Na tym właśnie polega sztuka. Co powiedzieć i kiedy. (Ursula K. Le Guin)

Hugo Chávez

O Ameryce Łacińskiej wiemy zazwyczaj niewiele i nie chcemy wiedzieć nic więcej. Jest to dla Europejczyków egzotyczny region świata, a na dodatek ma skomplikowaną historię i nie mniej skomplikowaną teraźniejszość. Zwykle ograniczmy się do ikonizacji zjawisk i problemów związanych z Ameryką Południową. Gdzieś tam w zakamarkach zwojów mózgowych tkwi Che Guevara – dla jednych symbol terroryzmu, dla drugich walki z krwiożerczym kapitalizmem. Oczywiście jest też Kuba – rum, gorący klimat i kobiety oraz jednocześnie jeden z ostatnich skansenów komunizmu, a także jego zmurszały ze starości symbol – Fidel Castro. Argentyna – Peron (cholera wie co on takiego zrobił), junta wojskowa i morderstwa, wojna o Falklandy. Do tego Andy i Amazonka i już mamy przewodnik wykształconego Europejczyka po Ameryce Łacińskiej bardziej światli rzucą w dyskusji jeszcze lasami deszczowymi, ciężkim losem Indian i walką o środowisko. Mniej wykształceni zapewne ogranicza się do karnawału w Rio.

W takich dniach jak dziś robi się nam trochę głupio – Kim jest ten Chávez i co to do cholery jest ta Wenezuela?
Otóż zmarły Hugo Chávez był trzecią kadencję prezydentem Wenezueli. Jak wiele innych krajów na kontynencie południowoamerykańskim, Wenezuela przez długie lata była krajem kapitalizmu dziewiętnastowiecznego. Przeciętny mieszkaniec Europy od dawna nie godził się z wyzyskiem, nierównością społeczną i brakiem opieki medycznej, ani też z niewolniczą pracą dzieci. W Wenezueli panował kapitalizm w stylu amerykańskim – 1% ludzi ma 99% dóbr, zaś pozostałe 99% ludzi ma 1% dóbr. Na dodatek kolejne rządy z demokracją niewiele miały wspólnego. Zresztą Wenezuela była pod specjalną opieką USA, ponieważ kraj ten ma duże zasoby ropy. A wiadomo, gdzie są duże zasoby tego surowca, to na pewno są tam USA.
Hugo Chávez stał się postacią publiczną w roku 1992, gdy jako podpułkownik usiłował dokonać zamachu stanu. Choć wcześniej również prowadził działalność polityczną, to ten nieudany pucz stał się symbolicznym początkiem jego kariery. Gdy po paru latach wyszedł z więzienia, stał się założycielem ruchu boliwariańskiego o wyraźnie socjalistycznych poglądach. W 1998 roku Hugo Chávez wygrał wybory prezydenckie. Aby nie wdawać się w nudne szczegóły, zapoczątkował wiele zmian, które zdecydowanie się nie podobały dotychczas najbogatszej części społeczeństwa. Zmiany Cháveza idą bowiem wyraźnie w stronę socjalizmu. W 2002 dochodzi do nieudanego zamachu stanu – nieudanego, ponieważ po dwóch dniach pod wpływem nacisku społeczeństwa zamachowcy oddają prezydentowi władzę. Od tego momentu Chávez coraz dalej idzie w stronę socjalizmu. Staje się jedynym po upadku Związku Radzieckiego przyjacielem Kuby i Korei Północnej. Reżim Fidela Castro nękany trwającym od dziesięcioleci embargiem amerykańskim uzyskuje od Cháveza spore wsparcie finansowe. Wrogiem prezydenta były – rzecz jasna – Stany Zjednoczone, które finansowały pucz w 2002 i wenezuelską opozycję. Przeciw sobie miał również kościół katolicki, który jak zwykle był po stronie bogatych, a nie biednych. Jednym słowem sytuacja w Wenezueli przypominała t z lat siedemdziesiątych w Chile. Tylko Hugo Chávez był dużo sprytniejszy. Od początku zadbał o wykorzystanie pieniędzy ze sprzedaży ropy, z biegiem czasu przemysł naftowy został znacjonalizowany, a prezydent miał po swojej stronie wojsko.
Jednak w kraju rozpętała się swoista wojna domowa. Oligarchia skupiając w swoich rękach 90% mediów prowadziła bezpardonowe ataki medialne na prezydenta, ten w rezultacie odwdzięczył się prawie całkowitą likwidacją prywatnych mediów parę lat temu. Władze za to prowadziły politykę upaństwowienia gospodarki i odbierania przywilejów dawnej klasie posiadającej. Jednocześnie opozycja miała zadanie coraz trudniejsze wobec dużego poparcia dla Cháveza. Nie udało się referendum w sprawie odwołania prezydenta w 2003 roku, bez skutku pozostały międzynarodowe naciski krajów, które często w dobrej wierze zaniepokojone były wewnętrznym chaosem w państwie. Po roku 2003 rządy Cháveza stawały się coraz bardziej autorytarne. Jednocześnie rozrasta się aparat państwowy i zaczyna kwitnąć korupcja. Zwiększa się inflacja, która w roku 2008 doprowadza do denominacji. Wzrost gospodarczy zaczyna z roku na rok spadać i zawdzięczany jest tylko złożom ropy naftowej. Biurokracja i korupcja dobijają gospodarkę, a jednocześnie Chávez zaczyna myśleć o zapewnieniu sobie bezterminowej władzy. Próbuje zmienić konstytucję tak, aby zapewnić sobie kolejne kadencje i obniżyć wiek wyborczy, by zapewnić sobie głosy popierającej go młodzieży. Nie udaje się to w 2007, lecz udaje się w 2009, gdy ludzie prezydenta mają już praktycznie cały kraj pod kontrolą.
Hugo Chávez coraz częściej w swej politycznej drodze powołuje się na legendarnego wyzwoliciela Ameryki Południowej z kolonialnej niewoli – Simona Bolivara. Samozwańczo mianuje się jego następcą, a jak twierdzą niektórzy uważa, że jest nowym wcieleniem Bolivara. Jednym słowem zaczyna uważać, że jako władca kraju odpowiada już tylko przed sobą. Jego poparcie dla skompromitowanych komunistycznych reżimów na Kubie i w Korei Północnej jest kompromitujące, popiera też upadający reżim Kadafiego w Libii i Assada w Syrii. Gdy zaczyna chorować, informacje o jego stanie zdrowia nie są rzetelne, podobnie jak to już w historii bywało z innymi dyktatorami. Czas pokazał, że prezydent Wenezueli cierpiał na nieuleczalny nowotwór.

Niedawno twórcy portalu The Pirate Bay, zaciekle zwalczanego przez amerykańskie koncerny medialne przy sporym poparciu rządu USA i jego nacisku na władze Norwegii, oznajmili, że otrzymali wsparcie ze strony komunistycznego dyktatora Korei Północnej, który jest gotowy do popierania swobody wymiany informacji w światowej sieci. I tu pojawia się dylemat. Bowiem czy fakt, że w obronie swych interesów wielkie amerykańskie koncerny wykorzystują władzę do gwałcenia demokracji na świecie, powoduje, że Korea Północna staje się czymś lepszym? Nikt przy zdrowych zmysłach tego nie potwierdzi. Czy Chavez walczący na każdym możliwym polu z amerykańską dominacją i jednocześnie gwałcący demokrację we własnym kraju staje się przez to obrońcą demokracji, czy wręcz przeciwnie? Tutaj już sprawa nie wydaje się tak prosta. Hugo Chávez miał do końca ogromne poparcie przede wszystkim biedoty, która nadal stanowi 37% ludności. Wdrażał rozmaite programy dla biednych, które pożerały bezpowrotnie zyski z wydobycia ropy. Jak zwykle bywa w biurokracji i dyktaturze ogromna część tych pieniędzy trafiała do nowej kasty oligarchicznej – urzędników państwowych. Pieniędzy z ropy nie wykorzystywano tak, aby pracowały na przyszłe zyski, „przejadano” je na bieżąco. Czy można inaczej? Można – doskonałym przykładem jest Norwegia. Złym przykładem jest Arabia Saudyjska, budująca nowoczesną infrastrukturę w anachronicznym społeczeństwie. Gdy kiedyś ropa się skończy zobaczymy tam obrazki jakby żywcem wyjęte z „Mad Maxa”.
Hugo Chávez nie był dobrym bohaterem bajki z happy endem. Wenezuela zbliża się do zapaści gospodarczej i nie wiadomo, czy następca Cháveza będzie w stanie coś zmienić. Czy wrócą wpływy USA? Czy Wenezuela stanie się drugą Kubą? Czy wybuchnie wojna domowa? Szanse na dobry scenariusz są bardzo niewielkie.

5 komentarzy “Hugo Chávez”

Komentarze są wyłączone.