Ćwiczenia z Orwella

W słynnej dystopii George’a Orwella „Rok 1984” przedstawiona została absolutnie totalitarna dyktatura przyszłości, która dysponowała fantastycznymi – jak na tamte czasy – możliwościami inwigilacji obywateli, prawie nieograniczoną siłą propagandy i potężnym aparatem przymusu. Książka ukazała się w roku 1949, więc odbierana była jako fantastyka, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że aluzje w stosunku do totalitarnego Związku Radzieckiego pod wszechwładnymi rządami Stalina są oczywiste.
Poza słynnym Wielkim Bratem (Big Brother) do kultury masowej, a także do języka opisującego politykę przedostały się takie określenia jak nowomowa (newspeak) i nieosoba (noperson). Określenie nowomowa stało się również terminem naukowym w językoznawstwie, socjologii i politologii, ponieważ najbardziej nadawało się do nazwania zmian w językach, a były one charakterystyczne dla dyktatur marksistowskich (Związek Radziecki i kraje mu podległe, między innymi Polska), lecz wcześniej także w pewnym zakresie dyktatur faszystowskich.
Doskonałym przykładem nowomowy są w książce nazwy ministerstw państwa totalitarnego. Ministerstwo Pokoju zajmuje się prowadzeniem wojny. Ministerstwo Prawdy jest naprawdę ministerstwem propagandy. Ministerstwo Miłości odpowiada za inwigilację i egzekucje, a Ministerstwo Obfitości produkcją i dystrybucją dóbr, których zawsze brakuje. Ludzie, którzy mają dziś więcej niż czterdzieści lat zapewne pamiętają czasy tzw. gospodarki niedoboru, która była powszechna w Polsce rządzonej przez komunistów. Orwell opisał też inną stosowaną praktykę w dyktaturach totalitarnych, a szczególnie w czasach stalinowskich. Chodzi o usuwanie niewygodnych osób i przeciwników politycznych, eliminowanie ich nie tylko fizyczne ale usuwanie ich śladów z książek i gazet, zdjęć i filmów tak, by przestali istnieć w świadomości ludzi. Autor nazwał to ewaporacją.
Jednak w najstraszniejszych koszmarach nikt nie wyobrażał sobie, że blisko siedemdziesiąt lat po wydaniu książki znajdzie się partia polityczna, która zdobywszy władzę potraktuje powieść Orwella jako instrukcję polityczną.

12 lipca 2017 roku w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o Narodowym Instytucie Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Instytucja ma przejąć kontrolę nad pieniędzmi dla organizacji pozarządowych i sektora obywatelskiego. (oko.press)

Organizacje pozarządowe od początku były dla partii rządzącej solą w oku. Prowadząc działalność edukacyjną w społeczeństwie, ubiegały się o granty na zadania przewidziane przez Unię Europejską lub międzynarodowe fundacje takie, jak choćby znane Fundusze Norweskie i rząd nie miał wpływu na to, które organizacje dostają pieniądze. Powołanie Narodowego Instytutu Wolności, który de facto odbierze wolność działania tysiącom organizacji obywatelskich, przejmując decyzje o finansowaniu lub decydując o zatwierdzaniu programów tych organizacji, jest książkowym wręcz przykładem totalitarnej nowomowy.
Z kolei tak zwana reforma edukacji cofa strukturę oświaty w Polsce do postaci wdrożonej w PRL przed siedemdziesięciu laty, jednocześnie zmieniając treści nauczania w sposób budzący grozę. Uczniowie nowej pisowskiej szkoły nie będą mieli zbyt wielu okazji, by dowiedzieć się czegoś o takich postaciach jak Mikołaj Koperniki i Maria Skłodowska-Curie. Będą na ich temat jedynie wzmianki w historii. Znika za to z historii najnowszej Lech Wałęsa. Obecnie prowadzona przez kręgi rządowe i związkowe (popierające rząd) zmierza do tego, by Wałęsę uczynić zdrajcą, agentem służb bezpieczeństwa i postawić przed sądem. Bohaterami dzisiejszych czasów stają się bracia Kaczyńscy. Wspomagani przez takich herosów, jak sędzia stanu wojennego Andrzej Kryże, czy Stanisław Piotrowicz kolaborujący z władzami stanu wojennego jako prokurator. Łatwo sobie wyobrazić, ze za lat kilkanaście dojdzie do całkowitej ewaporacji Wałęsy, a zbawcą narodu, twórcą „Solidarności” zostanie Jarosław Kaczyński z bratem, którego jedyną faktyczną zasługą była śmierć w przypadkowej katastrofie lotniczej. Wałęsa stanie się nieosobą (noperson), której nazwiska nie będzie wolno wymawiać.

Wydaje się to nierealne, ale chyba dochodzimy do momentu, gdy chcąc zgłębić dalsze zamiary Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nazwanej Prawo i Sprawiedliwość (która zgodnie z zasadami nowomowy szerzy bezprawie i niesprawiedliwość), będziemy zmuszeni do uważnej lektury książek Orwella.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (12 votes cast)

A jeśli coś się zdarzy?

Rządzący od jesieni 2015 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński wraz z tabunem wspierających go akolitów wykazali się niezwykłą determinacją w opanowaniu personalnym Trybunału Konstytucyjnego, a potem sądownictwa. Potrafili przepuścić przez sejm i senat wiele ustaw w ciągu kilku nocy. Potrafili w błyskawicznym tempie wymienić kadry w państwowych spółkach i urzędach. Wydawało się, że nie istnieje nic, co potrafiłoby spowolnić ten przemarsz troglodytów przez Polskę.

Państwo, które w ciągu ostatnich dwóch lat zbudował Kaczyński, ma jednak pewną nieusuwalną ułomność, niejako nieodłącznie związaną ze sposobem sprawowania władzy. To prezes decyduje o wszystkim. Gdy późnym wieczorem w piątek 11 sierpnia przeszła niespotykanie silna nawałnica nad częścią Pomorza, nikt nie odważył się zakłócić spokojnego weekendu prezesowi. Dopiero w poniedziałek prezes pozwolił zawiadomić premier Szydło, która z niejakim zdumieniem reagowała na wieść, że tragedia zdarzyła się już w piątek koło północy. Zanim zapytano prezesa, co każe zrobić, minął kolejny dzień. Zaś wojsko przybyło w liczbie koło setki niedoświadczonych żołnierzy z małą ilością przydatnego sprzętu kolejny dzień później, gdy miejsce kataklizmu miał wizytować Antoni Macierewicz. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wojska Obrony Terytorialnej, które rzekomo miały pomagać także w sytuacji katastrof naturalnych, według ministerstwa są silnie zrejonizowane i ochotnicy z WOT w Szczecinie nie będą nigdy pomagać np. w Gdańsku, a tylko u siebie w Szczecinie. A jeśli będzie wojna? Też poczekają, aż działania wojenne przyjdą na teren przypisanego im rejonu?

Dziś za kilka godzin minie tydzień od zabójczej nawałnicy. Dla wielu ludzi będzie to tydzień bez prądu, a co za tym idzie bez wody, lodówek, światła, a często bez dachu nad głową lub z częściowo zniszczonym dachem i w zniszczonym domu. Ludzie sobie radzą. Ci, którzy mają samochody jeżdżą po zakupy do odległych miejscowości, nie tylko dla siebie. Jeśli kogoś na to stać, kupuje sobie agregat prądotwórczy. Na głowie stają lokalni strażacy, także ci z ochotniczych oddziałów. Są wolontariusze, którzy pomagają w najbardziej zdewastowanych miejscach. A ministrowie przybywają od czasu do czasu w eleganckich garniturach i krawatach i mówią o kłodach, jakie im pod nogi rzuca „totalna” opozycja. Biedny ten rząd. Tyle ma kłopotów, a tymczasem jacyś tam ludzie pyskują, że pozostawiono ich bez pomocy. Jak by nie mogli sami zamieść tych liści, co pospadały z drzew.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (12 votes cast)

Wariant wenezuelski

Po raz pierwszy o Wenezueli pisałem w marcu 2013 roku, gdy zmarł prezydent Chávez, który zaczął przekształcać ten kraj według starych leninowskich wzorów, które w Europie zdążyły kilkanaście lat wcześniej zbankrutować. Na co dzień niewiele nas obchodzi daleki kraj w Ameryce Łacińskiej, o której wiemy tyle, że często jest biedna i zacofana, a także znana wcześniej z dyktatorskich reżimów.
Kilka lat temu, można było przewidywać, jak skończy się rewolucja Cháveza. W Polsce przerabialiśmy ten scenariusz od 1945 do 1989 roku. 44 lata opóźniania nieuchronnego bankructwa państwa opartego na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W roku 2014 pisałem:

Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny… (felieton z 2014)

Lekcja historii, którą Wenezuela w dalszym ciągu odbywa pod przewodnictwem kolejnego prezydenta, wkroczyła obecnie w kolejny etap. Braki wszystkiego od mleka po papier toaletowy Wenezuelczycy już zobaczyli. Teraz pora na stan wojenny.

6 dni temu odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego, które ma przygotować nową konstytucję, określić obowiązki najważniejszych instytucji w państwie i umożliwić prezydentowi rządzenie za pomocą dekretów. Zgromadzenie odwołało wczoraj ze stanowiska prokurator generalną Luisę Ortega Diaz. Krytykowała ona prezydenta Nicolasa Maduro, a kilka dni temu wszczęła śledztwo w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Była prokurator generalna ma teraz stanąć przed sądem. (Gazeta Wyborcza)

Jeśli parę lat temu Wenezuelczycy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, co ich czeka, to dziś my możemy zobaczyć, co nas czeka, obserwując wydarzenia w Wenezueli. Chávez a potem Maduro nie musieli fałszować wyborów. Ponieważ za pieniądze ze znacjonalizowanego przemysłu naftowego zapoczątkowano ogromny program rozdawnictwa dla niezamożnych obywateli, ci wdzięcznie głosowali zarówno na Cháveza jak i Maduro. Potem socjalizm pokazał prawdziwe oblicze. Zaczęło brakować wszystkiego. Rząd zaczął wprowadzać talony, pojawiły się społeczne komitety, zaproponowano nawet system sprawdzania odcisków palców, żeby było wiadomo kto i ile kupuje. Ponieważ opozycja krytykowała doprowadzanie gospodarki do ruiny, zaczęto do więzień zamykać opozycję. Prywatne media zlikwidowano już wcześniej. Gdy wreszcie obywatele poczuli głupotę władzy na sobie samych, było już za późno.

Maduro ma wojsko, policję, a protestujący najwyżej sztachety z płotów. Nie ma już mediów, które nagłaśniałyby nadużycia władzy, tej rozbudowanej wenezuelskiej „dobrej zmiany”. Nie ma niezależnych sądów, ostatnią osobę, która próbowała ratować resztkę demokracji, właśnie usunięto ze stanowiska. Lud Wenezueli się buntuje, na ulicach dochodzi do zamieszek spowodowanych już nie tylko brakiem podstawowych towarów, ale także złością z powodu braku demokracji. Gdy Maduro zaczął się obawiać, że lud może go nie poprzeć, ostatnie wybory sfałszował. Zapewne były to naprawdę ostatnie wybory.

Czy będą jeszcze demokratyczne wybory w Polsce?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (11 votes cast)

Dobry tytuł

Nie lubię seriali. Nawet najlepsze z nich w kolejnej odsłonie stają się czystą komercją, bo jakże to zrezygnować z tak dochodowego interesu. Niestety w literaturze mamy podobne zjawiska, a najlepszym może być słynna „Gra o tron” George’a R.R Martina, której pisarz w ogóle nie skończył, bo wersja serialowa zaczęła odbiegać od oryginału, a poza tym chyba literatura się gorzej sprzedaje niż seriale.
Lubię literaturę skandynawską, taki sentyment z dawnych czasów, gdy zanurzałem się w świecie kreowanym przez Knuta Hamsuna. Mój zachwyt budził też Pär Lagerkvist, a szczególnie jeden z jego sztandarowych utworów – Kat. Czy uwierzycie, że napisany w latach 30′ Kat w Polsce został wydany dopiero w 1972 roku? Kupiłem tę książkę jako nastolatek, dzięki wykształconej i oczytanej pani kierowniczce Empiku, która mi ją poleciała.
Niedawno przeczytałem głośną powieść Anny Ragde, uznanej za godną następczynię Hamsuna. Saga rodziny Neshov składa się dziś z trzech tomów, a następne mają się pojawić. Boję się, że dobra powieść stanie się serialem, bo już trzeci tom zaczyna się mocno ślimaczyć. Jednak ta lektura przyczyniła się do moich rozważań o tytułach. Dobry tytuł jest prawie tak samo ważny, jak to, co się w nim zawiera. W drugim tomie swej powieści Anna Ragde wtrąca drobną dygresję z przeszłości o łapaniu raków pustelników w czystych norweskich wodach przed laty. A czytelnik, który ma w ręku tom zatytułowany właśnie Raki pustelniki, zaczyna sobie myśleć o tym, że ten tytuł jest symboliczny także wobec postaci, o których opowiada. Jaki byłby symboliczny tytuł ukazujący życie współczesne Polaków?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Dyskretny urok faszyzmu

Gdy wraz z hukiem bomb i dymem pożarów waliły się zgliszcza faszyzmu włoskiego i jego okrutniejszej odmiany narodowo-socjalistycznej w Niemczech, świat uznał faszyzm za ideologię zbrodniczą i do dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie powoływałby się na faszystowską ideologię tworząc zręby nowej polityki we współczesnym świecie. Jednak dla polityków, którzy chcą uwieść tłumy, stać się wodzami i zbawcami narodu, faszyzm wciąż ma swój dyskretny urok pomagający omotać społeczeństwo, uwieść, zbałamucić, a potem odebrać wolność i zakuć w kajdany w dążeniu do władzy absolutnej, która jest żądzą silniejszą niż seks i bogactwo.

Faszyzm buduje swój mit założycielski na kulcie tradycji. W Niemczech było to odwołanie do dawnej wielkości sięgającej aż mitologii germańskiej. We Włoszech odwołanie do wielkości Imperium Rzymskiego. W Polsce mit Międzymorza (lub Trójmorza) wyznaczający Polskę liderem krajów pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem, a Morzem Czarnym, zaś odwołujący się do złotego wieku w czasach panowania Jagiellonów. Do tego tysiącletnia historia chrześcijaństwa z mitem przedmurza chrześcijaństwa i Jana Sobieskiego, szczególnie przydatnym do budowania strachu i nienawiści wobec obcych. Mity służące kultowi tradycji muszą mieć potęgę jednoczenia narodu, dlatego mówi się dziś o tym, że Polska jest tylko jedna. Nie ma w niej miejsca na dyskusję i różnice światopoglądowe. Albo jesteś Polakiem, albo zdrajcą i renegatem.

Kult tradycji to także odrzucenie nowoczesności. Dziś Polska potrzebuje znów węgla, dymiących elektrowni, kopalń, państwowych stoczni i państwowych gospodarstw rolnych. To właśnie kojarzy się Polakom z tradycją, która – jak twierdzi władza – niesłusznie została odrzucona przez poprzednie rządy. Umorusany górnik, chłop w trudzie i znoju uprawiający naszą polską ziemię. Spawacz w stoczni, który tworzy nowy państwowy wielki przemysł. To są obrazy przemawiające do narodu. Owszem gdzieś tam w tle jest grafen, ale co przeciętny mieszkaniec Wypizdowa Dolnego wie o grafenie? Po co zawracać dzieciom w szkole głowę teorią ewolucji, czy układem heliocentrycznym Kopernika. Lepiej dać więcej religii i historii, by kochały ojczyznę i oczywiście wodza, zbawcę narodu również. Wszelka nowoczesność jest podejrzana i modernistyczna. Trudno ją kontrolować i zmusić do działania na rzecz wiodącej siły narodu.

Myślenie jest niewskazane. Należy działać. Dlatego też wódz krytykuje „imposybilizm” poprzedników, deklaruje natychmiastową dobrą zmianę. W sejmie się już nie dyskutuje, tylko w trybie galopu przepycha ustawy, a ich błędy i niekonsekwencje prawne nie mają znaczenia. Wola narodu ma być ponad prawem. A wolę narodu wyraża wódz, bo on wie najlepiej. Skoro działanie – to robotnik, górnik i rolnik. Zaś naukowiec, artysta lub pisarz to osobnicy podejrzani, nic więc dziwnego, że przypina im się pogardliwą łatkę „wykształciuchów”. Państwo powinno mieć władzę nad edukacją, nauką i kulturą. Władzę bezwzględną.

Faszyzm jest ksenofobiczny i rasistowski. Chce zjednoczyć naród pod swoimi skrzydłami, a naród powinien być jednorodny. Wszelkie odmienności są groźne. Dlatego w faszystowskiej interpretacji świata uchodźcy roznoszą pasożyty i choroby. Są zarazą,przed którą naród musi się bronić. Ktokolwiek będzie chwalił różnorodność, jest wrogiem, bo Polska jest tylko jedna. Niezgoda oznacza zdradę. Jeśli prezydent wetuje ustawy, które miały być uchwalone tu i teraz, natychmiast i bez zwłoki, to dla sporej części swego obozu i sporej części rodaków staje się zdrajcą, choć z powodów pragmatycznych zostaje to wyciszone, to jest już przyzwolenie na atakowanie zdrajcy. To jest też ostrzeżenie dla wszystkich, którzy by chcieli się wyłamać.

Faszyzm karmi się frustracją. Pierwszymi wyznawcami, do których zwróci się przywódca, będą ci, którzy uważają się za skrzywdzonych. To oni są solą ziemi, to im należy się więcej. Tak będzie głosić partia i jej funkcjonariusze. Zastana rzeczywistość jest zła, krzywdząca i trzeba ją zmienić, więc gdy faszyzm wygra, to będzie dobra zmiana. Dla tych właśnie, którzy przedtem byli skrzywdzeni. Zwycięstwo będzie więc początkiem sprawiedliwości, która krzywdzonym dotąd obywatelom da satysfakcję.

Faszyzm daje tłumom poczucie tożsamości. Tożsamość buduje się prostymi symbolami, koszulki z orłem, patriotyczne marsze i okrzyki, wojskowa celebra przy najgłupszej nawet okazji. Każdy może być patriotą. Nie trzeba być mądrym, wykształconym, ani nawet uczciwym. Wystarczy głośno krzyczeć razem z innymi i mieć bluzę z żołnierzami wyklętymi, to działa przede wszystkim na młodzież. Dlatego budowanie dumy z własnego narodu musi się wiązać z kreowaniem wrogów. Na pewnym etapie im wrogów więcej, tym zjednoczenie narodu silniejsze. To także jest przyczyną, dla której faszyzm karmi się ksenofobią, antysemityzmem i rasizmem.

Upokorzenie jest budulcem faszyzmu. Wyznawcy muszą się czuć upokorzeni siłą i i bogactwem wrogów. Właśnie dlatego wrogami narodu są „banksterzy”, o których opowiada się, że to Żydzi, którzy zmierzają do zniszczenia narodu. Nie ma rzecz jasna tej narracji oficjalnie, nie teraz, nie po Drugiej Wojnie Światowej i holokauście, ale funkcjonariusze systemu lubią zadawać retoryczne pytania, w nieoficjalnych sytuacjach puszczać w obieg pewne aluzje i wykorzystywać do siania nienawiści część aktywnych wyznawców. Pokonanie potężnego wroga będzie większym zwycięstwem. Dlatego w narracji publicznej pojawiają się słowa o totalnej opozycji, ubeckich wdowach, komunistycznych upiorach, o finansowaniu tejże totalnej opozycji i protestów przez Sorosa, który jak wiadomo jest Żydem. Upokorzenie zwiększa agresję i żądzę zwycięstwa. Zwiera szeregi, buduje jedność.

Elitaryzm to kolejna cecha faszyzmu. Faszyzm nie opiera się na wolnych wyborach i konkurencji. Zawsze dąży do zdobycia rządu dusz na zawsze. Ponieważ nie wywodzi się z tradycji arystokratycznej, musi więc znaleźć jakieś inne uzasadnienie dla swych niedemokratycznych rządów. Zatem naród jest z istoty rzeczy słaby i potrzebuje wodza, zbawcy ojczyzny, który poświęci się dla niej i dla którego dobro narodu jest celem życia. Dlatego musi mieć władzę absolutną, by działać dla dobra narodu. Ponieważ jednak nie może działać sam, więc spośród narodu wybierani są najlepsi, którzy w imieniu wodza sprawują władzę. Najlepsi są poza krytyką. Nieważne, czy funkcjonariusz nazywa się Misiewicz, czy Jaki lub Ziobro. Dopóki jest pod ochroną wodza, jest nietykalny. Jednak wódz w każdej chwili może dowolnego funkcjonariusza strącić z piedestału. Zatem członkiem wyjątkowej silnej i lepszej od pospólstwa kasty jest się z woli wodza, a nie z powodu własnych przymiotów. To znaczy, że każdy może być bohaterem, jeśli namaści go wódz.

Naczelnik, wódz, przywódca, zbawca ojczyzny jest tylko jeden. On wie najlepiej, czego chce naród. W demokracji podstawą działań rządów są wybory. Demokratyczne władze szanują trójpodział władzy, wolę większości w pewnych granicach i podlegają samoograniczeniom, choć każda władza ma chęć na więcej prerogatyw niż dostaje. Jednak zwykle politycy potrafią zrozumieć ograniczenia, bo wiedzą, że za kilka lat mogą przyjść ich przeciwnicy, którzy też skorzystają z większych przywilejów i możliwości. Faszyzm nie szanuje demokracji. Wystarczy mu jakakolwiek większość, która zapewni władzę. W kolejnym etapie nie są już potrzebne wybory, ani słuchanie woli ludu. Lud w swej masie nie ma przecież jednej opinii na każdy temat. To wódz jest tym, który wie, jaka jest wola ludu. Wybory, dyskusje, parlament – są to tylko czynniki przeszkadzające w realizacji idei, którą przedstawia wódz i jego partia.

Faszyzm musi mówić do narodu nowym językiem. Orwell w swej książce „Rok 1984” wymyślił termin nowomowa. Dobrze on pasuje do języka faszyzmu. Faszyzm musi nazywać wszystko po swojemu. Zbigniew Nienacki doskonale to ujął w swej powieści „Dagome Iudex”: Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. W ten sposób właśnie zamiast elity kulturalnej i naukowej w faszyzmie pojawiają się wykształciuchy. Ludzie, którzy się sprzeciwiają władzy to totalna opozycja. Pojawiają się też inwektywy, które są częścią budowania jedności narodu. Każdy, komu przyszłoby do głowy się sprzeciwić, musi wiedzieć, że stanie się zdradziecką mordą, kanalią, komunistycznym upiorem. Faszyzm też z upodobaniem sięga do nowomowy komunistycznej, choć niby komunizmem gardzi. Dlatego faszyści będą mówić GazWyb na Gazetę Wyborczą. W nieoficjalnych rozmowach nazwą ją GazŻydem podśmiewając się z dwuznacznej wymowy tego skrótu. Faszyści wiedzą, że moc nazywania zjawisk i ludzi jest potężną bronią.

Zapewne spora część czytelników już wcześniej domyśliła się, że opisując zjawiska obecne dziś w Polsce, posłużyłem się definicjami, które sprecyzował Umberto Eco w swym artykule „Ur-Fascism” z roku 1995, a który można znaleźć na stronie New York Review of Books. Po raz kolejny oddając hołd innemu wielkiemu pisarzowi – parafrazując motto do głośnej powieści Heinricha Bölla – muszę podkreślić, że moje nawiązania do artykułu Umberto Eco nie są ani celowe, ani przypadkowe, lecz po prostu nieuniknione.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Obłęd

Potocznie mówimy o takim osobniku psychopata, naukowcy wolą określenie osobowość dyssocjalna, ponieważ taka osoba cierpi na zaburzenie struktury osobowości w zakresie emocji i relacji interpersonalnych. To nie jest choroba psychiczna. Nie da się tego leczyć. Jednak nie oznacza to, że psychopata musi się naleźć na marginesie społeczeństwa, że zostanie przestępcą lub seryjnym mordercą, aczkolwiek i tak bywa. Zwykle tacy ludzie funkcjonują jakoś w swoim środowisku i często pozostają niezdiagnozowani do końca życia. Najczęściej po prostu uważa się ich za pospolicie wrednych, nieprzyjemnych dla otoczenia lub zarozumiałych albo też egoistycznych. Specyficzne właściwości ich umysłu powodują, że tam gdzie przeciętnemu człowiekowi przelatują przez głowę tysiące myśli, psychopata po cichu i uparcie konstruuje swe plany i działania, ponieważ bardziej niż inni potrafi skupić się na jednym wątku zdarzeń. Jeśli jest obdarzony też inteligencją, może stać się mistrzem w manipulacji innymi ludźmi i będzie potrafił ich wykorzystywać do realizacji własnych celów. Wielu psychopatów przejdzie przez życie niezauważonych i nierozpoznanych. Być może będą nawet w swym otoczeniu podziwiani za fachowość, ale nielubiani. Niektórzy mimo swych zaburzeń będą społecznie pożyteczni. Czasem stają się postaciami z pierwszych stron gazet i niekoniecznie chodzi tu o kronikę kryminalną.
Psychopatyczny osobnik lubi mieć pełną kontrolę nad życiem swoim i innych. Dlatego psychopaci często zostają politykami. Jako politycy mogą być pożyteczni dla społeczeństwa lub szkodliwi. Pożyteczni, jeśli ich cele będą się zgadzać z pożądanymi celami społecznymi. Jeśli też potrafią swe dążenia do sprawowania kontroli skorelować z dążeniami społecznymi. Będą szkodliwi, jeśli pragnienie władzy przeważy. Jeśli ich ego nie będzie w stanie znieść sprzeciwu, jeśli wreszcie będą znajdować szczególna satysfakcję w poniżaniu innych i deptaniu ich osobowości. Wtedy mogą stać się dyktatorami lub ich kariera zakończy się gwałtownie.
Najgorszym wariantem jest, gdy psychopata pod wpływem okoliczności zapadnie na chorobę afektywną dwubiegunową, zwaną kiedyś cyklofrenią. Choroba ta objawia się niekontrolowanymi stanami depresyjnymi przechodzącymi w euforyczne i i agresywne dążenie do wpływania na otaczający świat. W przeciwieństwie do schizofrenii choroba afektywna dwubiegunowa może się ujawnić w dowolnym momencie, często pod wpływem traumatycznych przeżyć. Może to być na przykład utrata bardzo bliskiej osoby, którą psychopata uwzględniał w centrum swoich planów życiowych.
Wtedy pojawia się obłęd. Psychopata odnajdzie w otoczeniu śmiertelnych wrogów, których będzie zwalczał wszelkimi sposobami. Będzie sprawiał wrażenie opętanego żądzą zemsty, choć nie będzie ku temu realnych powodów. Będzie podejmował nieracjonalne decyzje, które w końcu mogą okazać się zabójcze. Ponieważ owładnięty obłędem polityk psychopata często tworzy organizację o charakterze sekciarskim, więc w jego otoczeniu nie ma osób, które potrafią się sprzeciwić. To powoduje, że tknięty obłędem psychopata stacza się, a wraz z nim jego partia i państwo, którym kieruje. Najbardziej znanym przypadkiem był Adolf Hitler, co do którego szaleństwa wiele osób nie miało już wątpliwości w połowie wojny, a mimo to wykonywano jego najbardziej nawet bezsensowne rozkazy.
Psychopata tknięty obłędem, stojący na czele państwa to niewyobrażalne nieszczęście dla społeczeństwa.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Paranoja jest goła

Dawno temu zespół Maanam śpiewał piosenkę pod tytułem „Paranoja jest goła”. Dziś po północy, ci którzy jeszcze nie wyłączyli telewizorów, a oglądali obrady sejmu, zobaczyli paranoję człowieka, który rządzi Polską, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji.

Dzień się skończył
Na księżyc patrzę jak pies
Stopień po stopniu na metalową wieżę wspinam się
Rosa pokrywa, rosa pokrywa ciało
Tyle się dzisiaj, tyle się dzisiaj stało (Maanam)

Tyle się dzisiaj stało. Prezes PiS wszedł na bardzo wysoką stalową wieżę. Pozostawił za sobą politykę, kraj, a nawet swoich bezkrytycznych akolitów, którzy coraz mniej rozumieją dziwactwa „Wielkiego Stratega z Żoliborza”.

Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego śp. brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami! (Jarosław Kaczyński)

Oni będą w więzieniu siedzieć, będą siedzieć za to wszystko. (Jarosław Kaczyński)

Poseł partii Ryszarda Petru, wezwany do prezesa jego zwyczajowym „pańskim gestem”, usłyszał od Kaczyńskiego, że wszystkich zamknie w więzieniu. Poseł jedynie domyśla się, że mogło częściowo chodzić po polityków PO, a być może o wszystkich przeciwników.
Prezes nie spocznie, zanim nie powsadza do więzień lub nie pozabija swoich wrogów, póki nie zniszczy wszystkiego, co jego wrogowie zbudowali, czyli póki nie zniszczy Polski. Aby zniszczeć wszystko, nie zawaha się wtrącić kraju nawet w otchłań wojny. A za nim idą bezrozumne karne szeregi wyznawców sekty. Nikt już nie może zatrzymać chorego umysłowo człowieka w jego dziele destrukcji. Polska pogrążyła się w chocholim tańcu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej

Powoli, ale nieubłaganie partia prezesa Kaczyńskiego szykuje się do złożenia w ręce prezesa władzy absolutnej. Przed nami są wybory samorządowe, będziemy też jednocześnie wybierać posłów do europarlamentu i to jest dla Kaczyńskiego poligon. Za rok okaże się, czy dotychczasowe zmiany będą wystarczające, by pozbyć się opozycji w wyborach parlamentarnych za dwa lata. Wszystkie działania partii rządzącej mają ten jeden i nadrzędny cel. A oto jak zdobywa się rząd dusz w Polsce.

Chłop żywemu nie przepuści

Mieszczuch może nie wiedzieć, ale trzeba sobie to uświadomić, o ile chcemy zrozumieć kulisy następnego sukcesu wyborczego PiS, chłop polski Unię Europejską traktuje jak krowę. Najważniejsze jest jej wydojenie, a jak się już nie da wydoić, to bez żalu odda ją do rzeźni. Wszelkiego rodzaju ekologów traktuje zaś jak dopust boży i najchętniej poczęstowałby ich widłami. Nikt mu bowiem nie będzie mówił, że nie wolno wypalać łąk i pól, bo tak robił jego ojciec, dziad i pradziad. A ksiądz proboszcz na mszy mówił, że w Biblii stoi „czyńcie sobie Ziemię poddaną”. Więc czyni, a jeśli ma akurat ochotę psa albo babę kijem zatłuc, to nic nikomu do tego. Jego baba i jego pies. Dlatego właśnie minister Szyszko dążąc do wyrżnięcia Puszczy Białowieskiej kazał się swoim podwładnym oprzeć o motywację religijną. Ekolodzy to są sataniści i lewacy, którzy chcą przeszkodzić ludziom wsi w sprawiedliwym korzystaniu z dóbr przyrody, którą dał nam przecież Bóg. Co nas obchodzi jakieś tam międzynarodowe lewactwo z UNESCO. Szyszko grzmi głośno,że w 2014 r. łamiąc prawo, bezprawnie wpisano Puszczę Białowieską na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego i grozi doniesieniem do prokuratury, a Polska zaściankowa głośno klaszcze, bo co nam jacyś obcy będą dyktować, jak my mamy żyć. Ogromna rzesza chłopów z dziewiętnastowieczną mentalnością, pracowników leśnictwa, którzy są państwem w państwie, oddadzą głos na PiS, jeśli ten zapewni ich, że bez skrępowania dalej będą mogli prowadzić wyniszczającą środowisko rabunkową gospodarkę leśną i rolną.

Komuno wróć

Minister rolnictwa Jurgiel właśnie oświadczył, że do państwa dziś należy ogromny popegeerowski majątek, który się marnuje i że należy reaktywować PGRy. Warto wiedzieć, że na wsi, prócz rolników indywidualnych mieszka bardzo wielu byłych pracowników PGRów. Szczególnie w Polsce północnej i zachodniej na tzw. ziemiach odzyskanych były ogromne państwowe latyfundia w czasach Polski Ludowej. Po roku 1989 okazało się, że rolnicy indywidualni są w stanie wyprodukować żywność dla całego kraju, a niewydolne państwowe gospodarstwa musiały upaść, bo państwa nie było stać, by dopłacać do ich produkcji. Pracownicy PGRów to najsłabiej wykształcona i nieudolna życiowo grupa społeczna. Aby jakoś urządzić się w życiu wystarczyło dostać się do PGR, a zwykle też dostawało się mieszkanie i nie trzeba było wykazać się żadnym wykształceniem, ani umiejętnościami. Jeśli ktoś miał prawo jazdy na ciągnik i kombajn, to już w PGRze był elitą. Ci ludzie po likwidacji PGRów znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, nikt nie zadbał o nich w takim stopniu jak o górników lub stoczniowców. A na dodatek na wsi pracy nie było. Większość z nich do dziś jest przekonana i przekonywana nadal przez szarlatanów politycznych, że do upadku państwowych gospodarstw doprowadzono celowo, aby ziemię Niemcom sprzedać. To dawniej był potężny elektorat Samoobrony, dziś ci ludzie pójdą za PiS.

Odbudujemy stocznie

Jedna z narracji pisowskich polityków, a wcześniej PC, lecz także kilku innych partii, było przekonanie, że polski przemysł stoczniowy został celowo zniszczony przez liberalnych polityków, na zlecenie Niemców. Niewydolne państwowe stocznie dotowane na przekór zasadom ekonomicznym nie miały siły, by konkurować ze stoczniami dalekowschodnimi, a polski przemysł stoczniowy nie zniknął, tylko przekształcił się w mniejsze, ale nowoczesne firmy produkujące najnowocześniejsze i bardzo zaawansowane technologicznie statki. Jednak tysiące byłych stoczniowców i stoczniowych emerytów, chętnie słuchają o tym, jak zniszczono stocznie. Przecież przez dziesiątki lat PRL wmawiano im, że tworzą dziesiątą potęgę gospodarczą świata.
Jeśli teraz do Szczecina przybywają najważniejsi politycy PiS z wicepremierem na czele i w dawnej Stoczni Szczecińskiej kładą stępkę pod prom o wartości 450 milionów złotych, obiecując jednocześnie reaktywację państwowego przemysłu stoczniowego, to jest to obietnica wyborcza na miarę wskrzeszenia PRL. To miód na serce milionów tęskniących za komuną Polaków. I nic ich nie obchodzi, że tego promu nawet nikt jeszcze nie narysował, nie mówiąc już o projekcie. A armator zamówi ten prom za nasze, czyli podatników pieniądze u producenta, który nie ma pojęcia, jak takie promy budować, nie ma fachowców, pracowników, ani potrzebnej infrastruktury. Marzenia mają postać głosu oddanego na PiS.

Niech się uczą, jak dawniej

Zmiany w edukacji też nie są przypadkowym wymachiwaniem dwuręcznym mieczem przez porcelanowozębną minister Zalewską. Dla ogromnej wiejskiej i małomiasteczkowej rzeszy nieaktywnych wyborców wprowadzenie gimnazjum było bezrozumnym małpowaniem zachodu. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ośmioklasowa podstawówka i dwuletnia zawodówka (nie zapominając oczywiście o czteroletnim liceum i pięcioletnim technikum) uważana jest za coś zgodne z naszą tradycją. Jest to oczywista bzdura, bo w przedwojennej Polsce obowiązywały rozmaite drogi do zdobycia wykształcenia, a pluralizm wynikał z różnych modeli kształcenia we wcześniejszych zaborach, pod którymi żyli Polacy.
Jednak w powszechnej opinii utrwaliła się zła opinia gimnazjów, spotęgowana powszechnymi żartami z „gimbazy” i „gimbusów”. Jeśli więc PiS likwiduje gimnazja i nie pozwala iść do szkoły sześciolatkom pod hasłem „niech mają dłuższe dzieciństwo”, to może na takim ruchu tylko zyskać. Masowe protesty i żądanie prawie miliona osób o przeprowadzenie referendum są w tym wypadku mało ważne. Ważne jest, czy mile połechtani wyznawcy tradycji pójdą na następne wybory.

Nasza chata z kraja

Już w „Weselu” Wyspiańskiego pojawiają się te słynne słowa: Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. Ten sposób myślenia właściwy jest wielu Polakom. Nic dziwnego, bo od XVII wieku wojny nękały Polskę często, zatem się nie można dziwić, jeśli Polak docenia pokój. Jednak kraj w środku Europy nie może się izolować. Usilne dążenie, by odseparować się od wszelkich zewnętrznych spraw może dać efekty odwrotne od oczekiwanych. Pozbędziemy się sprzymierzeńców i sojuszników. Taką właśnie politykę międzynarodową prowadzi PiS. Historia się powtarza, powtarzane są sanacyjne błędy z lat trzydziestych. Do tego dochodzi rozmyślne i celowe budzenie nienawiści i strachu wobec obcych. Od kampanii wyborczej w roku 2015 Kaczyński ze swymi akolitami konsekwentnie budzi polskie upiory – rasizm, antysemityzm, ksenofobię. To może się przełożyć na duży sukces wyborczy, ponieważ rasistów i antysemitów w Polsce jest więcej, niż kiedykolwiek chcieliśmy to przyznać.

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Niezawisłe sądownictwo, które stało się podstawą demokracji, nie jest wartością dla ludzi, którym demokracja się nie podoba, ani dla tych, którym na demokracji nie zależy. Chęć opanowania sądownictwa stała się po wyborach oczywistością. Najpierw doszło do złamania niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Trwało to długo i wzbudziło wiele kontrowersji. Był to jednocześnie poligon doświadczalny, aby politycy PiS mogli się nauczyć w jaki sposób przejąć kontrolę nad sądami powszechnymi i Sądem Najwyższym. Ciąg dalszy właśnie nastąpił.
Sędziowie należą do grupy barwnie nazwanej wykształciuchami przez Ludwika Dorna, gdy jeszcze był trzecim bliźniakiem. Ludzie takich nie lubią, pokończyli uniwersytety i się mądrzą, zwykle jakoś się w tej nowej rzeczywistości zaczepili, a sędziowie budzą złość największą. Mają bowiem kilka przywilejów, które gwarantują ich niezawisłość wobec władzy wykonawczej.
Władza zaś myśli nie bez racji, że zamiast sędziów niezależnych lepiej mieć sędziów podległych. Bowiem będą wydawać takie wyroki, jakich oczekuje władza. A przeciętny obywatel Polski powiatowej, nie rozumie dziś, że kiedyś się uderzy o mur, gdy całkiem nawet niepolitycznie będzie chciał się przeciwstawić jakiemuś lokalnemu funkcjonariuszowi wiodącej siły narodu. Wtedy już nie będzie niezależnego sędziego, który go obroni przed bezprawiem władzy. Niestety, będzie już za późno.

Miałeś chamie złoty róg

Nie mam zamiaru analizować, dlaczego stało się właśnie tak, a nie inaczej i jakie są przyczyny upadku Polski jako państwa prawa. To jest zadanie dla historyków oraz socjologów i psychologów, którzy zapewne za sto lub więcej lat napiszą na ten temat sążniste rozprawy naukowe. Zadaniem tego tekstu jest pokazanie rzeczywistości, która nieuchronnie doprowadzi do wygranej PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Myślę, że poddani Pana Prezesa nie będą nawet zmuszeni do fałszowania wyborów, choć liczą się z taką potrzebą i się do niej solidnie przygotowują. Mieliśmy złoty róg demokracji i pozwoliliśmy go sobie zabrać.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.4/10 (22 votes cast)

Las Kabacki może być zbyt blisko

Manifestacja tzw. sekty smoleńskiej, która polega na przemarszu z kościoła pod pałac prezydencki i przemówieniu Prezesa o dochodzeniu do prawdy, w lipcu 2017 roku odbyła się w wielokilometrowej zagrodzie z metalowych barier, po raz pierwszy bez towarzystwa opozycji, która przybyła wcześniej, powtykała białe róże w kraty policyjnych samochodów i odeszła.

Totalna opozycja poniosła porażkę, próbując zablokować miesięcznicę. (Mariusz Błaszczak)

Minister nakazał swoim podwładnym postawienie kilku kilometrów barier, zablokowanie prawie całego Krakowskiego Przedmieścia oraz w praktyce także ulic dojazdowych, a w ten sposób wyłączenie też sporego obszaru Warszawy z normalnego użytkowania. A następnie radośnie oznajmia w wywiadzie radiowym dla rządowej stacji, że opozycja przegrała. Przegrała, bo nie miała żelaznych barier, ani tysięcy policjantów, a tylko białe róże w rękach. Panu ministrowi warto przypomnieć, że opozycja przegrała również w latach czterdziestych ubiegłego wieku, gdy po prostu niepokornych wsadzano do więzień. Opozycja przegrała w Poznaniu, gdy w czerwcu 1956 roku zaatakowały ją zbrojne jednostki milicji. Również w marcu 1968 roku opozycja przegrała po spałowaniu przez milicję. Przegrała również w grudniu 1970 roku, gdy kazano ją wojsku rozstrzeliwać z broni maszynowej. I po raz kolejny przegrała w Radomiu pod koniec czerwca 1976 roku, gdy milicjanci przepuścili ja przez tzw. ścieżki zdrowia. No i wreszcie przegrała w grudniu 1981 roku, gdy władza wyprowadziła na ulice czołgi i wojsko. Obecna władza ma więc w zanadrzu wiele jeszcze nie wykorzystanych sposobów na doprowadzenie opozycji do klęski.

Rozmawialiśmy o tym, żeby zmienić ustawę o zgromadzeniach, obciążając tymi kosztami tych, którzy deklarują zablokowanie, bo oni są sprawcami wzrostu tych kosztów. Albo niech się przeniosą, na przykład do Lasu Kabackiego. (Mariusz Błaszczak)

Jest tylko jedna wątpliwość. Gdy partia Pana Prezesa, zapewne mającego już wtedy status „błogosławionego” i spoczywającego na Wawelu, będzie za ćwierć wieku lub później tracić władzę, to może okazać się, że w historii Polski nie ma już miejsca na kolejny okrągły stół. I wtedy Las Kabacki będzie zbyt blisko, by Mariusz Błaszczak i jego parteigenossen mogli się w nim skryć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (11 votes cast)

Antygona

Mitologiczna Antygona była córką Edypa oraz siostrą dwóch braci, którzy po śmierci ojca mieli sprawować władzę w Tebach naprzemiennie. Jednak sprawujący władzę jako pierwszy Eteokles nie przekazał jej bratu Polinejkesowi. Ten zapewnił sobie pomoc zewnętrzną i na czele obcych wojsk najechał Teby. Obaj bracia w tej walce o władzę zginęli. Ich krewny Kreon, który został królem, Eteoklesa kazał pochować jak bohatera, obrońcę ojczyzny, zaś zdrajcę i najeźdźcę Polinejkesa kazał pozostawić na polu bitwy i zabronił urządzenia mu pogrzebu, co według wierzeń greckich oznaczało wieczną tułaczkę i brak możliwości wejścia do krainy zmarłych Hadesu. Dwie osierocone przez ojca, a potem przez braci, siostry zachowały się inaczej. Ismena uznała prawo Kreona, prawo królewskie, bowiem bała się sprzeciwić władcy. Antygona uznała, że nad prawem stanowionym przez króla ważniejsze są prawa boskie, nakazujące grzebać umarłych. Wyprawiła tajemny pogrzeb bratu – zdrajcy. Rzecz jasna nie dało się tego utrzymać w tajemnicy. Kreon ratując swój prestiż władcy skazał Antygonę na śmierć. Wówczas Hajmon, syn Kreona i narzeczony Antygony popełnia samobójstwo. Na wieść o śmierci syna popełnia samobójstwo też żona Kreona Eurydyka. Kreon zmusza więc poddanych do posłuszeństwa i potwierdza niezłomność swej władzy królewskiej, ale traci rodzinę i szczęście, bowiem podjął decyzję nakazującą łamać prawa boskie i za to został ukarany.

Historia Antygony stała się kanwą dla klasycznego dramatu Sofoklesa napisanego pięć wieków przed naszą erą. Do dziś uważa się, że jest to jeden z najwybitniejszych dramatów i nieustannie jest wciąż wystawiany na scenie. Osią dramatu jest konflikt pomiędzy prawem królewskim, dziś byśmy nazwali je prawem państwowym, stanowionym przez ludzi – a prawem boskim, co dziś raczej skłonni bylibyśmy nazwać prawem naturalnym lub nawet podstawowymi prawami człowieka. Sofokles prowadząc fabularną nić swojej klasycznej tragedii jasno chciał dać do zrozumienia, że prawo stanowione przez człowieka nie może górować nad naturalnym. Że łamiąc to ostatnie, nawet w patriotycznym celu, władca musi ponieść klęskę w wymiarze ludzkim.

Lat temu ponad czterdzieści, gdy byłem uczniem liceum, wraz z grupą koleżanek i kolegów postanowiliśmy przedstawić historię Antygony. Dla nas wymowa tagedii była oczywista. Antygona była ikoną sprzeciwu wobec władzy. A jednocześnie ten dramat jako typowy przykład maski historycznej, nie powodował podejrzliwości ludzi dorosłych, od których zależało, czy będziemy mogli ten dramat pokazać. Nasza wersja była uwspółcześniona. Poza Antygoną, która występowała w klasycznym stroju greckim, pozostałe postacie były ubrane w stroje współczesne. Jedynym elementem scenografii był stary, zabytkowy wręcz fotel, który grał tron Kreona. Nasza inscenizacja mówiła widzowi, że oto ma przed sobą starożytną tragedię, która ma oczywiste odniesienia do współczesności. Tragedię ponadczasową. Pamiętam, że sporo się napracowałem przerabiając scenariusz dramatu tak, aby postacie mówiły całkiem współczesnym językiem. Również muzyka, którą wykorzystaliśmy jako tło, była muzyką naszego pokolenia. Dziś z perspektywy czasu wiem, że nie stworzyliśmy dzieła genialnego, ale przybywali na nasze przedstawienie uczniowie innych szkół średnich w mieście i to nie z obowiązku, bowiem nasza działalność była na prawdę pozalekcyjna, a przedstawienia odbywały się wieczorami.

Antygona była dla nas symbolem sprzeciwu wobec autorytarnej władzy i nie mieliśmy wtedy pojęcia, że od dawna ta tragiczna postać dramatu greckiego jest symbolem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprzeciwu, który nie używa przemocy, ale przeciwstawia się prawu stanowionemu przez autorytarną władzę, która łamie prawa naturalne i prawa człowieka. Dziś Antygona jest patronką obywateli z białymi różami, którzy stają na przekór władzy, którzy sprzeciwiają się seansom nienawiści urządzanym przez partię, której Kreonem jest mały zakompleksiony człowieczek. Władza jest jedynym fetyszem, dla którego on jeszcze oddycha.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)