Stallman, ty idioto

Richard Stallman to jedna z najbardziej znanych postaci ze świata Open Source. Zarazem też postać najbardziej kontrowersyjna. Pierwszy raz usłyszałem jego wypowiedzi w znanym filmie Hannu Puttonena „The Code”. Stallman porównuje tam oprogramowanie z przepisami kulinarnymi. Mówi o tym, że lubimy zmieniać coś w przygotowywanych potrawach i zapraszać przyjaciół, a także dzielić się swoimi pomysłami.
Wyobraź sobie teraz świat, w którym nie można nic zmieniać… Wyobraź sobie, że jeśli podzielisz się przepisem z przyjaciółmi, nazwą cię piratem i spróbują wsadzić do więzienia na całe lata.
To ma sens, pomyślałem wówczas.
Od chwili, gdy zacząłem używać komputera minęło już ponad piętnaście lat. Mój stosunek do oprogramowania zmieniał się przez te lata. Jak większość, zaczynałem, nie odróżniając komputera od oprogramowania. Podobnie jak inni przeszedłem też okres nieświadomego używania programów bez zastanawiania się, skąd one pochodzą. Potem zacząłem zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie jest towarem sprzedawanym tak samo jak masło, czy telewizor. W epoce przedinternetowej mało kto się jednak przejmował kwestią kopiowania i samodzielnego powielania programów, nie tylko w Polsce.
Zanim jeszcze mogłem mieć swój pierwszy komputer, nastąpiły się w informatycznej rzeczywistości dwa zdarzenia. Jedno jest mi doskonale znane. W 1991 roku Linus Torvalds opublikował kod pierwszej wersji Linuksa. System został opublikowany na zasadach Open Source. Dużo wcześniej, bo w roku 1976, inny młody człowiek – Bill Gates pisze tzw. otwarty list „do hobbystów”. Krytykuje w nim otwarty dostęp do kodu i ma pretensje do wszystkich, którzy wykorzystali bezpłatnie program jego autorstwa, ponieważ – uważa – w ten sposób go okradli.

źródło: Wikipedia

Linus Torvalds

Będąc przez wiele lat użytkownikiem Windows, zrozumiałem wreszcie, że ten system i spora część programów do niego kosztuje. I są to takie kwoty, na które mnie nie stać. Na dodatek używany przeze mnie system nie spełniał moich oczekiwań – był zawodny, niestabilny i niewydajny. Dlatego już ponad 10 lat temu szukałem alternatywy. „Podejść” do Linuksa miałem kilka. Za każdym razem system podobał mi się coraz bardziej, ale też za każdym razem znajdowałem problemy z działaniem sprzętu, których nie potrafiłem rozwiązać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyczyną są utajnione specyfikacje techniczne, które nie pozwalają na napisanie sterowników. Wreszcie jednak nastąpił ten moment, gdy wszystko zaczęło działać prawidłowo i z ulgą mogłem zrezygnować z Windows.
Zaoszczędziłem sporo pieniędzy (bo dziś używanie pirackiego oprogramowania byłoby raczej niemożliwe) i nerwów (nie oczekuję wizyty policji i BSA o szóstej rano).
Wtedy też poznałem istotne dla rozwoju wolnego oprogramowania postaci – Linus Torvalds, czy Richard Stallman. Wolne oprogramowanie jest wolne w znaczeniu „zapewniające wolność decyzji” i wcale nie musi oznaczać, ze jest darmowe. Czasem trzeba zapłacić własnym czasem, a czasami pieniędzmi. Używając Linuksa do wszystkiego, prędzej czy później musiałem się też zetknąć z oprogramowaniem zamkniętym. No bo jak tu czytać PDFy, nie używając najpopularniejszego czytnika. Lub jak obejrzeć filmy na Youtube bez wtyczki do przeglądarki. Zdarzyło mi się też kilkakrotnie kupić programy zamknięte działające w Linuksie. Wtedy też zacząłem uważać Stallmana za maniaka opętanego przez idiotyczną ideę walki z zamkniętym oprogramowaniem. Liberalne podejście do współistnienia programów otwartych i zamkniętych wydawało mi się odpowiednie. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie życia bez pewnych zamkniętych formatów plików, po drugie denerwowały mnie problemy z pozyskaniem zamkniętych dodatków w niektórych ideologicznie zorientowanych dystrybucjach Linuksa.
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Linus Torvalds opublikował Linuksa, Bill Gates napisał:
Gdyby ludzie zrozumieli jak otrzymywać patenty w momencie, kiedy większość dzisiejszych pomysłów była wymyślana i zrobiliby to, dzisiejszy przemysł stanąłby w miejscu. Rozwiązaniem jest wymiana patentowa z innymi dużymi firmami oraz patentowanie najwięcej jak tylko zdołamy. (notatka służbowa „Wyzwania i Strategie”, 16 maja 1991 r.)
O co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem znacznie później. Problem patentów i łatwości ich otrzymania istnieje i najlepszym jego przykładem jest słynna sprawa opatentowania koła w Australii*. W komputerowym światku dość powszechne są żarty z opatentowania podwójnego kliknięcia. Jednak w pewnym momencie okazało się, że wcale nie jest wesoło. Całkiem niedawno okazało się, że taktyka „patentować wszystko, co na drzewo nie ucieknie” miała swój cel. Celem podstawowym była próba zablokowania możliwości rozwoju innych systemów, a celem zapasowym możliwość straszenia patentami lub pozywania firm związanych z Linuksem. Jest to temat-rzeka i kiedyś jeszcze o tym napiszę. Tymczasem jednak wróćmy do Stallmana. W pewnym momencie jego szaleństwo zaczęło wyglądać zupełnie inaczej w świetle działań firm takich jak SCO i Microsoft.

źródło: Wikipedia

Richard Stallman

Co też takiego Stallman wymyślił obecnie, że znów zaczynamy zajmować się jego idee-fix? Otóż Richard Stallman ogłosił 4 maja dniem sprzeciwu wobec DRM.
DRM jest to w skrócie elektroniczny system zarządzania prawami do treści multimedialnych. Został zaimplementowany w systemie Windows. Działa to tak, że chcąc odtworzyć plik muzyczny w Windows Media Player, musimy wpisać odpowiedni klucz w wyskakujące okienko, klucz ten otrzymamy kupując zabezpieczony przez DRM plik. Co w tym złego? Ano po pierwsze znacznie ograniczy to ilość urządzeń na których odtworzymy swój plik. Ponadto może okazać się, że sprzedawca w wielostronicowej umowie „małym druczkiem” zapisał, że ten plik mamy prawo sobie przesłuchać maksymalnie 10 razy.
Jednak chciałbym się skupić na innym zagrożeniu. Koncerny medialne walczą od dawna wspólnie z firmą Microsoft o obowiązkowe wprowadzenie DRM. Oznaczałoby to w praktyce wymusza stosowanie DRM. Urządzenie bez DRM byłoby złamaniem prawa. Każdy producent telewizora, odtwarzacza wideo lub muzycznego musiałby odpowiednio zabezpieczony mechanizm sprawdzania praw dodać do swojego urządzenia. Używanie starego dvd-playera bez DRM zapewne byłoby przestępstwem**. Producenci, rzecz jasna, doliczyliby sobie koszty DRM do ceny sprzętu. I rzecz jasna oznaczałoby to, że koszty całkowite wprowadzenia DRM poniósłby końcowy użytkownik. Nie kupiłby już taniego odtwarzacza, zapewne nie mógłby na komputerze używać oprogramowania Open Source,a jakakolwiek próba przełamywania zabezpieczeń byłaby karalna. Na dodatek poszerzyłoby się pojęcie „cyfrowego wykluczenia” – wszystkie urządzenia z DRM musiałyby być podłączone do sieci. Jakoś te wszystkie tajne klucze trzeba sprawdzać. Nie masz internetu, nie obejrzysz filmu. Na dodatek firmy medialne zyskałyby niesamowite narzędzie kontroli. Wiadomo byłoby ile razy klient film obejrzał, gdzie to robił, na jakim sprzęcie,a w niedalekiej przyszłości również – w jakim towarzystwie. Jeśli komuś w tym momencie przypomniał się „1984” Orwella, to niebezpodstawnie. Jednak w czarnych wizjach pisarzy totalna kontrola kojarzyła się zwykle z politycznym systemem totalitarnym. Wydaje się nam zatem, że skoro groźba systemu totalitarnego nie wisi nad nami, jak miecz Damoklesa, to jesteśmy już bezpieczni w naszej wolności. Otóż nie! W imię swoich zysków koncerny medialne chętnie ograniczą naszą wolność i na domiar złego nie obchodzi ich kogo wezmą za pysk – lewicę, czy prawicę.
Kilka dni temu przeczytałem, że córka znanego pisarza grozi pozwem sądowym każdemu, kto będzie pisał o związku filmu „Różyczka” z życiem jej ojca. Wynika z tego, że rości sobie prawa nie tylko do spuścizny literackiej tatusia, ale też do jego życia. Może miałaby ochotę je opatentować.
W Europie na szczęście nie obowiązują patenty na oprogramowanie, ale wspólnota w tym zakresie wciąż jest atakowana przez USA. Zaś patentowanie rozwiązań programowych jako żywo zbliża się do patentowania samych pomysłów, co w Ameryce miało już miejsce. Rykoszetem uderzyło to także w firmy potężne, bo na przykład 30 lat temu malutka firma z Kalifornii opatentowała pomysł wyświetlania obrazu 3D na ekranie monitora. W tamtym czasie było to niemożliwe i firma nie miała pomysłu „jak”. Wykoncypowali, ze kiedyś to będzie możliwe, a oni nie wkładając w to ani pieniędzy, ani pomysłu, ani pracy – zarobią spora kasę.
Jeśli ktoś nadal ma jeszcze wątpliwości co do bezsensu patentowania pomysłów, to niech zastanowi się, co byłoby gdyby Daniel Defoe opatentował formę powieści. A może zastanówmy się komu powinno przysługiwać prawo patentu na nowelę i dlaczego w tej sytuacji nie powstałyby nowele Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej lub Dąbrowskiej. Albo Lord Byron opatentowałby wierszowany dramat romantyczny i Adam Mickiewicz za napisanie Konrada Wallenroda poszedłby siedzieć.
Nie wiem jak wy, ale ja do protestu przeciw DRM się dołączę. Choćby po to, żeby później po latach, oglądając zabezpieczony DRM film, który przestanie grać, bo właśnie padło połączenie z internetem, nie krzyknąć: „Stallman, ty idioto***, czemu wówczas mnie nie przekonałeś.

* Nie wnikam w szczegóły tej sprawy celowo. Nie zamierzam rozdmuchiwać pomyłki głupiego urzędnika i wiem, że w tym wypadku nie chodziło o prawdziwy pełnoprawny patent. Jednak mechanizm jest oczywisty.
** Piszę o hipotetycznej sytuacji, gdy lobby medialne wygrało i ustawodawstwo wszystkich krajów wprowadziło DRM.
*** To zawołanie w tytule i w końcowym fragmencie tekstu pochodzi z jakiejś wirtualnej polemiki ze Stallmanem w internecie, niestety nie potrafię znaleźć dziś pierwowzoru. Mam nadzieję, że autor okrzyku go nie opatentował.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (6 votes cast)
Stallman, ty idioto, 9.7 out of 10 based on 6 ratings

One thought on “Stallman, ty idioto

  1. zerknijcie na strone na temat DRM temat nadal aktualny- defectivebydesign.org

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Comments are closed.