla których przemoc jest tylko interesującą rozrywką stadionową lub wirtualną w grach. Powoli zaczęło się okazywać, że antysemitów w kraju bez Żydów jest więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek sądził. A skoro Żydów realnych jest tak mało, to zapewne się ukrywają, więc zaczęto tropić, gdzie i pod jakimi nazwiskami. Niestety, przez ostatnich kilkanaście lat polskie elity polityczne i kulturalne nie zrobiły nic poza ostentacyjnym lekceważeniem zjawiska. Dziś, gdy partia rządząca – łamiąc prawo – szuka poparcia, kokietując środowiska skrajnie niebezpiecznych chuliganów stadionowych, nacjonalistów i neofaszystów, jest to zabawa odbezpieczonym granatem, który wybuchnie na pewno, tylko jeszcze nie wiemy kiedy.

PS. Dziękuję Beacie, za podsunięcie książki, która pozwoliła mi nazwać to, co już od dawna krążyło mi po głowie. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Była sobie Polska

Kilka miesięcy temu pod tytułem „Był sobie Rzym” opisałem, jak przebiegał proces upadku starożytnego świata – całej starożytnej kultury i cywilizacji. To nie było tak, jak na lekcji historii, gdy nauczyciel mówi: zapamiętajcie sobie datę upadku Rzymu, rok 476. Ten upadek zaczął się przynajmniej 200 lat wcześniej i dokonywał się jeszcze ponad sto lat po tej symbolicznej dacie. Jednym ze świętych Kościoła Katolickiego został rzymski patrycjusz, polityk i uczony – Kasjodor. Był on jednym z niewielu ludzi w tamtych czasach, który spojrzeniem wykraczał poza własne życie i podjął rozpaczliwą próbę ratowania dorobku starożytności dla następnych pokoleń. Niestety on również nie zdawał sobie sprawy z tego, że u źródeł upadku Rzymu tkwi religia chrześcijańska i że próby ratowania dzieł starożytnych spełzną na niczym. Zgniją one w klasztornych lochach i przez blisko tysiąc lat będą dla ludzkości niedostępne. Gdy skończy się bezprzykładne i bezwzględne panowanie Kościoła Katolickiego, pokolenia epoki renesansu ze zdumieniem odkryją, że był kiedyś świat, w którym rzeźbiarze potrafili rzeźbić w marmurze w sposób tak doskonały, że budziło to zachwyt, że malarze znali perspektywę, zaś lekarze wiedzieli nieporównanie więcej o chorobach i ich leczeniu od wszystkich średniowiecznych medyków razem wziętych.
Żyjąc tu i teraz zwykle trudno jest zobaczyć własną epokę i własne czasy w odpowiedniej perspektywie. W jakich czasach żyjemy my? I co może się zdarzyć. Wybory z 2015 roku spowodowały, że dziś przed Polską rysują się trzy scenariusze, a żaden z nich nie jest dobry.

Zły
Koniec rządów PiS nastąpi dopiero po kolejnych wyborach. Wiadomo, że nie powtórzy się scenariusz z 2007 roku, gdy PiS stracił tzw. przystawki. Dziś z koalicji nie odejdzie ani partyjka Zbigniewa Ziobry owładniętego obsesją zniszczenia lekarzy, którzy w jego mniemaniu zabili mu ojca. Potrzebuje stanowiska ministra, więc będzie wypełniał wszelkie zlecenia Kaczyńskiego. Nie odejdzie też Jarosław Gowin, dla którego sojusz z Kaczyńskim jest jedyną opcją. Ten ostatni zresztą, zajmujący się stosunkowo mało istotną politycznie dziedziną, ma też względną autonomię. Choć jest to autonomia złudna i krótkotrwała. Zatem czeka nas rok wyborów w 2019 roku, a potem jeszcze wybory prezydenckie. Sprawy idą w złym kierunku, za kilka lat Polska będzie na marginesie Unii Europejskiej. Już dziś kompletnie nie liczą się z nami nawet mali sąsiedzi. Europa zostawi nas o całe lata w tyle. Odrabianie strat wizerunkowych będzie zadaniem na dziesiątki lat. Już wkrótce stracimy spore kwoty unijnych dotacji, a to oznacza spowolnienie gospodarcze i stagnację. Opozycja jest zdziesiątkowana i nawet jeśli przez najbliższe dwa lata zdarzy się cud, to krajobraz po wyborach będzie znów krajobrazem trudnych koalicji. PiS przegra, ale wciąż będzie silny i wciąż będzie grał kartą patriotyczną, żołnierzami wyklętymi i zamachem smoleńskim. Wyborcy tej partii poczują się oszukani i zdradzeni, będą utrudniać wszystkie procesy zmian. Rozzuchwaleni narodowcy mogą posuwać się do aktów przemocy. Już dziś ludzie PiS są wszędzie, będą sabotować wszelkie próby naprawy kraju. Z drugiej strony politycy, którzy zwyciężą za 4 lata dostają od PiS bonus w postaci zarówno złego prawa, jak i tysiące precedensów jego bezkarnego łamania. Wielką pokusą będzie po prostu z tego korzystać i zapewne tak się stanie. Każda kolejna władza uzna, że wygodnie mieć podległy sobie Trybunał Konstytucyjny, dyspozycyjne sądy, służby, wojsko i policję. Naprawa tego stanu rzeczy nie jest niemożliwa, ale potrwać może dziesiątki lat. Na dodatek kolejne rządy za plecami wciąż będą czuć oddech wściekłego PiSu oraz jego agresywnych wyborców.

Gorszy
Bezkarnie manipulujący przy prawodawstwie PiS może nie przegrać wyborów za dwa lata. Bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że zostanie tak zmieniona ordynacja wyborcza, by zapewniła tej partii zwycięstwo. Przy frekwencji, która w Polsce często oscyluje koło 50%, sześć milionów wyborców to nadal jest potężna siła. PiS startujący przy rozdrobnionej opozycji w spektrum od lewicowego Razem do prawicowej Platformy, może i tak wygrać, posuwając się jedynie do niewielkich manipulacji w ordynacji wyborczej. Jak mawiali komuniści, nie jest ważne kto głosuje, ale kto głosy liczy. Może się okazać, że to całkiem realny scenariusz, na wypadek problemów partii Kaczyńskiego.
Oznacza to, że PiS będzie miał kolejne 4 lata by rządzić według swojej koncepcji. Nawet gdyby stary już i będący w kiepskiej kondycji Kaczyński przestał dowodzić, to będą na tyle skonsolidowani, że utrzymają władzę. Osiem lat rządów konserwatywno-katolickiego PiS oznacza upadek oświaty i szkolnictwa uniwersyteckiego. Wszechobecną inwigilację obywateli przez policję i zreformowaną super służbę, której powstanie już jest przygotowywane. Kontrola będzie dotyczyć każdego aspektu życia obywateli, ponieważ gospodarka będzie w coraz gorszym stanie, więc zastraszanie niepokornych, cenzurowanie mediów oraz internetu stanie się oczywistą potrzebą. Z demokracji w Polsce nie zostanie już nic. Zaczną bardzo po cichu narzekać nawet ci, którzy dziś uważają, że świetnie iż PiS pogonił tych wszystkich „lewaków i liberałów”. Wszyscy będą widzieć swe puste portfele i fatalny stan wszystkiego wokół. Dobra zmiana przestanie mieć jakiekolwiek skrupuły i te rządy będzie można porównać raczej do dyktatury Franco niż do czasów PRL. Tajna policja, więzienie ludzi, tajemnicze zgodny opozycjonistów, a to wszystko podlane bogoojczyźnianym sosem przy aktywnym poparciu skorumpowanego Kościoła. O ile pozwoli na to ordynacja, a naród zjednoczy się wokół opozycji, możliwe jest odsunięcie rządów PiS w roku 2023.
Nie ma co ukrywać, demokrację diabli wezmą na przynajmniej 50 lat. Nie wiadomo, czy Polska będzie jeszcze w Unii, bo na pewno nie będzie w Schengen. Ktokolwiek obejmie władzę będzie miał trudne zadanie. Przedstawiciele dobrej zmiany będą wszędzie. Status Polski będzie gorszy niż dziś Ukrainy. Wszechobecna korupcja, prywata i przekonanie, że państwo służy do dorabiania się tych „zaradnych”.

Najgorszy
PiS nie straci władzy w 2023 roku. Zdąży bowiem wyprowadzić Polskę ze wszystkich struktur europejskich, zmienić prawo i konstytucję. Powrócą granice, paszporty i wizy dla Polaków. Złotówka straci wymienialność. Kraj będzie stawał się zacofanym skansenem w tej części Europy. Całkiem możliwe, że nie będziemy już w NATO, a wtedy Polska stanie się obiektem rozmaitych rozgrywek Rosji. Zapewne ratując gospodarkę potomkowie dzisiejszego PiS zgodzą się na jakąś formę przystąpienia do WNP i niepodległość Polski będzie tylko nominalna. Być może Putin lub jego następca reaktywuje coś w rodzaju Układu Warszawskiego. Świat znów zacznie się dzielić.
Nasi potomkowie będą czasem w zaciszu domowym opowiadać o swobodnym dostępie do internetu, o dobrobycie w czasach Unii Europejskiej. Nieliczni bogacze będą jeździć zagranicznymi autami po rozsypujących się powoli autostradach wybudowanych w czasach Tuska. Pojawi się inflacja, która spowoduje braki towarów, większość zagranicznych podmiotów gospodarczych zlikwiduje swoje interesy w Polsce do roku 2030. Zostaną nieliczni, oferujący usługi i towary dla przedstawicieli władzy. Będzie to wyglądało jak na Kubie za czasów dyktatury Batisty.
W połowie obecnego stulecia może nastąpić przełom. Kraj będzie tak mocno zrujnowany, że rządzenie bankrutem się już nie opłaci. PiS odda władzę przy kolejnym okrągłym stole. Być może nie będzie okrągłego stołu, ale bunt i rewolucja. Komuniści w Polsce byli na tyle mądrzy, by zrezygnować z rządzenia zbankrutowanym krajem. Czy PiS będzie tak rozsądny? Myślę, że to mniej prawdopodobna opcja. Zatem krwawa rewolucja, która odsunie tę partię od władzy, ale też do reszty zniszczy kraj.
Gdy nadejdzie nowe stulecie, o początkach XXI wieku nasze prawnuki będą opowiadać legendy. Nikt w nie nie uwierzy, bo gruzy już dawno zarosną krzakami i trawą

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Historia i legenda

Skąd wzięli się na terenach środkowej Europy Słowianie, kiedy przybyli, jak się rozwijali? To wciąż jest sprawa dyskusyjna. Dość często pojawia się opinia, że skoro w „cywilizowanych” greckich i rzymskich źródłach pisanych nie ma zbyt wiele wzmianek o Słowianach, to znaczy, że ich tu nie było i przywędrowali dopiero w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery. Wraz z Hunami, Wandalami, Gotami i całą tą wędrówką ludów, która zmieniła Europę nie do poznania.
Jednak jest też inna koncepcja. Czy nam się to podoba, czy też nie, tutejsze ziemie na przełomie epok były takim kompletnym światowym zadupiem. Ówczesna cywilizowana Europa miała dość kłopotu ze swoją cywilizacją. Rzym pochłonięty był wojnami z Kartaginą, podporządkowywaniem sobie Egiptu i Grecji, więc nic dziwnego, że stosunkowo mało zajmował się odległymi barbarzyńskimi krainami z których sprowadzano elektron – jak starożytni zwali bursztyn. Zresztą przyznajmy sami, co my dziś wiemy o Lesotho lub czy znamy położenie Curaçao?
Zatem, czy chcemy, czy nie, początki powstawania państwa, które potem nazwano Polską, skryte są w przestrzeni dostępnej częściej archeologom niż historykom. A część tej historii, którą chcielibyśmy napisać, będzie li tylko legendą. Czy to źle? Od lat świat zachwyca się serią opowieści o Wikingach, którzy podbijali wybrzeża europejskie w okresie, gdy nasi przodkowie zaczynali tworzyć państwo gdzieś pomiędzy Wartą a Wisłą. Mało komu przychodzi do głowy, że główny bohater sześciu kolejnych serii, Ragnar Lodbrok jest postacią bardziej legendarną niż historyczną. Mroczna opowieść o świecie wikingów stała się bestsellerem telewizyjnym. A być może początki naszej historii ukrywające się w mroku naukowej niewiedzy też byłyby fascynujące? Są fascynujące. Autor cyklu „Ja Dago”, Zbigniew Nienacki również stworzył ciekawą narrację w oparciu o niewielką zawartość historycznych źródeł. Może należałoby pomyśleć o takim stworzonym na nowo micie założycielskim – chyba, że wystarczy nam mit bohaterskiej szarży na ruską mgłę w Smoleńsku…

Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej.
Gdybym miał serce, mógłbym cię kochać.
Gdybym miał głos, śpiewałbym,
Po nocy, gdy budzę się.
Zobaczę co jutro przyniesie.
Gdybym miał głos, śpiewałbym.*


* Słowa pieśni z czołówki serialu „Wikingowie”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Krótka historia biedy

Od czasów prehistorycznych do dnia dzisiejszego ludzkością rządzą te same mechanizmy. Pomimo rozwoju cywilizacji, wynalazków technicznych i rozwoju kultury pod pewnymi względami człowiek pozostał wciąż tym samym jaskiniowcem, którym był setki tysięcy lat wcześniej. Dowodzi to w oczywisty sposób, jak silna jest determinanta biologiczna w zachowaniach społecznych człowieka. Nie chcę się jednak zajmować takimi truizmami jak instynkt samozachowawczy lub instynkt zachowania gatunku i przekładaniu ich działania na zachowania społeczne. Zjawisko, które chcę opisać to bieda, która jest jednym z objawów przemocy stosowanej dla utrzymania władzy. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne, teoria jawi się jako idiotyczna, a na pewno całkowicie absurdalna. Ale czy na pewno?

Wspólnota pierwotna, czyli równość wolność i braterstwo
Historycy, archeolodzy, jak również przedstawiciele nauk socjologicznych zgodnie twierdzą, że tzw. wspólnota pierwotna była pierwszą w dziejach ludzkich organizacją społeczną. Tak naprawdę stwierdzono to badając kultury pierwotne, które zachowały się w niezmienionym prawie stanie na niektórych obszarach niedostępnych Ameryki Południowej, Afryki i niektórych wysp Oceanii.
Zasadniczą cechą wspólnoty pierwotnej była jej stosunkowo niewielka liczebność, co pozwalało na istnienie więzi osobistej pomiędzy wszystkimi członkami grupy. Wszyscy się znali, ponieważ takie wspólnoty były niewielkie. Zmartwieniem człowieka pierwotnego było głównie zdobywanie żywności, więc wszyscy zajmowali się tym wspólnie i zgodnie ze swoimi możliwościami. Trudno mówić o jakiejkolwiek własności prywatnej, ponieważ nieliczne narzędzia służyły tylko do zdobywania pożywienia i to była ich cecha nadrzędna. Taka niezbyt kompletna teoria powstała jeszcze w XIX wieku na podstawie dość ubogich wówczas badań antropologicznych, dała ona początek pomysłowi Marksa, który taką organizację społeczną nazwał komunizmem pierwotnym. Pojęcie własności prywatnej nie istniało według Marksa ponieważ nie było wartości dodanej. Cały efekt pracy takiej wspólnoty był na bieżąco spożywany. Wspólnoty te liczyły często nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób i co ciekawe, dzisiejsze badania epoki social mediów pokazują, że do dzisiaj w zasadzie nie potrafimy na prawdę mieć więcej niż około 150 znajomych.
Punktem zwrotnym stał się rozwój rolnictwa i udomowienie zwierząt, co spowodowało nadprodukcję żywności, a w konsekwencji pojawienie się podziału klasowego i nierówności społecznych. Nazwano to rewolucją agrarną.
Jednak dzisiejsza wiedza o ludach pierwotnych pozwala na nieco inne wnioski. Już w grupie kilkudziesięciu osób kształtuje się hierarchia ważności, powstaje przywództwo dwojakiego rodzaju – materialne i duchowe. Przywództwo we wspólnocie pierwotnej jest potrzebne, ponieważ bez niego działania kilkudziesięcioosobowej społeczności zaczynają być chaotyczne i nieefektywne. Oczywiście jest pewien zakres działań, który wynika z tradycji, z wiedzy nabywanej przez kolejne pokolenia, np. dojrzewa określony gatunek owoców, wiec trzeba działania skupić na ich zbieraniu albo przez teren zamieszkania wspólnoty przechodzi coroczna migracja jakiegoś gatunku zwierząt i jest to dogodna pora na względnie łatwe polowanie. Jednak ten ostatni przykład jest również opisem sytuacji wymagającej przywództwa. Ponieważ czymś innym jest decyzja „idziemy polować”, a czym innym zorganizowanie polowania tak, aby było maksymalnie efektywne. Doskonale się to splata z istnieniem wśród ludzi tzw. osobników alfa, którzy mają z jednej strony naturalny instynkt władzy, a z drugiej – przynajmniej w tej strukturze społecznej – muszą mieć umiejętności pokierowania grupą w sposób dla niej korzystny.
I w tym momencie wspólnota pierwotna wchodzi w kolejną fazę rozwoju. Ponieważ są przywódcy, więc działanie grupy staje się coraz bardziej efektywne, to pozwala się wspólnocie rozrastać i produkować więcej żywności oraz innych dóbr, które są przydatne. Praca, która dotychczas służyła wyłącznie temu, by się najeść, zaczyna być obowiązkiem narzuconym przez przywódców, a to z kolei prowadzi do powstania wartości dodanej w rozumieniu marksowskim. Jednak nadmiarowa produkcja dóbr nie tłumaczy wcale rozwarstwienia społecznego. Przyczyną jest władza. Sprawowanie władzy w większej społeczności wymaga utworzenia grupy nadzorującej wykonywanie rozkazów, co do zasady grupa ta musi być uprzywilejowana, a ponieważ nie bierze ona udziału w tworzeniu dóbr, po raz pierwszy w dziejach ludzkości powstaje klasa „próżniacza”. Tworzenie takiej klasy staje się jednak uzasadnione, gdy weźmiemy pod uwagę, że owa wspólnota jako duża i dobrze zorganizowana staje się obiektem zazdrości innych wspólnot, przed którymi trzeba się bronić. Ludzie pomagający w sprawowaniu władzy powoli zmieniają się w klasę wojowników. Jednak równocześnie z pierwszą klasą próżniaczą pojawia się pierwsza klasa pariasów. Dlaczego? Po pierwsze wytwarzanie dóbr nadal stoi na dość niskim poziomie. Po drugie ograniczona liczebnie grupa najuboższych to z jednej strony osobnicy sprzeciwiający się władzy, a z drugiej osobnicy o ograniczonej przydatności. Większość społeczności otrzymuje czytelny sygnał – nie buntuj się, bo będziesz żył w nędzy i zwiększaj swoją przydatność, a będziesz żył lepiej.

Feudalizm, czyli drabina władzy
Czas wspólnot pierwotnych trwający tysiące lat skończył się wraz z nabyciem przez ludzi takich umiejętności praktycznych i społecznych, które spowodowały rozrost wymagający już nie tylko przywódcy, ale osobnej grupy społecznej sprawującej władzę.
Według Marksa feudalizm był ustrojem społecznym, który zapanował po epoce niewolnictwa. Jednak – moim zdaniem – trudno uważać niewolnictwo za historyczną ewolucję systemów społecznych, ponieważ w różnych epokach było ono obecne jako jeden z elementów sprawowania władzy. Gdyby używać wyłącznie metodologii marksistowskiej, to system społeczny południowych stanów USA przed wojną domową w połowie XIX wieku musielibyśmy zrównać z systemem panującym w starożytnym Egipcie. Ponadto warto pamiętać, że feudalizm na różnych kontynentach często funkcjonował równolegle z rozmaitymi formami niewolnictwa. Czasami też formy podległości pewnych grup społecznych były niewolnictwem, choć nie nosiły tej nazwy. Niewolnictwo istniało od czasów prehistorycznych i w niektórych organizacjach społecznych stało się powszechną praktyką, w innych miało charakter marginalny. Jednak istniało wszędzie i na pewnych obszarach Afryki oraz Azji istnieje do dziś. Niewolnictwo jest też jednym ze sposobów realizowania biedy jako formy przemocy służącej utrzymaniu władzy. Choć z perspektywy tysięcy lat historii wcale nie jest sposobem dominującym. Zatem na potrzeby niniejszych rozważań przyjmujemy definicję feudalizmu jako drabiny władzy, a to oznacza, że nie tylko średniowieczne państwa były feudalne, ale również takie cywilizacje jak egipska lub rzymska.
Feudalizm powstał jako forma sprawowania władzy wynikająca z niedowładu organizacyjnego ówczesnej cywilizacji. Aby wspólnoty znacznie większe od pierwotnych, oparte o podobne dialekty, religię i przynależność kulturową mogły sprawnie funkcjonować potrzebna była z jednej strony centralizacja władzy, a z drugiej sprawność sprawowania władzy na szczeblu lokalnym, nie dało się tego zrealizować w dotychczasowym dwustopniowym podziale rządzący – rządzeni. W rezultacie powstała drabina zależności oparta na stosunku wasal – suweren.
Miało to swoje dobre strony, ponieważ lokalny suweren miał pod swoimi rządami stosunkowo niewielką grupę nad którą był w stanie zapanować, sam zaś był wasalem potężniejszego suwerena, który rządził w sposób pośredni. Miało to jednak swoje wady. Utrata wasala nie oznaczała tylko utraty zarządcy, ale najczęściej całego obszaru wraz z ludźmi, którzy przechodzili pod zarząd innego suwerena. Przekonał się o tym boleśnie cesarz Henryk IV, który w konflikcie z papieżem o mało nie utracił tronu, ponieważ książęta niemieccy – jego wasale, w obliczu rzuconej przez papieża ekskomuniki, zagrozili wypowiedzeniem posłuszeństwa. Utrata jednego z wasali oznaczała wówczas utratę części cesarstwa.
Jednak pomijając ten aspekt nietrwałości władzy, system feudalny ukształtował i wzmocnił procesy, które rozpoczęły się już we wspólnotach pierwotnych. Podzielił przede wszystkim społeczeństwo na jasno wyodrębnione klasy społeczne. Na samej górze mamy do czynienia z klasą próżniaczą, którą nazywam tak dlatego, że jej zasadniczym zajęciem było utrwalanie podziałów i utrzymanie władzy. Najniższy poziom to byli ludzie z różnych powodów utrzymywani w stanie skrajnej biedy, część z nich była niewolnikami. Jeśli spojrzymy na historię pod tym kątem, to zauważymy, że przez setki lat była to stosunkowo niewielka grupa, która dla większości społeczeństwa miała stanowić przestrogę, jak i motywację do bycia przydatnym w społeczeństwie. W szerszym przekroju historycznym zobaczymy, że doprowadzanie coraz większych grup społecznych do życia w skrajnej często biedzie, było procesem trwającym setki lat i przypominało węża zjadającego swój własny ogon. Większość ludności przez wiele stuleci stanowiła ludność wiejska, zajmująca się bezpośrednio produkcją żywności. Przez cały okres średniowiecza to właśnie zajęcie było podstawowym dla ogromnej części ludzkości. Metody uprawy roli, narzędzia i wiedza były na tyle prymitywne, że wytwarzanie żywności było niezwykle ciężką pracą. Rolnik wytwarzający żywność, choć był nisko w hierarchii społecznej, cieszył się pewną autonomią i względnym dobrobytem. W Polsce do wieku siedemnastego los ludności wiejskiej nie był wcale zdominowany przez władającą krajem szlachtę. Utrzymywana w biedzie była nieliczna grupa i wciąż była ona pewnym straszakiem społecznym. Gdy w okresie późniejszym feudalne państwa ulegały wynaturzeniom, gdy został zaburzony typowy dla tego ustroju system zależności, a władza centralna stawała się coraz silniejsza i coraz bardziej wymagająca, okazało się, że nadwyżka w produkcji żywności i innych dóbr staje się niewystarczająca pomimo postępu technicznego, który rozpoczął się w epoce Oświecenia. Jednak to nie powstrzymywało rządzących i w szpony biedy wpadała coraz większa grupa ludności. Nie wystarczyło być już posłusznym poddanym, który uczciwie pracuje i dzięki temu ma środki do życia. Konsekwencją były bunty i rewolucje, zwykle przy tej okazji okazywało się, że żadne bogactwo nie jest w stanie uchronić przedstawicieli klas posiadających przed marnym losem pokonanych. Tak było choćby podczas Rewolucji Francuskiej. Dość charakterystycznym i tylko pozornie należącym do innej epoki zjawiskiem była Wielka Rewolucja Socjalistyczna w Rosji. Rosja była oczywistym reliktem przeszłości i pomimo rodzącego się kapitalizmu tkwiła głęboko w epoce feudalnej, a pazerność klas wyższych wtrącała w krańcowa biedę coraz większe grupy ludności. To musiało skończyć się zrywem rewolucyjnym, który stary porządek zmiótł z powierzchni Ziemi.

Kapitalizm, czyli jak utrzymać w nędzy miliony
System feudalny nie miał racji bytu od dawna, ale definitywnie skończył się, gdy pojawił się postęp techniczny. Nie było już uzasadnienia dla istnienia wielostopniowej drabiny władzy i łączenia tego z zamożnością i przywilejami. Państwo kapitalistyczne zorganizowane było inaczej. Klasa próżniacza, czyli sprawująca władzę stała się mniej liczna, bardziej wyspecjalizowana, a przynależność do niej nie byłą funkcją urodzenia. Państwo zatrudniało ogromna armię urzędników, względnie dobrze opłacanych i pomagających sprawować władzę, ale nie będących władzą. Zwiększyła się rola armii i policji jako czynników represji wobec ludności nieposłusznej, ale także jako czynników utrzymania porządku i osiągnięcia bezpieczeństwa zewnętrznego. Te tysiące zwyczajnych obywateli pełniących funkcję żołnierzy (często z poboru) i policjantów, to nie była władza. Nie należeli oni do wtajemniczonej w system sprawowania władzy kasty. Wykonywali polecenia otrzymując w zamian względnie przyzwoite wynagrodzenie. Ich pochodzenie społeczne było coraz mniej ważne, a ich lojalność miała dotyczyć samego państwa, bowiem ludzie sprawujący władzę niekiedy się zmieniali.
Ponieważ zmniejszyła się liczba ludności potrzebnej w procesie produkcji żywności, a za to zwiększyły się potrzeby przemysłu, doszło też do wielkich migracji. Już nie ludność wiejska była trzonem społeczeństwa.
Natomiast pojawienie się nowej klasy posiadaczy środków produkcji, znacznie liczniejszej niż wcześniej arystokracja spowodowało wzrost zapotrzebowania na bogactwo, a to brało się wciąż wyłącznie z wtrącania w biedę rzesz pracowników. W ten sposób proces, który w feudalizmie trwał kilkaset lat, w kapitalizmie zajął zaledwie kilkadziesiąt. Doskonałym przykładem nowych procesów ekonomicznych są Stany Zjednoczone. Kraj w którym nigdy nie było arystokracji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a który wytworzył własną klasę posiadaczy środków produkcji i pieniędzy. Mechanizm rozwoju kapitalizmu doskonale spuentował Jack London w „Księżycowej dolinie” z 1913 roku.

Nowy kraj, otoczony oceanami, położony we właściwej szerokości geograficznej, o żyźniejszej ziemi i bogatszych skarbach naturalnych niż jakikolwiek inny kraj na świecie, skolonizowany przez imigrantów, którzy odrzucili pęta starego świata i przyszli tu w nastroju sprzyjającym demokracji. Tylko jedna jedyna rzecz mogła im przeszkodzić w udoskonaleniu tej demokracji, którą zaczęli budować. Tą rzeczą była chciwość. Zaczęli żreć wszystko, co było na widoku – jak świnie. A gdy tak żarli, demokrację diabli wzięli.

Etyka kapitalizmu zaczęła się w XX wieku nieco zmieniać pod wpływam rosnącej groźby ze strony milionów ludzi żyjących w nieustannej i dojmującej biedzie. Jednak to dalej było za mało. W zasadzie dopiero Druga Wojna Światowa stała się wstrząsem. Dlaczego i w jakim zakresie. Otóż przez tysiące lat najlepszym sposobem na wzbogacenie się było napaść sąsiadów i zabrać im to, co mają. Tak działo się prawie od początku cywilizacji. Oczywiście było to działanie krótkowzroczne. Sąsiedzi kiedyś mogli urosnąć w siłę i się odwzajemnić, mając przy tym ideologiczną podporę rewanżu za krzywdy. Na tym tle wybuchały wszystkie wojny. Jednak ostatnia wojna światowa pokazała, że zniszczone ekonomicznie, upodlone biedą społeczeństwo gotowe będzie dać władzę nawet szaleńcom, jeśli ci obiecają dobrobyt. Oczywiście pomysł Hitlera był tylko jeden. Napaść na innych i zabrać im ich bogactwa. Jak sam kiedyś stwierdził: „nikt nie sądzi zwycięzców”. Zakładał, że to Niemcy odniosą zwycięstwo i że żadna zbrodnia nie zostanie osądzona. Stało się inaczej.

Kapitalizm dziś
Po ostatniej wojnie klasy sprawujące władzę zrozumiały, że utrzymywanie milionów ludzi w nędzy szybko doprowadzi do kolejnej wojny, a każda kolejna wojna była coraz groźniejsza ze względu na postęp technologiczny. O ile utrzymywanie w posłuszeństwie rozproszonej ludności wiejskiej w feudalizmie było stosunkowo łatwym zadaniem, o tyle kapitalizm musiał mieć duże skupiska ludzi w ośrodkach przemysłowych i trudno już było podzielić świat na klasę panów i klasę niewolników. Kolejna wojna lub rewolucja mogła zagrozić także kasie rządzącej, gdy dochodzi do okrutnych aktów przemocy, trudno ochronić nawet najbogatszych. W ten sposób kapitalizm powojenny zyskał ludzką twarz. Miliony ludzi pracujących w przemyśle usługach oraz innych niezbędnych dla utrzymania cywilizacyjnego ładu miejscach opłacano teraz tak, aby byli zadowoleni ze swojego życia. Powszechnie rozwijający się konsumpcjonizm temu właśnie służył. I znów jak kiedyś, u zarania ludzkości, bieda dotykała tylko niewielkiej grupy najbardziej buntowniczych lub nieprzydatnych społecznie osobników. Pojawiła się nowa etyka kapitalizmu. Społeczeństwo było na tyle zamożne, że mogło zapewnić godne życie także tym, którzy nie nadążali w codziennym wyścigu do dobrobytu. Szczególnie widoczne stało się to w krajach europejskich. Pewien margines biedy istniał choćby dlatego by dla większości członków społeczności być pewną przestrogą utrzymujących ludzi już nie tylko w ryzach władzy, ale także w zgodzie z etyką danego społeczeństwa.
Niestety mechanizm opisany tak bezpośrednio przez Jacka Londona znów zadziałał. Ekonomista Thomas Piketty udowadnia że w XXI wieku znów mamy do czynienia ze zjawiskiem wzrostu bogactwa nielicznej grupy ludzi, którzy mają znaczną większość wszystkich dóbr kosztem milionów pracujących ludzi, którzy maja niewiele lub zgoła nic. W błyskawicznie zmieniającym się świecie cyfrowych technologii przemysł utracił stabilność. Wcześniejsze konie pociągowe rozwoju gospodarczego takie, jak przemysł samochodowy, przestały mieć wcześniejsze znaczenie. Przemysł stracił stabilność. Jeśli w danym roku istnieje ogromna potrzeba np. dostarczenia na rynek milionów sztuk komputerów, to wcale nie oznacza, że należy na tym budować strategię biznesową na następnych dwadzieścia lat. Zmieniają się bowiem nie tylko oczekiwania konsumentów, ale też mamy do czynienia z galopującym wręcz postępem technologicznym. Gdy pojawiły się laptopy, nikt nie przewidywał, że staną się one już wkrótce dominującą konstrukcją komputera. Przecież są mniej wydajne i mniej wygodne pod wieloma względami od tradycyjnych biurkowych pecetów. Posiadacze środków produkcji i właściciele środków finansowych uznali, że całe ryzyko należy przerzucić na pracowników. Tradycyjna ścieżka kariery zawodowej obecna i doceniana w XX wieku stała się przeżytkiem. Ktoś pracujący przez 30 lat w jednej fabryce nie jest pracownikiem godnym szacunku i zasługującym na większe względy. Dziś jest symbolem nieudacznika. Oczywiście zawsze znajdzie się grupa pracowników, którzy w zmieniających się warunkach dadzą sobie doskonale radę. Będą to ci szczególnie uzdolnieni, mający intuicję i siłę przebicia. Jednak dla rozwoju społecznego potrzebna jest trwałość i stabilizacja. Tymczasem do kapitalistów łączyły państwa, które przestały już dbać o równowagę społeczną, a zamiast tego zajmują się równowagą ekonomiczną. Kryzys z roku 2008 pojawił się dlatego, że instytucje finansowe na potęgę zaczęły handlować długami, a więc czymś co niejako z założenia ma wartość ujemną. Gdy kryzys okazał swą potęgę w całej pełni – państwa, zamiast zastanawiać się nad losem społeczeństw zaczęły dofinansowywać banki, aby utrzymać fikcyjną choćby, ale równowagę. Rok 2008 z całym dramatyzmem pokazał także istnienie nowej klasy społecznej, którą Guy Standing nazwał prekariatem. Prekariusze to grupa ludzi pozbawiona stabilności życiowej i finansowej.

Prekariat nie jest jednorodny. Dziś widać wyraźniej co najmniej trzy odmiany prekariuszy. Pierwsi pochodzą z biedniejszych rodzin, z małych miejscowości, mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Druga grupa to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzecia to m.in. migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Prekariuszem nie staje się z własnej woli. Nie są prekariuszami przedstawiciele wolnych zawodów świadomie wybierający taki, a nie inny zawód i sposób zarabiania pieniędzy. Jeśli adwokat zakłada własną kancelarię prawną, to czasem może mu się wieść lepiej lub gorzej. Jednak nikt nie oczekuje od niego, że zmieni zawód, ze zamiast kancelarii prawnej otworzy zakład naprawy komputerów. Oczywiście podejmuje pewne ryzyko, jeśli go ponieść nie chce, to wybiera inną ścieżkę kariery. Prekariuszem stanie się wówczas, jeśli pomimo dobrego wykształcenia i umiejętności będzie w kolejnych firmach zatrudniany na upokarzających groszowych stażach, lub umowach tymczasowych. Jego zawodowa kariera nie będzie wówczas zależna od jego umiejętności ale często na czynnikach pozazawodowych, a przede wszystkim od tego, że duża korporacja będzie dążyła wciąż do maksymalizowania zysków i minimalizowania kosztów. Wartość obiektywna pracownika nie ma żadnego znaczenia. Pokolenie rodziców dzisiejszych prekariuszy miało swoją może niekoniecznie szybką, ale stabilną ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego oraz życiowego. Jako młodzi ludzie również nie opływali w dostatki, ale pracowali, rozwijali się, awansowali, z czynszowego mieszkania przeprowadzali się do domku z ogródkiem, kupowali lepszy samochód, nowocześniejszy sprzęt domowy i mogli zapewnić swoim dzieciom wykształcenie oraz – jak im się wydawało – lepszy start.
Przeliczyli się, bo ich wykształcone dzieci nie maja szans na podobna stabilizację. I nawet jeśli mają dobre okresy finansowe pomiędzy gorszymi albo wręcz bezrobociem, to brakuje im poczucia bezpieczeństwa. Nie dorobią się domku z ogródkiem, nie myślą często o zakładaniu rodziny, bo dla nich dziecko nie jest nowym etapem życia ale tragedią burzącą jakiekolwiek perspektywy życiowe, szczególnie w przypadku kobiet. Bogatsze kraje jakoś próbują sobie sensownie radzić systemem zasiłkowym i zmianą przepisów taką, by promowały dzietność. Jednak pogorszenie sytuacji w ciągu ostatnich dziesięciu lat widać nawet w krajach skandynawskich.
Szczególnie groźnym zjawiskiem dla rozwoju społecznego w dalszej perspektywie jest deklasacja grupy nauczycieli. Nauczyciel, który nie ma perspektyw zawodowych, skazany na tymczasowe zatrudnienie, będzie dbał o swój rozwój zawodowy tylko w takim zakresie, w jakim może to zwiększyć jego szansę na stałe zatrudnienie, a w sytuacji konieczności dokonania wyboru, jakakolwiek etyka zawodowa zawsze przegra z koniecznością przypodobania się władzy zwierzchniej. Nie tylko w Polsce zauważono bowiem, że szkolnictwo jest miejscem wielu patologii wynikających z zależności niepewnych swego zawodowego i życiowego losu nauczycieli od psychopatycznych zwierzchników. Przynależność sporej grupy pedagogów do klasy prekariatu nie jest obecnie tylko zagrożeniem, ale stała się faktem, jakiś czas temu dość głośna była sprawa wykładowcy akademickiego z USA, który był jednym z wielu zatrudnianych na umowy kontraktowe. Wyższe uczelnie w ten sposób tną koszty, oszczędzają na ubezpieczeniu zdrowotnym i emerytalnym pracowników. Wspomniany wykładowca zmarł z powodu nowotworu, ponieważ kolejne cięcia spowodowały zmniejszanie się jego dochodów, a rosnące koszty pracy związane z dojazdami do kilku uczelni, gdzie był wykładowcą, spowodowały, że nie stać go było na ubezpieczenie zdrowotne.

Dokąd zmierza kapitalizm
Dziś trudno być optymistą. Nic nie wskazuje na to, że polityka rządów się zmieni. Późny kapitalizm zaczyna powoli przypominać swoja własną wczesną wersję, gdy zasadą było płacić pracownikowi tylko tyle, by nie odszedł, a jeszcze lepiej zagłodzić go tak, by zgodził się pracować za każdą sumę. Na horyzoncie nie pojawia się żaden nowy system ekonomiczny, a rosnące warstwy społeczne bez stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, za to z poczuciem krzywdy społecznej coraz łatwiej wpadają w szpony wszelkiego rodzaju nacjonalistów, politycznych szarlatanów i wreszcie zwyczajnych wariatów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Requiem dla neandertalczyka

Od dawna zaskakuje mnie niesamowity i powszechny optymizm dotyczący losów ludzkości. Wbrew historii i teraźniejszości wydaje nam się, że ludzkość od zarania dziejów jest w stanie ciągłego doskonalenia się i rozwoju. W pewnym zakresie można to usprawiedliwić religijnością, ponieważ część ludzi święcie wierzy, że Bóg ma jakiś plan zbawienia ludzkości. Z drugiej jednak strony ten sam Bóg zesłał na Ziemię potop, a całkiem niedawno dopuścił do wymordowania milionów ludzi w obozach śmierci. Zatem boski plan zbawienia może równie dobrze zakładać fizyczną zagładę rodzaju ludzkiego.

Wykazujemy skłonność do odczuwania dziwnego spokoju ducha, że to nigdy się nie zdarzy, że sytuacja nasza jest specyficzna, że w jakiś sposób pozostajemy poza kontrolą biologiczną. Ale to nieprawda. W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, „Naga małpa”)

Gdy zaczynałem się edukować, uważano powszechnie, że znane odkrycia archeologiczne udowadniają wystarczająco teorię ewolucji, także w odniesieniu do człowieka. Spora część odkryć została przecież dokonana jeszcze w XIX wieku. Nauka w połowie następnego stulecia miała wiele dowodów na podstawie których wysnuła z gruntu fałszywą tezę. Te wszystkie archeologiczne znaleziska ochrzczone mądrymi łacińskimi nazwami, począwszy od australopithecusa, przez pithecantropusa, którego nazywano potem homo erectus, po homo neanderthalensis potocznie zwanego neandertalczykiem, traktowano jako kolejne ogniwa w łańcuchu ewolucji gatunku homo sapiens, człowieka myślącego, którym dziś jesteśmy.
W drugiej połowie XX wieku zaczęły się rozwijać takie dziedziny nauki, o których wcześniej trudno sobie było pomyśleć. Przez długi czas jednak nadal nie zdawano sobie sprawy, że np. badanie łańcuchów DNA może się przydać w poznaniu historii rodzaju ludzkiego.

Sugerując, że homo sapiens jest tylko jeszcze jednym rodzajem zwierzęcia, Karol Darwin wywołał powszechne oburzenie. Nawet dziś wielu ludzi wciąż nie chce dać temu wiary. Gdyby neandertalczycy przetrwali, to czy wciąż uważalibyśmy siebie za stworzenie jedyne w swoim rodzaju? Być może właśnie dlatego nasi przodkowie zmietli neandertalczyków z powierzchni Ziemi. Byli do nich zbyt podobni, by można było ich ignorować, ale i zbyt odmienni, by dało się ich tolerować. (Yuval Noah Harari, „Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości”)

Najpierw okazało się, że neandertalczyk żył równolegle z przodkami dzisiejszych ludzi. Potem pojawiły się kolejne odkrycia, homo floresiensis istniał na pewno jeszcze 12 tysięcy lat temu. A więc nie był przodkiem homo sapiens lecz gatunkiem równoległym. W 2010 roku odkryto homo sapiens denisova, kolejny równoległy gatunek, żyjący około 40 tysięcy lat temu.
Również 2010 roku na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej archeolodzy odnaleźli zęby neandertalczyka. To była spora niespodzianka, bo po raz pierwszy takie odkrycie pojawiło się na północ od Karpat. Ponieważ inne znalezisko – grób dziecka datowane jest na około 27 tysięcy lat, możemy przypuszczać, że i na naszych ziemiach neandertalczyk musiał konkurować z praprzodkiem dzisiejszego człowieka. Oznaczało to, że neandertalczyk był nieźle przystosowany do chłodnego klimatu (północna część dzisiejszej Polski była wtedy objęta tzw. małym zlodowaceniem), zatem cywilizacyjnie był znacznie bardziej rozwinięty niż sądzono wcześniej.
Dziś wiemy, że około 4% naszych genów dzielimy z neandertalczykami. Zatem oprócz zwalczania się i konkurencji gatunki również się mieszały. Wiemy, że niektóre gatunki da się krzyżować. Konia i osła można skrzyżować, powstają w ten sposób muły, które jednak są hybrydą bezpłodną. Różnice która są pomiędzy koniem a osłem są bowiem zbyt duże. Różnice między homo sapiens, a homo neanderthalensis aż tak duże nie były.
Być może prehistoryczne zwycięstwo naszego gatunku jest nieco przypadkowe. Nietrudno sobie wyobrazić, że to potomkowie neandertalczyków zaludnialiby świat dziś. Zapewne fizycznie byliby bardzo do nas podobni, ale trudno orzec jaki byłby świat, jaka byłaby cywilizacja. Ba, można sobie również wyobrazić świat w którym dwa konkurencyjne względem siebie gatunki ludzkie nie zyskałyby takiej przewagi, która pozwoliła niegdyś homo sapiens na wytłuczenie co do sztuki wszystkich homo neanderthalensis.
Skoro człowiek, który uważa się za rozumnego, potrafi dziś w XXI wieku napadać na innych przedstawicieli swojego gatunku z powodu innego koloru skóry, co byłoby, gdybyśmy żyli w świecie, którym musimy się dzielić nie z innymi narodami, innymi rasami, ale z całkiem innym, dorównującym nam gatunkiem?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Był sobie Rzym

W 247 roku naszej ery w Cesarstwie Rzymskim celebrowano tysiącletnie istnienie Rzymu. Mieszkańcy zapewne mogli być dumni z metropolii. Imperium osiągnęło imponujące rozmiary i swym wpływem ogarnęło ogromną część Europy, północną Afrykę i ogromne tereny Azji Mniejszej. Po pożarze miasta w czasach Nerona Rzym odbudowano jako jeszcze piękniejsze i wspanialsze miasto niż kiedykolwiek przedtem. U źródeł Cesarstwa tkwi z jednej strony kultura helleńska, która dała starożytności wspaniały rozwój literatury, rzeźby, teatru i muzyki. Z drugiej zaś strony była to polityczna idea aleksandryjska, która popchnęła Rzymian do stworzenia wielkiego imperium.
Jednak już kilkadziesiąt lat po hucznej rocznicy tysiąclecia Konstantyn Wielki przeniósł stolicę cesarstwa do Bizancjum, które wcześniej nazwał Konstantynopolem. A w 395 roku nastąþił podział cesarstwa. Odtąd cesarstwo wschodnie coraz bardziej oddalało się od pierwotnych idei, które przyświecały twórcom imperium rzymskiego. Nie bez powodu w języku bardziej przyjęła się nazwa Bizancjum, która stała się symbolem bogactwa, blichtru i nadmiernego przepychu. Ale to już całkiem inna historia.
Cesarstwo zachodnie, podzielone i osłabione przeżywało coraz to gorsze chwile. Rzym stracił status stolicy, którą przeniesiono do Mediolanu, a potem do Rawenny. Choć formalnie wciąż istniało Imperium Romanum, to część zachodnia pogrążyła się w nieuchronnym upadku. Symboliczne były kolejne najazdy hord barbarzyńców na sam Rzym. W 410 roku został zdobyty przez germańskich Wizygotów. Wkrótce potem przez Wandalów w roku 455 i choć ci ostatni stosunkowo łagodnie obeszli się z miastem, ograbiając jedynie duchowieństwo i kościoły, to właśnie kościelna tradycja zrobiła z nich najprymitywniejszych barbarzyńców, którzy tylko niszczyć potrafią. Stąd słowo wandal we wszystkich prawie językach europejskich brzmi tak samo i to samo oznacza. W 476 roku Odoaker przywódca germańskich najemników zdetronizował ostatniego cesarza i ta data stała się później symbolem ostatecznego upadku Rzymu oraz datą graniczną, wraz z którą kończy się epoka cywilizacji starożytnej, a zaczynają wieki ciemne zwane średniowieczem.
Jest w serialu „Wikingowie” szczególna scena, gdy król Wessexu Egbert mieszkający w zamku którego częścią były dawne rzymskie budowle i który posiada pewną kolekcję starych rzymskich papirusów, zastanawia się, kim byli ludzie sprzed kilkuset lat, którzy pozostawili po sobie tak wspaniałe budowle, rzeźby i co kryje się w zapisanych nieznanym językiem rękopisach.
Czy ludzie, którzy mieszkali w Rzymie w okresie panowania Teodoryka Wielkiego, króla Ostrogotów, mieli świadomość, że żyją w okresie schyłkowym? Czy zdawali sobie sprawę, że nadchodzi epoka ciemnoty i zacofania? A przecież z dzisiejszej perspektywy te oznaki wydają się oczywiste. Gdy jakiś czas później kolejny król Ostrogotów Witiges oblegał bizantyjskiego wodza Belizariusza w Rzymie, burzono akwedukty, by pozbawić oblężonych wody. Gdy wojna się skończyła nie było już nikogo, kto potrafiłby akwedukty odbudować.
Zaledwie dwa wieki po hucznie obchodzonym jubileuszu tysiącletniego Rzymu, cesarstwo zaczęło się stawać parodią wspaniałej kultury i cywilizacji, kolejne dwa stulecia były już początkiem średniowiecznej religijnej ciemnoty i technologicznego cofnięcia się o przynajmniej tysiąc lat. W historycznym dziele Hanny Malewskiej „Przemija postać świata” jedną ze sztandarowych postaci jest Kasjodor – rzymski patrycjusz, minister Teodoryka Wielkiego, który jako jeden z niewielu zdawał sobie sprawę z ostateczności upadku Rzymu jako bytu politycznego. Kasjodor założył benedyktyński klasztor w Vivarium, gdzie mnisi pod jego kierunkiem zajmowali się ratowaniem resztek rzymskiej kultury i nauki, przepisując stare rękopisy. Swoistym symbolem jego klęski na tym polu są ostatnie sceny powieści, gdy tworzy łacińskie dzieło zatytułowane „Ortografia”. Wśród tysięcy zapomnianych dzieł, rękopisów czasem zniszczonych przez nieuwagę, wzorów matematycznych, których już nikt nie rozumie, opisów technicznych już nie do wykonania, pozostaje jedynie skrawek starożytnego świata – łacińska ortografia.
Jaka była praprzyczyna upadku świata antycznego? Dlaczego hordy barbarzyńców bez trudu zniszczyły cywilizację istniejącą od ponad tysiąca lat? Dlaczego dorobek cywilizacyjny starożytności został tak skutecznie i szybko zapomniany?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musimy zapytać, jaki był stosunek rzymskiego imperium do religii. Politeistyczne wierzenia Rzymian nie przeszkadzały im w intronizowaniu nowych bóstw, gdy podbijali nowe krainy. Zamiast narzucać podbitym ludom swoją religię, powodując tym opór i bunty, Rzymianie przyjmowali kolejnych bogów do swego panteonu i budowali im świątynie. W ten sposób podbite narody stawały się częścią Rzymu, nie musiały wyzbywać się swych wierzeń, a to przyczyniało się do łatwiejszej asymilacji. W tej sytuacji nie sposób zauważyć, że nie były w ówczesnym świecie możliwe wojny religijne. Niezbyt przychylnym okiem patrzono jedynie na religię Żydów, ponieważ byłą to religia objawiona i nie uznawała istnienia innych bóstw. Natomiast wywodzące się z judaizmu chrześcijaństwo było prawie od początku w Rzymie zwalczane. Była to również religia objawiona, na dodatek bardzo fanatyczna, ponieważ pojawiła się niedawno. Gdy rozpoczęły się pierwsze prześladowania chrześcijan, żyli jeszcze niektórzy uczniowie Jezusa. Chrześcijanie nie uznawali żadnej innej religii, a na dodatek zgodnie z ich wiarą, wyznawcy wszystkich innych bóstw mieli spędzić wieczność w piekle, które zakresem cierpień i niedoli dusz przypominało starożytny grecki Tartar.
Upadek Rzymu rozpoczął się w chwili, gdy chrześcijaństwo dostąpiło równouprawnienia z innymi wierzeniami, a chwilę potem stało się religią państwową. Od tego momentu rozpoczęło się zaciekłe zwalczanie innych konkurencyjnych religii, w tym zarówno religii politeistycznych, jak i odłamów chrześcijaństwa (arianie). Niedługo trwało zanim pojawiły się spektakularne ofiary chrześcijańskiej zaciekłości w zwalczaniu wszystkiego, co w ich mniemaniu obrażało religię. Jedną z pierwszych ofiar była aleksandryjska uczona Hypatia.
Niektórzy twierdzą, że przecież mnisi w klasztorach przez lata żmudnej pracy przepisywali księgi i dla potomnych chronili dorobek starożytności. W rzeczywistości chronili ten dorobek przed ludzkością, a nie dla niej. Gdyby nie potęga reformacji, która zmiotła ówczesne przesądy katolickie i rozbiła w pył ich nielogiczność, do dziś wylewalibyśmy nocniki przez okna na głowy przechodniów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (5 votes cast)

Przemija postać świata

Hanna Malewska nadała swej powieści tytuł genialny. Symboliczny i metaforyczny, a w pewnym sensie puentujący zmiany, które zachodziły w Europie po upadku Cesarstwa Rzymskiego w 476 roku. Jednak sama powieść zachwytu już nie budzi. Można mieć zastrzeżenia nie tylko do dość chaotycznej i suchej narracji, ale także do punktu widzenia autorki, której katolickie korzenie narzuciły interpretację historii wykraczającą poza obiektywizm.

Początek naszej ery to z jednej strony nieuchronny upadek starożytności, a z drugiej zmiany dokonujące się w tyglu, zwanym Wielką Wędrówką Ludów. Bohaterami wydarzeń dziejących się w centrum upadłego cesarstwa są Goci, których dzieje zaczynają się w sąsiedztwie naszym, nad Bałtykiem. Początek tysiąclecia jest też początkiem ich wędrówki z ziem skandynawskich na nasze Pomorze. Emigrując z terenów dzisiejszej Szwecji osiedlają się w krainie, która sami nazwali Gothiskandza. Historycy i archeologowie lokują tę na poły mityczną krainę na naszym Pomorzu. Na dłużej osiedlili się w dorzeczu Wisły, w okolicach Malborka i Elbląga, gdzie już wcześniej (i później) istniało miasto portowe Truso (lub Druzo). Pozostawili po sobie cmentarzysko nazwane przez archeologów przykładem kultury wielbarskiej. Nie zagrzali jednak długo miejsca, powędrowali dalej na wschód i na południe. Podzielili się potem na Gotów wschodnich, czyli Ostrogotów i zachodnich – Wizygotów. Ostrogoci w swej wędrówce zatrzymali się nad brzegami Morza Czarnego. Wizygoci zaś stali się jednymi z najeźdźców, których odpierać musiał upadający Rzym. Osiedlili się na terenach Dacji, ponieważ Rzymu nie udało im się wówczas zdobyć. Germańskie plemiona Gotów wydawały się wówczas największym zagrożeniem dla podzielonego już cesarstwa. Cesarstwo Bizantyjskie, które obejmowało wschodnie tereny dawnego imperium, wciąż było potężne i na dodatek leżało na uboczu owych wędrówek. Bizancjum walczyło, ale także współpracowało z Ostrogotami. Wizygoci zaś skierowali się w stronę Rzymu. Gdy w Europie pojawili się Hunowie, którzy ówczesnym ludom musieli się wydawać jak szarańcza, Rzym znalazł się w tragicznym położeniu. Swoistym znakiem klęski było przyjęcie uciekających przed Hunami Wizygotów i „zatrudnienie” ich przez Rzym jako armii, która miała bronić cesarstwa. Ostrogoci wcześniej zostali podbici przez Hunów. Historycznie najazd Hunów był efemerydą. Największy ich przywódca, czyli Atylla nie stworzył nic, co by mogło trwać po jego śmierci. Rozpad państwa Atylli nie spowodował jednak dobrych skutków dla samego Rzymu. Już wkrótce cesarstwo musiało walczyć z germańskim plemieniem Wandalów, którzy w 455 roku wkroczyli nawet do Rzymu. Wbrew potocznej opinii Wandalowie, od których powstało niesławne określenie wandalizm, nie zniszczyli Rzymu. Jak na owe czasy byli nawet dość ludzcy i cywilizowani. Nie wyrżnęli w pień mieszkańców, nie zniszczyli miasta, ale za to ograbili kościoły i księży. I to Kościół dorobił im potem tak paskudną „gębę”. Wreszcie pojawił się wódz kolejnego plemienia germańskiego Odoaker i pokonując ostatniego cesarza, postawił kropkę nad i. Przestało istnieć państwo, które tak naprawdę poddało się barbarzyńcom w końcu czwartego wieku naszej ery. Wówczas zaczyna się czas Ostrogotów. Po upadku Rzymu Italię zajmuje król ostrogocki Teodoryk, który jednak chce się czuć wysłannikiem i pełnomocnikiem cesarza bizantyjskiego. Wizygoci już wcześniej opuścili Italię i powędrowali dalej, zatrzymując się na terenach dzisiejszej Hiszpanii.
W tym czasie na tereny dzisiejszej Polski przybywają Słowianie. Czy można się dziwić, że rzymskie zapiski nie mówią nic o powstających tu państwach, które istnieniu Rzymu nie zagrażały?

Starożytny świat, który był wzorem cywilizacji i kultury przestał istnieć, ale nie stało się to z dnia na dzień. Rzym przez długie lata jeszcze był wspaniałym miastem, choć niektórzy z ówczesnych dostrzegali upadek. Konsul, a jednocześnie filozof i teolog, Boecjusz przewodził spiskowi, który miał mocniej połączyć Rzym ze stolicą cesarstwa w Konstantynopolu. Nie byłoby w tym nic tak dziwnego, bo przecież sam Teodoryk uznawał się za lennika Bizancjum. Jednak, działający za jego plecami, potomkowie dawnych Rzymian nie znaleźli u niego zrozumienia. Niewątpliwie do pomysłu bezpośredniego przyłączenia się do Biznancjum, zniechęciło Teodoryka także to, że Ostrogoci byli arianami, zaś cesarz Justyn właśnie zaczął walczyć ze wszelkimi odszczepieńcami wiary chrześcijańskiej. Uratować Rzymu już się nie dało, choć póki żył Teodoryk, podtrzymywano złudzenie istnienia dawnej rzymskiej kultury. Uznany potem za świętego katolickiego minister Teodoryka i następnych władców – Kasjodor – jest swoistym symbolem syzyfowej pracy ratowania rzymskiego dorobku. Żyjący blisko sto lat patrycjusz zrobił wiele dla zachowania dorobku starożytności. Jednak nie powstrzymało to upadku. Rzym drugiej połowy pierwszego tysiąclecia, to nie był nowy Rzym, nowa wartość, to było upadłe i skarlałe wieczne miasto w którym panowało barbarzyństwo i ciemnota. Rosnące w siłę chrześcijaństwo, nieomal od samego początku skłócone, podzielone i pełnie nienawiści do tego, co właśnie zostało zniszczone i zdeptane nie było wcale czynnikiem kulturotwórczym. Nastała era barbarzyńska. Ludzkość cofnęła się o tysiąc lat, straciła dorobek medycyny, astronomii i matematyki, a potem za sprawą restrykcyjnej religii także filozofii i sztuki.

Warto jednak przypomnieć te zamierzchłe dzieje, bo dziś Europa znów znajduje się w obliczu upadku. Paradoksalnie również i tym razem impulsem upadku jest swoista wersja wędrówki ludów. Jednak to nie uchodźcy zagrażają Europie. Zagraża jej współczesne barbarzyństwo Europejczyków. Budzące się nacjonalizmy, wrogość wobec tych, którzy mają inny kolor skóry, inny język, obyczaje lub religię. I nieważne skąd pochodzą, nie są „swoi”. W Polsce nawołuje się do nienawiści wobec Ukraińców żyjących po sąsiedzku, do Żydów, których praktycznie już nie ma, do rasizmu w stosunku do ludzi o ciemniejszej karnacji… W Anglii wrogiem, którego trzeba zabić, może stać się Polak. On też jest tam inny. Ksenofobia, rasizm, nienawiść. Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach? O ile wieków się cofniemy?

Hanna Malewska pisała w liście do siostry o tej powieści, że opisuje dzieje Ostrogotów w Italii, narodziny benedyktynów, Kasjodora ratującego szczątki kultury, ambicje niewczesne Justyniana, ruinę dzieł czysto ludzkich – dwie szachownice, ludzka i Boża, i bardzo różne na nich sukcesy i porażki.
Autorka patrzyła z katolickiej perspektywy. Nadała ogromne znaczenie postaci Kasjodora i Benedykta z Nursji, jako prekursorom nowego ładu w Europie, tymczasem ten pierwszy upadkowi zapobiec nie mógł, prekursorem nie był, a drugi symbolicznie do upadku starożytności się przyczynił. Nowy ład był ładem barbarzyńskim. Jednak nawet szlachetne idee nie usprawiedliwiają kiepskiej książki.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)