Kim będę, jak dorosnę?

Każdy z nas odpowiadał kiedyś na to pytanie. W gronie kilkulatków, którzy ledwo rękami oderwali się od ziemi i całkiem niedawno zaczęli mówić, dominuje oczywista odpowiedź: strażakiem! Rzadziej policjantem.Jeśli ktokolwiek z dorosłych zadałby sobie odrobinę trudu, by przedrzeć się przez dziecięcy i niedoskonały język, aby znaleźć motywację, okaże się, że wabikiem jest lśniący czerwony samochód jadący na sygnale. Policyjny samochód też jeździ na sygnale ale nie jest tak efektowny. Kilkulatkowie dawniej odpowiadali też bardzo często: maszynistą. Parowozy były ogromne, tajemnicze, buchały parą i niesamowicie głośno gwizdały, wjeżdżając na perony. Dzisiejsze pokolenie kilkulatków nie ma pojęcia, co to parowóz, więc nie chce zostać maszynistą. Ja chciałem.
Nie można pominąć maluchów płci żeńskiej. Ich odpowiedzi są często całkiem inne. Bardzo częstym wyborem jest pielęgniarka. To ją widać bardziej niż lekarzy, chodzi w białym kitlu i robi zastrzyki, które doprowadzają chłopców do płaczu. Czyżby już wtedy budziła się kobieca chęć rewanżu za męską dominację? Częsta odpowiedź dziewczynek to także nauczycielka i przedszkolanka. To bardziej realne i sięgające bliżej przykłady. To są także zawody mające pewną władze nad dziećmi. A może po prostu w dziewczynkach wcześniej budzi się poczucie potrzeby społecznej przydatności, a nie blichtr i światełka? Bo przecież nauczycielka nie jeździ czerwonym samochodem na sygnale.
Gdy dzieci dorastają, często zmieniają się też preferencje. Chłopcy na zawarte w tytule pytanie częściej odpowiadają: żołnierzem, piłkarzem, kierowcą wyścigowym. Zaczyna pojawiać się chęć przeżywania czegoś wyjątkowego. Tata jeżdżący autobusem miejskim, dzień po dniu, od przystanku do przystanku to żaden przykład. Ani ten, który z teczką codziennie idzie do biura. Dziewczynki coraz częściej chcą być aktorką, piosenkarką, tancerką. To również pragnienie innego – niż zwyczajne – życia. Mama stojąca za ladą sklepową, nauczycielka, pielęgniarka? To już nie są atrakcyjne wzory, bo dzieci zdążyły zrozumieć, że za tymi zawodami kryje się praca, nie zawsze ekscytująca.
Kilkadziesiąt lat temu nastoletni chłopcy bardzo chcieli chcieli zostać kosmonautami. Jednak większość z nich rezygnowała z pomysłu, gdy dowiadywali się, że taki kosmonauta to musi mieć w małym palcu matematykę, fizykę i mieć porządne wykształcenie inżynierskie? Inżynierskie? Takie jak tata, który kreśli jakieś nudne projekty w sobotnie wieczory?
Niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy dzieciom wpajać etos służby społecznej i użyteczności, okazuje się, ze bardziej przyciąga je blichtr, wyjątkowość, ekscytacja. Czy kilkulatek, który wiedziałby, że strażak przez większość czasu wykonuje różne ćwiczenia, a interwencje częściej polegają na zdejmowania kota z drzewa lub ścinania pnia, który przygniótł samochód lub spadł na płot, ewentualnie posypywaniu szosy piaskiem po stłuczce samochodowej, a jeżdżenie na sygnale zdarza się rzadko, nadal chciałby zostać strażakiem?
Z odpowiedzią na pytanie, kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz, jest tak jak z wiarą w Świętego Mikołaja. Dopóki wierzymy, że on istnieje, nasza wyobraźnia ma skrzydła. Przez kilka tygodni przedgwiazdkowych możemy dostać wszystko pod choinkę. Gdy już wiemy, że to rodzice kupują prezenty, nie marzymy o elektrycznej kolejce, bo rodziców nie stać. Marzenia się kurczą, szarzeją…
Gdy dzieci dojrzewają, zaczynają sobie zdawać sprawę, że ich dawne odpowiedzi na pytanie: kim chciałbyś zostać, zaczynają się dezaktualizować. Krótkowidz nie zostanie pilotem, pielęgniarka to nie jest zawód dla kogoś, kto mdleje na widok krwi, nawet brak zamiłowania do matematyki może kogoś wyeliminować z dawniej wybranego zawodu. Co gorsza, kariera zawodowa zależeć może nie tylko od zdolności i wykształcenia, ale od zbiegu korzystnych lub niekorzystnych okoliczności lub znajomości rodziców. Święty Mikołaj już nie istnieje.

Mój profesor z liceum mówił: przede wszystkim – po pierwsze – bądź człowiekiem. Możesz być człowiekiem wierzącym lub nie, należeć do takiej lub innej wspólnoty religijnej – to po drugie. Możesz być obywatelem i patriotą, to po trzecie. A potem także członkiem takiej lub innej partii, stowarzyszenia, klubu, czy czego tam chcesz… możesz wykonywać taki lub inny zawód, ale przede wszystkim bądź człowiekiem.
To było dawno temu, w kraju przeszłości i można by sądzić, że ta nauka – unikająca konkretnych odniesień do „tu i teraz” – jest nieco asekurancka. Ja jednak sądzę, że On po prostu wiedział. Wiedział, że ideologie przemijają, zmieniają się partie i religie, a ten podstawowy nakaz pozostaje.

Więc kim chcesz być, jak dorośniesz?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (6 votes cast)

Tutsi i Hutu nad Wisłą

To było w 1994 roku. W Afryce. Mało kogo w Polsce to obchodziło wtedy, a dziś już mało kto wie. A na pewno nie mają o tym pojęcia młodzi ludzie w koszulkach z napisami „śmierć wrogom ojczyzny”, choć to właśnie oni są na dobrej drodze, by taki dramat skopiować tu i teraz.
W Rwandzie podczas zaledwie trzech miesięcy przedstawiciele grupy Hutu wymordowali około miliona ludzi należących do Tutsi. Obydwa plemiona żyjące w Rwandzie nienawidziły się od dawna i konflikty między nimi wybuchały wcześniej z różną siłą. U podłoża tych konfliktów tkwił bardzo mocno kolonializm europejski, bowiem kolonizatorzy często rządzili zgodnie ze starożytną rzymską zasadą divide et impera.
Dziś już nikt nie jest w stanie dojść, kiedy i gdzie konflikt się zaczął, ani kiedy się skończy. Najbardziej tragiczne jest to, że Tutsi i Hutu to w zasadzie nie są odrębne plemiona. Mówią tym samym językiem. Najbardziej widoczne różnice dotyczą raczej źródła dochodu. Tutsi to przeważnie hodowcy bydła, Hutu utrzymywali się z uprawy ziemi. Historia co prawda pozwala odnaleźć jakieś różnice etniczne w przeszłości, ale dziś są one symboliczne, by nie rzec iluzoryczne.

Kilka miesięcy temu pisałem o historycznych przyczynach, które spowodowały, że poczucie wspólnoty narodowej i patriotyzm w Polsce nie oznaczają tego samego, co w wielu innych krajach. Na jednej ziemi, w tej samej wspólnocie, żyją dwa narody posługujące się tym samym językiem. Dziś ten podział zaznacza się dużo ostrzej i wszystko wskazuje na to, że może skończyć się tragicznie.
Polscy Hutu przeważnie nie utrzymują się dziś z uprawy roli, choć chętnie się powołują na związki z ziemią. Są dość liczną, ale jednak mniejszością, otoczoną od wieków wrogami. Wrogowie to ościenne państwa, z którymi nasz kraj wielokrotnie walczył. W zasadzie nie ma wśród nich przyjaciół. A raczej niektóre są, jeśli trzeba coś zademonstrować wrogom wewnętrznym. Tak więc politycy Hutu udają się czasem na Litwę lub Ukrainę, odwiedzają zdradzieckich Angoli w Wielkiej Brytanii lub umawiają się na coś z tchórzliwymi Żabojadami z Francji. Jednak na zachodzie i na wschodzie widzą głównie wrogów. Z jednej strony wyznają wciąż nierealną ideę Międzymorza, z drugiej leją w pysk każdego, kto obcym językiem gada, będąc w pięknym kraju nad Wisłą. Hutu nie mają stałych świętości. Czczą co prawda Piłsudskiego, jako wybawcę ojczyzny po zaborach, ale zaraz spora część z nich przypomina innym, że był odszczepieńcem, który zdradził religię katolicką, a Bitwę Warszawską to naprawdę wygrała Najświętsza Panienka. Nieco więcej atencji część z nich ma dla Dmowskiego, choć najprawdopodobniej młodsi Hutu mylą go z Hitlerem. Hutu rzadko zdobywali władzę. W czasach najnowszych na krotko udało im się przejąć ster państwowy w 1992 roku, ale chcieli dostać wszystko i sprokurowali nieudolny zamach stanu, który się zaczął i skończył dość dziwacznym przemówieniem premiera Olszewskiego w telewizji. Potem rządzili przez dwa lata od 2005 roku i szybko pokłócili się sami ze sobą. Mają więc poczucie krzywdy. Mają też wewnętrzne przekonanie, że w Smoleńsku był zamach, a jeśli nawet nie było, to i tak Tusk powinien był pójść do więzienia, bo nienawidził prezydenta Kaczyńskiego. Nikt co prawda nie udowodnił, że nienawiść swą siłą astralną powoduje mgłę i ściąga samoloty na ziemię, ale Hutu widzą jakiś związek przyczynowo-skutkowy.
Ostatnich osiem lat rządzili Tutsi. Polscy Tutsi naiwnie myślą, że w Europie mają przyjaciół i sojuszników. To oni zniewolili kraj wprowadzając go do Unii Europejskiej. W zasadzie wystarczy to, by nazwać ich zdrajcami. Tutsi przeważnie nie pochodzą z warstwy rolniczej. Nie są co prawda hodowcami bydła, ale bardzo często imają się rozmaitych podejrzanych zajęć. Bywają prawnikami, lekarzami, inżynierami, nauczycielami… A Hutu dobrze wiedzą, że wykształcenie to pierwszy krok do zdrady, bo przecież w czasie zaborów to ci wykształceni bywali urzędnikami zaborców.
Tutsi niestety mają na sumieniu także inne przewinienia. Przede wszystkim przez wiele lat uważali, że Hutu to garstka oszołomów, która nigdy nie zdobędzie władzy. Byli tak pewni swej siły politycznej, że stali się aroganccy i lekkomyślni. Polityczni przywódcy Tutsi zniechęcili do siebie nawet Tutsi.

Niestety to nie jest tylko satyryczna historyjka. Polscy Hutu dyszą żądzą zemsty za lata – jak im się wydaje – własnych upokorzeń. Władze sprytnie wykorzystują młodych ludzi, by pod pozorem patriotyzmu krzewić ksenofobię, rasizm i antysemityzm. Te organizacje młodzieżowe przenikają do struktur państwowych i stają się coraz silniejsze. Nienawiść, która nie jest w żaden sposób hamowana przez polityków, w końcu wymknie się spod kontroli. O ile Tutsi zgrzeszyli wcześniej lekceważeniem, kpiną i obojętnością, o tyle Hutu nie zadowalają się satysfakcją ze zdobytej władzy. Doskonale zdają sobie sprawę, że objęcie władzy przez ich przedstawicieli nie oznacza zdecydowanej poprawy ich losu. W ich przekonaniu Tutsi to nie część narodu, to „gorszy sort”, to zdrajcy, to odszczepieńcy. Jak mówi wódz Hutu, oni mają ten „gen zdrady narodowej”, więc Hutu marzą o tym, by Tutsi ukarać. Ale jak? Tutsi przeważnie i tak dają sobie radę. Trudno byłoby ich zepchnąć w jakąś otchłań nędzy i rozpaczy, a na dodatek mają czelność zwoływać demonstracje protestacyjne. Jest tylko jeden sposób, by ich ukarać.

W kraju nad Wisłą poleje się krew. Niedługo.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (6 votes cast)

Anonimowi edukatorzy

Zanim dobra zmiana zawitała na dobre do państwowego radia i telewizji za sprawą dawnego bulteriera braci Kaczyńskich Jacka Kurskiego, bywalcy mediów internetowych zauważyli ją już podczas wyborów w ubiegłym roku.
Nagle okazało się, że popularne strony z memami pokazują wyłącznie świat jednej opcji politycznej. Był to świat, w którym Bronisław Komorowski skacze po krzesłach w Japonii i kradnie obraz albo tanią plastikową mini wieżę stereo. Wszelkie inne poglądy bez żenady były usuwane przez przekupionych administratorów, a w najlepszym wypadku były odsyłane do archiwum po paru minutach z powodu „bardzo złej oceny”.
Jeszcze gorzej było na portalach społecznościowych, gdzie wszelkie dyskusje przestały istnieć. Profile polityków przeciwnych Prawu i Sprawiedliwości i strony ich partii zostały kompletnie zawłaszczone przez ludzi piszących setki, a nawet tysiące nienawistnych komentarzy dziennie. Zwolennicy partii Prawo i Sprawiedliwość organizowali zmasowane ataki na profile i strony przeciwników, tak się wówczas wydawało. Jednak zanim wybory dobiegły końca było już wiadomo, że Jarosław Kaczyński mianował hetmanem internetowym niejakiego Pawła Szefernakera, który dzięki otrzymanym dużym środkom finansowym i tzw. agencjom budowy marki zatrudnił tysiące internetowych trolli.
W ten sposób zanim wybory się na dobre zaczęły wiadomo już było, jaki będzie ich wynik. Nawet najbardziej ideowe pospolite ruszenie nie może się równać z zorganizowaną, karną i opłacaną armią.
Sytuacja taka stała się z biegiem czasu nie do zniesienia. W zasadzie nie było w sieci artykułu, wpisu w social mediach na dowolny temat, pod którym nie pojawiałyby się setki, często identycznych lub bardzo podobnych komentarzy o treści politycznej. Szybko nazwano je hejtem internetowym, od angielskiego słowa hate, czyli nienawiść.
I tak dochodzimy do momentu, gdy samorzutnie zaczęły powstawać niewielkie tajne grupy ludzi, którzy postanowili się sprzeciwić przekłamywaniu rzeczywistości i walczyć z wszechobecnymi trollami.
czubaszek
Zamiast wrzucać do internetu zdjęcia miłych kotków, można zrobić coś pożytecznego i przyczynić się do usunięcia paskudnych, nienawistnych stron z Facebooka. Sprzeciwić się nienawiści i robić to skromnie bez rozgłosu, choć skutecznie.
podszywanie1
Po odnalezieniu trolla, hejtera, który z reguły jest pełnym nienawiści rasistą i antysemitą, należy poddać o edukacji tak, aby likwidacja konta nauczyła go, że nienawiść nie jest dobrą rzeczą.
fake
Czasem zdarza się, że edukatorzy trafiają na farmy trolli, czyli kont, które są zakładane wyłącznie do komentowania na stronach gazet. Gazety z reguły usuwają spam i hejt płynący z anonimowych kont, ale trudniej jest im wychwycić komentarze napisane z kont facebookowych. Gdy prześledzi się aktywność takich trolli i małe zróżnicowanie ich komentarzy, powtarzające się argumenty lub nawet zdania, to widać, że Prawo i Sprawiedliwość nadal nie żałuje pieniędzy na propagandę internetową. A kto za to płaci? Pan płaci i pani płaci, i tamten pan też płaci…
Zatem przeglądając social media, czytając komentarze, nie bądź obojętny, niech ci się nie wydaje, że ciebie to nie dotyczy. Poświęć choć parę minut dziennie i dołącz do Anonimowych Edukatorów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.4/10 (11 votes cast)

Biały płomień tańczący na kurhanie brata

W kultowym pięcioksięgu Andrzeja Sapkowskiego Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, czyli Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów był władcą absolutnym. Władzy i swojej idei państwa gotów był poświęcić miliony istnień ludzkich, w tym nawet swoją córkę.
Jarosław Kaczyński tańczy dziś na kurhanie swojego brata i pozostałych ofiar katastrofy lotniczej w Smoleńsku. Po ponad sześciu latach od katastrofy wchodzimy w kolejny etap ogólnonarodowej psychozy, na którą cierpi przynajmniej dwadzieścia procent społeczeństwa. Wybitny specjalista od wytrzymałości betonu na stanowisku szefa zespołu technicznego, architekt dowodzący zespołem lotniczym, przy wsparciu wybitnego inspektora brytyjskiego z zakresu katastrof lotniczych, który nie jest członkiem brytyjskiej komisji badania wypadków lotniczych, a sławny jest tak bardzo, że nawet Wikipedia nic o nim nie mówi – to od nich będziemy dowiadywać się o tym, co spowodowało katastrofę w Smoleńsku. Oczywiście nadal pomocą służą wybitni naukowcy z zagranicy, w tym jeden, który widywał za młodu wybuchające stodoły, drugi specjalista, który sterty desek nie odróżnił od brzozy, o wdzięcznym pseudonimie „Piiii bziuuu”, nadanym przez dziennikarzy. Jest jeszcze pewien laborant, który przez swą patriotyczną postawę stracił pracę na zagranicznym uniwersytecie, no i na czele nieoceniony Antoni Macierewicz, wieloletni wielbiciel teorii spiskowych i Che Guevary wspomagany przez „Miśka” Misiewicza, wszechstronnego pomocnika aptekarskiego, który w wieku 26 lat wie o obronności więcej, niż wszyscy generałowie w Polsce razem wzięci.
Niestety, jeśli ktoś ma nadzieję, ze przyjdzie pan ordynator oddziału psychiatrycznego i rozgoni to całe towarzystwo, to jest w błędzie. Szczypanie się w nadziei obudzenia się z koszmaru też nic nie da. To się dzieje naprawdę. To jest Polska.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Wielkie marzenie małego Jarka

Mały Jarek od dawna wiedział, czego chce. Jednak oprócz mamy i brata bliźniaka nikt go nigdy o to nie pytał. Dorosłego już Jarosława też nikt o to nie pytał. Jarosław bowiem nie był nikim ważnym. Wraz z bratem zaangażował się w działalność polskiej opozycji antykomunistycznej, jednak był po prostu jednym z wielu opozycjonistów. Nikim ważnym. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku oficer SB miał go rzekomo pytać o to, czy chce być internowany. Jarosław chciał, bo wszyscy ważni opozycjoniści zostali aresztowani i zamknięci w takich lub innych ośrodkach internowania. Ale oficer podjął inną decyzję, co świadczy, że Jarosław nie był nikim ważnym. Znany przywódca opozycji z tamtych czasów – Władysław Frasyniuk – twierdzi, że to oznacza coś jeszcze. Że Kaczyński przestraszył się i podpisał tzw. lojalkę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy, ponieważ część ważnych dokumentów Służby Bezpieczeństwa trafiła do pałacu prezydenckiego, gdy prezydentem był Lech Wałęsa. Ważnymi współpracownikami Wałęsy byli wtedy bracia Kaczyńscy. Dziś Jarosław twierdzi, że to Wałęsa zniszczył lub ukrył część dokumentów. Jednak dziwnym trafem to o Jarosławie Kaczyńskim teczki esbecji milczą. Dokumenty zniknęły, czy nigdy ich nie było?
Dopiero w 1994 roku, gdy bracia Kaczyńscy zdążyli już wejść do krajowej polityki, znana dziennikarka Teresa Torańska zadała istotne pytanie Jarosławowi. Kim chciałby być? Trochę dziwne pytanie w stosunku do człowieka, który przekroczył już półmetek życia. Zwykle pyta się o to młodych ludzi, którzy dopiero wkraczają w dorosłość.

Ja bym chciał być emerytowanym zbawcą narodu. (…) Ja najbardziej chciałbym być szefem, silnej, bardzo wpływowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii. (Jarosław Kaczyński)

Silna partia, która tworzy rząd i silny przywódca. Pierwszym takim po wojnie był Władysław Gomułka. Objął władzę po tragicznym dla Polski okresie stalinowskim. Cieszył się niekwestionowanym poparciem mas, które miały nadzieję, że poprowadzi kraj w kierunku przynajmniej częściowej niezależności, zamiast dążyć do uczynienia z Polski siedemnastej republiki ZSRR. Uważano go początkowo za zbawcę ojczyzny zdeptanej przez radziecką dominację i bezwzględność ubeckich siepaczy. Po kilkunastu latach odszedł w niesławie, wyszydzany i znienawidzony. Okazał się tylko zacofanym i tępym partyjnym aparatczykiem, który pogłębił tylko kryzys ekonomiczny kraju.
Kolejnym po Gomułce był Edward Gierek. On również formalnie był tylko szefem partii, a w praktyce sprawował najwyższą władzę w państwie. W pewnym sensie Gierek reprezentował to, o czym marzył Jarosław. Był tylko przywódcą partii, a doprowadził do tego, że spotykali się z nim prezydenci i premierzy ważnych państw zachodnich. Przyjmowano go zgodnie z protokołem przewidzianym dla przywódców państw. Jednak Gierek również marnie skończył. O ile jakoś dawał sobie radę z budowaniem własnego wizerunku za granicą, to kompletnie nie miał pojęcia o ekonomii. Rządy Gierka skończyły się wprowadzeniem bonów na żywność.
Jaruzelskiego nikt już nie uważał za zbawcę ojczyzny. Wszyscy spodziewali się, że PRL runie, nie było tylko wiadomo, jak mocny będzie huk tego upadku. Paradoksalnie ten zarządca masy upadłościowej okazał się większym mężem stanu, niż się spodziewano.
Dziś już wiemy, że wielkie marzenie małego Jarka się spełniło. Choć nie tak całkowicie. Ważni przywódcy zachodnich państw nie chcą się z nim spotykać, choć wiedzą, że to on pociąga za sznurki. Rządzi za pomocą marionetek, które są na tyle bezmyślne, że chwilami budzi to zażenowanie nawet w nim samym. Nie może sobie nawet zażartować, bo istnieje niebezpieczeństwo, że któryś z totumfackich weźmie jego słowa na serio.
Jarek został wychowany w PRL, dla niego polityka ma wymiar dążenia do władzy absolutnej, wzorami są komunistyczni sekretarze z czasów jego młodości, wiedzy o ekonomii ma tyle samo, co oni. Jak długo potrwa zanim doprowadzi kraj do zapaści gospodarczej? I jak skończy emerytowany zbawca narodu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (7 votes cast)

Zdrajcy, wszędzie zdrajcy, sami zdrajcy

Niczym Mickiewicz, „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” spędziłem ostatnie ćwierćwiecze w przekonaniu, że wreszcie żyję w wolnym i niepodległym kraju i że powinniśmy cieszyć się i być dumni, bo to odzyskanie wolności nie kosztowało nas krwi setek tysięcy Polaków, którzy wcześniej ginęli za ojczyznę. Odrobiliśmy lekcję historii – myślałem – minione i tragiczne stulecia czegoś nas nauczyły.
Jak bardzo się myliłem, zrozumiałem po obejrzeniu przemówienia Andrzeja Dudy 28 sierpnia w Gdańsku. Przemawiając w kościele podczas symbolicznego pogrzebu dwojga zamordowanych przez Urząd Bezpieczeństwa żołnierzy zbrojnego podziemia, Duda odmieniał słowo zdrajca przez wszelkie możliwe przypadki. Słowo zdrajca poparte zaciętą mimiką cięło powietrze niczym miecz.
Do 1989 roku rządzili w Polsce zdrajcy, ci sami, którzy zamordowali „Inkę” i „Zagończyka” – mówił Duda – po roku 1989 teoretycznie nie. Tak więc dowiedzieliśmy się, że po roku 1989 tylko teoretycznie nie rządzili nami zdrajcy. Mając choć dwie szare komórki na krzyż, można się zdziwić? A rząd Olszewskiego, w którym był Antoni Macierewicz? A rząd Buzka, w którym był ministrem Lech Kaczyński? A prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński? Co mają znaczyć słowa Andrzeja Dudy i jego zacięta, ale też nieco dziwna mimika?
Andrzej Duda w gdańskiej katedrze zadawał retoryczne pytanie, dlaczego dopiero po dwudziestu siedmiu latach odbywa się ten pogrzeb. Prezydent nie możne nie wiedzieć, że pochowane bezimiennie zwłoki odnaleziono dopiero w 2014 roku, a juz w 1991 wyrok stalinowskiego sądu został anulowany, a „Inka” z „Zagończykiem” rehabilitowani. Zamordowanej siedemnastoletniej „Ince” poświęcono we współczesnej Polsce tablice pamiątkowe i pomniki. Jej imię noszą szkoły i drużyny harcerskie. Prezydent Polski nie może tego nie wiedzieć. Za to prawie na pewno nie wiedzą tego tępe tumany zgromadzone pod sztandarami nacjonalistycznej faszyzującej organizacji wokół gdańskiej katedry i to ich zagrzewa do walki Andrzej Duda.
Łatwiej zrozumieć tę dziwną mimikę Dudy, puszczanie oka i agresję w głosie, gdy zrozumiemy, że przemówienie na zewnątrz oglądały tysiące karnych chłopców oenerowców i do nich kierował swe słowa. Oni, brzydcy dwudziestoletni, nie pamiętają poprzednich rządów PiS, nie znają historii, najczęściej zresztą nie potrafią czytać. Za to mają ogromną ochotę na pseudowojskowy sztafaż, są naładowani testosteronem i tęsknią za wojną. Dla nich zabijanie i nienawiść do innych jest najwyższą formą patriotyzmu. To oni w Gdańsku krzyczeli za Lechem Wałęsą: „Śmierć wrogom ojczyzny!”
Nie trzeba nawet szukać, żeby nacjonalistyczne, rasistowskie i antysemickie treści zaczęły nam wpełzać do oczu i uszu. Wystarczy korzystać z mediów społecznościowych. I gdyby uwierzyć bredniom rozpowszechnianym przez tych debili, okazałoby się, że komuna sama się obaliła rękami swoich agentów, przez dwadzieścia siedem lat rządziła nami żydowska mafia z Tuskiem na czele, a największym zdrajcą narodu jest Lech Wałęsa, który w tej mierze o palmę pierwszeństwa walczyć będzie z Józefem Piłsudskim – Litwakiem, czyli pogardliwie litewskim Żydem, zdrajcą, agentem Niemiec i jednocześnie agentem Rosji. Czy mamy jeszcze jakieś świętości?
I te świadectwa nacjonalistycznej prawdy sygnują ludzie, którzy przez lata byli płatnymi donosicielami peerelowskich służb bezpieczeństwa, podlizywali się ówczesnej władzy uczestnicząc w obrzydliwych działaniach w rodzaju PRON lub antysemickim Stowarzyszeniu Grunwald lub niedouczeni kretyni. Twarzą narodowego patriotyzmu, hołubioną w „narodowych” mediach staje się wyjątkowo paskudna kreatura – Marian Kowalski – faszysta i antysemita, a do tego nieuk i chuligan. A wszystko zostaje podlane sosem prostackiej i powierzchownej religijności mocno lansowanej przez najwyższych hierarchów kościelnych wspomaganych dziwacznymi postaciami specyficznych dewiantów w rodzaju niejakiego Jacka Międlara.
Jeśli myśleliście, że Polska – lepiej lub gorzej, ale nieustannie – rozwijała się przez ostatnie ćwierćwiecze, to byliście w błędzie. Polska upadała, była rujnowana rządami zdrajców i Żydów, a to w zasadzie to samo. Dopiero teraz prawdziwi patrioci odzyskują Polskę. Podnoszą ją z kolan i z ruin. I podniosą wtedy, jak już zlikwidują wszystkich sprzedawczyków, zdrajców, nieczyste elementy rozmaitego podejrzanego pochodzenia. Dopiero wtedy „z dymem pożarów z kurzem krwi bratniej” Polska będzie naprawdę wielka. Ein Volk, ein Reich, ein Führer.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)

Czas wojny, czas pokoju

W mojej rodzinie należę do pierwszego pokolenia, które nie uczestniczyło w żadnej wojnie. Pradziadek walczył w wojnie francusko-pruskiej. Były zabory i taki był los Polaków. Dziadkowie z obu stron przeżyli Pierwszą i Drugą Wojnę Światową. Przy czym dziadek ze strony mojej mamy walczył w tej Pierwszej w armii niemieckiej. Taki był los Polaków pod zaborami. Rodzice przeżyli Drugą Wojnę Światową.
Ja zaś należę do pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Prawdę mówiąc, to jestem niejako epigonem. Bo ten wyż zaczął zmniejszać się pod koniec lat pięćdziesiątych. Zatem najstarsi z mojego pokolenia mają dziś koło siedemdziesiątki, najmłodsi też nie są już młodzi, zbliżają się do sześćdziesiątego roku życia. Pierwsze pokolenie w Europie żyjące w czasach pokoju. Potem przyszło na świat drugie „pokojowe” pokolenie. Drugie, które nie zaznało wojny. Nasze dzieci. Dziś rodzą się już wnuki naszych dzieci, a więc trzecie pokolenie czasów pokoju.
Nie chwal dnia przed wieczorem – mówi stare przysłowie. Czy Europa wytrzyma bez wojny choćby sto lat? Czy to moje pokolenie zdąży umrzeć w czasach pokoju? Gdy obserwuję świat wokół mnie, jestem pełen złych przeczuć. Zjednoczona Europa, budowana mozolnie i powoli przez dziesiątki lat, na naszych oczach przestaje istnieć, tendencje separatystyczne pojawiają się powoli wszędzie, a służą głównie jednemu celowi. Mają pokazać obywatelom, kto jest winien, kto stoi na drodze do powszechnego dobrobytu i szczęśliwości. W Zjednoczonym Królestwie – podpalonym euforią brexitu – to imigranci, ale wcale nie ci, o których myślą nasi narodowcy. Przyczyną wszelkiego zła na Wyspach są pracownicy z Europy Wschodniej. Głównie Polacy, to Polaków nienawidzi się tam gorąco. W Polsce nienawidzi się wszystkich. I obcych, i swoich.
Niedługo pojawią się znów granice, druty kolczaste i wieżyczki strażnicze. Najpierw nieufność, potem nienawiść. Najpierw wojny celne, potem granaty, bomby i karabiny. Kto pierwszy rzuci hasło, by zabrać sąsiadom to, co uważamy za nasze? Kto pierwszy rzuci ideę Lebensraumu dla narodu? W którym kraju – jako pierwszym – nacjonalizm, faszyzm i rasizm osiągnie poziom wrzenia?
A gdy to już się stanie, apokaliptyczne fantazje, o których dziś czytamy lub które oglądamy na filmach, będą śmiesznie dziecinne i niegroźne. Każda kolejna wojna na świecie jest coraz okrutniejsza i nieludzka. Ta, która nadchodzi, zadziwi wszystkich poziomem zezwierzęcenia ludzkości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Sztandar wyprowadzić

Myliłem się. Po ubiegłorocznych jesiennych wyborach sądziłem, że Platforma Obywatelska jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, że tylko jakieś zdecydowane przywództwo może ją ocalić, pozbierać do kupy i postawić na baczność partię, która przypominała wówczas rozgromione w bitwie tabory, pełne zdezorientowanych i pobitych ciurów obozowych. Przywódcą nie mogła być Ewa Kopacz, ponieważ na niej spoczywała formalna odpowiedzialność za porażkę wyborczą. Nie nadawał się Rafał Trzaskowski, ani Borys Budka, bowiem brakowało im zaplecza w partii, nie byli przywódcami. Na placu boju został jedynie Grzegorz Schetyna. Wbrew moim nadziejom, skupił się jedynie na wyrzucaniu z partii swoich przeciwników. Parafrazując stary dowcip związany z Gomułką, Platforma po wyborach stała nad krawędzią przepaści, a dziś zrobiła ogromny krok naprzód. Tak przynajmniej wynika z wywiadu, który ukazał się w czasopiśmie „Do rzeczy”.

Jestem zwolennikiem utrzymania przez PO konserwatywnej kotwicy. Chcę powrotu do źródeł Platformy, czyli jej liberalno-konserwatywnego charakteru. Chcę też, by była w swoim przekazie chadecka. (Grzegorz Schetyna)

„Do rzeczy” jest w naszym prawicowym krajobrazie medialnym taką mutacją „Niezależnej” dla czytelników z maturą. Zatem wielce symboliczne stają się zwierzenia szefa Platformy w rozmowie z Markiem Migalskim, który jeszcze niedawno był jednym z tzw. spin doktorów w PiS. Migalski pyta Schetynę czy Platforma skończy z lewicowymi eksperymentami. Prawdę powiedziawszy, nie przypominam sobie żadnego lewicowego eksperymentu Platformy, chyba że – wzorem katolickich działaczy PiS – uznamy za taki ratyfikację europejskiej konwencji antyprzemocowej. Podsumowując osiem lat rządów Platformy i PSL, nie znajdziemy zbyt wiele działań, które tak naprawdę zmierzałyby do pozyskania lewicowego elektoratu. Polski parlament nie przyjął Karty Praw Podstawowych, z wielkim trudem odrzucił ultrakonserwatywny projekt zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej. Nie udało się zlikwidować Funduszu Kościelnego i zamienić go na odpis podatkowy, nie udało się zmniejszyć finansowania Kościoła przez państwo. Wręcz przeciwnie – to rząd Platformy dotował milionami budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Chociaż rządy koalicji PO i PSL były najlepszym okresem w ostatnim ćwierćwieczu, to niestety nie zrobiły zbyt wiele, by z postępu cywilizacyjnego Polski mogli być dumni nie tylko zaradni beneficjenci klasy posiadającej, ale również uboga kasjerka z „Biedronki”.
Jedynym działaniem, które można od biedy uznać za lewicowy eksperyment, było znaczące podwyższenie płacy minimalnej, która przez lata pozostawała na głodowym wręcz poziomie. Schetyna nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych przyczyn klęski PO i odpowiada: Tak, bo lewicowy elektorat socjalny, w związku z „500+”, zameldował się w PiS, a reszta to raczej Partia Razem, środowiska LGBT.
Tłumacząc to z polskiego na „nasze”: Margines wybierze PiS, bo dostanie za darmo kasę, a reszta to lewactwo i pedały.
Inny polityk Platformy, Bartłomiej Sienkiewicz na ponad rok przed wyborami zauważył, że jeśli przeciętny Polak nie zacznie odczuwać tego postępu ekonomicznego także we własnym portfelu to z Platformy po wyborach zostanie „ch***, d*** i kamieni kupa”, co właśnie się stało. Schetyna jest idiotą, jeśli myśli, że jest w stanie przebić pisowskie lizusostwo wobec Kościoła Katolickiego. To nie katolicki konserwatyzm dał Platformie osiem lat rządów, ale właśnie otwarcie się na bardzo szeroką grupę wyborców centrowych.

Dzisiaj wyraźnie widać, że Europa idzie na prawo. W wyniku różnych czynników. Społeczeństwa europejskie będą szukać konserwatywnego modelu politycznego. I gdy będzie to oparte na chrześcijaństwie, to właśnie taki model może być przyszłością kilku najbliższych dekad. (Grzegorz Schetyna)

Jeśli traktować poważnie te wynurzenia Schetyny, to powinniśmy niedługo zobaczyć polityków Platformy w zielonych koszulkach z symbolami ONR palących race na Marszu Niepodległości i krzyczących pod siedzibą „Agory” na Czerskiej: „Precz z komuną!” Przydałyby się jeszcze bojówki napadające na ciemnoskórych imigrantów, bo tylko w ten sposób Platforma mogłaby przebić ksenofobiczny i rasistowski wizerunek PiS.
Jak widać, Schetyna nie tylko nie ma pojęcia, dlaczego Platforma wygrywała wybory w 2007 i 2011 roku, ale jeszcze bardziej nie ma pojęcia dlaczego je przegrała w 2015. Dziś miliony wyborców, którzy na Platformę głosowali, często jako na mniejsze zło, nie będą już głosować na schetynową podróbkę Prawa i Sprawiedliwości. Bo i po co. Sztandar wyprowadzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (9 votes cast)

Rok nie wyrok

Rok nie wyrok. Dwa lata jak dla brata. Tak mówiło dawne porzekadło, popularne w kręgach złodziejaszków w czasach PRL. W świetle tego, że jeden z oskarżonych w tzw. aferze mięsnej dostał karę śmierci, porzekadło miało swój głęboki sens.
Dziś mija rok od momentu, gdy swój pięcioletni wyrok zaczął odsiadywać Andrzej Duda. Klatka co prawda jest złota. Żyrandol, którego ma pilnować, kryształowy, ale wyłącznik znajduje się na Nowogrodzkiej w siedzibie najjaśniejszego cesarza PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś nawet pomyślałem sobie, że tak musiał się czuć Stanisław August Poniatowski ze świadomością, że jest królem malowanym, od którego nic nie zależy. Ale nie. To nie tak. Ostatniego króla Polski przeciwnicy nazywali „ciołkiem”, co niezbyt dobrze o nim świadczy, pomimo to trudno porównywać Andrzeja Dudę do niego. Poniatowski biegle znał kilka języków.
Jeśli się jednak dobrze przyjrzeć, można znaleźć pewne podobieństwa. Obaj byli tylko tytularnymi przywódcami Polski. Poniatowski całkowicie był uzależniony od swej byłej kochanki carycy Katarzyny, to ona uczyniła go królem i ona wymagała określonych działań, zaś on spełniał jej rozkazy. Duda został wyniesiony z trzeciego rzędu przeciętnych partyjniaków przez Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko prezydenta Polski i odtąd wykonuje jego rozkazy. Poniatowski jednak parę razy się zbuntował. Jednym z momentów była próba ratowania państwa w okresie Sejmu Czteroletniego. Andrzej Duda zaś posłusznie wypełnia i będzie wypełniał polecenia Kaczyńskiego. O Stanisławie Poniatowskim rzec można, że pomimo swej słabości politycznej, usiłował dla kraju uczynić coś pożytecznego, choćby w dziedzinie sztuki i edukacji. Był postacią tragiczną. Andrzej Duda jest postacią śmieszną i żałosną, dzięki której Kaczyński może niszczyć Polskę.
Ostatni król Polski po abdykacji ostatnie swe lata przeżył na wygnaniu w hańbie i zapomnieniu. Andrzej Duda nie zasłużył na lepszy los.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Syryjczyk zabił Polkę

W zasadzie można ten tytuł wyrazić mocniej. Syryjczyk zamordował Polkę. A może jeszcze ostrzej? Islamista z Syrii zamordował naszą rodaczkę maczetą. Za słabo? Islamski terrorysta z Syrii zamordował matkę Polkę maczetą. A co? Była prawdopodobnie w ciąży.
A gdyby tak dokładniej opisywać wszelkie zabójstwa, których niemało się zdarza w naszym kraju? Wyobraźmy sobie szczegółowe opisy zwracające uwagę na narodowość i religię sprawcy.

Kraków. Zatrzymano Polaka wyznania katolickiego podejrzewanego o zabójstwo angielskiej studentki
44-letni Polak, wyznawca religii katolickiej jest podejrzewany o zabójstwo studentki 21-letniej studentki z Anglii, której ciało znaleziono w sobotę niedaleko nasypu kolejowego przy ul. Siewnej w Krakowie.

Trzej katolicy z Polski zamordowali milionera. Ukradli mu zegarek
Po roku od morderstwa brytyjskiego milionera Miltiadesa Papadopoulosa sąd uznał winnymi zbrodni trzech katolików z Polski. Jedyną rzeczą, jaką zrabowali podczas napadu na posiadłość Papadopoulosa okazał się jego zegarek. Wyrok zostanie ogłoszony w piątek

Katolicki imigrant z Polski skazany na dożywocie za morderstwo i wrzucenie ciała do kanału
Sąd w Londynie uznał za winnego popełnienia morderstwa Tomasza Kocika, który zabił i wrzucił do jednego z londyńskich kanałów ciało swojej dziewczyny – podaje dziennik „The Guardian”.

Szczególnie ostatnia wiadomość słusznie nasuwałaby wątpliwości. Oskarżony zabił swoją dziewczynę, całkiem prawdopodobne, że również Polkę. Zbrodnia związana była w jakiś sposób z osobistymi relacjami dwojga osób i ani narodowość, ani wyznawana religia nie mają tu nic do rzeczy.
Również mężczyzna z Syrii związany był z kobietą z Polski, do zbrodni doszło w afekcie i nie ma żadnego znaczenia narodowość sprawcy ani jego religia. Jednak hucpa rozpętana przez prawicowe media i skretyniałych polityków w rodzaju Pawła Kukiza osiągnęła szczyty absurdu. Kukiz nawet zażądał ekstradycji sprawcy, by go osądzić i wykonać karę w Polsce. Sprawdzenie zasadności ekstradycji i warunków, które musiałby być spełnione przekraczało już możliwości tego notorycznego kretyna.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)