Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Ad astra

Podstawy science fiction dała mi lektura powieści Juliusza Verne’a. Pamiętam swoją dziecięcą fascynację faktem, że wszystko przewidział. Chyba najdoskonalszym przykładem były te powieści z których pojawiał się okręt podwodny Nautilus. Gdy byłem nieco starszy, nieco naiwna wydała mi się fantazja na temat podróży na księżyc, ale odrobina wiedzy z zakresu fizyki pokazuje, że wbrew pozorom intuicja Verne’a była wręcz niesamowita.
W szarej rzeczywistości PRLu fantastyka była oczywistą drogą ucieczki, tam wszystko było możliwe i wszystko mogło się wydarzyć. Moja miłość do literatury science fiction nigdy nie przełożyła się na film. Filmy fantastyczne o tematyce kosmicznej wydawały mi się głupkowato nieprawdziwe, sztuczne i teatralne. Na dobrą sprawę do dziś śmieszą mnie produkcje w rodzaju Battlestar Galactica, Star Trek i Gwiezdne Wojny. Owszem, najlepsze z nich da się oglądać, ale po napisach końcowych czar pryska, nie zostaje nic. Do dziś uważam, że są dwa dobre filmy z dziedziny fantastyki naukowej. Pierwszy to oczywiście Odyseja kosmiczna 2001 Stanleya Kubricka. Drugi to film Test Pilota Pirxa nakręcony na podstawie fragmentu literatury Stanisława Lema. Pomimo nieco ubogiej oprawy i raczej kiepskich efektów, ten ostatni miał w sobie prawdziwość psychologiczną, co chyba jest zasługą pierwowzoru literackiego. Długo nie wiedziałem dlaczego tak się dzieje, że żaden film o podboju kosmosu nie trafia do mnie w sposób dostatecznie poważnie.
Zrozumiałem to po wielu latach, gdy trafiły do polskiego czytelnika dawne perły klasyki światowej. Powieść Clifforda Simaka Czas jest najprostszą rzeczą zaczyna się zdaniem: I nadszedł ostatecznie czas, gdy człowiek pojął, że gwiazd nie zdobędzie nigdy.
Właśnie wtedy pojąłem, że moje poważne traktowanie fantastyki naukowej, nigdy nie pozwoliło mi na dostatecznie głębokie wejście w świat przedstawiony filmu. Wiedza, którą posiadałem nie pozwalała na wiarę w możliwość zdobywania kosmosu. O ile w literaturze pewne kreacje mogły zostać przyjęte, o tyle w filmie stawały się nieraz śmieszne. Przykładem takiej śmieszności zawsze dla mnie były odgłosy myśliwców towarzyszące walkom w próżni kosmicznej.
Wspomniana już powieść Czas jest najprostszą rzeczą skierowała mnie w stronę zupełnie innej literatury. Fabuła książki przypomniała mi się niedawno. Są w niej dwie postacie – jedna to człowiek, który uznał, że z kosmosu może przyjść jedynie zło, bo wszystko, co obce jest złe. Drugi bohater wymienił świadomość z tajemniczą różową istotą, więc nie całkiem jest człowiekiem lub może inaczej – jest kimś więcej niż człowiekiem. I to właśnie on, Shepherd Blaine wie, że kosmos może przynieść dobro. Wiele oczywiście wyjaśnia fakt, ze akcja rozgrywa się w świecie ludzi, którzy nienawidzą wszystkich obcych, a w szczególności tych, którzy dysponują paranormalnymi umiejętnościami.
Epizod IV RP w niedawnej rzeczywistości Polski był zadziwiająco podobny do wydarzeń z tej książki. Nie wiem z kim ja wymieniłem się świadomością i w jaki sposób się to stało, ale ksenofobiczny obraz świata, też powoduje mój lęk i chęć teleportowania się gdzie indziej. Do gwiazd.

5/5 - (1 vote)