Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

W okopach Świętej Trójcy

Agata Bielik-Robson, która była jednym z głównych gości Janusza Palikota, wypowiedziała ważną, choć odrobinę niedocenioną myśl. Pozwolę sobie rozwinąć tezę pani profesor, przeprowadzając krótką egzegezę. Otóż w państwach zachodnich od wielu dziesiątków lat demokracja rozwija się mając na względzie wolność i prawa jednostki. W polskich realiach prymat nad jednostka miała wspólnota. To już pisałem. Miało to swoje uzasadnienie historyczne. Naród w oblężeniu poddany presji obcych państw, obcych kultur i języków, musiał zewrzeć szeregi i szukać ratunku w jedności.
Była to wspólnota nie tylko narodowa, ale i religijna, bo kościół był miejscem, gdzie śpiewało się i modliło po polsku. Był ostatnią instytucją polską. Zaborcy z jednej strony byli prawosławni, z drugiej protestanccy. Stereotyp Polaka-Katolika powstał właśnie wtedy i wcale nie był śmieszny, ani ironiczny. Kościół hierarchiczny nie bronił Polski – wytykał to Słowacki w Kordianie – ale kościół zwykłych księży tak.

Podobną rolę spełniał Kościół także w drugiej połowie XX wieku. Sam w stanie wojennym brałem udział w w koncertach lub spektaklach o treści zupełnie niereligijnej w kościołach właśnie. Wcześniej również jako uczeń i student dzięki księżom poznawałem filmy, które były perłami światowego kina, a w oficjalnym obiegu były może nie tyle zabronione, lecz ignorowane. Na lekcjach religii poznawałem filozofów – od Arystotelesa po Kanta i Nietzschego. Kapłan, który w sali katechetycznej nauczał nas tej religii podkreślał zawsze wagę wolnej woli, bo nie zakazy czynią człowieka, ale jego wola. Ten Kościół, który dla swej potrzeby ja nazywam „wysokim”, praktycznie zniknął po 1989 roku.

Sytuacja w Polsce jako żywo zaczęła przypominać Nie-Boską komedię Krasińskiego. Oblężona twierdza i garstka obrońców prawdziwej jedynej, polskiej i katolickiej wiary. Tylko, podobnie jak w pierwowzorze, okazało się, że ci obrońcy są skorumpowani, tchórzliwi i prymitywni. Naprawdę to myślą jedynie o swych kościelnych funduszach, korumpują komisję majątkową, by zgarnąć jak najwięcej, a młodych ludzi to co najwyżej obmacują w ciemnym kącie, zamiast rozwijać ich intelekt. Gdy pojawi się problem naprawdę poważny i sięgający sedna wiary, to z podkulonymi ogonami twierdzą, że to nie ich problem i nie ich krzyż. To jest Kościół skundlony, zdegenerowany i powszechny obecnie.

Nie potrafiła się temu zjawisku przeciwstawić Platforma Obywatelska po 10 kwietnia, gdy bezczelnie rozgrywano symbole religijne w paskudnej politycznej grze. Nie potrafił wcześniej jeszcze nadać temu sensownej postaci SLD, bo to on zawinił w tym zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez tą skundloną wersję Kościoła. Strach nawet w ostatnich latach było mówić, bo narażało się na ewidentną agresję. Dopiero Janusz Palikot miał odwagę publicznie ogłosić to, czego ludzie domagać się zaczęli po 10 kwietnia. Oddzielić kościelne wpływy od państwa, żeby pod pretekstem religii nikt nam nie dyktował sposobu życia, bo wedle religii Bóg dał człowiekowi wolną wolę i życia nie kodyfikuje się zakazami religijnymi w krajach demokratycznych. Zakazów religijnych człowiek przestrzega sam, jeśli jest wierzący, a jeśli nie jest – to ma swoje zasady i swoje przykazania.

Dzisiejsze sondaże dobitnie pokazują, że ponad 51% badanych takie właśnie ma poglądy, zatem Palikot ma szansę by ich reprezentować, a elita polityczna, niech się zastanowi, czy reprezentuje jeszcze kogoś oprócz siebie.

Oceń felieton

Komentarz do “W okopach Świętej Trójcy”

Możliwość komentowania została wyłączona.