Na tym właśnie polega sztuka. Co powiedzieć i kiedy. (Ursula K. Le Guin)

Neologizmy

Neologizmy

Jednym z największych paradoksów języka jest to, że jest jednocześnie zależny i niezależny od ludzi. Jako zbiorowość kształtujemy język, ale indywidualnie język się nam wymyka, nie słucha i zmienia się po swojemu. Aczkolwiek ci, którzy dzierżyli władzę, zawsze pragnęli rządzić językiem. Zapewne z powodów, które wyartykułował Zbigniew Nienacki w swej trylogii „Dagome Iudex”.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu.

Im bardziej władca pragnął władzy absolutnej, tym bardziej pragnął też panować nad językiem. Czasem się to udawało w jakimś ograniczonym wymiarze czasowym. Najczęstszym objawem tej władzy były neologizmy, choć na ogół to naturalne zjawisko językowe. George Orwell nawet nadał tej manierze nazwę nowomowa i jest to jeden z niewielu przypadków, gdy moc jednego człowieka wprowadziła słowo do powszechnego użytku.

Wraz z upadkiem faszyzmu, a potem komunizmu wydawało się, że manipulacje władzy w obszarze języka przeszły do historii. Ale to było złudzenie. Wszędzie tam, gdzie wyrastają pragnienia autorytarnej władzy, tam rośnie też chęć by nazywać rzeczywistość nowym językiem. Starsi zapewne pamiętają, jak w latach osiemdziesiątych władzom nie podobało się angielskie słowo media i zamiast niego promowały nowe słowo publikator. Pomimo wszelkich wysiłków nie udało się. To słowo dziś jest eksponatem w muzeum języka.

Okazało się, że i współcześnie władza nie ma mocy nazywania. Paradoksalnie neologizmy Jarosława Kaczyńskiego polegające na zestawianiu obraźliwych inwektyw lub nadawaniu obraźliwych znaczeń wcześniej neutralnym związkom frazeologicznym nie spełniły swej roli. Wydawałoby się, że nikt nie będzie chciał zostać gorszym sortem ani elementem animalnym. A tymczasem przeciwnicy władzy, zamiast tłumaczyć się i wyjaśniać, że oni wcale tacy nie są, uczynili z tych inwektyw swoja broń przeciw władzy.

Kaczyński kiedyś grzmiał z trybuny sejmowej, że żadne wrzaski, ani krzyki nie przekonają go, że czarne jest czarne, a białe jest białe. To przejęzyczenie stało się symboliczne w chwili, gdy pisowska nowomowa okazała się pustą wydmuszką. Piłka powędrowała do przeciwników, można rzec, używając sportowego wyrażenia. To widać, gdy zauważymy, że sasin, stał się nazwą człowieka, który niczego nie umie porządnie zrobić. Zaś julka, która miała oznaczać lewacką głupią nastolatkę, coraz częściej kojarzy się z inną Julką (potocznie zwana kucharką prezesa). Jednak największą karierę u schyłku 2020 roku zrobiło słowo odjaniepawlić. Niegdyś było mało znanym słowem slangowym młodzieży. Użycie tego czasownika miało żartobliwy wydźwięk i oznaczało tyle co tu się wyprawia (co się tu odjaniepawla). Tymczasem w wyniku dyskusji o mrocznych stronach pontyfikatu Jana Pawła Drugiego, słowo to nabrało nowego znaczenia. Stało się postulatem. Odjaniepawlić Polskę, czyli uwolnić Polskę od wątpliwej i bałwochwalczej czci składanej mało świętemu (jak się okazało) rodakowi. Zrobić porządek z tymi setkami ulic, placów, skwerków i trawników nazywanych jego imieniem. Usunąć szpetne i bałwochwalcze pomniki. Okazało się, że to lud ma moc nazywania, nie władza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Komentarz do “Neologizmy”