Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Kij i marchewka

Niejaki Łukaszenka, dyrektor kołchozu, rozpoczyna kolejną kadencję. Na nieszczęście nie jest to kadencja zarządzania kołchozem, ale kolejna już kadencja prezydencka. Na Białorusi przebiega to zawsze w ten sam sposób. Najpierw są wybory. Potem wygrywa Łukaszenka z ogromną przewagą nad pozostałymi kandydatami. Potem ludzie zbierają się na głównym placu miasta i protestują, a nowo wybrany prezydent każe spuścić łomot kontrkandydatom. Biorą się za to tajne służby i wykonują swe zadanie lepiej lub gorzej, ale wszyscy oczywiście wiedzą, kto opozycji spuścił manto.
Pierwszym problemem Białorusi jest kompletne rozbicie opozycji, która wystawia zwykle koło 10 kandydatów. W ten sposób opozycjoniści nie są w stanie uzyskać przewagi. Najlepsi kandydaci są z pochodzenia Polakami, a stosunek do Polaków jest podobny na Białorusi jak na Litwie. Jest to mieszanina przedwojennych lęków, sfałszowanej historii i zazdrości. Białorusin chętnie przyjedzie do Polski na handel lub do pracy, ale nie chciałby mieć prezydenta kojarzącego się z Polską. Lachy to pany i kapitaliści.
W ten sposób Łukaszenka nawet bez fałszowania wyborów miałby zapewne nominację w kieszeni już po pierwszej turze. Ale on woli trzymać pieczę nad wszystkim, bo Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. W ten sposób wygrywa wybory, mając zwykle koło 80% głosów. Tak naprawdę jest coraz gorzej i fałszowanie z każda kolejną kadencją jest ważniejsze. Poparcie dla batiuszki spada. Być może w tym roku nie osiągnęłoby nawet wymaganych 50%.
Nie ma co się dziwić, że dyktator wścieka się coraz bardziej. W państwie nie dzieje się najlepiej, a metoda stałego podlizywania się Rosji już nie działa. Metoda podlizywania się na zmianę z puszczaniem oczka w kierunku UE też się nie sprawdza. A na dodatek niewdzięczny lud coraz bardziej nieposłuszny.
Jakiś czas temu Jarosław Kaczyński został nazwany przez dziennikarza „taką bardziej dupowatą” wersją Hitlera. Łukaszenkę można nazwać taką „dupowatą” wersją Stalina. W gruncie rzeczy nie starcza mu odwagi na to, by porządnie rozprawić się z opozycją, raz na zawsze załatwić niektórych kontrkandydatów na prezydenta, posługuje się „nieznanymi sprawcami” to mało skutecznego mordobicia, a przecież ma w swoim ręku wszystkie asy. Aresztowani opozycjoniści skazywani są na symboliczne dziesięć dni więzienia, a czasem wypuszczani po kilku dobach. Przy Łukaszence nawet polscy komuniści mienić się mogą jastrzębiami.
Opozycja również jest taka jakaś niewydarzona. Polscy opozycjoniści również byli podzielenie wewnętrznie. Jednak potrafili działać razem i władza musiała się z nimi liczyć. Byli jedną organizacją w czasie walki, w czasie negocjacji Okrągłego Stołu i gdy przejmowali władzę. Białoruscy opozycjoniści nie potrafią się zjednoczyć, aby Łukaszenka musiał rozmawiać z jednolitym frontem.
Dla Rosji dyktator od paru lat staje się mało wygodnym partnerem. Ze swoją z lewej na prawą zaczesaną „pożyczką” staje się coraz bardziej obciachowy. Ani Putin, ani Miedwiediew nie bardzo widzą takowego sprzymierzeńca przy swoim boku. Raz dlatego, że trzeba mu prawie za darmo gaz dawać, dwa – bo sami ucinają więzy łączące Rosję ze Związkiem Radzieckim, a Łukaszenka jest jak złośliwy chichot historii.
Unia Europejska wybrała jedyny możliwy sposób wpływania na białoruską dyktaturę. Potocznie nazywa się to metodą kija i marchewki. Ostatnio starano się przekonać Łukaszenkę, że warto zrobić uczciwe wybory. Dostał marchewkę.
Łukaszenka powiedział, że wybory będą uczciwe i dodał: „jak zawsze”. Dotrzymał słowa. Było jak zawsze. Zatem teraz będzie kij. Daje to nadzieję, że za jakiś czas Białoruś jednak zacznie się zmieniać. Jest jeszcze inny scenariusz. Łukaszenka stanie się zbyt obciachowy dla Rosji. A wtedy zajmą się nim jacyś nieznani sprawcy.

Oceń felieton