Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

The day when freedom was born

Zwykła sobota w zwykłym kraju. Pogoda jest piękna. Słońce świeci i niebo czyste bez jednej chmurki. Większość mieszkańców mojego miasta zapewne spędzi ten dzień, jadąc nad morze. Na pewno też nie będą narzekać na dzisiejszy dzień sprzedawcy napojów orzeźwiających i lodów. Mniej zadowoleni będą kierowcy, miasto jest rozkopane, remontowane są ulice w centrum, a to powoduje korki. Dzięki unijnym funduszom miasto robi wiele remontów i dziś trudno sobie wyobrazić, że ponad dwadzieścia lat temu wszystko wyglądało inaczej. Nie wszyscy mają wolną sobotę, ja też dzisiejszy dzień spędzę pracując. Ale nie narzekam, robię to, co lubię i nieźle mi za to płacą. Nie, to nie jest to, o czym niegdyś śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence „Nasza klasa”.
Niekiedy patrząc na świat wokół mnie mam wrażenie, że to – co pamiętam z przeszłości – to nie mogło być rzeczywiste, że to był jakiś koszmarny sen, a przecież było tak naprawdę. Życie w kraju szarym, brzydkim i biednym za żelazną kurtyną, w kraju, z którego nie można wyjechać, a co najwyżej uciec.
Dwadzieścia dwa lata temu była niedziela. Odbywały się wybory, pierwsze wybory w moim życiu, które miały sens. Wybieraliśmy demokratycznie senat i częściowo demokratycznie sejm. To był pierwszy – symboliczny – dzień naszej demokracji. Miałem nadzieję i świadomość, że odtąd zmieni się wszystko. Powiedziałem sobie, że mogę nawet do końca życia jeść suchy chleb, byleby tylko żyć w kraju, w którym obowiązuje prawo, a nie „widzimisię” jakiegoś towarzysza sekretarza.
Przez te dwadzieścia dwa lata bywały trudne chwile. Czasem faktycznie było ciężko, bardzo. Do dziś wiele aspektów rzeczywistości złości i boli. Może kiedyś też o tym napiszę, ale nie dzisiaj. Jednak nigdy nie opuściła mnie nadzieja. Czułem, że mam wreszcie wpływ na swoje życie, że coś ode mnie zależy. Nie wszystko potoczyło się tak, jak bym chciał, nie wszystkie oczekiwania się spełniły, ale mogę mieć swoje plany, marzenia i do nich dążyć.
Dwa lata temu, gdy była okrągła dwudziesta rocznica tych czerwcowych wyborów napisałem do córki, która wówczas studiowała w Londynie, taki trochę patetyczny i nieco sentymentalny mail. A w nim miedzy innymi:
Data 4 czerwca 1989 roku jest symbolem – bo zmiany zaczęły się kilka miesięcy wcześniej i skończyły się kilka miesięcy później. Ta data zmieniła sporą część mojego życia. Ale zmieniła całe Twoje życie. Wszystko co jest możliwe i co się dzieje w Twoim życiu, jest dzięki tej dacie.
Dziś jest to święto demokracji i wolności, święto, które szczególnie ważne powinno być dla młodych, bo ich życie stało się pełne możliwości. To święto powinno być ważne także dla starszych, bo oni pamiętają niewolę. To dziś powinny pojawić się flagi na ulicach miast, bo dziś jest dzień, w którym narodziła się wolność.

Oceń felieton

32 komentarze “The day when freedom was born”

Możliwość komentowania została wyłączona.