Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Tam, gdzie rodziła się Europa

Czujemy się spadkobiercami kultury i cywilizacji śródziemnomorskiej. Z niejaką dumą mówimy o spuściźnie prawa rzymskiego, a z jeszcze większą o kulturze i sztuce starożytnej Grecji. Mało kiedy jednak dochodzi do naszej świadomości fakt, że ta kultura powstawała z daleka od tego, co dziś uważamy za Europę. Czy wiecie, że wejście do mitologicznego Hadesu, do którego udał się Orfeusz, aby odzyskać swą ukochaną Eurydykę, a także Herakles, by porwać stamtąd trójgłowego psa Cerbera, znajduje się w jaskiniach niedaleko miasta Eregli nad Morzem Czarnym?
Tam właśnie przyszło mi się udać w 1998 roku. Byłem opiekunem dzieciaków, które jechały na zaproszenie tureckich władz na wielki festiwal kulturalny noszący nazwę Święta Osmańskiej Truskawki.
W tamtych czasach niewiele wiadomo było o Turcji poza tym, że nasi handlarze u schyłku PRL jeździli po słynne tureckie kożuszki, w których potem chodziło zimą pół Polski. To nie był łatwy wyjazd, bo i daleko i sam kraj był jedną wielką niewiadomą. Rodzice byli zaniepokojeni, a spraw do załatwienia w związku z wyjazdem multum. Któregoś dnia posadziłem nastoletnią córkę przed komputerem i dałem jej zadanie znaleźć kogoś z Turcji i dowiedzieć się jak najwięcej, a lista pytań, które wypisałem na kartce była spora. Okazało się to dobrym pomysłem. Dzięki rozmowie na IRC ze studentem z Ankary dowiedzieliśmy się więcej niż można się było spodziewać i spokojniej już szykowaliśmy się do wyjazdu.
W Turcji okazało się, że oni więcej wiedzą o Polsce, niż my o ich kraju. Doskonale wiedzieli kim był Fryderyk Chopin, znali i szanowali postać Murada Paszy, który jest też naszym i węgierskim bohaterem narodowym jako generał Józef Bem. Mówili o polskiej wsi pod Stambułem, w której żyją potomkowie Polaków. Wiedzieli też, że Polakiem jest papież Jan Paweł Drugi a Lech Wałęsa był dla nich bohaterem współczesnego świata, mówili o nim z szacunkiem takim jak o Atatürku. Jeszcze jedno nazwisko było im znane – Roman Kosecki. Każdy bowiem Turek od wczesnego dzieciństwa jest wielbicielem piłki nożnej, a Kosecki grał wówczas w klubie Galataseray ze Stambułu. I jeszcze jedno, nigdzie nie spotkałem się z tak powszechną i entuzjastycznie okazywaną sympatią dla Polski i Polaków.
Poznałem też kilku ciekawych ludzi, prowadziliśmy długie nocne rozmowy, racząc się popularną tam rakiją i walcząc z oporem, który stawiał nam wspólny i nie nasz język angielski. Wiele się wówczas o tym kraju dowiedziałem. Turcji, jaką poznałem, dziś już nie ma.

Oceń felieton