Jest czas pracy i jest czas konsumpcji

Tę piękną i jakże pouczającą sentencję usłyszałem z ust przedstawiciela „dobrej zmiany” w samolocie do Barcelony. Nie podsłuchiwałem, po prostu nie sposób było nie usłyszeć i nie rozpoznać lepszego sortu. Odróżnia się od innych tym, że na pokładzie samolotu pije swój alkohol, choć stewardessy kilkakrotnie oznajmiają, że jest to zabronione.
– Jurek został szefem apelacyjnej, robimy balety…
– Cały tydzień?
– Jest, bracie, czas pracy i jest czas konsumpcji.

Zaczęło się całkiem przypadkowo, gdy obok mnie usiadł osobnik o aparycji George’a Michaela (w ostatnim roku swego życia) a drugi przypominający mniej rasowego Bena Kingsleya zaczął pakować bagaże do schowka powyżej. Ponieważ przepisy linii lotniczych mówią, że w miejscach gdzie jest wyjście awaryjne, musi siedzieć osoba rozumiejąca angielski, więc stewardessa zadała standardowe pytanie: Do You speak English? Osobnik zwrócił się do mnie (nie wiem dlaczego), pytając o co chodzi. Wytłumaczyłem więc, że pani pyta go o znajomość języka angielskiego.
– To powiedz jej, że znamy, wszyscy znamy…
Przyznam szczerze, że na krótką chwilę zatkało mnie. Nie jestem jakimś wybitnym mistrzem ciętej riposty, więc porażony bezpośredniością osobnika odpowiedziałem tylko:
– Sam jej powiedz.
W końcu okazało się po wezwaniu stewardessy mówiącej po polsku, że panowie mają inne miejsca, i z żalem musieli opuścić fotele z dodatkowym miejscem na nogi, za które niestety trzeba płacić. Wówczas zakiełkowało we mnie po raz pierwszy podejrzenie, że mam do czynienia z lepszym sortem. Lepszy sort – jak powszechnie wiadomo – nie lubi zbędnego opróżniania swojego portfela i ma wewnętrzne przekonanie, że wszystko mu się należy.
Po chwili okazało się, że lepszy sort nagle zobaczył też niedaleko siedzącego kolegę, jak sądzę, dawno niewidzianego i tak usłyszałem dialog, którego fragment zacytowałem na początku.
W trakcie lotu panowie raczyli się skrycie polewanymi „procentami”, komentowali też anglojęzyczną stewardessę, że jest:
– K*** wredna.
Wówczas też usłyszałem kolejną mądrość ludową:
– Bo ja kolego to nie jestem, ani za PiSem, ani za PO, ja jestem za prawdą.
I jeśli ktoś nadal nie wie, jak rozpoznawać lepszy sort, to powyższe zdanie warto zapamiętać. A przecież prawda jest tylko jedna, wstaliśmy z kolan, potrafimy sprzeciwić się Niemcom i „będzie wolna Polska”, co zapowiedział prezes na ostatniej miesięcznicy, dodając, że ta „Oda do radości” (czyli hymn Unii Europejskiej) nic krzykaczom z gorszego sortu nie pomoże.
Tylko jakoś wstyd być Polakiem za granicą…

Puentą niech będzie moment pożegnania dwóch grup lepszego sortu na lotnisku w Barcelonie. Jedna, udawała się świętować awans kolegi Jurka (imię zmieniłem) gdzieś w Costa Brava. Druga mieszana, wybierała się na narty do Andorry. Umówili się za tydzień, już w Polsce, że spotkają się na mszy.
Byli to ludzie w sile wieku, gdzieś pomiędzy 40 – a 50 lat. Całkiem nie po chrześcijańsku z pewną dozą schadenfreude oceniłem, że ja piętnaście lat temu wyglądałem dużo lepiej od nich. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Wielkie wygrane

Jako nastolatek jeszcze poznałem słynną „Grę w klasy” Julio Cortazara. Literatura iberoamerykańska cieszyła się znacznie większą przychylnością cenzury niż powieści z kręgu anglosaskiego. Wówczas ta powieść zachwyciła mnie, ponad miarę, jak dziś myślę. Kilka lat później, a więc w odwrotnej kolejności, przeczytałem wcześniejszą powieść Cortazara – „Wielkie wygrane”.
Aby nie zepsuć lektury tym, którzy nie czytali, a gotowi są sięgnąć po tę powieść, nie będę szczegółowo przedstawiał fabuły. Rzecz dzieje się w Argentynie w okresie peronizmu. Warto wiedzieć, że był to system z wieloma wewnętrznymi sprzecznościami. Z jednej strony przypominał państwo opiekuńcze, z drugiej faszystowskie. Choć zrozumienie przesłania książki Cortazara nie wymaga, rzecz jasna, wnikliwych studiów politologicznych. Akcja rozpoczyna się od loterii, w której wiele rozmaitych osób wygrywa rejs statkiem. Osoby z rozmaitych środowisk społecznych, o różnych poglądach i postawach życiowych przybywają na statek, którym mają odbyć rejs.
Dość szybko okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak się spodziewali, a niektóre aspekty stają się wręcz podejrzane. Struktura powieści jest wielopoziomowa. W podstawowej warstwie fabularnej sprawia wrażenie powieści sensacyjnej z rozbudowanymi wątkami osobistymi, w tym również erotycznymi. Gdy spojrzymy szerzej, to widzimy również, że jest to alegoria państwa, które bezosobowo ogranicza wolność ludzi – w zasadzie – w imię własnego niezrozumiałego widzimisię. Państwa, które z jednej strony daje i premiuje uległość, z drugiej strony zaś jest restrykcyjne i zabiera wolność decyzji i wyboru. Powieść jest też metaforą ludzkiego życia, które zawsze składa się z dokonywania wyborów, czy tego chcemy, czy nie. Symbolicznie też pokazuje nam, że nie zawsze te tytułowe wielkie wygrane są dobrym darem losu.
Książka Cortazara dla mnie ma jeszcze pewien osobisty aspekt. Moja córka dostała imię po jednej z ważnych postaci występujących w tej powieści, ale to już całkiem inna historia.

O tych książkowych wielkich wygranych pomyślałem niedawno, przeczytawszy informację o szczególnie wielkiej wygranej w krajowej loterii lotto. Jeden szczęśliwiec – choć nie wiadomo, czy to mu przyniesie szczęście – wygrał 37 milionów złotych. To tak, jakby dostał od każdego z obywateli naszego kraju po złotówce. Zawsze pierwsza myśl każdego z nas będzie prowadziła ku rozważaniom, co ja bym zrobił z takim majątkiem…
Po chwili sobie pomyślałem, młodszy i tak się nie stanę, zęby nowe mi nie wyrosną, nowego życia sobie za to nie kupię. Moje potrzeby dałyby się sprowadzić do co najwyżej setek tysięcy, a nie milionów. A co z resztą? Pomyślałem sobie, że lepiej nie mieć tego problemu. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Być kobietą, być kobietą

Kalendarz mówi, że mamy XXI wiek, a jak się spojrzy tu i ówdzie, to wyłazi jakaś średniowieczna ciemnota. Kraj w centrum Europy, a poglądy reprezentowane przez sporą część społeczeństwa, w tym niestety przez rządzących, jak żywcem wyciągnięte z zatęchłego przysiółka w ruskim zaborze.
W piosence z końca lat siedemdziesiątych Alicja Majewska śpiewała:
Być kobietą, być kobietą – marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie…

I tak jakoś dziwnie się stało, że to ten refren wpadał wszystkim w ucho, a nikt nie zwracał uwagi na ostatnie słowa piosenki.
Ach, kobietą być nareszcie, a najczęściej o tym marzę,
kiedy piorę ci koszule albo… naleśniki smażę…

Symbolem PRLu był ten zdechły tulipan wręczany taśmowo kobietom z okazji Dnia Kobiet. W rzeczywistości ich los nie był usłany… tulipanami. Jednak przynajmniej oficjalnie nikt nie starał się kobiet zawrócić do średniowiecza, mówiąc im, że są głupsze, gorzej wykształcone i powinny dlatego zarabiać mniej. Rzeczywistość pokazała, że są mądrzejsze, częściej zdobywają wyższe wykształcenie, choć niestety nie zawsze zarabiają tak, jak powinny. Symbolem mezaliansu przestała być Stefcia Rudecka z „Trędowatej”, a stał się nim traktorzysta z pegeeru ożeniony z wiejską nauczycielką. Nie bez przyczyny.

Mamo, zainstalowałem ci taki system, żebyś miała więcej czasu dla mnie.

Mówi młodociany samiec zza ekranu laptopa w reklamie MEN. Nie bardzo jasne jest, co ta reklama MEN ma reklamować, ale zakładam, że nową szkołę pani Zalewskiej. Chłopcy będą w niej mieli informatykę, a dziewczęta w tym czasie będą się uczyć cerować męskie skarpetki.
Ostatnio w prasie pojawił się artykuł o niechęci lekarzy do wykonywania tzw cesarskiego cięcia podczas porodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności pojawia się ten temat w Polsce, gdy władze z jednej strony usiłują tylnymi drzwiami wprowadzać dalsze ograniczenia w i tak już restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej, z drugiej utrudniają dostęp do antykoncepcji awaryjnej, a na dodatek przystępują do wypowiedzenia tzw. konwencji antyprzemocowej. Ministrowie i posłowie partii rządzącej nie kryją się ze swoimi konserwatywnymi przekonaniami religijnymi i otwarcie mówią o konieczności dostosowania prawa państwowego do wymogów religii katolickiej. Jeśli do tego dodamy, że jednocześnie straszą nas uchodźcami z Syrii i islamskim szariatem, to wyłania się z tego obraz całkiem schizofreniczny. Biblia kwestię rodzenia dzieci omawia krotko i zwięźle. Przy czym słów rzekomo boskich (w Starym Testamencie) nikt nie odwołał w żadnej Ewangelii, ani później.

Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą.

Można mieć słuszne podejrzenia, że część doktorów wyznających tzw. klauzulę sumienia ponad przysięgą Hipokratesa, szuka uzasadnienia swych czynów w Biblii. Jak w bólu, to przecież bez znieczulenia i żadne tam cesarskie cięcia…
Oczywiście internetowe komentarze są często pełne oburzenia, na te rozpasane oczekiwania kobiet.
Przez prawie 200 tysięcy lat kobiety rodziły naturalnie. Nagle ktoś zaczął wmawiać kobietom, że poród naturalny psuje figurę i nagle wszystkim odwaliło. – twierdzi jeden z internetowych fachowców. A drugi dodaje – Kobieta ma idealne drogi rodne jest młoda silna płód jest niewielki ale kobieta się uprze wie lepiej i koniec. Trzeci zaś uzupełnia retorycznym pytaniem – A jakie masz przeciwwskazania obecnie do porodu naturalnego mądralo przy prawidłowej ciąży i ułożeniu dziecka?
Nic tylko nagrać w narodowej telewizji program z udziałem męskich fachowców od porodów. Nawet mam tytuł: Jak oni rodzą!
Moja babcia mawiała żartobliwie, że gdyby dzieci małżonkowie rodzili na przemian, to w żadnej rodzinie nie byłoby więcej niż troje. Coś w tym może być, gdy tak przyjrzeć się tym męskim specjalistom, według których viagra powinna być bez recepty, a środki antykoncepcyjne na receptę. Zdaje się, że najbardziej tęsknią za tą drugą częścią biblijnego nakazu Boga, która jakoś współcześnie przestała obowiązywać. Może dlatego że wibrator się nie męczy, nie pierdzi w łóżku i nie śmierdzi tanim piwem?
Gdy rodziły się moje dzieci, a było to w PRL, wiedziałem przynajmniej przy całej słabości ówczesnej opieki medycznej, że jeśli będzie taka potrzeba, to w szpitalu zrobią cesarskie cięcie, a pan doktor nie będzie miał z tego powodu dylematu, bo właśnie wrócił ze spowiedzi świętej. Dziś takiej pewności w szpitalu już nie ma.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Zanim będzie za późno

Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku napisałem tekst pod dość znamiennym tytułem. Oczywiście nie byłem osamotniony w swoich poglądach, ale należałem do mniejszości.
Minęło siedemdziesiąt lat od najstraszniejszej wojny w historii i najczarniejszej zbrodni, jaką człowiek mógł wymyślić. Przez dziesiątki lat pamięć o hitlerowskich okrucieństwach wpływały na ludzkość, która pamiętała o potwornościach, które zgotowała wynaturzona ideologia. Jednak pamięć pokoleniowa umiera, a nowe pokolenia przestają historię traktować jako coś im bliskiego. Ideologie rasistowskie i ksenofobiczne zaczynają odżywać i uwodzą przede wszystkim młodych.
Wyznawcy skrajnie konserwatywnych ideologii politycznych dają się znów uwodzić narracji zdumiewająco zbieżnej ze światopoglądem Hitlera.

Mimo że w swoim światopoglądzie Hitler odrzucał tradycje religijne i świeckie, to odwoływał się do nich. Choć nie był oryginalnym myślicielem, przedstawił pewne rozwiązanie kryzysów: myśli oraz wiary. Podobnie jak wielu przed nim, starał się połączyć te dwie rzeczy w jedno. „Chleba naszego powszedniego” /…/ Posługując się tymi słowami, przywoływał jeden z najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich, zarazem głęboko zmieniając jego sens /…/ W hitlerowskiej „walce o bogactwa naturalne” grzechem było nie zagarnąć wszystkiego, co leżało w zasięgu możliwości, a pozwolić innym na przetrwanie oznaczało zbrodnię. Miłosierdzie naruszało porządek rzeczy, dzięki niemu bowiem słabi mogli się mnożyć. Hitler oświadczył, że ludzie muszą odrzucić więc biblijne przykazania. „Jeśli miałbym wierzyć w jakiś nakaz boski – mówił – to musiałby brzmieć tak: zachować gatunek”. (Timothy Snyder)

Przed wielu laty – jako student jeszcze – miałem okazję usłyszeć od pewnego starszego pana, który przed wojną studiował w Warszawie, że getto ławkowe spowodowane było tym, że Żydzi roznosili wszy i choroby zakaźne. Zdumiała mnie wówczas głupota tego człowieka. Żydowscy studenci, podobnie jak polscy pochodzili przeważnie z rodzin zamożnych, a przynajmniej z dobrze sytuowanych z długimi tradycjami inteligenckimi. Zatem jego uprzedzenie było spowodowane wyłącznie irracjonalnym antysemityzmem.
Dziś do takiej samej retoryki odwołuje się przywódca partii, która w wyborach walczy o władzę w Polsce.

Czy te informacje o jakichś porozumieniach odnoszących się do sprowadzenia do Polski 100 tys. muzułmanów, czy to jest prawda? Powinien także odpowiedzieć minister zdrowia, dlatego, bo to są także kwestie związane z różnego rodzaju niebezpieczeństwami w tej sferze. Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie: cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. (Jarosław Kaczyński)

Tak prezes PiS mówi o uchodźcach, którzy przyjmowani są w Europie, a których PiS nie chce przyjąć do Polski. Takimi obrazami operował nazizm. Dziś takiej argumentacji używa Prawo i Sprawiedliwość, które jednocześnie chce Polskę oddać w niepodzielne władanie Kościoła Katolickiego. Czy czeka nas teokracja katolicka i ksenofobiczna ideologia władzy? Jeszcze nie jest za późno. Ale może być.
Dziś, gdy partia Kaczyńskiego przejęła władzę prawie absolutną i uruchomiała ogromny aparat propagandy, gdy podsycając nienawiść do obcych, używa się odniesień do hitleryzmu, opisując Unię Europejską lub Donalda Tuska, którego ubiera się w mundur Wehrmachtu, czy nie jest jednak za późno?
Za kilka miesięcy ruszy reforma edukacji, której zadaniem głównym będzie kształtowanie obywatela pobożnego (ponad 530 godzin religii) i patriotycznego w rozumieniu PiS (kult Lecha Kaczyńskiego i żołnierzy wyklętych). Już obecnie na każdej uroczystości państwowej obowiązkowo czyta się apel smoleński wspominający „poległego” prezydenta. Z „miesięcznic” smoleńskich czyni się uroczystości państwowe. Celebruje się idiotyzm jako cnotę i wmawia, że klęska jest zwycięstwem.
Czy nie jest już za późno na ratowanie rozumu i zdrowego rozsądku?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Tusk Schrödingera

Jeden z wiernych akolitów Kaczyńskiego – Richard Henry Czarnecki – nieco ponad rok temu twierdził, że Prezes PiS potrafi dla dobra kraju wspiąć się ponad konflikt między partiami. Było to wówczas, gdy Platforma nie wsparła starań Janusza Wojciechowskiego o stanowisko w Europejskim Trybunale Obrachunkowym. Oczywiście prawda była nieco inna, poparcie europosłów PO nie miało takiego znaczenia, jak twierdził Czarnecki. Kandydaturę Wojciechowskiego negatywnie zaopiniował Parlament Europejski w tajnym głosowaniu, więc nawet nie wiadomo, czy eurodeputowani z PO głosowali przeciw niemu. Nawiasem mówiąc Wojciechowski i tak stanowisko dostał. Można się zastanawiać, ile w tym było działań samego Tuska oraz innych unijnych polityków, by pisowskie władze Polski udobruchać.
Jednak 9 marca 2017 roku okazało się, że polski rząd wyborowi Donalda Tuska na następną kadencję się sprzeciwił. Pełniąca funkcję premiera Beata Szydło usiłowała zastosować wobec tego wyboru prawo veta, choć zgodnie z unijnymi przepisami nie było to możliwe. Symboliczne jest jednak że 365 lat wcześniej, również 9 marca doszło do pierwszego zastosowania liberum veto w praktyce. Poseł Władysław Siciński zerwał obrady sejmu i tym samym stał się symbolem warcholstwa, które przedkładając własne partykularne interesy nad dobro ojczyzny, stało się przyczyną rozbiorów i upadku państwa.
 
Gdy Tusk został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej politycy PiS, choć oficjalnie mu gratulowali, to w rozmaitych wypowiedziach wielokrotnie starali się deprecjonować zarówno możliwości Tuska, jak i wagę stanowiska, które objął. Tusk pozostanie misiem i pudelkiem Brukseli – twierdził w jednym z wywiadów europoseł PiS Ryszard Legutko. Zaś wspomniany już Czarnecki jeszcze pół roku temu komentował jedną z wypowiedzi Tuska: Proszę nie żartować. Naprawdę. On chyba sobie dorabia jakąś legendę. To nie jest tak, że myślimy codziennie o Donaldzie Tusku. Wściekłość Jarosława Kaczyńskiego po ponownym wyborze zadała temu kłam.
Dla Kaczyńskiego i jego wyznawców Donald Tusk jest takim kotem Schrödingera. Jednocześnie jest misiem i pudelkiem zajmującym zupełnie nieistotne stanowisko urzędnicze, a zaraz potem jest wrogiem Polski, który naraża nas na przyjmowanie uchodźców lub płacenie ogromnych kar, który usiłuje mieszać się do wewnętrznej polityki Polski, który wreszcie inicjuje wrogie działania przeciw Polsce wśród przywódców europejskich potęg. Czegokolwiek nie wiemy o tajnych zamiarach Jarosława Kaczyńskiego, to na pewno wiemy, że Tusk uwiera go jak gwóźdź w jego starym zdezelowanym bucie z porwanymi sznurowadłami i gdyby Tuska nie było, to Kaczyński musiałby go sobie wymyślić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Et tu Orban contra me

W 1946 roku komunistyczne władze Polski pozbawiły generała Andersa stopnia generalskiego i polskiego obywatelstwa. W 1982 roku władze PRL wycofały film Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” z grona filmów ubiegających się o statuetkę Oscara. W tym samym czasie Służba Bezpieczeństwa dostarczała zmanipulowane fałszywe materiały do Komitetu Noblowskiego, by zapobiec przyznaniu nagrody pokojowej Lechowi Wałęsie. W 2017 roku populistyczny rząd polski jako jedyny sprzeciwił się wyborowi Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Spektakularne akcje przeciw własnym obywatelem zdarzały się wyłącznie w państwach totalitarnych – komunistycznych lub faszystowskich. Stawia to pisowski rząd, który działa pod dyktando szarej eminencji, kierującego z tylnej kanapy Jarosława Kaczyńskiego, wśród niesławnych cieni przeszłości.
 
Gdy w 2014 roku kandydatura Donalda Tuska pojawiła się, jako jedna z możliwych, w rozważaniach o prestiżowym stanowisku unijnym, narracja PiS była nieco inna, choć również mało przyjazna. O ile oficjalne wypowiedzi udzielały Tuskowi poparcia, choć czyniły to niejako półgębkiem, to w rozmaitych wywiadach można było usłyszeć, że stanowisko przewodniczącego jest bez znaczenia. Że ta funkcja jest mało ważna. Że Tusk jest kandydatem Angeli Merkel, bo zawsze był posłusznym wykonawcą jej poleceń. Wreszcie, że Tusk nie zna angielskiego, co od lat już mijało się z prawdą. Narracja o braku znajomości angielskiego tak bardzo publicznie była forsowana przez polityków PiS będących w Parlamencie Europejskim, że została tzw. trzecią prawdą nawet w świadomości dziennikarzy. Po ogłoszeniu nominacji Tuska jeden z dziennikarzy na konferencji prasowej zapytał go po angielsku (sic!), jak da sobie radę na tym stanowisku, skoro nie zna angielskiego. Donald Tusk odpowiedział używając interesującej gry słów: „I will polish my English.” To nieprzetłumaczalny na polski dowcip językowy, ponieważ polish oznacza polerować, szlifować, doskonalić, zaś to samo słowo pisane wielką literą (Polish) oznacza przymiotnik polski.
 
Na rok przed wyborami w Polsce Jarosław Kaczyński nie mógł sobie pozwolić na spektakl złości i nienawiści wobec Tuska. Pogratulował mu wyboru. Choć już wcześniej pisowskie środowiska nazywały Tuska zdrajcą, obwiniały go o uczestniczenie w spisku zmierzającym do zamordowania prezydenta Kaczyńskiego w smoleńskim zamachu, który istniał i do dziś istnieje wyłącznie w głowach pisowskiego ludu. Warto przypomnieć, że stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej dostało się imiennie Donaldowi Tuskowi, a nie Polsce jako krajowi. Zatem nigdy nie istniała opcja, że Polska mogłaby to stanowisko obsadzić jakimś innym politykiem. Przewodniczący Rady Europejskiej wybierany jest na okres 2,5 roku z możliwością jednokrotnego przedłużenia kadencji do 5 lat. Ta furtka jest w strukturach Unii potrzebna, by ewentualnie umożliwić dzielenie się stanowiskami przez dwie największe frakcje w Europarlamencie. Jednak nie oznacza ona, że po pierwszej części sprawowania funkcji wybory przewodniczącego rozpoczynają się na nowo. Przywódcy państw głosuję jedynie nad przedłużeniem kadencji. Zatem nie ma możliwości zgłaszania innych kandydatur na tym etapie. Szkoda, że pełniący obowiązki Kaczyńskiego w sprawach zagranicznych Waszczykowski tego nie wiedział.
Formalnie dopiero decyzja połowy zgromadzonych premierów i prezydentów może spowodować, że dotychczasowemu przewodniczącemu kadencja nie zostanie przedłużona i wtedy mogą pojawić się inne kandydatury, które oczywiście nieformalnie głowy państw między sobą już wcześniej konsultują. Jednak w tym wypadku opcji takiej nie było. Tylko Polska wypowiedziała się przeciw przedłużeniu kadencji Donalda Tuska. Nawet Wiktor Orban, z którym jeszcze niedawno Kaczyński chciał „konie kraść”, poparł Tuska. Nawet premier Wielkiej Brytanii, która pierwotnie miała wstrzymać się od głosu z powodu nadchodzącego brexitu, tego nie zrobiła. Na nic zatem podlizywanie się Orbanowi, na nic wręcz wiernopoddańcze gesty rządu wobec Wielkiej Brytanii, na nic próby przekonywania przywódców państw z grupy wyszehradzkiej, ani też naciski na państwa nadbałtyckie. Polska została sama jak taki komunistyczny Głupi Jaś, który wyrywa się do przodu, choć nic nie wie i niczego nie rozumie.
 
Oczywiście pisowski wierny i ciemny lud nie będzie analizował unijnych przepisów i zwyczajów. Pisowski lud ślepo wierzy, że wczorajszy blamaż polskiej polityki zagranicznej to zwycięstwo, że Polska postawiła się potędze wrogich Niemiec, które chcą zniszczyć naszą narodową dumę. Taki jest mniej więcej przekaz pisowskiej telewizji i innych mediów. Ostatni raz mogliśmy taki przekaz usłyszeć, gdy rządził Władysław Gomułka. Dziś rządzi Kaczyński, choć personalnie kompromituje się Szydło z Waszczykowskim. Dziś w oficjalnych mediach wciąż dominuje tromtadracki przekaz ojczyźnianej dumy dość śmiesznie przypominający przedwojenne hasło „nie oddamy nawet guzika od munduru”, za to wśród pisowskiego ludu mocny jest zawód postawą państw nadbałtyckich i grupy wyszehradzkiej. Przecież idea Międzymorza wciąż jest w pisowskim ludzie silna. Facebookowy profil premiera Orbana zaśmiecany jest przez tysiące rozczarowanych wielbicieli wspólnej kradzieży koni z Unii Europejskiej. Zarzucają mu zdradę i sprzeniewierzeni e się wspólnym interesom. Jednak w te wspólne interesy wierzy jedynie pisowski lud za sprawą durnej propagandy, bowiem interesy Orbana są kompletnie inne od interesów Kaczyńskiego.
Na koniec wreszcie jasno trzeba stwierdzić, że nawet opętany nienawiścią do Tuska Kaczyński ani przez chwilę nie wierzył, że można kogokolwiek skłonić do przyjęcia kandydatury niejakiego Saryusza-Wolskiego. Nawet Kaczyński zdawał sobie sprawę, że wybór Tuska jest sprawą przesądzoną. Ta gra jest przeznaczona wyłącznie na rynek wewnętrzny. To początek batalii o wyjście Polski z Unii Europejskiej. Dziś większość Polaków wciąż popiera nasze członkostwo w Unii. Kaczyński zamierza im Unię obrzydzić. Przez najbliższe lata będzie trwała zmasowana kampania oszczerstw pod adresem Unii Europejskiej i szereg działań, które w konsekwencji zmierzają do wypisania nas z wszelkich struktur europejskich. W tym celu Kaczyński Polskę musi skłócić z członkami Unii, doprowadzić do wstrzymania funduszy strukturalnych, a być może nawet do spowodowania głębokiego kryzysu ekonomicznego, za który można by obwinić UE. Gdy już Polacy Unię znienawidzą i nasz kraj z niej wystąpi, wówczas spełni się sen Kaczyńskiego. Nowa kaczystowska Polska, sama dla siebie w opozycji do całego świata. Polska, w której Tuska będzie można skazać nawet na karę śmierci. Za co? A kogo to wtedy będzie obchodzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Małpi proces

Jednym z koronnych argumentów zwolenników tzw. inteligentnego projektu, popieranego ciszej lub głośniej przez wyznawców wszystkich chyba religii jest ten, wymyślony przez Freda Hoyle’a.

Na złomowisku są wszystkie części i fragmenty Boeinga-747, porozkręcane i chaotycznie porozrzucane. Trąba powietrzna przypadkowo przechodzi przez złomowisko. Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że po jej przejściu znajdziemy tam w pełni złożony 747, gotowy do lotu? (Fred Hoyle)

Oczywiście taki argument miałby sens, gdyby nie to, że jest z gruntu fałszywy. Otóż kreacjoniści zapominają, że według teorii ewolucji życie nie powstało od razu w formie człowieka. Inaczej mówiąc burza przechodząca nad tym złomowiskiem, najpierw „zmontowała” proste wahadło. Potem zmieniały się przez miliony lat warunki fizyczne, a tym samym części „leżące” na tym umownym złomowisku. Ukształtowanie się samolotu nie byłoby więc czynem jednorazowym, ale procesem kształtowania się coraz bardziej skomplikowanych elementów.
Dla kreacjonistów to jednak argument koronny, bo spora część z nich wierzy w zapisy biblii w sposób literalny. A zatem świat według nich został stworzony przez siłę nadprzyrodzoną, którą oni nazywają Bogiem, w procesie tworzenia trwającym 6 dni, a działo się to mniej więcej koło sześciu tysięcy lat temu. Nie wszyscy wyznawcy rozmaitych religii są tak fundamentalni, niektórzy z nich dopuszczają znaczenie symboliczne świętych ksiąg judaizmu, chrześcijaństwa, czy islamu. Jednak obserwujemy niepokojący zwrot ku wierze i negowania nauki. W Turcji z nowego programu szkolnego usuwa się nawiązania do teorii Darwina, ponieważ jak ujął jeden z ważnych polityków partii Erdogana, „jest niewiarygodna”. W Polsce po tzw. reformie oświaty z programów zniknie teoria Darwina, a także elementy dotyczące kosmosu i układu słonecznego, uczniowie nie dowiedzą się też nic o Koperniku. Pominięta zostanie postać Marii Curie-Skłodowskiej. Nieoficjalne wypowiedzi niektórych polityków partii rządzącej sprowadzają się do stwierdzenia, że „nie ma co dzieciom w głowach mieszać”. Jeśli dodamy do tego, że podczas edukacji szkolnej uczeń będzie uczestniczył w ponad 530 lekcjach religii, to robi się juz bardziej strasznie, niż śmiesznie.

Biolodzy na całym świecie uwikłani są w batalię z ruchem inteligentnego projektu, który sprzeciwia się nauczaniu teorii ewolucji w szkołach i twierdzi, że biologiczna złożoność stanowi dowód na istnienie stwórcy, który z góry zaplanował najdrobniejsze szczegóły życia biologicznego. (Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości, Yuval Noah Harari)

Pamiętam, że kiedyś czytałem świetną książkę biograficzną o amerykańskim adwokacie, który zasłynął jako obrońca w tzw. małpim procesie. Clarence Darrow był obrońcą nauczyciela oskarżonego o łamanie prawa, ponieważ na lekcjach wspominał o teorii ewolucji, a to było sprzeczne z religią.

Małpi proces – popularna nazwa procesu, który odbył się w 1925 w Dayton w hrabstwie Rhea amerykańskiego stanu Tennessee, dotyczącego nauczania teorii ewolucji w szkołach. Do małpiego procesu doszło na skutek zderzenia rozwijającego się ewolucjonizmu z amerykańskim fundamentalizmem.
Teoria ewolucji Darwina opublikowana została w 1859. Już 5 lat później w Ameryce pojawiły się prace mistyczki Ellen G. White sprzeczne z naukowym opisem powstania świata. Jednak reakcja na powstanie poglądów Darwina była umiarkowana. Zwolenników literalnego odczytywania Biblii wzburzyła dopiero książka Straussa Das Leben Jesu, podejmujące próbę demitologizacji postaci Jezusa Chrystusa. Taki sposób uprawiania teologii uznano za zagrożenie. Kościoły protestanckie USA podjęły próbę określenia fundamentalnych prawd wiary chrześcijańskiej (wydanie The Fundamentals, od którego wzięła się nazwa fundamentalizm) i walki z modernizmem. Objęła ona również parlamenty stanowe. Kilka z nich wydało zakazy nauczania w szkołach treści sprzecznych z opisanym w Biblii stworzeniem człowieka przez Boga. (Wikipedia)

Zdumiewałem się wówczas, jak można było w Ameryce, w XX wieku być tak zacofanym jak te setki tysięcy religijnych fanatyków. Gdy chodziłem do szkoły, Kościół nie negował teorii Kopernika, ani teorii ewolucji Darwina. Przynajmniej oficjalnie.
Dorastając byłem przekonany, że oczywistość teorii naukowych na temat powstania świata nie będzie już w wieku XX kwestionowana. Tymczasem wiek XXI okazał się pełny niespodzianek. Pomimo rozwoju nauki mamy coraz więcej przykładów, że miliony ludzi tę naukę odrzucają w imię uprzedzeń, mitów i zabobonów. Rosną w potęgę ruchy antyszczepionkowe, które uważają, że szczepionki są truciznami celowo podawanymi dzieciom. Karierę robią znachorzy i uzdrowiciele, także wspierani przez Kościół jak niejaki ksiądz John Bashobora z Ugandy. Zdziwić się można, ilu jest zwolenników rozmaitych mutacji teorii o płaskiej Ziemi. Kreacjonizm staje się oczywistą teorią nie tylko w zacofanych krajach islamskich, ale jak już wcześniej przytaczałem w Turcji. A co gorsza coraz silniejszy staje się w Polsce oraz Stanach Zjednoczonych. Czy będą kolejne małpie procesy? Czy nauczyciele uczący o teorii Darwina, a potem może teorii Kopernika będą wsadzani do więzień? Czy nadchodzi era ciemnoty i zacofania? Czy pioruny „oswojone” przez Beniamina Franklina znów będą tylko dowodem gniewu bożego?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Krótka historia biedy

Od czasów prehistorycznych do dnia dzisiejszego ludzkością rządzą te same mechanizmy. Pomimo rozwoju cywilizacji, wynalazków technicznych i rozwoju kultury pod pewnymi względami człowiek pozostał wciąż tym samym jaskiniowcem, którym był setki tysięcy lat wcześniej. Dowodzi to w oczywisty sposób, jak silna jest determinanta biologiczna w zachowaniach społecznych człowieka. Nie chcę się jednak zajmować takimi truizmami jak instynkt samozachowawczy lub instynkt zachowania gatunku i przekładaniu ich działania na zachowania społeczne. Zjawisko, które chcę opisać to bieda, która jest jednym z objawów przemocy stosowanej dla utrzymania władzy. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne, teoria jawi się jako idiotyczna, a na pewno całkowicie absurdalna. Ale czy na pewno?

Wspólnota pierwotna, czyli równość wolność i braterstwo
Historycy, archeolodzy, jak również przedstawiciele nauk socjologicznych zgodnie twierdzą, że tzw. wspólnota pierwotna była pierwszą w dziejach ludzkich organizacją społeczną. Tak naprawdę stwierdzono to badając kultury pierwotne, które zachowały się w niezmienionym prawie stanie na niektórych obszarach niedostępnych Ameryki Południowej, Afryki i niektórych wysp Oceanii.
Zasadniczą cechą wspólnoty pierwotnej była jej stosunkowo niewielka liczebność, co pozwalało na istnienie więzi osobistej pomiędzy wszystkimi członkami grupy. Wszyscy się znali, ponieważ takie wspólnoty były niewielkie. Zmartwieniem człowieka pierwotnego było głównie zdobywanie żywności, więc wszyscy zajmowali się tym wspólnie i zgodnie ze swoimi możliwościami. Trudno mówić o jakiejkolwiek własności prywatnej, ponieważ nieliczne narzędzia służyły tylko do zdobywania pożywienia i to była ich cecha nadrzędna. Taka niezbyt kompletna teoria powstała jeszcze w XIX wieku na podstawie dość ubogich wówczas badań antropologicznych, dała ona początek pomysłowi Marksa, który taką organizację społeczną nazwał komunizmem pierwotnym. Pojęcie własności prywatnej nie istniało według Marksa ponieważ nie było wartości dodanej. Cały efekt pracy takiej wspólnoty był na bieżąco spożywany. Wspólnoty te liczyły często nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób i co ciekawe, dzisiejsze badania epoki social mediów pokazują, że do dzisiaj w zasadzie nie potrafimy na prawdę mieć więcej niż około 150 znajomych.
Punktem zwrotnym stał się rozwój rolnictwa i udomowienie zwierząt, co spowodowało nadprodukcję żywności, a w konsekwencji pojawienie się podziału klasowego i nierówności społecznych. Nazwano to rewolucją agrarną.
Jednak dzisiejsza wiedza o ludach pierwotnych pozwala na nieco inne wnioski. Już w grupie kilkudziesięciu osób kształtuje się hierarchia ważności, powstaje przywództwo dwojakiego rodzaju – materialne i duchowe. Przywództwo we wspólnocie pierwotnej jest potrzebne, ponieważ bez niego działania kilkudziesięcioosobowej społeczności zaczynają być chaotyczne i nieefektywne. Oczywiście jest pewien zakres działań, który wynika z tradycji, z wiedzy nabywanej przez kolejne pokolenia, np. dojrzewa określony gatunek owoców, wiec trzeba działania skupić na ich zbieraniu albo przez teren zamieszkania wspólnoty przechodzi coroczna migracja jakiegoś gatunku zwierząt i jest to dogodna pora na względnie łatwe polowanie. Jednak ten ostatni przykład jest również opisem sytuacji wymagającej przywództwa. Ponieważ czymś innym jest decyzja „idziemy polować”, a czym innym zorganizowanie polowania tak, aby było maksymalnie efektywne. Doskonale się to splata z istnieniem wśród ludzi tzw. osobników alfa, którzy mają z jednej strony naturalny instynkt władzy, a z drugiej – przynajmniej w tej strukturze społecznej – muszą mieć umiejętności pokierowania grupą w sposób dla niej korzystny.
I w tym momencie wspólnota pierwotna wchodzi w kolejną fazę rozwoju. Ponieważ są przywódcy, więc działanie grupy staje się coraz bardziej efektywne, to pozwala się wspólnocie rozrastać i produkować więcej żywności oraz innych dóbr, które są przydatne. Praca, która dotychczas służyła wyłącznie temu, by się najeść, zaczyna być obowiązkiem narzuconym przez przywódców, a to z kolei prowadzi do powstania wartości dodanej w rozumieniu marksowskim. Jednak nadmiarowa produkcja dóbr nie tłumaczy wcale rozwarstwienia społecznego. Przyczyną jest władza. Sprawowanie władzy w większej społeczności wymaga utworzenia grupy nadzorującej wykonywanie rozkazów, co do zasady grupa ta musi być uprzywilejowana, a ponieważ nie bierze ona udziału w tworzeniu dóbr, po raz pierwszy w dziejach ludzkości powstaje klasa „próżniacza”. Tworzenie takiej klasy staje się jednak uzasadnione, gdy weźmiemy pod uwagę, że owa wspólnota jako duża i dobrze zorganizowana staje się obiektem zazdrości innych wspólnot, przed którymi trzeba się bronić. Ludzie pomagający w sprawowaniu władzy powoli zmieniają się w klasę wojowników. Jednak równocześnie z pierwszą klasą próżniaczą pojawia się pierwsza klasa pariasów. Dlaczego? Po pierwsze wytwarzanie dóbr nadal stoi na dość niskim poziomie. Po drugie ograniczona liczebnie grupa najuboższych to z jednej strony osobnicy sprzeciwiający się władzy, a z drugiej osobnicy o ograniczonej przydatności. Większość społeczności otrzymuje czytelny sygnał – nie buntuj się, bo będziesz żył w nędzy i zwiększaj swoją przydatność, a będziesz żył lepiej.

Feudalizm, czyli drabina władzy
Czas wspólnot pierwotnych trwający tysiące lat skończył się wraz z nabyciem przez ludzi takich umiejętności praktycznych i społecznych, które spowodowały rozrost wymagający już nie tylko przywódcy, ale osobnej grupy społecznej sprawującej władzę.
Według Marksa feudalizm był ustrojem społecznym, który zapanował po epoce niewolnictwa. Jednak – moim zdaniem – trudno uważać niewolnictwo za historyczną ewolucję systemów społecznych, ponieważ w różnych epokach było ono obecne jako jeden z elementów sprawowania władzy. Gdyby używać wyłącznie metodologii marksistowskiej, to system społeczny południowych stanów USA przed wojną domową w połowie XIX wieku musielibyśmy zrównać z systemem panującym w starożytnym Egipcie. Ponadto warto pamiętać, że feudalizm na różnych kontynentach często funkcjonował równolegle z rozmaitymi formami niewolnictwa. Czasami też formy podległości pewnych grup społecznych były niewolnictwem, choć nie nosiły tej nazwy. Niewolnictwo istniało od czasów prehistorycznych i w niektórych organizacjach społecznych stało się powszechną praktyką, w innych miało charakter marginalny. Jednak istniało wszędzie i na pewnych obszarach Afryki oraz Azji istnieje do dziś. Niewolnictwo jest też jednym ze sposobów realizowania biedy jako formy przemocy służącej utrzymaniu władzy. Choć z perspektywy tysięcy lat historii wcale nie jest sposobem dominującym. Zatem na potrzeby niniejszych rozważań przyjmujemy definicję feudalizmu jako drabiny władzy, a to oznacza, że nie tylko średniowieczne państwa były feudalne, ale również takie cywilizacje jak egipska lub rzymska.
Feudalizm powstał jako forma sprawowania władzy wynikająca z niedowładu organizacyjnego ówczesnej cywilizacji. Aby wspólnoty znacznie większe od pierwotnych, oparte o podobne dialekty, religię i przynależność kulturową mogły sprawnie funkcjonować potrzebna była z jednej strony centralizacja władzy, a z drugiej sprawność sprawowania władzy na szczeblu lokalnym, nie dało się tego zrealizować w dotychczasowym dwustopniowym podziale rządzący – rządzeni. W rezultacie powstała drabina zależności oparta na stosunku wasal – suweren.
Miało to swoje dobre strony, ponieważ lokalny suweren miał pod swoimi rządami stosunkowo niewielką grupę nad którą był w stanie zapanować, sam zaś był wasalem potężniejszego suwerena, który rządził w sposób pośredni. Miało to jednak swoje wady. Utrata wasala nie oznaczała tylko utraty zarządcy, ale najczęściej całego obszaru wraz z ludźmi, którzy przechodzili pod zarząd innego suwerena. Przekonał się o tym boleśnie cesarz Henryk IV, który w konflikcie z papieżem o mało nie utracił tronu, ponieważ książęta niemieccy – jego wasale, w obliczu rzuconej przez papieża ekskomuniki, zagrozili wypowiedzeniem posłuszeństwa. Utrata jednego z wasali oznaczała wówczas utratę części cesarstwa.
Jednak pomijając ten aspekt nietrwałości władzy, system feudalny ukształtował i wzmocnił procesy, które rozpoczęły się już we wspólnotach pierwotnych. Podzielił przede wszystkim społeczeństwo na jasno wyodrębnione klasy społeczne. Na samej górze mamy do czynienia z klasą próżniaczą, którą nazywam tak dlatego, że jej zasadniczym zajęciem było utrwalanie podziałów i utrzymanie władzy. Najniższy poziom to byli ludzie z różnych powodów utrzymywani w stanie skrajnej biedy, część z nich była niewolnikami. Jeśli spojrzymy na historię pod tym kątem, to zauważymy, że przez setki lat była to stosunkowo niewielka grupa, która dla większości społeczeństwa miała stanowić przestrogę, jak i motywację do bycia przydatnym w społeczeństwie. W szerszym przekroju historycznym zobaczymy, że doprowadzanie coraz większych grup społecznych do życia w skrajnej często biedzie, było procesem trwającym setki lat i przypominało węża zjadającego swój własny ogon. Większość ludności przez wiele stuleci stanowiła ludność wiejska, zajmująca się bezpośrednio produkcją żywności. Przez cały okres średniowiecza to właśnie zajęcie było podstawowym dla ogromnej części ludzkości. Metody uprawy roli, narzędzia i wiedza były na tyle prymitywne, że wytwarzanie żywności było niezwykle ciężką pracą. Rolnik wytwarzający żywność, choć był nisko w hierarchii społecznej, cieszył się pewną autonomią i względnym dobrobytem. W Polsce do wieku siedemnastego los ludności wiejskiej nie był wcale zdominowany przez władającą krajem szlachtę. Utrzymywana w biedzie była nieliczna grupa i wciąż była ona pewnym straszakiem społecznym. Gdy w okresie późniejszym feudalne państwa ulegały wynaturzeniom, gdy został zaburzony typowy dla tego ustroju system zależności, a władza centralna stawała się coraz silniejsza i coraz bardziej wymagająca, okazało się, że nadwyżka w produkcji żywności i innych dóbr staje się niewystarczająca pomimo postępu technicznego, który rozpoczął się w epoce Oświecenia. Jednak to nie powstrzymywało rządzących i w szpony biedy wpadała coraz większa grupa ludności. Nie wystarczyło być już posłusznym poddanym, który uczciwie pracuje i dzięki temu ma środki do życia. Konsekwencją były bunty i rewolucje, zwykle przy tej okazji okazywało się, że żadne bogactwo nie jest w stanie uchronić przedstawicieli klas posiadających przed marnym losem pokonanych. Tak było choćby podczas Rewolucji Francuskiej. Dość charakterystycznym i tylko pozornie należącym do innej epoki zjawiskiem była Wielka Rewolucja Socjalistyczna w Rosji. Rosja była oczywistym reliktem przeszłości i pomimo rodzącego się kapitalizmu tkwiła głęboko w epoce feudalnej, a pazerność klas wyższych wtrącała w krańcowa biedę coraz większe grupy ludności. To musiało skończyć się zrywem rewolucyjnym, który stary porządek zmiótł z powierzchni Ziemi.

Kapitalizm, czyli jak utrzymać w nędzy miliony
System feudalny nie miał racji bytu od dawna, ale definitywnie skończył się, gdy pojawił się postęp techniczny. Nie było już uzasadnienia dla istnienia wielostopniowej drabiny władzy i łączenia tego z zamożnością i przywilejami. Państwo kapitalistyczne zorganizowane było inaczej. Klasa próżniacza, czyli sprawująca władzę stała się mniej liczna, bardziej wyspecjalizowana, a przynależność do niej nie byłą funkcją urodzenia. Państwo zatrudniało ogromna armię urzędników, względnie dobrze opłacanych i pomagających sprawować władzę, ale nie będących władzą. Zwiększyła się rola armii i policji jako czynników represji wobec ludności nieposłusznej, ale także jako czynników utrzymania porządku i osiągnięcia bezpieczeństwa zewnętrznego. Te tysiące zwyczajnych obywateli pełniących funkcję żołnierzy (często z poboru) i policjantów, to nie była władza. Nie należeli oni do wtajemniczonej w system sprawowania władzy kasty. Wykonywali polecenia otrzymując w zamian względnie przyzwoite wynagrodzenie. Ich pochodzenie społeczne było coraz mniej ważne, a ich lojalność miała dotyczyć samego państwa, bowiem ludzie sprawujący władzę niekiedy się zmieniali.
Ponieważ zmniejszyła się liczba ludności potrzebnej w procesie produkcji żywności, a za to zwiększyły się potrzeby przemysłu, doszło też do wielkich migracji. Już nie ludność wiejska była trzonem społeczeństwa.
Natomiast pojawienie się nowej klasy posiadaczy środków produkcji, znacznie liczniejszej niż wcześniej arystokracja spowodowało wzrost zapotrzebowania na bogactwo, a to brało się wciąż wyłącznie z wtrącania w biedę rzesz pracowników. W ten sposób proces, który w feudalizmie trwał kilkaset lat, w kapitalizmie zajął zaledwie kilkadziesiąt. Doskonałym przykładem nowych procesów ekonomicznych są Stany Zjednoczone. Kraj w którym nigdy nie było arystokracji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a który wytworzył własną klasę posiadaczy środków produkcji i pieniędzy. Mechanizm rozwoju kapitalizmu doskonale spuentował Jack London w „Księżycowej dolinie” z 1913 roku.

Nowy kraj, otoczony oceanami, położony we właściwej szerokości geograficznej, o żyźniejszej ziemi i bogatszych skarbach naturalnych niż jakikolwiek inny kraj na świecie, skolonizowany przez imigrantów, którzy odrzucili pęta starego świata i przyszli tu w nastroju sprzyjającym demokracji. Tylko jedna jedyna rzecz mogła im przeszkodzić w udoskonaleniu tej demokracji, którą zaczęli budować. Tą rzeczą była chciwość. Zaczęli żreć wszystko, co było na widoku – jak świnie. A gdy tak żarli, demokrację diabli wzięli.

Etyka kapitalizmu zaczęła się w XX wieku nieco zmieniać pod wpływam rosnącej groźby ze strony milionów ludzi żyjących w nieustannej i dojmującej biedzie. Jednak to dalej było za mało. W zasadzie dopiero Druga Wojna Światowa stała się wstrząsem. Dlaczego i w jakim zakresie. Otóż przez tysiące lat najlepszym sposobem na wzbogacenie się było napaść sąsiadów i zabrać im to, co mają. Tak działo się prawie od początku cywilizacji. Oczywiście było to działanie krótkowzroczne. Sąsiedzi kiedyś mogli urosnąć w siłę i się odwzajemnić, mając przy tym ideologiczną podporę rewanżu za krzywdy. Na tym tle wybuchały wszystkie wojny. Jednak ostatnia wojna światowa pokazała, że zniszczone ekonomicznie, upodlone biedą społeczeństwo gotowe będzie dać władzę nawet szaleńcom, jeśli ci obiecają dobrobyt. Oczywiście pomysł Hitlera był tylko jeden. Napaść na innych i zabrać im ich bogactwa. Jak sam kiedyś stwierdził: „nikt nie sądzi zwycięzców”. Zakładał, że to Niemcy odniosą zwycięstwo i że żadna zbrodnia nie zostanie osądzona. Stało się inaczej.

Kapitalizm dziś
Po ostatniej wojnie klasy sprawujące władzę zrozumiały, że utrzymywanie milionów ludzi w nędzy szybko doprowadzi do kolejnej wojny, a każda kolejna wojna była coraz groźniejsza ze względu na postęp technologiczny. O ile utrzymywanie w posłuszeństwie rozproszonej ludności wiejskiej w feudalizmie było stosunkowo łatwym zadaniem, o tyle kapitalizm musiał mieć duże skupiska ludzi w ośrodkach przemysłowych i trudno już było podzielić świat na klasę panów i klasę niewolników. Kolejna wojna lub rewolucja mogła zagrozić także kasie rządzącej, gdy dochodzi do okrutnych aktów przemocy, trudno ochronić nawet najbogatszych. W ten sposób kapitalizm powojenny zyskał ludzką twarz. Miliony ludzi pracujących w przemyśle usługach oraz innych niezbędnych dla utrzymania cywilizacyjnego ładu miejscach opłacano teraz tak, aby byli zadowoleni ze swojego życia. Powszechnie rozwijający się konsumpcjonizm temu właśnie służył. I znów jak kiedyś, u zarania ludzkości, bieda dotykała tylko niewielkiej grupy najbardziej buntowniczych lub nieprzydatnych społecznie osobników. Pojawiła się nowa etyka kapitalizmu. Społeczeństwo było na tyle zamożne, że mogło zapewnić godne życie także tym, którzy nie nadążali w codziennym wyścigu do dobrobytu. Szczególnie widoczne stało się to w krajach europejskich. Pewien margines biedy istniał choćby dlatego by dla większości członków społeczności być pewną przestrogą utrzymujących ludzi już nie tylko w ryzach władzy, ale także w zgodzie z etyką danego społeczeństwa.
Niestety mechanizm opisany tak bezpośrednio przez Jacka Londona znów zadziałał. Ekonomista Thomas Piketty udowadnia że w XXI wieku znów mamy do czynienia ze zjawiskiem wzrostu bogactwa nielicznej grupy ludzi, którzy mają znaczną większość wszystkich dóbr kosztem milionów pracujących ludzi, którzy maja niewiele lub zgoła nic. W błyskawicznie zmieniającym się świecie cyfrowych technologii przemysł utracił stabilność. Wcześniejsze konie pociągowe rozwoju gospodarczego takie, jak przemysł samochodowy, przestały mieć wcześniejsze znaczenie. Przemysł stracił stabilność. Jeśli w danym roku istnieje ogromna potrzeba np. dostarczenia na rynek milionów sztuk komputerów, to wcale nie oznacza, że należy na tym budować strategię biznesową na następnych dwadzieścia lat. Zmieniają się bowiem nie tylko oczekiwania konsumentów, ale też mamy do czynienia z galopującym wręcz postępem technologicznym. Gdy pojawiły się laptopy, nikt nie przewidywał, że staną się one już wkrótce dominującą konstrukcją komputera. Przecież są mniej wydajne i mniej wygodne pod wieloma względami od tradycyjnych biurkowych pecetów. Posiadacze środków produkcji i właściciele środków finansowych uznali, że całe ryzyko należy przerzucić na pracowników. Tradycyjna ścieżka kariery zawodowej obecna i doceniana w XX wieku stała się przeżytkiem. Ktoś pracujący przez 30 lat w jednej fabryce nie jest pracownikiem godnym szacunku i zasługującym na większe względy. Dziś jest symbolem nieudacznika. Oczywiście zawsze znajdzie się grupa pracowników, którzy w zmieniających się warunkach dadzą sobie doskonale radę. Będą to ci szczególnie uzdolnieni, mający intuicję i siłę przebicia. Jednak dla rozwoju społecznego potrzebna jest trwałość i stabilizacja. Tymczasem do kapitalistów łączyły państwa, które przestały już dbać o równowagę społeczną, a zamiast tego zajmują się równowagą ekonomiczną. Kryzys z roku 2008 pojawił się dlatego, że instytucje finansowe na potęgę zaczęły handlować długami, a więc czymś co niejako z założenia ma wartość ujemną. Gdy kryzys okazał swą potęgę w całej pełni – państwa, zamiast zastanawiać się nad losem społeczeństw zaczęły dofinansowywać banki, aby utrzymać fikcyjną choćby, ale równowagę. Rok 2008 z całym dramatyzmem pokazał także istnienie nowej klasy społecznej, którą Guy Standing nazwał prekariatem. Prekariusze to grupa ludzi pozbawiona stabilności życiowej i finansowej.

Prekariat nie jest jednorodny. Dziś widać wyraźniej co najmniej trzy odmiany prekariuszy. Pierwsi pochodzą z biedniejszych rodzin, z małych miejscowości, mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Druga grupa to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzecia to m.in. migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Prekariuszem nie staje się z własnej woli. Nie są prekariuszami przedstawiciele wolnych zawodów świadomie wybierający taki, a nie inny zawód i sposób zarabiania pieniędzy. Jeśli adwokat zakłada własną kancelarię prawną, to czasem może mu się wieść lepiej lub gorzej. Jednak nikt nie oczekuje od niego, że zmieni zawód, ze zamiast kancelarii prawnej otworzy zakład naprawy komputerów. Oczywiście podejmuje pewne ryzyko, jeśli go ponieść nie chce, to wybiera inną ścieżkę kariery. Prekariuszem stanie się wówczas, jeśli pomimo dobrego wykształcenia i umiejętności będzie w kolejnych firmach zatrudniany na upokarzających groszowych stażach, lub umowach tymczasowych. Jego zawodowa kariera nie będzie wówczas zależna od jego umiejętności ale często na czynnikach pozazawodowych, a przede wszystkim od tego, że duża korporacja będzie dążyła wciąż do maksymalizowania zysków i minimalizowania kosztów. Wartość obiektywna pracownika nie ma żadnego znaczenia. Pokolenie rodziców dzisiejszych prekariuszy miało swoją może niekoniecznie szybką, ale stabilną ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego oraz życiowego. Jako młodzi ludzie również nie opływali w dostatki, ale pracowali, rozwijali się, awansowali, z czynszowego mieszkania przeprowadzali się do domku z ogródkiem, kupowali lepszy samochód, nowocześniejszy sprzęt domowy i mogli zapewnić swoim dzieciom wykształcenie oraz – jak im się wydawało – lepszy start.
Przeliczyli się, bo ich wykształcone dzieci nie maja szans na podobna stabilizację. I nawet jeśli mają dobre okresy finansowe pomiędzy gorszymi albo wręcz bezrobociem, to brakuje im poczucia bezpieczeństwa. Nie dorobią się domku z ogródkiem, nie myślą często o zakładaniu rodziny, bo dla nich dziecko nie jest nowym etapem życia ale tragedią burzącą jakiekolwiek perspektywy życiowe, szczególnie w przypadku kobiet. Bogatsze kraje jakoś próbują sobie sensownie radzić systemem zasiłkowym i zmianą przepisów taką, by promowały dzietność. Jednak pogorszenie sytuacji w ciągu ostatnich dziesięciu lat widać nawet w krajach skandynawskich.
Szczególnie groźnym zjawiskiem dla rozwoju społecznego w dalszej perspektywie jest deklasacja grupy nauczycieli. Nauczyciel, który nie ma perspektyw zawodowych, skazany na tymczasowe zatrudnienie, będzie dbał o swój rozwój zawodowy tylko w takim zakresie, w jakim może to zwiększyć jego szansę na stałe zatrudnienie, a w sytuacji konieczności dokonania wyboru, jakakolwiek etyka zawodowa zawsze przegra z koniecznością przypodobania się władzy zwierzchniej. Nie tylko w Polsce zauważono bowiem, że szkolnictwo jest miejscem wielu patologii wynikających z zależności niepewnych swego zawodowego i życiowego losu nauczycieli od psychopatycznych zwierzchników. Przynależność sporej grupy pedagogów do klasy prekariatu nie jest obecnie tylko zagrożeniem, ale stała się faktem, jakiś czas temu dość głośna była sprawa wykładowcy akademickiego z USA, który był jednym z wielu zatrudnianych na umowy kontraktowe. Wyższe uczelnie w ten sposób tną koszty, oszczędzają na ubezpieczeniu zdrowotnym i emerytalnym pracowników. Wspomniany wykładowca zmarł z powodu nowotworu, ponieważ kolejne cięcia spowodowały zmniejszanie się jego dochodów, a rosnące koszty pracy związane z dojazdami do kilku uczelni, gdzie był wykładowcą, spowodowały, że nie stać go było na ubezpieczenie zdrowotne.

Dokąd zmierza kapitalizm
Dziś trudno być optymistą. Nic nie wskazuje na to, że polityka rządów się zmieni. Późny kapitalizm zaczyna powoli przypominać swoja własną wczesną wersję, gdy zasadą było płacić pracownikowi tylko tyle, by nie odszedł, a jeszcze lepiej zagłodzić go tak, by zgodził się pracować za każdą sumę. Na horyzoncie nie pojawia się żaden nowy system ekonomiczny, a rosnące warstwy społeczne bez stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, za to z poczuciem krzywdy społecznej coraz łatwiej wpadają w szpony wszelkiego rodzaju nacjonalistów, politycznych szarlatanów i wreszcie zwyczajnych wariatów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Requiem dla neandertalczyka

Od dawna zaskakuje mnie niesamowity i powszechny optymizm dotyczący losów ludzkości. Wbrew historii i teraźniejszości wydaje nam się, że ludzkość od zarania dziejów jest w stanie ciągłego doskonalenia się i rozwoju. W pewnym zakresie można to usprawiedliwić religijnością, ponieważ część ludzi święcie wierzy, że Bóg ma jakiś plan zbawienia ludzkości. Z drugiej jednak strony ten sam Bóg zesłał na Ziemię potop, a całkiem niedawno dopuścił do wymordowania milionów ludzi w obozach śmierci. Zatem boski plan zbawienia może równie dobrze zakładać fizyczną zagładę rodzaju ludzkiego.

Wykazujemy skłonność do odczuwania dziwnego spokoju ducha, że to nigdy się nie zdarzy, że sytuacja nasza jest specyficzna, że w jakiś sposób pozostajemy poza kontrolą biologiczną. Ale to nieprawda. W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, „Naga małpa”)

Gdy zaczynałem się edukować, uważano powszechnie, że znane odkrycia archeologiczne udowadniają wystarczająco teorię ewolucji, także w odniesieniu do człowieka. Spora część odkryć została przecież dokonana jeszcze w XIX wieku. Nauka w połowie następnego stulecia miała wiele dowodów na podstawie których wysnuła z gruntu fałszywą tezę. Te wszystkie archeologiczne znaleziska ochrzczone mądrymi łacińskimi nazwami, począwszy od australopithecusa, przez pithecantropusa, którego nazywano potem homo erectus, po homo neanderthalensis potocznie zwanego neandertalczykiem, traktowano jako kolejne ogniwa w łańcuchu ewolucji gatunku homo sapiens, człowieka myślącego, którym dziś jesteśmy.
W drugiej połowie XX wieku zaczęły się rozwijać takie dziedziny nauki, o których wcześniej trudno sobie było pomyśleć. Przez długi czas jednak nadal nie zdawano sobie sprawy, że np. badanie łańcuchów DNA może się przydać w poznaniu historii rodzaju ludzkiego.

Sugerując, że homo sapiens jest tylko jeszcze jednym rodzajem zwierzęcia, Karol Darwin wywołał powszechne oburzenie. Nawet dziś wielu ludzi wciąż nie chce dać temu wiary. Gdyby neandertalczycy przetrwali, to czy wciąż uważalibyśmy siebie za stworzenie jedyne w swoim rodzaju? Być może właśnie dlatego nasi przodkowie zmietli neandertalczyków z powierzchni Ziemi. Byli do nich zbyt podobni, by można było ich ignorować, ale i zbyt odmienni, by dało się ich tolerować. (Yuval Noah Harari, „Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości”)

Najpierw okazało się, że neandertalczyk żył równolegle z przodkami dzisiejszych ludzi. Potem pojawiły się kolejne odkrycia, homo floresiensis istniał na pewno jeszcze 12 tysięcy lat temu. A więc nie był przodkiem homo sapiens lecz gatunkiem równoległym. W 2010 roku odkryto homo sapiens denisova, kolejny równoległy gatunek, żyjący około 40 tysięcy lat temu.
Również 2010 roku na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej archeolodzy odnaleźli zęby neandertalczyka. To była spora niespodzianka, bo po raz pierwszy takie odkrycie pojawiło się na północ od Karpat. Ponieważ inne znalezisko – grób dziecka datowane jest na około 27 tysięcy lat, możemy przypuszczać, że i na naszych ziemiach neandertalczyk musiał konkurować z praprzodkiem dzisiejszego człowieka. Oznaczało to, że neandertalczyk był nieźle przystosowany do chłodnego klimatu (północna część dzisiejszej Polski była wtedy objęta tzw. małym zlodowaceniem), zatem cywilizacyjnie był znacznie bardziej rozwinięty niż sądzono wcześniej.
Dziś wiemy, że około 4% naszych genów dzielimy z neandertalczykami. Zatem oprócz zwalczania się i konkurencji gatunki również się mieszały. Wiemy, że niektóre gatunki da się krzyżować. Konia i osła można skrzyżować, powstają w ten sposób muły, które jednak są hybrydą bezpłodną. Różnice która są pomiędzy koniem a osłem są bowiem zbyt duże. Różnice między homo sapiens, a homo neanderthalensis aż tak duże nie były.
Być może prehistoryczne zwycięstwo naszego gatunku jest nieco przypadkowe. Nietrudno sobie wyobrazić, że to potomkowie neandertalczyków zaludnialiby świat dziś. Zapewne fizycznie byliby bardzo do nas podobni, ale trudno orzec jaki byłby świat, jaka byłaby cywilizacja. Ba, można sobie również wyobrazić świat w którym dwa konkurencyjne względem siebie gatunki ludzkie nie zyskałyby takiej przewagi, która pozwoliła niegdyś homo sapiens na wytłuczenie co do sztuki wszystkich homo neanderthalensis.
Skoro człowiek, który uważa się za rozumnego, potrafi dziś w XXI wieku napadać na innych przedstawicieli swojego gatunku z powodu innego koloru skóry, co byłoby, gdybyśmy żyli w świecie, którym musimy się dzielić nie z innymi narodami, innymi rasami, ale z całkiem innym, dorównującym nam gatunkiem?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Per aspera ad astra

Kończąc studia napisałem pracę magisterską o Norwidzie. Dziś gdzieś tam się kurzy w jakiejś szufladzie – efekt maszynopisania i pracy introligatora. To były dawne czasy, żadnych komputerów, drukarek… Praca jest tak mądra, że dziś kompletnie jej nie rozumiem. A klnę się, że przynajmniej dwa razy przymierzałem się do jej przeczytania. Z tamtych czasów pozostało mi zamiłowanie do cytowania Norwida, dla podkreślenia jakiejś swojej tezy. Dziś dwie zwrotki wiersza „Ogólniki”.

1

Gdy z wiosną życia duch Artysta
Poi się jej tchem jak motyle,
Wolno mu mówić tylko tyle:
„Ziemia jest krągła — jest kulista!”

2

Lecz gdy późniejszych chłodów dreszcze
Drzewem wzruszą — i kwiatki zlecą —
Wtedy dodawać trzeba jeszcze:
„U biegunów — spłaszczona nieco…”

Nie bez powodu dziś ów wiersz mi się dziś przypomniał. A powodem owym była konferencja NASA, o której napisały i powiedziały dzisiejsze media. W „Gazecie Wyborczej” można było przeczytać o entuzjazmie, a nawet wręcz euforii uczonych.

Dziś znalezienie nowej Ziemi nie jest już kwestią „czy”, ale „kiedy” – ekscytowali się naukowcy podczas konferencji NASA. Badaczom udało się znaleźć system planetarny, w którym jest siedem planet podobnych wielkością do Ziemi. Aż trzy z nich znajdują się w tzw. ekosferze.

Gdy uczyłem się astronomii dawno temu, mówiono, że odkrycie innego pozaziemskiego życia graniczy z cudem. Mówiono, że najbliższym układem gwiezdnym jest Alfa Centauri, a nic nie wskazuje, że są tam jakieś planety. Ludzkość wtedy była jak ten duch artysta z wiersza Norwida, niby zdobyła już kosmos, miała poza sobą lądowanie na Księżycu, a jednak wciąż wiedza o Wszechświecie była nikła. Dziś korygujemy dawne mniemanie, bo postęp nauki i techniki pozwala nam sądzić, że planet, na których być może istnieje życie w naszym rozumieniu tego słowa, jest całkiem sporo.

I nadszedł ostatecznie czas, gdy człowiek pojął, że gwiazd nie zdobędzie nigdy. (Clifford Simak, Czas jest najprostszą rzeczą)

W tej radości uczonych wciąż jest ziarno goryczy, o którym napisał autor książek science-fiction pięćdziesiąt siedem lat temu. Choć nasza wiedza wzbogaciła się ogromnie, to nadal zdobycie gwiazd jest fantazją. Nie zbudowaliśmy baz na Księżycu. Promieniowanie kosmiczne zabija. Zasiedlenie Marsa wciąż wydaje się bardziej fantazją niż planem naukowo-technicznym. Kosmos jest dla człowieka zbyt niedostępny, jest on bowiem istotą tak kruchą, że zabija go nawet promieniowanie macierzystej gwiazdy. Żyjemy zbyt krótko by dolecieć choćby do Alfa Centauri. A z prędkością światła nadal może podróżować tylko… światło.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)