Na tym właśnie polega sztuka. Co powiedzieć i kiedy. (Ursula K. Le Guin)

Pomnik Chaveza

W połowie „epoki gierkowskiej w Polsce dolar na czarnym rynku wart był około 100 złotych. Średnia pensja wynosząca wówczas około 4 tysięcy złotych była czarnorynkowym odpowiednikiem około 40 dolarów. Zwyczajne dżinsy kosztowały mniej więcej miesiąc pracy.
Prawdę powiedziawszy nie był to jeszcze najgorszy okres w historii PRL, ponieważ w sklepach było dość względne zaopatrzenie i zamiast „wranglerów” można było kupić dżinsopodobny produkt z zakładów „Odra”. Właśnie wprowadzono kartki na cukier, czemu towarzyszyły słynne „ścieżki zdrowia” urządzane protestującym robotnikom w radomskiej siedzibie milicji. Kilka lat później zaczęło brakować wszystkiego od mięsa zaczynając. W zasadzie jedynym produktem, który dawał się kupić bez stania w horrendalnych kolejkach był ocet. Wszystko za to można było kupić za dolary, jednak miesięczna pensja nie na wiele starczała.
W 1989 roku system nakazowo-rozdzielczy zbankrutował w Polsce, a wkrótce potem to samo stało się w pozostałych krajach tzw. obozu socjalistycznego. Na świecie zostały dwa relikty minionej epoki. Odizolowana i biedna Kuba oraz dyktatorska Korea Północna, w której ludzie nauczyli się jeść trawę. Kilka lat temu do tych reliktów postanowiła dołączyć Wenezuela pod przywództwem ówczesnego prezydenta Chaveza.
Półtora roku temu napisałem: Hugo Chávez nie był dobrym bohaterem bajki z happy endem. Wenezuela zbliża się do zapaści gospodarczej i nie wiadomo, czy następca Cháveza będzie w stanie coś zmienić. Czy wrócą wpływy USA? Czy Wenezuela stanie się drugą Kubą? Czy wybuchnie wojna domowa? Szanse na dobry scenariusz są bardzo niewielkie.*
Minął rok i z Wenezueli zaczęły dochodzić wieści coraz bardziej niepokojące. Braki w zaopatrzeniu stały się fundamentalnie dokuczliwe, zaś społeczeństwo zaczęło się buntować.
Napisałem wówczas: Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny…**
Okazuje się, że zgodnie z moimi przewidywaniami władza nie zamierza się ugiąć – przez ostatnie miesiące w protestach i zamieszkach zginęło przynajmniej kilkadziesiąt osób, zaś ceny poszybowały znów w górę.
Dziś przeciętna pensja to nieco ponad 4 tysiące boliwarów. Według kursu czarnorynkowego warta jest jakieś 40 dolarów. Ponieważ sklepy świecą pustkami, praktycznie wszystko trzeba kupić na czarnym rynku. Kilogram marchwi kosztuje blisko 20 dolarów, a rząd zapowiedział ścisłe racjonowanie żywności. Obywatelom będzie się sprawdzać odciski palców, żeby nikt nie kupował towarów częściej niż przewiduje prawo. Warto się chwilę zastanowić nad tym ostatnim pomysłem. Łatwo sobie wyobrazić, że do wprowadzenia takiego pomysłu potrzebna jest centralna baza danych możliwa do sprawdzenia oraz odpowiednie urządzenia w wytypowanych sklepach. To oznacza ogromne koszty wprowadzenia systemu, których nie przeznaczy się na zakup żywności.
Pod pierwszym moim felietonem o Wenezueli pojawił się ironiczny komentarz:
Świetny wpis, szkoda, że ostatni paragraf taki krótki! „Pieniędzy z ropy nie wykorzystywano tak, aby pracowały na przyszłe zyski, „przejadano” je na bieżąco.” – no chyba lepsze to, niż gdyby mieli poumierać z głodu 😛
Jak widać dziś w ten etap właśnie Wenezuela wkracza. Viva el socialismo!


* Felieton z marca 2013.
** Felieton z marca tego roku.