Śnieg, a sprawa polska

Pada śnieg, puszysty, biały, miękki. I leży. Niby nic, a jest to prognoza dla Polski. Dziejowa, nie meteorologiczna. Pacholęciem będąc, widywałem w zimie pana, który wczesnym rankiem lub późnym wieczorem odśnieżał chodniki mając mały drewniany pług zaprzężony do konia. Ulicami czasem przejeżdżały Stary 25 z pługiem i piaskarką. Niekiedy był tylko pług, a na skrzyni stał pan, który rozrzucał piasek.
W późniejszych latach chodniki były odśnieżane przez rozgadane grupy pań, które obejmowały w posiadanie chodniki niczym stada wron. Pan z koniem zniknął w ramach postępu w ojczyźnie robotniczo-chłopskiej. Panie pracowały na etatach tylko z rana, niezależnie od tego, kiedy padał śnieg. Pyrkające Stary zostały zastąpione przez Jelcze.
Aż nadszedł pamiętny rok 1979. Po trzydziestu pięciu latach realnego socjalizmu, wszyscy widzieliśmy, że staje się on coraz mniej realny. Nie potrzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery. – śmiali się nienawistnie wrogowie najlepszego z ustrojów polityczno-gospodarczych.

Polska Ludowa trwała jeszcze na posterunku dziesięć następnych lat. Ale właśnie wtedy coś się załamało. Obfite opady śniegu odcięły wiele miejscowości od świata, a nawet główne drogi bywały nieprzejezdne. Pojawiły się radiowe komunikaty o dwudziestym stopniu zasilania i wyłączenia prądu stały się taką nową świecką tradycją. Podczas kolejnych zim już nikt nie odśnieżał chodników. Niekiedy blisko metrowa warstwa śniegu leżała aż do większej odwilży, podczas której jezdnie zamieniały się w przełomy Missouri. Po wcześniejszych kartkach na cukier pojawiły się kartki i talony na wszystko. Nie pomógł stan wojenny. Dziesiąta gospodarka świata rozpadała się jak kiepsko wypalony gliniany garnek. W tej sytuacji nawet nikt się nie czepiał hałd śniegu zimą. Przecież to był drobiazg. Jak jest zima to jest zimno i pada śnieg.

W 1989 roku zaczęliśmy budować Polskę praktycznie od zera. Nie mieliśmy internetu i hashtagu #Polskawruinie, ale tak to wyglądało. W ruinie była nie tylko gospodarka. Zrujnowane były instytucje państwowe i zwyczajne stosunki międzyludzkie. Pewnej zimy ze zdziwieniem usłyszałem nad ranem jakieś hałasy. Zdumiony wyjrzałem przez okno. A tam grupka pracowników miejskiego przedsiębiorstwa odgarniała śnieg z chodników. Po chwili ulicą przejechał pług z piaskarką. Za jakiś czas pojawiły się małe traktorki specjalnie przystosowane do odśnieżania chodników. I nowoczesne pługi odśnieżające nawet boczne ulice. Nie do wiary.
Kilka lat później okazało się, że miejskie przedsiębiorstwo wywozi nadmiar śniegu z miasta, by podczas odwilży nie było rwących rzek zamiast jezdni. A po kolejnych paru odśnieżone były wszystkie szosy. Nawet te wiejskie, gminne prowadzące tylko z Pierdziszewa do Wypizdowa. Normalnie jak w jakiejś obcej cywilizacji. Zima zaskoczyła drogowców? Można było zapomnieć o odwiecznym żarcie poza jakimiś naprawdę wyjątkowymi anomaliami pogodowymi. Pługopiaskarki wyjeżdżały na ważniejsze drogi zanim zaczął padać śnieg, posypując piaskiem z solą, by za parę godzin nie było problemów.

Od kilku dni wychodząc z domu, widzę coraz to grubszą warstwę śniegu na chodniku. Choć pada on w tym roku mizernie. Jezdnie bocznych ulic są zwyczajnie rozjeżdżone przez auta, odśnieżone tylko główne. Znajomy wczoraj zakopał się pomiędzy Pierdziszewem i Wypizdowem. Znak czasów. Gdy się wstaje z kolan i walczy o prawdę smoleńską, gdy mgła jest zjawiskiem politycznym, gdy trzeba szukać kontaktów z San Escobar, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej z 500+, to takie pierdoły, jak konieczność odśnieżania, nie mogą nas rozpraszać. Jak długo jeszcze przetrwa Wolska Rzeczpospolita Ludowa? Jak długo potem będziemy budowali wszystko od nowa?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Odrażający, brudny, zły

Wywiad na żywo, mikrofony wycelowane w twarz człowieka, który dziś sprawuje faktyczną władzę w dużym europejskim kraju. Jest prezydent i rząd, jest sejm i senat z marszałkami na czele, a tymczasem tabuny dziennikarzy od rana czekały, co powie poseł Jarosław Kaczyński, bo to jego słowa będą obowiązującą wykładnią dla wszystkich funkcjonariuszy państwa i partii.
Kamery zbliżają nam jego twarz w pełnej rozdzielczości. Widzimy starego i brzydkiego człowieka, któremu wystają z nosa włosy oblepione smarkami. Łuszczy mu się skóra na policzku, jest niestarannie i byle jak ogolony. U dołu policzków i na krótkiej szyi widać kępki niedogolonych siwych włosów. Gdy mówi widać brązowe koniuszki zębów, jakby latami palił kilka paczek papierosów dziennie. Rzednące włosy nad czołem są byle jak przyklepane.
Co mówi? Trudno się skupić na bezładnej wypowiedzi, ale w uszy kłują ostro i mocno akcentowane słowa, zabarwione złością i niechęcią. Kodeks karrrrrny! Parrrragrrraf! Wrrrrogowie!
Jarosław Kaczyński jest wściekły. Wczoraj po raz drugi musiał zobaczyć, że naród go nie kocha i nie uważa za zbawcę ojczyzny. Jego ukochaną miesięcznicę zakłócili jacyś wrogo nastawieni ludzie. Zdrrrrajcy! Wygrrrramy!
Prezes postanawia więc, że pokaże tym wszystkim z gorszego sortu, tym z genem zdrady narodowej, że nie cofnie się ani o krok. Że postawi na swoim, a po nim chociażby i potop.
To jest Polska…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.3/10 (14 votes cast)

Storytelling

My, mieszkańcy postpeerelowskiego raju realnego socjalizmu, jesteśmy opóźnieni w wielu dziedzinach. Przez wiele lat jedną z nich była reklama. Pojawiała się w PRL sporadycznie, reklamowała w kiepski sposób kiepskie produkty, była beznadziejna jak reszta peerelowskiej rzeczywistości. I tylko urwisy miały zabawę dopisując na plakatach z margaryną slogan „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna!”
Gdy wreszcie pojawiła się reklama w telewizji, mieliśmy swoiste objawienie. Jedna z pierwszych reklam opierała się na popularnej scenie z powieści Sienkiewicza, była reklamą proszku do prania, a hasłem było zapytanie „Ojciec prać?!” Geniusz reklamy polegał na tym, że Sienkiewicz w żaden sposób nie domagał się tantiem za prawa autorskie, że reklama odwoływała się do znanego wszystkim tropu kulturowego i wreszcie dlatego, że była oryginalna.
Od tego czasu minęły całe epoki i dziś mamy w telewizji tysiące reklam. Najczęściej pospolicie głupich. Choć zdarzają się i mądrze nakręcone, z klasą i pomysłem. Nie dziwię się, że urządza się konkursy i festiwale filmów reklamowych. To przecież ważna branża, duże pieniądze, no i też trzeba to zagrać, wyreżyserować, a najpierw wymyślić jak zdobyć te kilkanaście sekund z życia widza, aby nie poszedł w tym czasie zaparzyć herbaty. Stosunkowo niedawno pojawiły się też reklamy nowej generacji. I tu jest miejsce na poznanie nowego słowa – storytelling – czyli opowiadanie jakiejś historyjki. I w ten sposób pojawiają się zwykle wzruszające historyjki. O chłopcu który ucieka w nocy z domu, by zgłosić się na policję i jako zagubione dziecko zostać odwieziony mercedesem. Jest wzruszająca historia córki, którą rzucił chłopak w reklamie Vodafone. Mała grubaska w reklamie szamponu Pantene pokonuje swe słabości, ciężko pracuje i wbrew niedowiarkom i zawistnym konkurentkom zdobywa nagrodę w konkursie baletowym, a pomagają jej w tym piękne włosy. Wreszcie jest historia analfabety, który uczy się czytać, aby przeczytać książkę swojego syna w reklamie whiskey. A na koniec nasza rodzima opowieść Allegro o dziadku kupującym zestaw do nauki angielskiego, by nauczyć się języka, odwiedzić wnuczkę w Anglii i powiedzieć jej „Hi, I’m Your grandpa.” W niektórych, jak w reklamie Prady grają wybitni i kasowi aktorzy. Niektóre zostały zrealizowane dużym nakładem sił i środków.
W mediach społecznościowych ludzie prześcigają się we wzajemnym pokazywaniu sobie reklam, które ich wzruszyły, rozbawiły, zmusiły do refleksji. Producenci nie muszą już kłopotać się prezentacją reklam za ogromne pieniądze w telewizji, bo internauci obejrzą je, darmowo rozpowszechnią, a na dodatek poczują się dowartościowani jakąś chwytającą za serce historyjką. Na dodatek historyjka będzie często trwała parę minut, a przecież czas to pieniądz w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie. Nie rozmawia się dziś w towarzystwie o książkach, o teatralnych premierach lub koncertach, ale o reklamowych short stories, które wzruszają nas ekspresowo i na dodatek mówią, jaki szampon kupić, jaką whiskey pić i w jakiej sieci mieć komórkę.
Na koniec wreszcie pojawi się guru storytellingu i przekona nas, że należy wziąć udział a ekskluzywnym kursie biznesowego opowiadania wzruszających historii. I to jest clou moich dzisiejszych rozważań, o czym świadczy poniższy cytat.

Miałam takie swoje wielkie marzenie i spełniłam je. Nie pierwsze i nie ostatnie. Ale to jest wyjątkowe, bo zmieniło życie już 80 wyjątkowych osób, następne 70 właśnie tego doświadcza, a robi się miejsce na kolejną wspaniałą grupę – kto wie, może i dla Ciebie?

Mówią, że chcieli się nauczyć po mistrzowsku opowiadać, a zostali mistrzami swojego biznesu i życia. Potroili swoje zyski, nawiązali super kontrakty, nie mogą się opędzić od klientów, ich posty na fb biją rekordy. ”Wyszli z szafy” i zaczęli – te słowa słyszę najczęściej – nowe życie. Uwierzyli w siebie, wiedzą już, czego chcą i wreszcie czują w sobie MOC, by to osiągnąć.

Założyłam Mistrzowską Szkołę Storytellingu Biznesowego! (Monika Górska – reżyserka filmów, marek i życia)

Otwiera się nowy wspaniały świat. Nasze wpisy na Facebooku polubią setki naszych znajomych i tysiące nieznajomych. Będziemy szczęśliwi i trzykrotnie bogatsi. Uwierzymy w siebie i będziemy wiedzieć, czego chcemy. Poczujemy też moc, aby spełnić nasze zamierzenia. A wszystko w kilkudziesięciosekundowym rytmie reklamowych filmów. Koszmar.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Autorytety

W telewizyjnym studio dyskutowali luminarze kultury, pytani przez Znanego Dziennikarza, czy potrzebne są nam autorytety i kto autorytetem być może. Odpowiadała Sławna Pisarka i Znany Aktor, swoje uwagi wtrącał również Znany Młody Dziennikarz oraz Popularny Satyryk Internetowy. Niestety, co lepsze autorytety pomarły (niektóre niedawno), stąd i autorytety dyskutujące w telewizji o autorytetach jakoś nie do końca skłaniały, aby ulec autorytetom w tej dyskusji o autorytetach.
Mój świętej pamięci wychowawca z ogólniaka – matematyk – opowiadał, jak to córka w pierwszej klasie mu rzekła:

Ależ tato, ty nie masz pojęcia o matematyce, nasza pani mówiła, że to się tak robi!

No i świeżo wówczas upieczony pan doktor nauk matematycznych musiał poddać się wpływowi autorytetu Pani. Zatem autorytety są ważne. Szczególnie wówczas, gdy młody osobnik się kształtuje i po pisklęcym okresie wyfruwa z rodzicielskiego gniazda. Niech ta Pani w szkole będzie mądrą i dojrzałą osobą, bo jakiś wpływ na naszą latorośl wywrze. Nie bez racji bowiem powiedział Jan Zamojski:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Dziś Znani i Lubiani mówią w telewizji, że w zasadzie autorytety to nie za bardzo są potrzebne, bo młodzi sobie w internetach wszystko wyguglują, co znaczy, znajdą za pomocą wyszukiwarki Google. A tymczasem całkiem niedawno pewna babcia pytała pewnej wnuczki:

A nie napisali w tych internetach, że czerwonych majtek z białymi w praniu się nie miesza? Teraz masz wszystkie różowe.

Nie wszystko da się znaleźć w sieci i nie wszystkiego z sieci nauczyć. Jakiś czas temu pewien znajomy argumentował, że można pisać „poszłem”, bo Google daje milion wyników dla tego hasła. No to pisz – mówię – a Google za jakiś czas odnotuje kolejnego ignoranta. Współczesny świat nie jest prosty, rozległość wiedzy powoduje, że trudno tylko własnym rozumem ogarnąć wszystko i na jakichś autorytetach się oprzeć. W końcu jeśli nie wierzymy w to, że Ziemia jest płaskim naleśnikiem leżącym na czterech słoniach, które stoją na skorupie ogromnego żółwia, to nie dlatego przelecieliśmy się dookoła globu per pedes, ale dlatego że już nasi przodkowie pokazali dziesiątki wyliczeń i doświadczeń to potwierdzających. Nie musimy wciąż udowadniać rozmaitych twierdzeń matematycznych, bo zrobiono to przed nami, a my możemy z nich korzystać. Z drugiej jednak strony nie możemy wierzyć autorytetom bez zastrzeżeń, jeśli przypadkiem okazuję się, że jakiś dotychczasowy autorytet zaczyna snuć tezy drastycznie z zasadami logiki niezgodne. Całkiem niedawno bowiem pewien profesor historii uznał, że dawno temu Mieszko Pierwszy przyjął chrzest, ponieważ spłynęła na niego łaska boska i się nawrócił. Co więcej profesor uznał, że to jest najbardziej logiczne wytłumaczenie, a wszelkie inne dywagacje na ten temat to bzdury. W tym momencie autorytetem dla myślącego odbiorcy powinna pozostać logika i (pardon szlachtę, która nie pracuje) chłopski rozum.
Jednak w tym skomplikowanym cyfrowym świecie warto się zastanowić, jak analogowy rodzic może pozostać jednak jakimś autorytetem dla swej pociechy od lat siedmiu do osiemdziesięciu. Nie jest to łatwe zadanie, a tym bardziej komplikuje je fakt, że nigdzie nie ma sensownego uniwersytetu, który po pięciu latach żmudnych studiów dawałby tytuł: magister macierzyństwa, magister ojcostwa albo chociaż skromny licencjat z tej dziedziny.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Przemija postać świata

Hanna Malewska nadała swej powieści tytuł genialny. Symboliczny i metaforyczny, a w pewnym sensie puentujący zmiany, które zachodziły w Europie po upadku Cesarstwa Rzymskiego w 476 roku. Jednak sama powieść zachwytu już nie budzi. Można mieć zastrzeżenia nie tylko do dość chaotycznej i suchej narracji, ale także do punktu widzenia autorki, której katolickie korzenie narzuciły interpretację historii wykraczającą poza obiektywizm.

Początek naszej ery to z jednej strony nieuchronny upadek starożytności, a z drugiej zmiany dokonujące się w tyglu, zwanym Wielką Wędrówką Ludów. Bohaterami wydarzeń dziejących się w centrum upadłego cesarstwa są Goci, których dzieje zaczynają się w sąsiedztwie naszym, nad Bałtykiem. Początek tysiąclecia jest też początkiem ich wędrówki z ziem skandynawskich na nasze Pomorze. Emigrując z terenów dzisiejszej Szwecji osiedlają się w krainie, która sami nazwali Gothiskandza. Historycy i archeologowie lokują tę na poły mityczną krainę na naszym Pomorzu. Na dłużej osiedlili się w dorzeczu Wisły, w okolicach Malborka i Elbląga, gdzie już wcześniej (i później) istniało miasto portowe Truso (lub Druzo). Pozostawili po sobie cmentarzysko nazwane przez archeologów przykładem kultury wielbarskiej. Nie zagrzali jednak długo miejsca, powędrowali dalej na wschód i na południe. Podzielili się potem na Gotów wschodnich, czyli Ostrogotów i zachodnich – Wizygotów. Ostrogoci w swej wędrówce zatrzymali się nad brzegami Morza Czarnego. Wizygoci zaś stali się jednymi z najeźdźców, których odpierać musiał upadający Rzym. Osiedlili się na terenach Dacji, ponieważ Rzymu nie udało im się wówczas zdobyć. Germańskie plemiona Gotów wydawały się wówczas największym zagrożeniem dla podzielonego już cesarstwa. Cesarstwo Bizantyjskie, które obejmowało wschodnie tereny dawnego imperium, wciąż było potężne i na dodatek leżało na uboczu owych wędrówek. Bizancjum walczyło, ale także współpracowało z Ostrogotami. Wizygoci zaś skierowali się w stronę Rzymu. Gdy w Europie pojawili się Hunowie, którzy ówczesnym ludom musieli się wydawać jak szarańcza, Rzym znalazł się w tragicznym położeniu. Swoistym znakiem klęski było przyjęcie uciekających przed Hunami Wizygotów i „zatrudnienie” ich przez Rzym jako armii, która miała bronić cesarstwa. Ostrogoci wcześniej zostali podbici przez Hunów. Historycznie najazd Hunów był efemerydą. Największy ich przywódca, czyli Atylla nie stworzył nic, co by mogło trwać po jego śmierci. Rozpad państwa Atylli nie spowodował jednak dobrych skutków dla samego Rzymu. Już wkrótce cesarstwo musiało walczyć z germańskim plemieniem Wandalów, którzy w 455 roku wkroczyli nawet do Rzymu. Wbrew potocznej opinii Wandalowie, od których powstało niesławne określenie wandalizm, nie zniszczyli Rzymu. Jak na owe czasy byli nawet dość ludzcy i cywilizowani. Nie wyrżnęli w pień mieszkańców, nie zniszczyli miasta, ale za to ograbili kościoły i księży. I to Kościół dorobił im potem tak paskudną „gębę”. Wreszcie pojawił się wódz kolejnego plemienia germańskiego Odoaker i pokonując ostatniego cesarza, postawił kropkę nad i. Przestało istnieć państwo, które tak naprawdę poddało się barbarzyńcom w końcu czwartego wieku naszej ery. Wówczas zaczyna się czas Ostrogotów. Po upadku Rzymu Italię zajmuje król ostrogocki Teodoryk, który jednak chce się czuć wysłannikiem i pełnomocnikiem cesarza bizantyjskiego. Wizygoci już wcześniej opuścili Italię i powędrowali dalej, zatrzymując się na terenach dzisiejszej Hiszpanii.
W tym czasie na tereny dzisiejszej Polski przybywają Słowianie. Czy można się dziwić, że rzymskie zapiski nie mówią nic o powstających tu państwach, które istnieniu Rzymu nie zagrażały?

Starożytny świat, który był wzorem cywilizacji i kultury przestał istnieć, ale nie stało się to z dnia na dzień. Rzym przez długie lata jeszcze był wspaniałym miastem, choć niektórzy z ówczesnych dostrzegali upadek. Konsul, a jednocześnie filozof i teolog, Boecjusz przewodził spiskowi, który miał mocniej połączyć Rzym ze stolicą cesarstwa w Konstantynopolu. Nie byłoby w tym nic tak dziwnego, bo przecież sam Teodoryk uznawał się za lennika Bizancjum. Jednak, działający za jego plecami, potomkowie dawnych Rzymian nie znaleźli u niego zrozumienia. Niewątpliwie do pomysłu bezpośredniego przyłączenia się do Biznancjum, zniechęciło Teodoryka także to, że Ostrogoci byli arianami, zaś cesarz Justyn właśnie zaczął walczyć ze wszelkimi odszczepieńcami wiary chrześcijańskiej. Uratować Rzymu już się nie dało, choć póki żył Teodoryk, podtrzymywano złudzenie istnienia dawnej rzymskiej kultury. Uznany potem za świętego katolickiego minister Teodoryka i następnych władców – Kasjodor – jest swoistym symbolem syzyfowej pracy ratowania rzymskiego dorobku. Żyjący blisko sto lat patrycjusz zrobił wiele dla zachowania dorobku starożytności. Jednak nie powstrzymało to upadku. Rzym drugiej połowy pierwszego tysiąclecia, to nie był nowy Rzym, nowa wartość, to było upadłe i skarlałe wieczne miasto w którym panowało barbarzyństwo i ciemnota. Rosnące w siłę chrześcijaństwo, nieomal od samego początku skłócone, podzielone i pełnie nienawiści do tego, co właśnie zostało zniszczone i zdeptane nie było wcale czynnikiem kulturotwórczym. Nastała era barbarzyńska. Ludzkość cofnęła się o tysiąc lat, straciła dorobek medycyny, astronomii i matematyki, a potem za sprawą restrykcyjnej religii także filozofii i sztuki.

Warto jednak przypomnieć te zamierzchłe dzieje, bo dziś Europa znów znajduje się w obliczu upadku. Paradoksalnie również i tym razem impulsem upadku jest swoista wersja wędrówki ludów. Jednak to nie uchodźcy zagrażają Europie. Zagraża jej współczesne barbarzyństwo Europejczyków. Budzące się nacjonalizmy, wrogość wobec tych, którzy mają inny kolor skóry, inny język, obyczaje lub religię. I nieważne skąd pochodzą, nie są „swoi”. W Polsce nawołuje się do nienawiści wobec Ukraińców żyjących po sąsiedzku, do Żydów, których praktycznie już nie ma, do rasizmu w stosunku do ludzi o ciemniejszej karnacji… W Anglii wrogiem, którego trzeba zabić, może stać się Polak. On też jest tam inny. Ksenofobia, rasizm, nienawiść. Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach? O ile wieków się cofniemy?

Hanna Malewska pisała w liście do siostry o tej powieści, że opisuje dzieje Ostrogotów w Italii, narodziny benedyktynów, Kasjodora ratującego szczątki kultury, ambicje niewczesne Justyniana, ruinę dzieł czysto ludzkich – dwie szachownice, ludzka i Boża, i bardzo różne na nich sukcesy i porażki.
Autorka patrzyła z katolickiej perspektywy. Nadała ogromne znaczenie postaci Kasjodora i Benedykta z Nursji, jako prekursorom nowego ładu w Europie, tymczasem ten pierwszy upadkowi zapobiec nie mógł, prekursorem nie był, a drugi symbolicznie do upadku starożytności się przyczynił. Nowy ład był ładem barbarzyńskim. Jednak nawet szlachetne idee nie usprawiedliwiają kiepskiej książki.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Kościół władców

Hiszpania była przez wiele wieków opoką Kościoła Katolickiego. To tu narodziła się Święta Inkwizycja. To właśnie w Hiszpanii katolicyzm był najbardziej związany z tronem, a jednocześnie najbardziej zacofany i restrykcyjny, a Kościół Katolicki najbardziej zaborczy, władczy i pazerny. To musiało prowadzić do buntu. W XIX wieku rosnące antyklerykalne nastroje prowadziły nawet do konfliktów zbrojnych. Wojna domowa w drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku wybuchła, gdy Kościół i środowiska arystokratyczne sprawujące władzę od wieków, nie potrafiły się pogodzić z wynikiem wyborów i powstaniem demokratycznej republiki. Wygrała arystokracja, nacjonaliści i totalitarni zwolennicy Kościoła. Hiszpania na długo pogrążyła się w mroku totalitaryzmu, cenzury, zacofania i władzy wszechwładnego kleru. Kościół w Hiszpanii zawsze był kościołem władców, nie biedaków.
Gdy po śmierci totalitarnego dyktatora Franco w 1975 roku rozpoczęto pokojowe zmiany i demokratyzację kraju, usunięto z konstytucji uprzywilejowanie Kościoła Katolickiego. Nikt nie protestował. Współpraca Kościoła układała się raczej spokojnie, ponieważ poparcie dla Kościoła było znikome. Dziś, pomimo wygranej prawicy, Kościół w Hiszpanii nie ma mocnej pozycji. Praktyki religijne regularnie uprawia koło 17% obywateli. Pomimo wielu związanych z religią tradycji, religijność wciąż się zmniejsza. Zaś jakiekolwiek próby wtrącania się Kościoła do życia publicznego budzą natychmiastowy sprzeciw obywateli.

Jeśli ktoś dziwi się, że w Polsce jest inaczej, powinien przypomnieć sobie historyczną rolę Kościoła. Polski Kościół Katolicki funkcjonował jednak inaczej. Często był ostoją zachowania tradycji narodowych i języka, choć najwyższa warstwa biskupia zachowywała się różnie. Zwykle księża nie stawali jednak otwarcie po stronie władzy, między innymi dlatego, że podczas zaborów ta władza była często protestancka lub prawosławna. Inaczej mówiąc, trwanie przy Kościele było też trwaniem języka i tradycji. Księża też zwykle nie pełnili funkcji państwowych, przez co nie byli tak znienawidzeni jak duchowieństwo hiszpańskie.
Dziś jednak widzimy dość ordynarny mariaż „ołtarza z tronem”. Hierarchowie nawet nie udają, że zależy im na dobru narodu, zależy im na władzy, która jawnie przekupuje księży coraz to nowymi daninami. Do najbardziej obrzydliwych i niemoralnych biskupów wspierających pisowską władzę należy niejaki Hoser, który ma za sobą bardzo podejrzaną i do dziś niewyjaśnioną rolę w czasie ludobójstwa w Rwandzie. To wyjątkowo brudna moralnie postać. Również znany z zamiłowania do alkoholu Głódź, biskup beneficjent obecnej władzy głośno wyklinał opozycję w swej politycznej homilii świątecznej. Do niego dołączyli też inni. Jeden tylko biskup Pieronek miał odwagę przeciwstawić się władzy i głośno mówić o tym, że to pisowska dyktatura niszczy demokracje w Polsce.
Można się spodziewać, że coraz większa grupa Polaków będzie się dystansować od Kościoła, który służy autorytarnej władzy. Czy dojdziemy do hiszpańskich 17%? Oby jak najszybciej. Kościół w Polsce zdradził naród, zdradził wiernych, służy mamonie i przywilejom. Zasługuje na upadek.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.4/10 (18 votes cast)

Także

Jakie słowo zrobiło największą karierę w ciągu ostatniego roku? Pewna moja znajoma – przypuszczam, że nie chciałaby, aby ją tu wymienić w takim kontekście – osoba raczej spokojna i zrównoważona, stwierdziła, że tym słowem na pewno jest kurwa. Jeśli byśmy brali pod uwagę wypowiedzi politycznej publiczności, jest duże prawdopodobieństwo, że to właśnie słowo używane było bardzo często.
Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o słowo, które nadało ważny, wręcz kluczowy sens wypowiedziom polityków Prawa i Sprawiedliwości. Bez którego znaczenie ich deklaracji by zbladło, poszarzało i nie miało pożądanej wyrazistości. Tym słowem jest także.
Już na samym początku swej politycznej drogi, gdy pisowska większość parlamentarna uznała decyzje parlamentu poprzedniej kadencji za nieważne, to słowo stanowiło klucz do zrozumienia skomplikowanej gry podjętej przez zwycięską partię. I nie jest istotne, że właśnie ustanowili precedens, dzięki któremu ktoś kiedyś po wygranych wyborach, stwierdzi: wszystko, co uchwalił PiS przez lata swojej władzy, jest nieważne! Od świadectwa podstawówki po emeryturę Kaczyńskiego. A co?! Politycy PiS wybierając pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego i unieważniając wybór poprzedniego sejmu tak oto odpowiedzieli na zarzut złamania prawa:
Poprzedni sejm pod rządami Platformy i PSL TAKŻE złamał prawo wybierając o dwóch sędziów za dużo!
Gdy dziennikarze zarzucali politykom PiS, że kneblują swobodę wypowiedzi partiom opozycyjnym, ci mieli na podorędziu jedną wspólną odpowiedź:
W poprzedniej kadencji Platforma TAKŻE ograniczała swobodę wypowiedzi opozycji!
Gdy ostatnio pojawił się zarzut odnośnie przemocy użytej przez policję w stosunku do pokojowej manifestacji, jeden z bucefałów Kaczyńskiego miał na to argument:
W czasach Platformy, policja TAKŻE używała przemocy!
Z innych przykładów jeszcze pamiętam ten z ostatnich dni. Gdy ktoś mówił o zamiarze marszałka Kuchcińskiego, by prawie zupełnie wyeliminować dziennikarzy z sejmu, pewien pisowski Rejtan zakrzyknął:
Komorowski, gdy był marszałkiem TAKŻE ograniczał obecność dziennikarzy w sejmie!
Dlaczego to słowo jest tak ważne i kluczowe w zrozumieniu istoty politycznego bytu Prawa i Sprawiedliwości? Ano dlatego, że to właśnie słowo pokazuje, iż najważniejszą ambicją tej partii jest spieprzenie wszystkiego, co zdarzało się spieprzyć Platformie, TAKŻE… czyli tak samo albo lepiej niż robiła to Platforma. Zatem proszę państwa, jak już kiedyś wreszcie PiS przegra wybory, to proszę siadać…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Był sobie Trybunał

Wczoraj skończyła się kadencja Andrzeja Rzeplińskiego w Trybunale Konstytucyjnym, a dziś skończyło się legalne i zgodne z konstytucją działanie Trybunału. Ktokolwiek kiedyś po zmianie władzy będzie chciał podważyć wyroki Trybunału, od dziś zaczynając, nie będzie miał z tym żadnego kłopotu.
Andrzej Rzepliński został wybrany na sędziego Trybunału Konstytucyjnego 19 grudnia 2007 roku. Głosami PO przy sprzeciwie PiS. Nie da się ukryć. Ale PiS sprzeciwiał się z zasady i nie miał własnego pomysłu na to stanowisko. Drugi kandydat też został przez nich oprotestowany. Warto wspomnieć, że PO proponowała jego kandydaturę również rok wcześniej wtedy, gdy PiS miał sejmową większość. PiS jazgotał przeciw, ale nie miał swojej propozycji.
Przy całym szacunku, na jaki zasłużył sobie sędzia Rzepliński, warto pamiętać, że jest to prawnik bardzo konserwatywny i dla wielu nie był wymarzonym sędzią. Jednak ostatni rok pokazał, że bogoojczyźniany bolszewizm PiS nie przemówił do Andrzeja Rzeplińskiego i ten pozostał wierny literze prawa.
Dziś w Trybunale jest ośmiu sędziów wybranych wcześniej: prof. Stanisław Biernat, prof. Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz, Stanisław Rymar, prof. Piotr Tuleja, prof. Marek Zubik, prof. Małgorzata Pyziak-Szafnicka, prof. Andrzej Wróbel, prof. Leon Kieres. To oni wcześniej wybrali wraz z Andrzejem Rzeplińskim kandydatów na nowego prezesa. Sędziowie wybrani przez PiS w tej kadencji odmówili uczestniczenia w tym wyborze. Prezydencki minister zdążył już oznajmić, ze według niego te kandydatury są nieważne, ponieważ powinno wybierać, nie dziewięciu, ale dziesięciu sędziów.
Dziś nowi sędziowie, wybrani w tej kadencji: prof. Henryk Cioch, prof. Lech Morawski, dr hab. Mariusz Muszyński, Piotr Pszczółkowski, Julia Przyłębska, dr hab. Zbigniew Jędrzejewski, dr hab. Michał Warciński wybrali nowych kandydatów na prezesa. Udziału w tym wyborze odmówiło ośmiu starych sędziów. Zatem kandydatów wybrano mniej niż połową sędziowskich głosów. Co na to pałac prezydencki? Zapewne ten wybór uzna i wybierze prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Sądzę, że będzie to Julia Przyłębska, która obecni pełni niekonstytucyjną funkcję „pełniącej obowiązki prezesa”.
Wszystko wskazuje, że trybunalscy urzędnicy podporządkowali się nowej władzy, a nie zastępcy prezesa. Świadczy o tym szereg zmian na stronie internetowej Trybunału. W praktyce oznacza to, że dalsze działania będą nosiły znamiona tzw. deliktu konstytucyjnego. Nowy prezes zostanie przez prezydenta zatwierdzony bezprawnie. Będzie bezprawnie też urzędował. Zasadnicze wątpliwości budzi też urzędowanie trzech spośród nowych sędziów. Wyroków polskiego Trybunału Konstytucyjnego nie będzie honorować żaden międzynarodowy sąd. Nawet tak beznadziejny prawnik, jakim jest Andrzej Duda, powinien wiedzieć, że żaden wyrok tego składu nie wytrzyma próby legislacyjnej. Zarówno sędziowie, jak i prezydent popełniają przestępstwo i gdy PiS straci władzę, powinni odpowiedzieć za to karnie. Oczywiście to może potrwać lata.
Dziś Trybunał Konstytucyjny w Polsce przestał istnieć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Straszne skutki awarii telewizora

Dawno temu amerykański satyryk napisał króciutki tekst, jak to zanik sygnału telewizyjnego spowodował istny armagedon w nowojorskiej rodzinie. Potem Czesi nakręcili zgrabną komedię o strasznych skutkach awarii telewizora. Był rok 1969. Epoka analogowa w rozkwicie. W tamtych czasach nie baliśmy się burz, rozbłysków na słońcu, wiatru magnetycznego, ani tych wszystkich cyfrowych śmieci, które dziś powodują, że piękny obraz full HD zmienia się w stado zwariowanych pikseli. Nawet jeśli śnieżyło, szumiało, to i tak jakoś dało się do końca obejrzeć „Bonanzę” na czarno-białym telewizorze o nazwie ametyst. W epoce cyfrowej niemożliwe – albo obraz jest, albo go nie ma.
Dziś, gdy tu i ówdzie nastąpił zanik cyfrowego sygnału, w czasie epokowego przemówienia Beaty Szydło, która jak wiemy jest pomazańcem Jarosława Kaczyńskiego, nie mógł to być przypadek, ale sabotaż wymierzony przeciw Dobrej Zmianie. ABW została powiadomiona. Śledztwo wdrożone i na pewno ktoś za to pójdzie siedzieć.
Przypomina się słynna anegdotka o Stalinie, który gdzieś zgubił fajkę i polecił Berii wdrożyć śledztwo. Gdy fajka się znalazła po godzinie, Stalin zawiadomił Berię. Ten jednak oznajmił, że nie może anulować dochodzenia, bo pięciu winnych już się przyznało.
Krystyna Pawłowicz, która nie tak dawno uciekała z obłędem w oczach z sejmu pod eskortą policji, przerażona okrzykami demonstrantów pod parlamentem, zadawała na Facebooku dramatyczne pytania.

Czy amerykańska firma EMITEL nadająca sygnał TVP, która ZABLOKOWAŁA/?/ od soboty odbiór TVP w południowej Polsce, m.in. w województwach dolnośląskim, lubelskim, opolskim i śląskim, BIERZE UDZIAŁ w hybrydowym ZAMACHU STANU w Polsce?

Jak można to wyjaśnić politykom z opcji, dla której nawet mgła nad lotniskiem w Smoleńsku nie była zjawiskiem atmosferycznym, ale politycznym spiskiem wrogów, którzy zamierzali uniemożliwić Lechowi Kaczyńskiemu rozpoczęcie z przytupem kampanii prezydenckiej? Jak wyjaśnić to politykom, którzy całkiem otwarcie mawiali, że dupa jest od srania, a pilot jest od lądowania i to tam, gdzie dysponent sobie zażyczy? Jak można to wytłumaczyć idiotom, którzy z Londynu chcieli wracać przeciążonym samolotem z częścią pasażerów stojących z braku miejsc? Skoro dla nich samolot niczym się nie rożni od miejskiego jelcza z czasów gomułkowskich. Przecież to nie może być normalna awaria systemu technicznego. Zakłócenia synchronizacji nie mają się prawa zdarzyć, gdy przemawia rzeczniczka Dobrej Zmiany. To musiał być zamach. Szczególnie, że w tym czasie trwał przecież protest pod sejmem. Czy opozycja i demonstrująca hołota chciały dokonać zamachu i przejąć w ten sposób przemocą władzę? Tak właśnie dziś słyszałem na ulicy. I tylko osobiste bohaterstwo ministra Błaszczaka temu zapobiegło.
Od sześciu lat z każdą kolejną teorią spiskową, z każdą zgniecioną przez ekspertów Macierewicza puszką i rozgotowaną parówką błagamy niebiosa, by to był już najwyższy poziom absurdu tych kretynów. Ale los postanowił nas doświadczyć. Nie ma granic, nie ma najwyższego poziomu zidiocenia. To, co dziś wydaje nam się szczytem, jutro zostanie pobite przez kolejnego Macierewicza, Waszczykowskiego lub Kurskiego. Dla Dobrej Zmiany nie ma przypadków. Albo wszystko wychodzi, jak chcą, albo jest zamach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (13 votes cast)

Jesień patriarchy

Czytaliśmy niegdyś Marqueza jako alegoryczną opowieść o dyktaturze. Oczywiście każdy wiedział, że Marquez pisał o realiach latynoskich, a przecież w Ameryce Południowej i na Karaibach aż się roiło od dyktatur. Jednak chcieliśmy też choć trochę odnieść tę książkę do naszej polskiej rzeczywistości. Poszukać podobieństw do Bieruta, Gomułki lub Gierka i Jaruzelskiego. Nie da się ukryć, że tak trochę na siłę szukaliśmy wtedy tego uniwersalnego przesłania.
A ta opowieść jest jak baśń chwilami, a czasem jak tandetna jarmarczna opowiastka. Kicz i banał splata się z jakimiś elementami fantazji, wszystko pogmatwane i dziwne. Dziś po latach pamiętam z atmosfery powieści przejmującą samotność dyktatora.

Gdy niedawno zobaczyłem na jakimś amatorskim nagraniu wykonanym smartfonem, jak Kaczyński przemykał się ciemnymi korytarzami sejmu do bocznego wyjścia, pomyślałem znów o powieści Marqueza. Stary, wyłysiały i spocony, przestraszony, choć otoczony ochroniarzami, dyktator. Z oddali jego wrogowie skandują nienawistne mu hasła. A miał dożyć spokojnie dziewięćdziesiątki jako emerytowany zbawca ojczyzny. A tym czasem słudzy mówią mu, że może być groźnie. Że tłum może zaatakować. Słudzy, ochroniarze, poddani. Dyktator nie ma przyjaciół. Jest znienawidzony nawet przez swoich. Boją się, słuchają rozkazów, ale go nienawidzą. Jest samotny, chory i stary. Nigdy nie będzie wybawcą ojczyzny i on to już wie.

Jeszcze ma tę chwilę szyderstwa, śmiechu lub raczej ordynarnego rechotu, gdy policja siłą usuwa blokujących mu drogę protestantów. Gdy ponownie natyka się na blokadę jadąc do pochowanego na Wawelu brata, już nie jest mu do śmiechu. On już przeczuwa, że dla niego nie znajdzie się miejsce w tej krypcie, przeczuwa może, że i zwłoki brata kiedyś następne pokolenia stamtąd wykwaterują. Wie, że go nienawidzą. Mówi, że nic go to nie obchodzi, że jest ponad to. Że to Bóg dał mu Polskę. Choć być może przeczuwa, że miliony spluną na jego grób.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (10 votes cast)