Pójść po rozum do głowy

Każdy z nas w jakimś momencie swego życia dał się nabrać. Jedni zainwestowali w Amber Gold. Inni zgodzili się na zmianę umowy na telefon, jak się potem okazało wcale nie z Telekomunikacji Polskiej. Nawet ostatnio przy zjednoczeniu całej firmy pod nazwą Orange, naciągacze z rozmaitych firm mieli złote żniwa. Kilka dni temu czytałem o kobiecie, której obiecano Neostradę w miejscu, gdzie istniał osławiony BMT (brak możliwości technicznych). Miliony ludzi grywa w rozmaite loterie, kupuje zdrapki, szuka wyjątkowych promocji i oczywiście chce dostać jak najwięcej, wydając jak najmniej.
Był świetny dowcip z czasów przedwojennych, który doskonale obrazuje właściwości naszej psychiki. Pozwolę sobie przytoczyć go w całości, jako że pewnie książka Horacego Safrina będzie dziś raczej niedostępna.
Do wagonu trzeciej klasy wpada w ostatniej chwili młody człowiek i siada na przeciw starszego pana w chałacie i jarmułce. Żyd siedzi z filozoficznym spokoju i wyjmuje co jakiś czas ze słoika śledziowe łby i ssie je.
Młodzieniec zdziwiony pyta:
– A po co pan tak te łby cmoka?
– Bo one proszę pana mają niezwykłe właściwości – odpowiada Żyd.
– Jakież to właściwości – dziwi się młody człowiek.
– Oj, aż trudno wszystkie wymienić – mówi Żyd – przede wszystkim doskonale wpływają na inteligencję oraz zwiększają powodzenie u kobiet…
Panie – zapalił się młodzieniec – sprzedaj mi pan ten słoik.
W wyniku targów w końcu kupił słoik łbów od śledzi za 5 zł. Siedzi, słoik wziął w jedną rękę, a drugą wyciągną rybi łeb i zaczął go ssać.
Tfu – wrzeszczy po chwili – o ja głupi, toż za 5 złotych to ja bym miał cztery kilo śledzi.
Widzi pan – odpowiada Żyd – już działa.

Jeśli daliśmy się choć raz w życiu nabrać na super atrakcyjną ofertę, na gadżet, który nie działa, na towar, który jest oszustwem, to wiemy, że takie doświadczenie jest tym łbem od śledzia. Zwykle za późno, ale przychodzi do naszej głowy rozsądek i puka cichutko -puk! puk!
Niestety nie wszyscy słyszą to pukanie. Charakterystyczna pod tym względem jest grupa zwana audiofilami. Znalazłem w sieci świetną stronkę pokazującą, co można sprzedać głupim i majętnym ludziom.

Demagnetyzer płyt CD i DVD

Demagnetyzer płyt CD i DVD


W czasie pewnej dyskusji dystrybutor gadżetów audio stwierdził: „kupują u mnie ludzie z najwyższych sfer – lekarze, prawnicy, aktorzy, politycy – ludzie z pierwszych stron gazet. Ich pozycja jest już dowodem, że nie są byle kim.” No cóż, nawet bycie celebrytą nie gwarantuje otrzymania szczepionki na głupotę. Kretynów na bardzo wysokich stanowiskach jest sporo, a gadżety z grupy Audio Voodoo tylko ich naiwność potwierdzają. Można sobie oczywiście wierzyć w to, ze demagnetyzowana plastikowa płytka DVD pokaże film w lepszej jakości. Jednak taka wiara powinna dyskwalifikować z większości poważnych stanowisk w polityce, biznesie, a już na pewno w medycynie.
Dla poprawy własnego Ego

Dla poprawy własnego Ego


Kupno takich audiofilskich bezpieczników zapewne może podnieść na wyższy poziom… własne Ego, szczególnie jeśli będą wykonane ze złota. Tak, to wcale nie jest żart. Gorzej, że niektórzy producenci sprzetów audio z najwyższej półki w ogóle nie przewidzieli bezpieczników w swoich produktach. To dopiero trauma dla biednego audiofila. Jeśli chcecie sobie poczytać i zobaczyć, jakie cudowne czarodziejskie gadżety są sprzedawane audiofilom i za jakie pieniądze, to wystarczy kliknąć na obrazek i zostaniecie przeniesieni na oryginalną stronę. Podczas lektury zapewne dojdziecie do wniosku, że klienci Amber Gold to i tak jest intelektualna elita w porównaniu z zamożnymi audiofilami.
Oni przynajmniej przejrzeli na oczy, zaś audiofile brną w tym swoim świecie urojeń, dalej i dalej.
Jakoś tak skojarzyła mi się w temacie fraszka Sztaudyngera:
Nie to cię hańbi, żeś upadł i zbrukał się błotem,
ale to, że leżąc, nie chcesz wstać z powrotem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.4/10 (5 votes cast)

Jak napisać recenzję audio?

Przeczytałem na audiofilskim forum wiele negatywnych opinii o kablach firmy Klotz. Być może są nie dość audiofilskie. Przytoczę niektóre z opinii w oryginalnej formie:
1. Potwierdzam z całą stanowczością złe opinie o kablu Klotz LaGrange
2. Jednakże rzeczony Klotz LaGrange/AC110 na interkonekt się nie nadaje
3. ja swoje koltze sprzedalem a mialem 2 pary jak sie ciesze
4. Klotz A110 (dawny LaGrange) na prawę zaczął grać tragicznie
5. Klotz to porazka, gorszego IC nie slyszalem.
6. a Klotza oddam za piwo tak IC jak i głośnikowy
7. To co się stało po wpięciu IC w mój system kompletnie mnie zwaliło z nóg, w negatywnym sensie.

Te opinie w paradoksalny sposób zachęciły mnie do kupienia rzeczonego kabla. Pomyślałem sobie, że jest to jakiś sposób na to by wreszcie usłyszeć jakieś zmiany po wpięciu kabla. Skoro wszyscy słyszą, że dźwięk staje się wręcz tragiczny, to i ja może usłyszę choć lekkie pogorszenie – pomyślałem sobie i kupiłem.
Wizualnie kabel mi się spodobał.

To tzw. interkonekt.

To tzw. interkonekt.

Kabel łączący wzmacniacz i źródło.

Kabel łączący wzmacniacz i źródło.


Jest dość sztywny i gruby, ale bez przesady – jest giętki, po wpięciu nie będzie przesuwał wzmacniacza.
Masywne ładne wtyki

Masywne ładne wtyki

Audiofilski wygląd

Audiofilski wygląd

Wtyki są ważne.

Wtyki są ważne.

Tył wzmacniacza

Tył wzmacniacza


Wtyki są wykonane solidnie, doskonale trzymają się w gniazdach, a jednocześnie łatwo je wpiąć i potem rozłączyć. Mają ładny wygląd i doskonale pasują do sprzętu. Biorąc pod uwagę cenę i fakt, ze kabla połączeniowego potrzebowałem i tak, to zrobiłem doskonały wybór.
AC110

AC110


Pora zatem na porządną recenzję. Sprawdzę przy okazji, czy potrafię napisać tak barwnie i poetycko jak redaktorzy niektórych audiofilskich pisemek.

Kablem Klotz połączyłem gramofon ze wzmacniaczem, a dokładniej przedwzmacniacz gramofonowy ze wzmacniaczem, wcześniej był połączony długim kablem „no name”, który był za długi i plątał mi się niepotrzebnie pomiędzy kablami zasilającymi na podłodze.
Włączyłem wzmacniacz i pozwoliłem mu trochę pograć, aby się „rozgrzał” do testowania kabla. Włączyłem gramofon i postanowiłem posłuchać kilku swoich ulubionych winyli, które dobrze znam i doskonale wiem, jakie dźwięki w różnych konfiguracjach sprzętowych z nich dobiegały. Na pierwszy ogień poszła płyta Suzanne Vega „Solitude standing”. Już pierwszy utwór śpiewany a capella, pokazał diametralne zmiany. Głos wokalistki wcześniej raczej cichy i jakby zawstydzony, teraz nagle pojawił się namacalnie na środku sceny. Poczułem się jakby Suzanne tu była i śpiewała tylko dla mnie. Nie powiem starym zwyczajem recenzentów, że żona z kuchni też usłyszała zmiany, bo szczęśliwie jestem rozwiedziony, ale rozmawiałem przez Skype z córką i ona z odległości paru tysięcy kilometrów usłyszała i mówi: „coś chyba zmieniłeś w swoim sprzęcie”.
Kolejna płyta, którą wziąłem do testów to Eric Clapton i jego słynny album „Unplugged”. Uwielbiam wspaniałe i naturalne dźwięki gitar na tej płycie. Ale dotychczas brakowało mi takiej prawdziwej koncertowej atmosfery. Tym razem zdumiałem się. Oto nagle znalazłem się pośrodku sali koncertowej, gdzie żywiołowo brzmiały wokół oklaski publiczności, a Clapton zaczął grać tuż niedaleko w sposób nieledwie rzeczywisty. Dźwięki oderwały się od głośników i stworzyły niewiarygodnie autentyczną holograficzną scenę muzyczną. Aż sąsiadka zza ściany zapukała i spytała co tak pięknie gra. Przerwałem testowanie na jakąś godzinkę. 😉
Kolejna płyta to stary dobry rock w wykonaniu Wishbone Ash. Mam taką koncertową składankę „Live Dates”. Nie, to tak bez związku z poprzednim fragmentem. Jednak ta płyta pełna jest mocnych i dynamicznych utworów, więc doskonale nadaje się do oceny zarówno sceny, jak i pasma dźwięku. Włączyłem utwór „Phoenix” zaczynający się taką wibrującą gitarą basową, potem włącza się mocnym uderzeniem perkusja. To zabrzmiało! Bas był szybki i świetnie kontrolowany, autentyczny. A jednocześnie gdy rozpoczęła się delikatna linia melodyczna i wokal, zabrzmiało to w pełni rozdzielczo i klarownie. Nigdy wcześniej nie miałem takiego wrażenia, że wysokie dźwięki są tak precyzyjne i dokładne. Rozdzielczość sceny stanęła na najwyższym poziomie. Tym razem aż zainteresowali się sąsiedzi z dołu. Zaczęli rytmicznie stukać szczotką w sufit. Chyba tez im się spodobało.
Kable Klotz AC110 to najwyższej klasy w swojej cenie interkonekt, który z całą powagą mogę polecić wszystkim szukających sposobu na zdecydowaną zmianę brzmienia swoich zbyt neutralnych i przez to nijakich zestawów muzycznych. Podłączycie kable Klotz AC110 i zanurzycie się w oceanie wspaniałych prawdziwych i fascynująco naturalnych dźwięków.

A serio? Rozczarowałem się. Po wpięciu tego kabla nic się nie zmieniło i tak samo nie gra ten, jak i wszystkie droższe oraz tańsze zamienniki. Jeżeli ktoś miał wrażenie, że nagle oto zmieniłem się w „złotouchego nietoperza”, to niestety. Chciałem tylko sparodiować poetyckie opisy kabli w audiofilskich czasopismach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (6 votes cast)

Najwyższy stopień wtajemniczenia

Prawdziwy audiofil to bogaty audiofil. Nigdy nie będzie audiofilem ktoś, komu żal marnych parę tysięcy na kolejny kabel głośnikowy, zasilający, na audiofilski złoty bezpiecznik lub kondycjoner. Niedowiarków, którzy upierają się, że kable mają tak minimalny wpływ na dźwięk, że jest to poza granicą percepcji, nazwie głuchymi i zarzuci im, że mają śmieciowy sprzęt. Wiara w tzw. audio voodoo jest mocniejsza niż wizje zakonnicy Faustyny.
Nie zamierzam się naśmiewać z rozmaitych cudownych urządzeń, w które wierzą audiofile, bo znalazłem stronę, która robi to doskonale.

Czarodziejskie kamyki na kable

Czarodziejskie kamyki na kable


Chcecie poczytać więcej, kliknijcie na zdjęcie owych magicznych kamyczków po blisko 80 zielonych. Na stronie AudioVoodoo można znaleźć dziesiątki przykładów, jak można robić dobry biznes wykorzystując ludzką ignorancję i wiarę w cuda.
Często zdarza się, że im większe bzdety pisze producent jakiegoś gadżetu, tym więcej znajduje obrońców, którzy twierdzą, że bez wypróbowania i doświadczeń to nie wolno krytykować, bo może jednak to „coś” działa.
Gdybym sprzedawał „magiczny piasek” i stwierdził, że po dosypaniu go do baku, można już jeździć na wodę, to chyba nie znalazłby się taki idiota, który uważałby, że najpierw trzeba to sprawdzić, żeby móc krytykować. Jednak magiczne płytki Holfi znajdują obrońców, którzy niczym krzyżowcy gotowi są zabijać dla swej idei.
Ostatnio jednak trafiłem na dyskusję, w której nawet najzacieklejsi obrońcy cudownych gadżetów zwątpili. Pewna firma wprowadziła do sprzedaży nowy kondycjoner. Niezorientowanym wyjaśnię, ze ma to w teorii być takie urządzenie, które poprawi jakość prądu z gniazdka, przez co basy będą bardziej basiły, soprany sopraniły, a scena będzie holograficzna i 3D.
Za takie cudo warto dać każde pieniądze, więc firma owa za kondycjoner zażądała 6 tysięcy dolarów. Urządzenie jest aluminiową skrzyneczką, gustownie zbudowaną. Z przodu znajduje się ładny wychyłowy wskaźnik napięcia, czyli woltomierz, a z tyłu osiem gniazdek. Jednak prawdziwy szok można przeżyć dopiero jak się zajrzy do środka.
Magiczne zwoje magicznego kabla

Magiczne zwoje magicznego kabla


Próżno będziemy wypatrywać tam jakichś kondensatorów,warystorów, dławików… Nie ma nic prócz zwiniętego przewodu. Trzeba przyznać, że producent tego gadgetu sięgnął szczytu, tyle że jest to chyba szczyt bezczelności. Pomyślałem sobie, że chyba należałoby zrobić konkurs i na koniec roku ogłaszać Ten Top Of Audio Voodoo. Byłaby beczka śmiechu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)

Akustyka, kable i stara szafa

Interesując się dziedziną potocznie zwaną audio, zaglądam często na duże forum skupiające tzw. audiofilów, czyli Audiostereo.pl. Tak to już jest, że wśród ogromnej populacji spora większość nie przywiązuje wagi do strony technicznej słuchanej muzyki. Z jednakową radością pójdą na koncert, wysłuchają swego ulubionego wykonawcy na głośniczkach komputerowych lub przenośnym odtwarzaczu. Nieliczna zaś mniejszość ma duże wymagania w stosunku do źródła odtwarzanej muzyki. Czasami do tego stopnia, że słuchają tylko muzyki dobrze zrealizowanej technicznie i w zasadzie cały artyzm oraz emocje związane z przeżyciami artystycznymi giną w technicznych szczegółach.
Audiofilskie dyskusje często toczone są na pograniczu choroby umysłowej i szczególnej niby-technicznej religii. Oczywiście każdy audiofil marzy o jak najlepszym sprzęcie grającym i podejmuje wiele działań w tym kierunku. Na forum jest sporo ludzi z takim pozytywnym fiołem. Są miłośnicy DIY (do it yourself), którzy nie bez racji uważają, że wiele konstrukcji, które kosztują nieraz dziesiątki tysięcy złotych można samemu wykonać w porównywalnej jakości za znacznie mniejsze pieniądze.
Są miłośnicy dźwięku lampowego – sam się do nich zaliczam. Są specjaliści od akustyki, którzy dobrze wiedzą, jak przygotować idealny pokój do odsłuchów, choć często oznacza to zmiany na tyle nieestetyczne, iż żonaci audiofile mają poważne problemy domowe.
Jest też grupa właścicieli najwyższej klasy urządzeń, potocznie noszących nazwę hi-end. Kupują oni przewody i kable w wyższych cenach niż reszta wzmacniacze. Wielu z pozostałych chciałoby dostąpić tej audio nirwany, tego boskiego wiatru w uszach, a więc emocjonują się srebrnymi kablami, kablami maczanymi w ciekłym azocie, kablami w teflonie o specjalnie ukształtowanej strukturze przepływu w kabinach kriogenicznych.
To z kolei daje podstawę istnienia sporej grupie, tak zwanej branży, która zajmuje się głównie sprzedawaniem akcesoriów z pogranicza magii i oszustwa.
Wbrew czarnowidztwu niektórych Polska nie jest Chinami Europy i miejscem, w którym produkuje się wyłącznie najprostsze przedmioty, które nie wymagają żadnej myśli technicznej. W interesującej nas dziedzinie też znaleźć można niezła perełkę.

Z lotu ptaka

Z lotu ptaka


Reportaż z tego dziwnego miejsca znalazłem w miesięczniku Hi-Fi z kwietnia tego roku. Wygląda to jak tajne budynki NASA w Roswell. A jest to zbudowane z zastosowaniem najnowszych technologii i bardzo starych zasad akustyki polskie studio nagrań*.
Alwernia Studios

Alwernia Studios


Szukających opisu pozwolę sobie odesłać do wspomnianego już miesięcznika, a pozostałym tylko wspomnę, że nowoczesna technika może zdziałać cuda, ale tylko w oparciu o solidne podstawy naukowe i logiczne.
Nie bez powodu o tym piszę, bowiem wiara w kable, które zmniejszą (zwiększą) ilość basu (sopranów) w sposób diametralny i magiczne płytki podkładane pod transformatory lub kolumny głośnikowe, które z kolei poprawią stereofonię i nadadzą lekkości dźwiękowi oraz inne wynalazki z tego zakresu plasują się na tym samym poziomie co wiara w zamach smoleński i ogólnoświatowy spisek przeciw Polsce.
Przejście fali dźwiękowej do gęstego ośrodka

Przejście fali dźwiękowej do gęstego ośrodka


Zasad akustyki nie można lekceważyć, jeśli się myśli o naprawdę dobrym dźwięku. Dotyczy to zarówno budowy zestawów głośnikowych, jak i późniejszego ich ustawienia w pokoju oraz ewentualnego wpływu odbić, tworzących się fal stojących oraz mebli i dodatków w rodzaju kolców lub podkładek z granitu. Z reguły dobry dźwięk jest wypadkową bardzo wielu czynników, a akustyka ma w tym dużo większy udział niż srebrne interconnecty.
A stara szafa? Czyżbym chciał tylko wypozycjonować się kosztem znanej powieści C.S. Lewisa? Otóż, gdy zaczynałem swą przygodę z audio, okazało się, że kapryśna pani akustyka nie pozwoliła mi zastosować najwygodniejszego wówczas ustawienia mebli i sprzętu (czyli kolumny na dłuższej ścianie pokoju). Dźwięk był fatalny, na niektórych częstotliwościach robiła się fala stojąca i z pokorą musiałem pomyśleć o przemeblowaniu. Przemeblowanie w końcu okazało się diametralne, ponieważ stara sosnowa szafa radośnie buczała sobie wraz z kolumnami na poziomie około 60Hz, wesoło przy tym trzaskając drzwiami. Problemy ze zbyt akustycznie podatnymi sosnowymi meblami skończyły się zmianą mebli w pokoju.
Ciekawe, czy srebrne kable za 7 tysięcy euro by też pomogły? 😉

* Jak słusznie mi zwrócono uwagę jest to studio filmowe i nagraniowe, zatem umieszczam sprostowanie (przyp. autora)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 4.0/10 (3 votes cast)

Rozterki głuchego audiofila

W zasadzie nazwanie mnie audiofilem to taka sama przesada, jak nazwania Fiata 126p samochodem. Po prostu lubię słuchać muzyki w możliwie dobrej jakości i w możliwie dobrych warunkach. Prawdziwy audiofil słucha realizacji, brzmień, sybilantów i transjentów. Jednak tytuł mi się spodobał, wiec tak już zostawiłem.
Gdy w maju wróciłem z Barcelony – jak zwykle – dokuczał mi szum w uszach. Taką już mam przypadłość związaną z lataniem. Zwykle ten szum mija po najdalej dwóch dniach. Jednak tym razem wcale nie chciał odpuścić. Co gorsza po kilku dniach zamiast szumu poczułem się jak by mi ktoś waty w uszy napchał, a do tego w prawym uchu słyszałem ciągły denerwujący wirtualny pisk. Wirtualny, bo według mojego rozeznania był powyżej zakresu jaki moje uszy mogą usłyszeć. Najwyższa była już pora by udać się do doktora – ha! cóż za rymy.
Do laryngologa dostać się jednak nie sposób bez skierowania od lekarza tzw braku kontaktu, tfu – pierwszego kontaktu. W recepcji powitały mnie dwa ogromne cerbery powiadamiające mnie, że pan doktor to na urlop się wybiera i mogą mnie zarejestrować dopiero po. Na co odrzekłem, że mi to nie przeszkadza, jeśli moje dolegliwości zabierze wraz z sobą. Skierowanie dostałem, co zawdzięczam bardziej determinacji niż utrudnionemu dialogowi z doktorskimi cerberami.
Ale to dopiero początek, bo okazało się iż nie ma mowy o wizycie u żadnego laryngologa zaraz. Terminy podawano mi od dwóch tygodni do miesiąca. Za miesiąc to od tego ciągłego brzęczenia zastrzeliłbym zapewne prezesa NFZ. Wobec tego znalazłem panią doktor przyjmującą w tym samym miejscu prywatnie. Zapłaciłem marne trzy dychy, ale warto było.
Zrobiono mi komputerowe badanie, z którego wynikało, że lewe ucho to jakoś tam jeszcze reaguje, ale prawe to pożal się boże i na dodatek pani doktor nie była przesadnie optymistyczna.
Czas na małą dygresję. Jestem zdecydowanym zwolennikiem częściowej odpłatności za podstawowe świadczenia medyczne. Jest tak w wielu krajach i nie jest to głupie. W ten sposób zlikwiduje się kolejki i oczekiwanie na w sumie dość prostą wizytę, nikt bez faktycznej potrzeby pieniędzy wydawać nie będzie. A tak za każdym razem, gdy muszę iść do lekarza widzę tam to samo grono szacownych emerytek, które sobie tam magiel towarzyski urządziły.
Przez pierwszy tydzień nie było łatwo, w uszach szum zmieszany z piskiem, który znikał tylko wtedy, gdy spałem. Gdy ktoś do mnie dzwonił zawsze usiłowałem słuchać „nieczynnym” prawym uchem z przyzwyczajenia. Szlag mnie trafiał też na myśl, że ten cały sprzęt audio to psu na budę się przyda, jeśli się nie poprawi.
Na szczęście wreszcie zacząłem odzyskiwać słuch w prawym uchu. Odkryłem to całkiem przypadkiem. Na czas choroby podłączyłem sobie do wzmacniacza komputer i słuchałem tzw. muzyki relaksacyjnej, która uspokajała nieco moje skołatane nerwy. Pewnego dnia odkryłem, że gra tylko jedna kolumna, ponieważ niedokładnie podłączyłem jeden wtyk RCA. To już było coś. Podczas kolejnych dni było na szczęście coraz lepiej. Zniknął uporczywy pisk, a szum zaczął się zmniejszać.
Niedawno byłem na wizycie kontrolnej – już w ramach NFZ – i audiogram wykazał, że słuch wrócił do akceptowalnego poziomu. Co prawda charakterystyka słyszanych dźwięków wydaje mi się dziwna, bo słabiej słyszę dźwięki gdzieś od 3 do 6 kHz, a potem następuje zwiększenie słyszalności.
Czas zabijałem sobie czytaniem dość znanego forum Audiostereo i zazdroszczeniem jak doskonały słuch mają niektórzy tam piszący. Kochani, nietoperz przy takim audiofilu to jest cienki bolek. Wciągnęła mnie dyskusja o magicznych płytkach Holfi. Okazuje się, że takie płytki podkłada się pod kolumny głośnikowe, pod wzmacniacze i odtwarzacze, a one porządkują dźwięk, poprawiają stereofonię i detaliczność sceny dźwiękowej. Czyż to nie wspaniałe? Za jedyne 110 zł taka poprawa dźwięku? Tak po prawdzie to drożej, bo tych płytek trzeba kupić kilka. Dyskusja rozwinęła się bardzo gorąca. Niektórzy dość logicznie nawet udowadniali, że działanie tych płytek to tzw. audio voodoo i opiera się na autosugestii. Na drugi dzień z bardzo rozwiniętego wątku zrobiło się raptem kilka stron, a większość uczestników – wierzących w siłę magicznych płytek Holfi, cedeków rozmagnesowujących czytniki optyczne i grających kabli sieciowych – dyskutowała sama ze sobą lub odpowiadała nieistniejącym uczestnikom dyskusji. Moderatorzy zrobili porządek. Ach gdyby nasz Prezes Jarosław miał taką możliwość. To by dopiero była zabawa. Cały sejm by zbanował i pół internetu.

Oryginalna wersja płytki Holfi

Oryginalna wersja płytki Holfi


Czeka mnie jeszcze miesiąc kuracji z nadzieją, że mój słuch jeszcze nieco się poprawi. Jednak cudów nie ma w pewnym wieku zaczynamy słyszeć gorzej. Pamiętam, że zaczynając pracę w szkole badałem swój słuch generatorem dźwięków i percepcję wysokich tonów miałem niezłą – sięgała nieco ponad 18 kHz. Większość ludzi około pięćdziesiątego roku życia słyszy już zaledwie do 10 – 14 kHz. Gdy zainteresowałem się sprzętem hi-fi, sprawdzałem z czystej ciekawości, jakie są różnice pomiędzy plikami mp3 a oryginalną płytą audio i jakie niuanse jestem w stanie wychwycić.
Magiczny CD Densena

Magiczny CD Densena


Niestety nigdy już zapewne nie usłyszę jak bardzo pomaga zdemagnetyzowanie lasera w czytniku za pomocą magicznej płytki Densena. Prawdopodobnie za pomocą spreparowanych dźwięków rozmagnesowują też miedziane kable głosnikowe i porządkują w nich elektrony. Fascynujące.
Magiczne kable z magiczną ceną

Magiczne kable z magiczną ceną


Nie usłyszę też rewolucyjnej zmiany, jaką w neutralnym systemie wprowadzą naprawdę doskonałe kable, które przewodzą z szybkością 87% prędkości światła i w sposób absolutny i niewiarygodny porządkują scenę.
O bogowie! Właśnie przyszła mi do głowy myśl straszna i obrazoburcza. A jak by tak wydać te dodatkowe sześć tysięcy nie na kable, ale na dużo lepsze zestawy głośnikowe? A kablem zwyczajnie złoić skórę szarlatanom?
Ech, nigdy już nie będę audiofilem…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 4.5/10 (2 votes cast)

Tajemnicze światło lampy

Pamiętam pewną rozmowę, która miała miejsce wtedy, gdy walił się PRL i nadchodziło „nowe”. Wielu z nas wydawało się, że to „nowe” oznacza import pięknych i tandetnych produktów z dalekiego wschodu, sprzedawanych jednak często pod markami znanymi od wielu lat w Europie. Z niedalekiej, a jakże wówczas dalekiej Danii przyjechał Tadeusz i przekonywał mnie i znajomego elektronika, że przyszłość należy do wzmacniaczy lampowych.

Wzmacniacze lampowe są piękne.

Wzmacniacze lampowe są piękne.


Wydawało mi się to kompletnie nieprawdopodobne, bo oprócz zalewu tandety plastikowej, zaczęły się też pojawiać doskonałe wzmacniacze Pioneera, Technicsa, Kenwooda. Jednak wszystkie były na tranzystorach i bardzo nowoczesne, a lampa kojarzyła się raczej ze starociami. Gdyby nasz znajomy wówczas zajął się produkcją – a był utalentowanym człowiekiem – dziś byłby w zupełnie innym miejscu, niż jest.
Urzekają kształtem i konstrukcją.

Urzekają kształtem i konstrukcją.


Potem przyszły lata transformacji i rozmaite problemy spowodowały, że nie tylko zapomniałem o swoich zainteresowaniach audio, ale też przez lata nie miałem niczego poza komputerowymi głośniczkami. Na nowo odkryłem swe dawne hobby dopiero niedawno. Przekonałem się też, że wzmacniacze lampowe wśród sprzętu wyższej klasy mają trwałą i mocną pozycję.
Przeważnie lampy stanowią ozdobę.

Przeważnie lampy stanowią ozdobę.


Jak bardzo urzekają konstrukcje lampowe można zobaczyć na zdjęciach. Niektóre mają kształt prostopadłościanów i lampy schowane są pod ozdobnymi maskownicami. Jednak przeważnie lampy traktowane są jako element ozdobny i widoczne są na wierzchu.
Lampy KT66 to klasyka.

Lampy KT66 to klasyka.


Do klasyki lampowej należą znane od lat trzydziestych lampy KT66. Pierwsze konstrukcje budowane były przez takie firmy jak Quad i Leak. jeszcze przed wojną. Oczywiście wtedy były to wzmacniacze monofoniczne. Od pięćdziesięciu lat jedną z najstarszych znanych wytwórni najlepszych lamp tego typu jest chińska fabryka Shuguang. Te lampy można kupić już za 100 zł (za sztukę), ale te najlepsze są trzy lub cztery razy droższe. Nic dziwnego, bo to bardzo dobra lampa dająca stosunkowo dużą moc przy niewielkich zniekształceniach i znana z pięknego brzmienia.
Wzmacniacz z lampami KT66

Wzmacniacz z lampami KT66


Niedawno stałem się właścicielem takiego wzmacniacza. Jak większość został wyprodukowany na dalekim wschodzie, co jednak nie oznacza nic złego, bo stamtąd pochodzą też wzmacniacze drogich marek takich jak Vincent lub McIntosh. Mój został wykonany przez manufakturę Yarland i nie wdając się w nadmiernie poetyckie audiofilskie pustosłowie, stwierdzić muszę, że gra pięknie.
Wzmacniacz w całej okazałości

Wzmacniacz w całej okazałości


Dziś wiem, że mój przyjaciel Tadeusz miał rację, a to „nowe” w technice audio okazało się sięgnięciem po najlepsze wzory sprzed wielu lat.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 1.0/10 (1 vote cast)

Pink Florid

Jakiś czas temu w serwisie aukcyjnym znalazłem odgrody, czyli open baffle. Z powodu niewielkiej ceny kupiłem je z zamiarem wykorzystania do doświadczeń z głośnikami sprzed ponad pięćdziesięciu lat niemieckiej firmy Saba. Poszukiwanie dobrego dźwięku, gdy nie ma się platynowej karty Visa, wymaga zaangażowania własnych rąk do pracy i wielu prób.
Kupione odgrody wykonane były w stylu „warsztatowym” i w swej oryginalnej postaci tam najbardziej by się nadawały. Zastanawiałem się, co z nimi zrobić. Wyrzucić szkoda, sprzedać się raczej nie da, więc może przeróbka?
Trzeba wiedzieć, że obudowy otwarte, czyli open baffle, zwane też odgrodami mają zalety niedostępne dla większości konstrukcji sprzedawanych w sklepach. Zaletą tą jest piękna i bardzo precyzyjna wirtualna scena muzyczna. Słuchając muzyki, mamy wrażenie, że siedzimy tuż przed wykonawcami, a scena jest tak szeroka, jak była w rzeczywistości, nawet jeśli nasz pokój ma niewielkie rozmiary. Nie słychać głośników, słychać muzykę. Ponieważ odgrody promieniują swobodnie także do tyłu, mamy do czynienia z dużą ilością naturalnych i nieukierunkowanych odbić fal dźwiękowych, a dzięki temu akustyka pomieszczenia nie ma tak ogromnej roli, jak w przypadku zwykłych zestawów głośnikowych. Twórcy znanych Emerald Physics w opisie stwierdzili górnolotnie” zlikwidowaliśmy pokój (pomieszczenie)”. Troels Gravesen znany duński konstruktor o tego typu obudowach powiedział, że „zabierają pokój ze sobą”.
Jednak w przypadku użycia głośników szerokopasmowych, zwykle występuje problem z brakiem niskich tonów. Pięknie zabrzmi kwartet smyczkowy, kameralna muzyka gitarowa, z przyjemnością posłuchamy arii operowych, jednak próba słuchania Pink Floyd zabrzmi tak żałośnie, jak postękiwania strusia z biegunką.
Zatem może połączyć wodę z ogniem i do szerokopasmowego głośnika z odgród (Monacor SP-80X) dołożyć niskotonowy? No i wygląd, koniecznie zmienić wygląd.

Facelifting

Facelifting


Zdecydowałem się odgrody pomalować na taki dość odważny kolor. Do tego dodałem okrągłą maskownicę na głośnik i ozdobne naklejki z motywem kwiatowym.
Wygląd z tyłu

Wygląd z tyłu


Z tyłu też się zmieniło. Przykleiłem piankę, która nieco rozprasza odbicia, dzięki czemu odgrody można ustawić nawet blisko ściany. Na podstawie powstała zamknięta obudowa do głośnika niskotonowego.

No i gra.

No i gra.


Oczywiście niezbędne było dodanie zwrotnicy, tak aby pasmo odpowiednio podzielić miedzy głośniki. przygotowałem również cztery gniazda, aby można było w razie potrzeby użyć tylko głośnika szerokopasmowego w odgrodach, bez korekcji. Pierwsze, co zrobiłem po ukończeniu pracy, to włączyłem „Wish You Were Here” Pink Floyd. Tak, teraz dało się słuchać. Bas jest znacznie bardziej słyszalny, choć nie ma g0 za dużo, ponieważ głośniki niskotonowe, to tymczasowo stare przetworniki Philipsa. Jednak brzmienie stało się znacznie pełniejsze.
Nazwałem swe dzieło „Pink Florid” co jest potrójną grą słów. Po pierwsze to aluzja do Pink Floyd, po drugie – florid znaczy kwiecisty (w znaczeniu styl), po trzecie znaczy również rumiany w znaczeniu odcieniu. Jestem już bliżej uzyskania tego swojego wymarzonego dźwięku, odgrody grają naprawdę świetnie, choć nie będę tu epatował czytelników wykresami, które dla większości normalnych ludzi są mało czytelne. Jednak moje poszukiwania dźwięku idealnego trwają dalej. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.5/10 (4 votes cast)

Elegancki dźwięk stereo

(English version)
 
Moje nowe-stare hobby sprawia mi sporo przyjemności, ale jest też przyczyną niespodziewanych odkryć. Najnowszym przez przypadek stała się duńska firma Tangent z małej miejscowości Aulum na Jutlandii. Trochę przez przypadek stałem się właścicielem zestawu grającego, w którym jest wzmacniacz, odtwarzacz CD i tuner.
Wzmacniacz AMP-100

Od Tangent Hi-Fi 100

Na początku zaskakuje dobre wykonanie obudowy z barwionego na czarno aluminium. Plastikowa gałka wzmocnienia nie jest już taka ładna, ale nie psuje wyglądu. Ciekawie rozwiązano regulację wysokich i niskich tonów. Małe obrotowe potencjometry chowane są w obudowie.

Od Tangent Hi-Fi 100

Wnętrze wzmacniacza jest bardzo uporządkowane, żadnych luźnych kabli, wszystko wykonane starannie i minimalistycznie. Stopień mocy jest na tranzystorach, a cała regulacja realizowana elektronicznie. Wzmacniacz ma 2×50 Watt mocy (przy 4Ohm kolumnach), regulacja barwy +- 14dB, do tego funkcja Loudness działająca w sposób płynny – jest to taki kontur dźwiękowy podnoszący poziom basów przy cichym słuchaniu. Pasmo przenoszenia to 10Hz – 63kHz przy bardzo niewielkich zniekształceniach poniżej pięciu setnych procent.

Od Tangent Hi-Fi 100

Wzmacniacz ma dużo wejść, w tym bardzo dobrze działające gramofonowe. A ważne też, że jest wyjście liniowe, więc można też używać innego wzmacniacza.

Od Tangent Hi-Fi 100

Zarówno gniazda RCA jak i głośnikowe nie są „audiofilskie”, czyli pozłacane, ale oczywiście można to zmienić samodzielnie, jeżeli ktoś lubi majsterkować. Spotkałem się z opiniami, że jest do doskonały sprzęt do tuningu.
Odtwarzacz CDP-100
Odtwarzacz wyglądem dopasowany jest idealnie. Czyta płyty CD, CD-R i CD-RW. Może odtwarzać płyty audio i mp3. Z odtwarzania mp3 zadowolony nie jestem, czasami słychać jak się zacina, ale chyba nie czytnik, a moduł DAC.

Od Tangent Hi-Fi 100

W środku również wygląda bardzo schludnie i w zasadzie jest wiele miejsca na ewentualne przeróbki. Moduł konwertera cyfrowo-analogowego (DAC) jest dziełem firmy Phillips. Transport CD jest dość standardowy, oczywiście wyprodukowany w Chinach.

Od Tangent Hi-Fi 100

Odtwarzacz podobnie jak wzmacniacz i tuner sterowany jest z pilota, ale wszystkie funkcje znajdują się też na panelu czołowym. Wyświetlacz pokazuje źródło odtwarzania, liczbę utworów, kolejny utwór i czas. Nie pokazuje tytułów mp3 i jest nieruchomy.

Od Tangent Hi-Fi 100

Zaletą wszystkich wyświetlaczy jest ich wielkość i widoczność.
Tuner TNR-100
Tuner AM/FM jest chyba najprostszym urządzeniem. Potrafi zapamiętać do 40 stacji i ma opcję automatycznego strojenia. Na wyświetlaczu pojawiają się informacje RDS.

Od Tangent Hi-Fi 100

Na RDS przeznaczonych jest 8 znaków więc bez problemu mieści się kolejna porcja informacji, szkoda, że takiego nie miał sprzęt Diory.

Od Tangent Hi-Fi 100

W środku podobnie jak w pozostałych dwóch „klockach” panuje idealny porządek i dużo wolnego miejsca.
Opinia
Na podkreślenie zasługuje staranne wykonanie wszystkich części zestawu. Szczegóły pokazują, że mamy do czynienia z półką budżetową, ale wygląd – zgodny z tendencjami duńskiego designu – jest szykowny i minimalistyczny, żadnych zbędnych ozdobników i gadżetów.

Od Tangent Hi-Fi 100

widoczne i dostatecznie kontrastowe panele LCD można zobaczyć z daleka, a jednocześnie nie rażą w oczy w ciemnym pomieszczeniu. Duża liczba wejść pozwala na podłączenie wielu rozmaitych źródeł dźwięku. Dobry przedwzmacniacz RIAA (na wkładki MM) eliminuje potrzebę posiadania osobnego urządzenia. W zakresie budżetowym mało wzmacniaczy ma przedwzmacniacz gramofonowy. Wszystkie urządzenia w pełni są sterowane jednym pilotem lub przyciskami na panelach.

Od Tangent Hi-Fi 100

Ogólnie za wygląd czwórka z plusem, za funkcjonalność piątka. Jednak najważniejszy jest dźwięk. Miałem to szczęście, że słuchałem ostatnio kilku urządzeń z budżetowej półki, czyli w cenie od tysiąca do dwóch.
AMP-100 gra dużo lepiej od NADa c316BEE, który ma dźwięk zbyt matowy, od Denona PMA 510AE, który z kolei wydał mi się zbyt krzykliwy. Diora WS600 z kolei nie miała basu. Manta V3 gra nieco cieplejszym dźwiękiem niż Tangent, ale ten ostatni ma dużo niższy poziom szumów. Na dodatek świetnie zgrał się z moimi kolumnami, które od Manty wymagały dużo więcej mocy, a z AMP-100 grają lekkim i energetycznym dźwiękiem. Według mnie wzmacniacz gra znacznie lepiej niż wskazywałaby jego cena. Pozostałe elementy zestawu też sprawują się nieźle. Oczywisty minus należy się za problemy z mp3, ale nie wiem, czy to tylko mój (używany w końcu) egzemplarz. Na szczęście zamierzam grać jedynie płyty audio, zaś z mp3 i innymi komputerowymi plikami będę sobie radził za pomocą Squeezeboxa.
Za dźwięk wystawiam piątkę ponieważ zarówno z gramofonu, jak i płyt CD audio, dźwięk jest świetny. Wzmacniacz ma doskonałą liniową charakterystykę, dzięki czemu nie odczuwam żadnej potrzeby korzystania z potencjometrów barwy, są ustawione na zero.
Niestety firma Tangent już nie produkuje tego zestawu, zamiast niego jest zestaw Exeo i drugi HiFi-200. Obydwa są również dość tanie, choć już lepiej wykonane, ale taka okazja cenowa już się nie zdarzy. Zestaw HiFi-100 sprzedawany był w cenie od 700 do 900 zł, czyli porównywalny z Diorą, a o klasę lepszy. Ważne jest też traktowanie klientów. Manta od trzech miesięcy „naprawia” pilota od wzmacniacza. Nie odpowiadają na listy, maile i totalnie mają mnie gdzieś. Do Diory pisałem z prośbą o pewne informacje dotyczące ich zestawu, bez odpowiedzi. Do Tangenta napisałem prośbę o instrukcje obsługi po angielsku, bo miałem tylko po holendersku i francusku. Na drugi dzień miałem pełny komplet w plikach PDF.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)

Do it yourself

W peerelowskiej rzeczywistości furorę robił telewizyjny program Adama Słodowego zatytułowany „Zrób to sam”. Gdy w początkach rządu ekipy Gierka program na krótko zniknął z anteny, przez Polskę przeleciał dowcip:
– Dlaczego nie ma programu Adama Słodowego?
– Bo siedzi. Na pytanie Gierka „Pomożecie?” odpowiedział „Zrób to sam”.

Dziś hasło w wersji angielskiej „do it yourself” przeżywa renesans w branży audio. Do tego stopnia, że oferuje się amatorom ręcznych robótek tzw. „kity” do wykonania kolumn, wzmacniaczy lub innych elementów zestawów grających. W wielu przypadkach jest to doskonały sposób na tańsze zdobycie sprzętu, który bywa bardzo drogi w wersji sklepowej. Bardzo popularne są też klony znanych urządzeń audiofilskich.
Nie mogąc wydać kilku tysięcy na zestaw kolumn, który by mnie usatysfakcjonował, również wkroczyłem na ścieżkę DIY. Zacząłem jeszcze przed wyjazdem do Danii, a skończyłem całkiem niedawno. O ile zaczynałem z wielkim entuzjazmem, o tyle końcówka była pełna obaw o efekt końcowy. Zdałem sobie po prostu sprawę, jak niewiele wiem i jak mała jest szansa, że coś sensownego mi wyjdzie. Miałem jednak więcej szczęścia jak rozumu i coś wyszło.

W całej okazałości

W całej okazałości


Patriotycznie oparłem się o głośniki polskiej firmy STX, które są lepsze niż można by sądzić i zasługują na dobrą opinię. Jednak nie do końca, bowiem wysokotonowe to duńska Vifa. Dlaczego? Tanie kopułki STX nie miały wymaganej jakości, a te lepsze przekraczały mój założony budżet.
Wszystkie głośniki

Wszystkie głośniki


Obudowy kupiłem prawie gotowe, sam musiałem jedynie wyciąć otwory i nadać im jakiś sensowny wygląd. Trójdrożna zwrotnica również jest produkcji STX. Typ obudowy to tzw. bas refleks z dwoma tunelami stratnymi z przodu.
Tunele stratne i logo

Tunele stratne i logo


Nie są to zapewne najładniejsze kolumny i widać amatorską robotę. Jednak udało mi się uzyskać dobry efekt akustyczny. Po pierwsze jest w miarę równa charakterystyka. Po drugie – ładna i detaliczna scena muzyczna. I co nie bez znaczenia dobry bas, który nie jest łatwy do uzyskania w modnych dziś słupkowych zestawach głośnikowych.
Z tyłu

Z tyłu


Ponieważ impulsem do wykonania tych kolumn było słuchanie jednego z moich ulubionych utworów – Bolera Ravela – swoje dzieło nazwałem Ravel. Słuchając Bolera na dołączonych do wzmacniacza fabrycznych głośniczkach miałem problem z dynamiką. Początek, bardzo delikatny i cichy, był zbyt niewyraźny, a w symfonicznej końcówce brakowało przestrzeni. To właśnie wtedy pomyślałem sobie, ze chciałbym takie kolumny, które pokażą mi tę przestrzeń sceny na której gra cała orkiestra.
A z tyłu tabliczka

A z tyłu tabliczka


Mając za sobą kopenhaskie doświadczenia odsłuchowe, wiedziałem, co chcę osiągnąć i do jakiego poziomu się zbliżyć. Ale też wiedziałem, jakie to trudne. Na koniec zrobiłem pomiar – w sposób, co prawda, całkowicie amatorski, bo nie miałem odpowiedniego sprzętu, ani warunków akustycznych. Jednak wykres pokazał ogólnie dość równą charakterystykę.
Charakterystyka

Charakterystyka


Wahania amplitudy w środkowej części wykresu wynikają z fatalnych warunków akustycznych, aby mieć w pobliżu i komputer, i wzmacniacz, i kolumnę, a nie chciałem kupować dodatkowych długich kabli tylko do pomiaru, robiłem to w kącie pokoju – niedaleko ściany i stąd duża ilość odbić.
Na koniec kilka informacji technicznych. Wysokość skrzynek to 92 cm, szerokość 19 i głębokość 23. Głośniki to GDN-17-200-8-SW, GDM-14-130-8-SC oraz wysokotonowy Vifa DX25TG09-04. Zwrotnica 6dB na oktawę, oczywiście trójdrożna. W środku oddzielona komora na głośnik wysokotonowy i średniotonowy wypełniona syntetyczną watą. W komorze basowej gąbka w tzw. „piramidki”. Wydałem około tysiąca złotych, a uzyskałem efekt, jaki oferują kolumny za znacznie większe pieniądze. Czy jestem zadowolony? I tak, i nie. Ale to długa historia, więc napiszę o niej w osobnym tekście.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Skomplikowana cyfrowa rewolucja

W swoim poprzednim felietonie zakończyłem rozważania o kwestiach własności, ochrony prawa wydawców i prawach użytkownika w chwili gdy pojawiły się płyty CD. Przy zachowaniu w pamięci mniej więcej dziesięciu lat opóźnienia polskiej rzeczywistości, powiemy, ze ta cyfrowa rewolucja miała swój początek w latach osiemdziesiątych. Sytuacja, która się wytworzyła, była – wypisz, wymaluj – koszmarem prezesa wytwórni płytowej lub filmowej. Wymyślono sposób na kopiowanie muzyki i filmów w nieskończoność przy zachowaniu wszelkich walorów oryginału.
Nie mam ambicji stworzenia pracy naukowej na temat cyfrowej rzeczywistości, ale chciałbym przedstawić pewien subiektywny przegląd obecnej sytuacji.
Pierwszą zmianę zaobserwować można było w muzyce. Pojawiły się nagrywarki płyt CD i równocześnie czytniki płyt czytające nagrywane płyty. Użytkownicy byli zachwyceni, bowiem mogli dzięki temu nagrywać swoje własne składanki i korzystać z nich na swoim sprzęcie. Wydawcy delikatnie mówiąc zachwyceni nie byli. Jedna kupiona płyta mogła posłużyć do zrobienia wielu kopii dla znajomych, a ponieważ nie odbiegała jakością od oryginału, słuchacze nie mieli motywacji do kupienia płyty oryginalnej. Gorzej! Rozwój techniki komputerowej, coraz większe dyski i internet spowodowały możliwość wymiany plików także pomiędzy użytkownikami, którzy się nie znają. Krąg się rozszerzał. Pojawiły się płyty DVD, szerokopasmowy internet i do muzyki w sieci dołączyły kopiowane filmy.
Koszmar prezesów koncernów medialnych sięgnął apokalipsy. Od lat już zastanawiali się, jak uniemożliwić kopiowanie i wprowadzali rozmaite zabezpieczenia. Podstawowe polegało na sztucznym wprowadzeniu błędu do zapisu płyty, która w ten sposób nie dawała się skopiować. Jednakże zaawansowane programy komputerowe w ręku zdolnego użytkownika potrafiły dokonać cudu. Płytę kopiowano bit po bicie, kopiując także błąd. Transmisja na płytach DVD została zaszyfrowana i potrafiły ją odszyfrować jedynie specjalne chipy w odtwarzaczach stacjonarnych oraz tylko niektóre licencjonowane programy komputerowe. Jednak te zabezpieczenia były kiepskie i szybko zostały złamane.
Chyba właśnie wtedy pomiędzy wydawcami z jednej strony, a użytkownikami z drugiej, zaczęła się wojna na śmierć i życie. Wydawcy w trosce o swoje pieniądze zaczęli robić wszystko by utrudnić korzystanie ze swoich wyrobów wstawiając kolejne zabezpieczenia, niektóre – przyznajmy – wyjątkowo idiotyczne. Użytkownicy zaczęli wrzucać do sieci wszystko, co tylko się dało. Jak najszybciej po premierze, a najlepiej jeszcze przed nią. W procederze zresztą uczestniczyły często osoby z kręgów „poza podejrzeniem”. Niektóre pirackie filmy pochodziły na przykład ze specjalnej edycji dla jurorów słynnego amerykańskiego Oskara.
Do kuriozalnych elementów tej wojny można zaliczyć np historię z USA, gdy pewna wytwórnia wymagała aktywacji filmu przez Internet, co rozeźliło strasznie takich, którzy nie mieli internetu. Innym przykładem był słynny rootkit Sony, który miał za zadanie kontrolować, co użytkownik robi z płytą i wysyłać firmie raporty. Na niektórych płytach zapisywano auto-uruchamiające się programy, które nie pozwalały na używanie płyt w komputerze.
Problem polegał na tym, że największe problemy mieli legalni użytkownicy, którzy z legalnych płyt chcieli korzystać. Złodziej miał już swoje sposoby, zgrywał muzykę lub filmy, a jeszcze częściej ściągał z internetu. Wszechobecność internetu spowodowała zresztą, że tradycyjne nośniki przestały mieć tak wielkie znaczenie. Młodzi ludzie lubili słuchać muzyki na urządzeniach przenośnych a rozwój techniki spowodował, że było to coraz lepsze słuchanie. Słynne sposoby wymiany plików w sieci zaczęły się od Napstera, potem była sieć Torrent i inne. Koncerny straciły władzę nad poczynaniami użytkowników. To spowodowało ich wściekłość i próby skarżenia przyłapanych użytkowników o ogromne często odszkodowania. Odszkodowania takie były niczym nie uzasadnione, a rzekomo utracone zyski wzięte z sufitu. Z drugiej strony nie oszukujmy się, dopasowywanie legendy o Robin Hoodzie do kradzieży muzyki i filmów jest wyjątkowym nadużyciem. Jednak i druga strona postępowała jak baśniowy troll na moście.
Pewnego razu – i tu prawdziwy opis własnego doświadczenia – kupiłem utwór w internetowym sklepie. Wydawało się, że była to jakaś zmiana w podejściu do zagadnień internetu. Chciałem MP3, a dostałem WMA. Mój Linux nie gra zabezpieczonych WMA (DRM jest z Linuksem sprzeczne co do zasady). Musiałem się postarać o komputer z Windows. Trzeba się było zarejestrować i uzyskać dość skomplikowane hasło. Wpisać to hasło w Windows Media Playerze i już cieszyć się muzyką. Zrobiłem doświadczenie. Komputer odłączyłem od internetu i okazało się, ze po kilku dniach plik nie chciał się odtwarzać bez połączenia komputera z internetem i ponownego wpisania hasła. Wyobraźmy sobie teraz jak wściekły będzie klient, który kupi całą płytę i wgra do swojego odtwarzacza słuchawkowego, po czym każdy utwór usłyszy w formie krótkiego pisku. Będzie – delikatnie mówiąc – czuł się nabity w butelkę.
To podejście na szczęście zaczęło się zmieniać. Pliki dziś są oznakowane, więc wprowadzenie takiej muzyki do internetu może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami, ale nikt już nie utrudnia słuchania swojego pliku na dowolnym urządzeniu.
Niestety tylko część rynku mediów poczuła wiatr w żaglach na szerokich falach internetu. Sprzedawane w ten sposób utwory są często zbyt drogie. Kupno jakościowo gorszych plików MP3 bliskie jest cenie prawdziwego albumu CD. A przecież odpada drukowanie, okładki, pudełka, cała sieć dystrybucji. Według niektórych ekspertów płyta w sieci powinna być tańsza o przynajmniej 30%, a nie jest. Większość producentów, zamiast pomyśleć o nowej idei sieciowego biznesu, zaczęła się domagać zmiany prawa w taki sposób, aby móc lepiej kontrolować, co dzieje się ze sprzedanymi płytami. Tak powstał pomysł ACTA.
Najwygodniejszym sposobem dla producentów byłoby zakazanie nielegalnego kopiowania i przesyłania plików. Aby taki pomysł wdrożyć skutecznie, należałoby wyeliminować z rynku wszystkich małych providerów, zostawić tylko największych, którzy będą zdolni udźwignąć technologicznie i finansowo ciągła kontrolę użytkowników. Przy tych gigabajtach, które dziś wędrują w internecie jest to zadania karkołomne. W ogóle nie wiadomo, czy możliwe, a z całą pewnością mogące zwiększyć koszty dostępu do internetu wielokrotnie.
Na dodatek niektóre działania wydawców przypominają machanie pięściami na oślep. Niedawno przeczytalem następujący tekst:
The woman who posted a video of her children dancing to the Prince tune „Let’s Go Crazy,” and waged a three-year court fight with a top record company over the clip, has been accused of violating a court order and could be held in contempt of court.
Zaciekawiło mnie to i dowiedziałem się, że pewna mama sfilmowała swego bobasa podrygującego pupą w pieluchach przy dźwiękach wyżej wspomnianej piosenki, na co wytwórnia Uniwersal zareagowała roszczeniem dotyczącym prawa autorskich. Muzyka w tym klipie na Youtube jest trudna do rozpoznania i na pewno nie ma żadnej obawy, że ktoś to sobie nagra i zacznie słuchać zamiast oryginalnego utworu. Ktoś jednak okazał się idiotą i z takim roszczeniem wystąpił.
Wielu moich znajomych pyta, co w tym ACTA jest takie złe, czy mamy popierać piratów (czytaj: złodziei)? Dlaczego niby ochrona praw autorskich w tym dokumencie jest zła. O zagrożeniach jakie niesie z sobą ACTA już napisałem. Dziś tylko dodam, że w tym dokumencie o prawach autorskich jest niewiele, a jego wyraźny cel to zepchnięcie odpowiedzialności za zyski koncernów na wszystkich oprócz nich samych.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)