Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Jestem winien

Po upadku komunizmu w Europie wschodniej moje zainteresowanie polityką było letnie*. Zdawałem sobie sprawę, że nadrobienie zacofania cywilizacyjnego, jakie zafundował nam PRL potrwa dziesiątki lat i ze kolejne rządy będą zmierzać w kierunku poprawy, ale też nie miałem złudzeń. Demokracja to system bardzo powolny w działaniu, a nawet wręcz opieszały, ponieważ wśród partii politycznych i przywódców zawsze znajdą się tacy, którzy pełnić będą rolę hamulcowych i wielokrotnie musi upłynąć parę kadencji, by wyborcy puknęli się w czerep i wykopali niektórych polityków na aut. Polityka sobie, a codzienne życie sobie. Czasami, zwykle przed wyborami, temperatura podnosiła się nieco, niekiedy decyzje rządzących doprowadzały mnie do wściekłości, a rzadziej do zadowolenia. Rzadko jednak jakiś polityk wzbudzał więcej niż tylko chwilowe zainteresowanie. Z jednym wyjątkiem – od dawna nie znosiłem dwóch paskudnych kurdupli.

Palenie kukły prezydenta Wałęsy
Palenie kukły prezydenta Wałęsy

Wałęsa nie był moim kandydatem na prezydenta. Oceniałem go nieco zbyt surowo, ale dość słusznie. Miał wiele wad dyskwalifikujących go na najwyższym stanowisku w państwie. Jedną ze złych decyzji było zatrudnienie obu kurdupli w Kancelarii Prezydenta. Byłem pewny, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Znałem wielu ludzi z opozycji, niektórych miałem szczęście poznać nawet osobiście. Ale o Kaczyńskich nie można się było wiele dowiedzieć. W okresie PRL nie rzucali się w oczy. Przeglądając archiwalne numery „Tygodnika Solidarność” i wiele tzw. podziemnych pism z tamtego okresu, nie znalazłem nazwiska bliźniaków. Jednak już po roku 1989 było o nich głośno i to zawsze w kontekście negatywnym, jako tych którzy rozbijają, knują, kłócą się i mają pretensje. Gdy Wałęsa zatrudnił ich, byłem pełen najgorszych obaw. Na szczęście dla siebie, wyrzucił ich na zbity pysk. A ci natychmiast obwołali go komunistycznym agentem bezpieki i spalili jego kukłę na manifestacji.
Rzecz jasna na co dzień nie zaprzątałem sobie głowy Kaczyńskimi, miałem wiele własnych ważniejszych spraw. Bliższa ciału koszula…

Zmora polskiej polityki
Zmora polskiej polityki

Jednak obecność obu bliźniaków w polityce stawała się coraz bardziej dokuczliwa, a gdy obydwaj wygrali wybory w 2005 roku, to już było nie do zniesienia. Przede wszystkim dlatego, że ich polityczna retoryka od początku obejmowała prostą i totalną krytykę wszystkiego, co w Polsce zrobiono przez kilkanaście lat. Po drugie – byli oczywistymi przeciwnikami wejścia Polski do Unii Europejskiej i wszelkiej integracji z innymi państwami. Po trzecie – reprezentowali postawę odmawiającą prawa do bycia patriotą i Polakiem każdemu, kto nie popierał ich wizji tzw. IV Rzeczypospolitej. Ponieważ dobierali sobie do towarzystwa głupków w swoim rodzaju – od Macierewicza i Olszewskiego zaczynając, po Kurskiego i Bielana wśród młodej gwardii lub młodych wilków, jak uważali inni, to cała ekipa PiS w 2005 roku prezentowała się, jak z jakiegoś horroru klasy B.

Wkurzało mnie i denerwowało wszystko. Od Kaczyńskiej z reklamówką, po nadętego karzełka Gosiewskiego. Od wymoczkowatego Bielana, po ulizanego Hofmana. Od jąkającego się Dorna, po głupawego Ziobrę. Nie ma co ukrywać, uważałem, że rządy PiS są dla kraju fatalne i życzyłem tej ekipie możliwie jak najgorzej. W 2007 roku trochę odetchnąłem. Z niecierpliwością liczyłem dni do końca kadencji Lecha Kaczyńskiego i z zadowoleniem patrzyłem, jak na łeb spadają wyniki sondaży. Nie jestem pewny, czy mój stosunek do PiS i Kaczyńskich można nazwać nienawiścią, ale na pewno była to głęboka i wręcz organiczna niechęć do takiego stylu sprawowania władzy, do reprezentowanej przez nich retoryki i modelu patriotycznego. Dziś po dwóch latach od katastrofy w Smoleńsku w sposób oczywisty dla mnie nadal uważam, że rządy PiS i prezydentura Lecha Kaczyńskiego to było nieszczęście dla Polski. Wobec retoryki prezesa i niektórych polityków dziś z nim związanych, muszę więc wyznać, że tak – jestem jednym z wielu milionów Polaków, których on obwinia o śmierć brata. Według tej pokręconej logiki jestem winien „zamachu” w takim samym lub większym stopniu niż Donald Tusk.

Tak naprawdę liczyłem na to, że Lech Kaczyński odejdzie przegrywając sromotnie wybory i będzie to koniec szkodliwej i głupiej koncepcji politycznej wyznawanej przez obu bliźniaków. Dzięki śmierci brata Jarosław Kaczyński osiągnął w wyborach prezydenckich 47% i ku mojej rozpaczy był bliski wygranej. Dzięki ciągłemu epatowaniu spiskowymi teoriami PiS nadal istnieje na scenie politycznej. Dlatego najpoważniej na świecie trzeba zadać pytanie – jeśli, to kto i dlaczego zamordował Lecha Kaczyńskiego? Kto zyskał?


*Letni, czyli nie zimny, ale daleki od gorącego. Nie chodzi rzecz jasna o porę roku.

5/5 - (1 vote)

5 komentarzy “Jestem winien”

Możliwość komentowania została wyłączona.