Zmierzch rozumu

Rozkwit renesansu w Polsce bywa nazywany też złotym wiekiem. Nic dziwnego, bo wspólna monarchia polsko-litewska osiągnęła wówczas szczyt swojej potęgi. Dzięki rozwijającej się w Europie reformacji religijnej osłabł także Kościół Katolicki w Polsce, co korzystnie odbiło się na wewnętrznej polityce, a co najważniejsze wtedy właśnie powstał wspólny literacki język polski. Zaczynał się może nieco niezdarnie od zagmatwanych tekstów pisanych dość nieudolnie przez Mikołaja Reja. Ale już wkrótce pojawił się Jan Kochanowski – wszechstronnie wykształcony, znający języki i obce kraje, a przede wszystkim utalentowany poeta. Nie bez powodu nazywamy go dziś ojcem literatury polskiej. Wykształcenie zaczęło być modne. Coraz więcej synów szlacheckich uczęszczało do szkół i na uniwersytety. Podniósł się także poziom wykształcenia elementarnego, ponieważ szkoły przestały być monopolem wyłącznie katolickich zakonów.
Wydawało się, że nic nie zagraża dalszemu szczęśliwemu rozwojowi kraju. Lecz wkrótce przyszły gorsze czasy, wiek siedemnasty stał się stuleciem wojen, a efektem ubocznym był upadek szkolnictwa i wzrost nastrojów konserwatywnych wśród szlachty. Rósł w siłę Kościół Katolicki, zabierano powoli prawa innowiercom. Polska nie przeżyła na szczęście długotrwałych i wyniszczających wojen religijnych. Jednak powoli i nieuchronnie staczała się w zacofanie i ciemnotę, która w konsekwencji doprowadziła do upadku państwa i zaborów.
Popatrzmy, od czego zaczęli desperacką próbę ratowania kraju nasi przodkowie w okresie zwanym oświeceniem? Od naprawy oświaty. Rozumieli bowiem, że potrzebne nam są pokolenia nowych młodych i wykształconych obywateli, którzy będą w stanie spojrzeć dalej niż sięga płot ich szlacheckiej zagrody. Obywateli, którzy dla dobra wspólnego i nadrzędnego będą w stanie dokonać reform zbliżających Polskę do krajów zachodnich. Skończyło się tragicznie, pomimo szczytnych założeń nowej konstytucji nie udało się utrzymać niepodległości.
Już wkrótce zawiedziony klęską Mickiewicz napisał „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”. Niestety spuścizna po romantyzmie są w przeważającej mierze groby. Ogromna hekatomba dwóch narodowych powstań, które przegrane były zanim się jeszcze zaczęły. Gdy pozytywiści zaczęli myśleć o uratowaniu narodu, kultury i języka, pomyśleli najpierw o edukacji. Tak, symbolem może być ta nieszczęsna biedna Joanna z noweli „ABC”, która uczyła dzieci, albo „Siłaczka”, która życie poświęciła ucząc dzieciaki na jakiejś zapadłej wsi. To było prawdziwe bohaterstwo.
Za każdym razem, gdy Polska próbowała wykorzystać szansę na rozwój, znajdowali się ludzie, którzy dbali o edukację. Gdy zbliżała się do upadku, edukacja również upadała.

Dziś przedstawiciele partii rządzącej, ich eksperci i poplecznicy mówią rzeczy, które są złą wróżbą dla przyszłości kraju. Kilka nieoficjalnych wypowiedzi posłów PiS, jeszcze przed zdobyciem władzy, świadczy, że dzisiejsze niszczenie edukacji jest dobrze zaplanowane i uzgodnione ideologicznie z władzami Kościoła Katolickiego. Już kilka lat temu jeden z hierarchów wypowiadał się o konieczności przedstawiania młodemu pokoleniu „spójnej wizji świata” opartej oczywiście na tradycji, patriotyzmie i religii katolickiej. Kiedy indziej kilku polityków PiS niby nieoficjalnie twierdziło, że nadmierne skupianie się na teorii ewolucji jest niedobre dla uczniów, bo „jest niespójne”. Jedna z posłanek wprost twierdziła, że przecież nikt nie zaprzecza odkryciom Kopernika, ale po co tym zawracać głowę uczniom, którzy raczej powinni wiedzieć, że Ziemia jest pewnym centrum jako stworzona przez Boga i dla człowieka. Jeśli ktoś będzie chciał, to potem na studiach może się astronomii uczyć – taka była konkluzja owej znanej dość posłanki. A ponieważ miała status pisowskiej enfant terrible można było udawać, że to są jej własne, a nie oficjalne poglądy.
Nastaje nowy rząd, zaczyna się reforma oświaty i co możemy wyczytać z tzw. podstawy programowej? Faktycznie teorią ewolucji nikt nie będzie uczniom głowy zawracał. O Koperniku dowiedzą się tak trochę mimochodem na lekcji historii przy okazji wojen polsko-krzyżackich, że był patriotą i wielkim polskim uczonym. A po co więcej?
Religia stanie się przedmiotem maturalnym, a kreacjonizm zyska za jakiś czas status teorii naukowej.
Już dziś lekarze katoliccy nie tylko podpisują klauzulę sumienia, która jako grzech traktuje nie tylko aborcję, ale nawet antykoncepcję. W środowiskach lekarskich znaleźli się i tacy, którzy otwarcie mówią, że przeszczepy to zło. Postawy antyszczepionkowe prezentują posłowie zajmujący się ochroną zdrowia. Oficjalnie mówi się na razie o wątpliwościach i konieczności wnikliwych kontroli w tym zakresie. Podkomisja smoleńska i panujący nad nią minister wbrew logice i nauce wciąż forsują teorię zamachu, która z każdym dniem przypomina co raz bardziej fantastykę podrzędnej klasy. Ekspertka Ministerstwa Edukacji Narodowej publicznie opowiada o leczniczych walorach spermy, co jest uzasadnieniem dla zakazania stosowania prezerwatyw, mówi też o złym wpływie higieny intymnej na rozrodczość i sugeruje, że aby lepiej kontrolować nauczycieli należy rozwinąć system donosicielstwa. Zaś lekarz w państwowej telewizji sugeruje, że miesiączka to zło i że najlepiej, by kobiety bywały permanentnie w ciąży.
Za kilkanaście lat wkroczy w dorosłość pierwsze pokolenie wychowane w nowej szkole. Wiek ciemnoty puka do naszych drzwi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (10 votes cast)

Przyszło nowe…

Od paru tygodniu używam nowego Kindla Paperwhite i ogólnie jestem zadowolony. Podświetlenie jest dobre, można je regulować w zależności od tego, czy czytamy w ciemniejszym lub bardziej doświetlonym pomieszczeniu. Bateria jest bardzo wytrzymała, co w wyrobach Amazonu jest dobrym standardem. A jakość ekranu jest znacznie lepsza. Poniżej na obrazku dość dobrze widać porównanie jakości nowego Paperwhite (zielona kropka) ze starym Kindle Keyboard (czerwona kropka).

Nie wszystko jednak wzbudza mój zachwyt. Wolałbym, aby wskazówka dotycząca przeczytanego fragmentu książki była graficzna, jak dawniej. Przypuszczenie, jak długo będę czytał jeszcze daną książkę nie jest mi szczególnie potrzebne. Jest też niemiarodajne, bo Kindle przecież nie wie ile i jak długich przerw w czytaniu będę miał podczas tej lektury.

Sporą zaletą nowego Paperwhite jest to, że po zaznaczeniu automatycznie otwiera nam się okienko Wikipedii z odpowiednim hasłem, o ile dany wyraz jest hasłem Wikipedii. To się przydaje, gdy w książce pojawią się jakieś trudne terminy. Natomiast samo zaznaczanie fragmentów tekstu (highlights) jest dużo gorsze i mniej precyzyjne niż w przypadku starego Kindle. Obecnie w moich zaznaczeniach coraz częściej zdarza się jakiś dodatkowy wyraz lub dwa z sąsiedniego zdania.
Okienko otwierające się po zaznaczeniu wyrazu to nie tylko Wikipedia. Jego druga część to Translation, czyli możliwość tłumaczenia fragmentów tekstu na kilka zdefiniowanych języków. A trzecia to Dictionary, co niewątpliwie przyda się podczas czytania angielskich książek.

Do zalet nowego czytnika mogę też zaliczyć mniejszy apetyt na baterię, przy włączonym wifi. Dzięki temu nawet z włączonym połączeniem internetowym można spokojnie czytać przez tydzień, średnio po dwie godziny dziennie. Tak wynika z moich pomiarów. Do pewnych rzeczy trzeba się na nowo przyzwyczajać. Niejeden raz zdarzyło mi się przypadkiem dotknąć ekranu, a to oznacza zawsze jakąś akcję urządzenia, bo ekran jest dotykowy.
Niestety mam dość spore paluchy i to nie ułatwia posługiwania się dotykowym ekranem. Ponadto w tym zakresie Kindle nie jest wyjątkiem, pewne problemy z zaznaczaniem tekstu pojawiają się także na smartfonach lub tabletach. Mimo wszystko nowy Kindle jest doskonały, sporo wygodniejszy i lżejszy, a ja zapewne jeszcze trochę ponarzekam na niektóre rzeczy i się przyzwyczaję.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Ono

Nie polubiłem Terakowskiej. Z umiarkowanym zainteresowaniem przeczytałem „Córkę czarownic”, bo lubię fantasy. „Poczwarkę” za to ze złością, bo nie przemawiają do mnie religijno-ezoteryczne brednie o Bogu, który powołuje do życia upośledzone dzieci, bo mają jakieś szczególne zadanie do spełnienia. Nie kupuję tego. Nie przemówiła do mnie również powieść „W Krainie Kota”. Nie przepadam za kotami, a i z kartami Tarota nie mam nic wspólnego. Może to i zręczna konstrukcja fabularna na styku dwóch światów, ale nie mam ochoty poznawać Tarota, by się o tym przekonać. W zasadzie mogła to być dla mnie ostatnia książka tej autorki. Niewiele brakowało. Tymczasem jednak sięgnąłem po historię zatytułowaną „Ono”. Sceptycznie i z rezerwą.

Bohaterką powieści jest młoda kobieta, prawie nastolatka. Ma na imię Ewa. To zresztą symboliczne. Bohaterki Terakowskiej mają na imię Ewa. Podejrzewam, że to celowy zabieg, ale niewiele mnie to obchodzi. Ewa udaje się na dyskotekę sylwestrową, zostaje gwiazdą wieczoru i w swej naiwności wsiada do samochodu z trzema facetami. W wyniku tego całkiem przypadkowego seksu-nie-seksu, bo przecież wiedziała, po co wsiada z nimi, a w zasadzie gwałtu, bo tak naprawdę nie wiedziała, zachodzi w ciążę. Pojawia się Ono. Nie wiadomo kim będzie, bo jeszcze się nie urodziło i nie wiadomo czy w ogóle będzie, bo mowa jest też o skrobance.

Historia tej ciąży staje się pewnego rodzaju pretekstem do opowiedzenia dziejów trzech pokoleń kobiet. Część pojawiających się w książce wspomnień to wczesne lata powojenne, najtragiczniejszy i okrutny okres stalinowski, poznajemy scenki gierkowskiego dobrobytu, życie na kartki, szarość beznadzieję i smutek, aż do czasów współczesnych, do przełomu stuleci. Pokazując rozmaitych ludzi, których bohaterka poznaje w swoistej peregrynacji po Polsce w poszukiwaniu sensu życia, autorka rysuje nam doskonałe portrety psychologiczne napotkanych postaci. W dialogach i wspomnieniach pojawia się szerokie spektrum osobników zaludniających zarówno ten dawny PRL jak i dzisiejszy świat.

– Przecież dzisiaj wszyscy mamy kolorowe telewizory – dziwi się dziewczyna w ciąży.
– No właśnie. Wszyscy. A wtedy tylko nieliczni i dlatego to było miłe – wyjaśnia tęsknie pan.

Tak. Chyba każdy z nas gdzieś w otoczeniu ma kogoś wiecznie skwaszonego, nienawidzącego rzeczywistości, choć wiedzie mu się nieźle. Ale wtedy tylko on miał kolorowy telewizor (samochód lub cokolwiek), a inni zazdrościli. Tacy ludzie nie polubili Polski demokratycznej, bo ona odarła ich z wyjątkowości.

– Moja bułka jest czerstwa. Ja chcę chrupiącą.
– Głupia jesteś. Nie ma chrupiących bułek. Nigdzie nie ma chrupiących bułek. Chrupiące bułki nie istnieją.

Bułki były czerstwe, nawet jeśli nie były. Wszystko było byle jakie. Szare bure i paskudne. Ale było. To kolejny argument, tym razem tych, którzy poczuli się skrzywdzeni tym, że nowa Polska nic im nie dała. Zabrała byle co i nie dała w zamian nic.

– No i na co komu potrzebna była ta „Solidarność”?
– No bo wolność… – bąka Teresa.
– Po co komu wolność, jak nie ma co do garnka włożyć?

Wielu ta walka się nie podobała. Ani wtedy gdy był stan wojenny, a i potem, gdy ustrój się zmienił. Terakowska buduje obraz peerelowskiej rzeczywistości i trudnej przemiany ostatniego dziesięciolecia XX wieku takimi właśnie miniaturkami, w dialogach, które niby mimochodem pojawiają się we wspomnieniach bohaterek.
Polska jest jak w powieści „Czarny Piasek” Iwony Michałowskiej.

Zobaczyłem zwykły europejski kraj dwudziestego pierwszego wieku, z bezrobociem, chamstwem, pogonią za pieniędzmi. Smutek spełnionej baśni.

Terakowska też przedstawia nam właśnie ten smutek spełnionej baśni. Smutek, bo wielu wydawało się, że będzie inaczej. Smutek, bo świat o nich zapomniał. A może i sami się zagubili. Babcia wyjaśnia bohaterce, czym jest wolność.

Najtrudniej jest odnaleźć wolność w czasie wolności, gdyż jej kontury zamazują się, nie wiadomo, gdzie są granice niewoli, a gdzie jej koniec. Można stać się niewolnikiem kolejnych dni, nic o tym nie wiedząc, niewolnikiem mody, pieniądza, stylu życia, telewizji, kolorowych pism.

Od początku wędrując wraz z Ewą mamy wątpliwości. Przecież ona jest w gruncie rzeczy taką niezbyt bystrą małomiasteczkową dziewczyną, skąd nagle skłonność do refleksji, czy wręcz nawet jakiś dar rozumienia więcej niż można by się spodziewać. Ostatni rozdział dobitnie mówi, że wątpliwości były uzasadnione. Jednak nie będę tego opowiadać, wciąż bowiem mam wrażenie, że ta peregrynacja Ewy jest tylko pretekstem by pokazać nam smutny i pozbawiony nadziei świat, który wyłania się w początkach XXI wieku.
W zasadzie nie można znaleźć tam nikogo szczęśliwego, nikogo, komu by się udało. Chociaż to kobiety są na pierwszym planie opowieści, ckliwe i czułostkowe, czasem paskudne i wyrachowane, ale też głupie i naiwne, to są też i mężczyźni. Równie nieszczęśliwi. Jan, którego żona nigdy nie kochała, taki współczesny Dulski pozbawiony sensu życia, ale i własnej woli. Jeden z domniemanych ojców dziecka, młody biznesmen, zdominowany przez matkę, dla którego wizyta Ewy staje się nagle impulsem do wyrwania się do innego świata. Jest transwestytą i wie, że w tym kraju nie ma dla niego miejsca. Jest i ten, który jak się okazuje zgwałcił Ewę, choć do końca nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, pędzący żywot kierowcy tira. Wszyscy oni są zagubieni i nieszczęśliwi podobnie jak przedstawione w powieści kobiety.
Nie ma szczęśliwego zakończenia, bo go być nie może. Jak by rzekł Wyspiański:

A to Polska właśnie.

Co więc jest niezwykłego w tej książce? Właśnie to, że bez zadęcia, zwyczajnie pokazuje myślącemu czytelnikowi, splot wydarzeń, który doprowadził nas to tego momentu, w którym jesteśmy dzisiaj. Być może powinniśmy się tego spodziewać, wiedzieć, a przynajmniej niektórzy z nas. Ale nie wiedzieliśmy, nie rozumieliśmy i oto jesteśmy, gdzie jesteśmy. Oddam głos na koniec babci bohaterki, która rozumiała najwięcej. Żeby starość mogła, żeby młodość wiedziała…

Niektórzy uznają nas za grzeszników, którym nie wybacza się, że potrafili uśmiechać się w strasznym czasie, a nie tylko modlić się, lękać lub walczyć. Inni dla odmiany powiedzą: „A co nas to obchodzi, tamte czasy, tamte ustroje, ważne jest tylko jutro, przecież mamy już dwudziesty pierwszy wiek!” Albo powiedzą jeszcze inaczej: „Ta wasza demokracja… Te wasze opozycje i Solidarności… Co z tego mamy? Bezrobocie, korupcję, przemoc, wysoko oprocentowane kredyty. Potrzebna jest rewolucja. Wolność, równość, braterstwo. Socjalizm”. I zaczną wszystko od nowa, powtarzając te same błędy.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Będzie wojna

Rok 1989 był dla większości z nas początkiem epoki optymizmu. Pokolenia urodzone po wojnie, choć żyjące w cieniu zimnej wojny, przeżyły swe życie w pokoju. Na naszych oczach runęła żelazna kurtyna, a Polska – wydawało się – znalazła się w wyjątkowo dobrej sytuacji. Dołączyliśmy do NATO, a potem do Wspólnoty Europejskiej i tysiące niewidzialnych nici połączyły nas z zachodem. Jeszcze kilka lat temu wszyscy byli o tym przekonani. Dziś jednak w USA zapanował prezydent, który jako pierwszy nic nie mówi o wzajemnej pomocy państw członkowskich, gdyby któreś z nich zostało napadnięte. Ba, nawet zdarzyło mu się stwierdzić, że NATO należy zlikwidować. W Europie mamy coraz gorsze stosunki ze wszystkimi, Wielka Brytania opuszcza Unię, a Rosja w tej sytuacji staje się głównym graczem. Można dziś mieć wrażenie, że gdyby przyszło co do czego, to Polska zostałaby sama.

Z drugiej zaś strony, czy Putinowi dziś opłacałoby się walczyć z Polską? Lub raczej zająć Polskę? Ostra antyrosyjska retoryka obecnego rządu sprawia wprawdzie wrażenia drażnienia niedźwiedzia, ale faktyczna polityka partii Kaczyńskiego umacnia Rosję, ponieważ im słabsza Unia, tym silniejsza Rosja. Nie bez powodu niektórzy zastanawiają się, w jakiej walucie Macierewicz będzie odbierał emeryturę. Jego działania niszczą zdolność obronną kraju. Polskie siły pancerne rozparcelowuje i przenosi na wschód, co tylko pozornie ma sens. Powołuje do życia Obronę Terytorialną, która kompletnie nie ma dziś racji bytu i co najwyżej będzie nadawać się do tłumienia antyrządowych demonstracji. Praktycznie zdemontował lotnictwo. Unieważnił wszystkie przetargi. Polskie wojsko nie ma i nie będzie miało jakże potrzebnych śmigłowców. Ktokolwiek ma jakieś pojęcie o wojsku, to rwie dziś włosy z głowy. Po co Putin miałby napadać nawet tak słabą i niewydolną Polskę? Przecież tu nie ma bogactw naturalnych, trudno się będzie wzbogacić. Za to historia mówi, że jest tu naród o skłonnościach samobójczych, który będzie wrzodem na dupie każdego zaborcy.

Trudno sobie wyobrazić rosyjską inwazję na Polskę? Co by się musiało stać, by Rosjanie zdecydowali się na taki krok, rzucając wyzwanie Europie i rzucając wyzwanie NATO. Być może Putin miałby taką ochotę, ale nie jest szaleńcem. Wojtek Miłoszewski w swej debiutanckiej powieści „Inwazja” pokazuje, jak niemożliwe staje się możliwe. Ostatnie wydarzenia związane z tzw. podkomisją smoleńską, pokazują, że jego political fiction to coraz mniej fiction. Przeanalizujmy sytuację. Teoria zamachu jest coraz bardziej skompromitowana. Ostatnie sondaże pokazują, że zaledwie 18% rodaków wierzy w jakąś formę zamachu. To znaczy, że nawet nie wszyscy wyborcy PiS w to wierzą. Z drugiej strony rozkręcona do granic absurdu maszynka nie może zostać zatrzymana, bo swoim autorom pourywałaby ręce. Trzeba ją skierować gdzie indziej i powoli rozmywać kwestię zamachu w stronę nienawiści do Rosji z jednej strony, a do Europy, której nienawistnym symbolem jest Donald Tusk, z drugiej strony. Ostatnie przemówienia Kaczyńskiego o barbarzyństwie Rosjan w tym właśnie kierunku zmierzają. Skoro nie było zamachu, to powiedzmy, że Rosjanie to barbarzyńcy, że wrzucali zwłoki jak leci, bez szacunku, jak śmieci. Podkręćmy spiralę nienawiści, a ludzie powoli o zamachu zapomną.

I tak właśnie się dzieje w powieści Miłoszewskiego. Polski rząd doprowadza do wybuchu wojny, dając wyjątkowo paskudny pretekst Putinowi, który musi pokazać, że nie pozwoli na poniżenie własnego kraju, inaczej straciłby twarz i zapewne władzę. Na domiar złego polski minister przy biernej postawie marionetkowego prezydenta obraża sojuszników, którzy chętnie nie udzielają Polsce pomocy. Jedynie Niemcy i rządząca nimi kanclerz choć próbuje coś robić, inni spisują nasz kraj na straty. Jak na razie nie zdradziłem niczego, co może popsuć lekturę powieści. Rzeknę tylko, że jest jak u Hitchcocka. Po tym trzęsieniu ziemi napięcie jeszcze rośnie. A wszystkie elementy tej układanki doskonale pasują do realiów współczesności. Autor ani na moment nie przekracza granic poza którymi byłaby już fantastyka bez cienia prawdopodobieństwa. Wszystko o czym pisze, zwykli ludzie, żołnierze, politycy, mieści się bardzo mocno w świecie, który istnieje naprawdę. I to jest najstraszniejsze. Kończąc czytać książkę widzimy, że to jest bardzo prawdopodobny scenariusz. I ta świadomość mrozi czytelnikowi krew w żyłach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Antysemityzm bez Żydów

Po Drugiej Wojnie Światowej liczba Żydów w Polsce drastycznie się zmniejszyła w wyniku holokaustu, ale też w wyniku migracji. Spora część obywateli pochodzenia żydowskiego, którym udało się znaleźć w krajach zachodnich, nie wracali przerażeni komunizmem, inni emigrowali, póki jeszcze mogli. W holokauście życie straciły miliony ludzi, a wśród nich przede wszystkim ci, którzy bardziej przywiązani byli do swojej religii, języka i kultury. Po wojnie cały ten, charakterystyczny dla małych miasteczek, folklor żydowski zniknął. Zniknęły synagogi, najczęściej zburzone podczas wojny i nikogo nie odbudowywane. Z krajobrazu znikały też żydowskie cmentarze, niestety często niszczone już po wojnie.

Nowa władza postanowiła zmienić Polaków na wzór człowieka radzieckiego, dlatego ze zdwojoną energią budowano ośrodki przemysłowe, zaludnione tysiącami mieszkańców wsi, dlatego też tępiono regionalizmy i niszczono ślady żydowskie i niemieckie (na tzw. ziemiach odzyskanych). W ciągu dziesięciu zaledwie lat udało się to nad wyraz skutecznie. Polak po 1945 roku stał się Polakiem ogólnie, niespecjalnie przywiązanym do lokalnego środowiska, także dlatego, że to środowisko często zostawił na wschodzie, który należał obecnie do Związku Radzieckiego. Gdy migrował ze wsi do miasta, starał się pozbyć wiejskich nawyków, aby zostać „miastowym”, co w praktyce oznaczało nijakim. Ludzie migrowali dość powszechnie na przyznane Polsce po wojnie Pomorze, Dolny Śląsk, czy Lubuskie. Własne środowisko rodzinne i sąsiedzkie, przez Niemców zwane heimatem, przestawało mieć dawne znaczenie. Polacy żyli w większych społecznościach, które były ze sobą luźno związane – praca, szkoła, a rodzina często się ograniczała do kilku najbliższych osób we wspólnym mieszkaniu.

To oznaczało, że pewien zespół zasad i prawd życiowych dawniej przekazywanych z pokolenia na pokolenie, teraz był elementem wpływu znacznie większej grupy społecznej w szkole lub zakładzie pracy. Warunki polityczne, szczególnie w okresie stalinowskim, nie sprzyjały otwartości. Władza zresztą i później promowała trzymanie języka za zębami. Zatem w zakresie wielu dziedzin ludzie skazani byli na domyślanie się, co jest społecznie dozwolone, a co może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami. A to oznaczało publiczne ukrywanie wielu swoich przekonań. W psychologii nazywa się to pluralistyczną ignorancją.

Zjawisko to występuje za każdym razem, gdy ludzie ukrywają swoje prawdziwe myśli i uczucia z powodu przesadnej obawy przed dezaprobatą społeczną. Powstały w ten sposób rozdźwięk między prywatnymi myślami a publicznymi zachowaniami wzmacnia fałszywą normę, co sprawia, że ludziom jeszcze trudniej jest wyrazić, co naprawdę myślą i czują. W rezultacie grupa jako całość pozostaje nieświadoma swoich rzeczywistych przekonań. („Najmądrzejszy w pokoju”, Thomas Gilovich, Lee Ross)

Po wojnie, w ocenie polityków i szeroko rozumianych elit, jakiekolwiek przyznawanie się do antysemityzmu, byłoby pewnego rodzaju stawaniem po stronie Hitlera, co – zważywszy na ogrom krzywd poczynionych przez faszyzm Polakom – uważano za niestosowne. Zatem za wyjątkiem epizodu z roku 1968, który oficjalnie zresztą nie był skierowany przeciw Żydom, jako takim, ale przeciw syjonizmowi, treści antysemickie nie pojawiały się w oficjalnym obiegu. O Żydach najlepiej było nie mówić wcale, z wyjątkiem oczywiście rocznicowych wzmianek o obozach śmierci, krematoriach i zbrodniach hitlerowskich, a także wspomnień o Powstaniu w Gettcie Warszawskim. Dla wielu ludzi, szczególnie urodzonych już po wojnie, stawało się oczywiste, że jakiekolwiek negatywne opinie o Żydach mogą się spotkać ze środowiskową dezaprobatą. Taka osoba mogła zostać nawet w jakiś sposób napiętnowana. Nie mówiło się o Żydach w radio, telewizji, nie pisano w gazetach, nie mówiono o tym w szkole, ani w pracy. Jeśli nawet ktoś uważał dowcip o uciekaniu Żydów z obozu przez komin za śmieszny, to podzielił się nim tylko w gronie najbliższej rodziny lub przyjaciół z obawy przed publicznym napiętnowaniem.

Ponieważ antysemityzm ukrył się w gronie wyłącznie zaufanych ludzi, nastąpiło powszechne sprzężenie zwrotne. Polacy byli przekonani, że antysemityzm jest postawą skrajną i dotyczącą niewielkiego marginesu populacji.
Gdy w 1989 roku zmieniły się warunki polityczne, a za niewygodne dla władzy wypowiedzi nic już nie groziło, pojawili się ludzie, którzy swe antysemickie przekonania zaczęli głosić w sposób jawny. Pewne sygnały takich postaw pojawiły się już w latach osiemdziesiątych, gdy powstało Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” reżysera Bohdana Poręby. Ocena zjawiska była trudna, ponieważ z jednej strony Poręba stworzył film „Hubal” przywracający świadomości społecznej jedną z ważnych postaci historycznych, z drugiej strony ludzie z jego środowiska (np. Ryszard Filipski) wiązali się w jakieś dziwne teorie, współpracując z władzami podczas stanu wojennego, a antysemityzm, choć do roku 1989 skrywany, był częścią ich ideologii. Jedną ze znanych po upadku PRL postaci był niejaki Bolesław Tejkowski, nazywany nieraz złośliwie naczelnym antysemitą Polski. Nadal jednak postawy antysemickie nie przedostawały się do głównego nurtu polityki. Gdy Wałęsie przytrafiło się powiedzieć na ten temat coś głupiego, szybko został skłoniony do przeprosin i skorygowania wypowiedzi. Zatem wciąż zjawisko pluralistycznej ignorancji trzymało Polaków w przekonaniu, że antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym w naszym kraju. W miarę pojawiania się rozmaitych bytów w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej lub Organizacji Narodowo-Radykalnej, zaczęto mówić, że antysemici są nieliczni, ale krzykliwi. Nikomu nadal nie przyszło do głowy, że skala zjawiska jest zupełnie inna, a powszechna opinia nie jest zgodna z prawdą.

Dopiero upowszechnienie się internetu, możliwość anonimowego często komentowania, a potem powstawanie wirtualnych środowisk o różnym zabarwieniu ideologicznym, uświadomiło wiele osób, że nie są sami. Że jest wielu innych, których śmieszą antysemickie dowcipy, że są inni, którzy uważają Żydów za źródło zła na świecie, a ponieważ ludzie pamiętający wojnę należą dziś do mniejszości, to usprawiedliwianie nazizmu lub gloryfikacja Hitlera nie wydają się już tak straszne ludziom, dla których przemoc jest tylko interesującą rozrywką stadionową lub wirtualną w grach. Powoli zaczęło się okazywać, że antysemitów w kraju bez Żydów jest więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek sądził. A skoro Żydów realnych jest tak mało, to zapewne się ukrywają, więc zaczęto tropić, gdzie i pod jakimi nazwiskami. Niestety, przez ostatnich kilkanaście lat polskie elity polityczne i kulturalne nie zrobiły nic poza ostentacyjnym lekceważeniem zjawiska. Dziś, gdy partia rządząca – łamiąc prawo – szuka poparcia, kokietując środowiska skrajnie niebezpiecznych chuliganów stadionowych, nacjonalistów i neofaszystów, jest to zabawa odbezpieczonym granatem, który wybuchnie na pewno, tylko jeszcze nie wiemy kiedy.

PS. Dziękuję Beacie, za podsunięcie książki, która pozwoliła mi nazwać to, co już od dawna krążyło mi po głowie. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Coś osobistego

Jon Ronson – urodzony w Walii, pochodzący z rodziny żydowskiej, mieszkający to tu to tam, a piszący zaś po angielsku – jest autorem książki So You’ve Been Publicly Shamed. Tytuł można przetłumaczyć jako Zostałeś publicznie zawstydzony, lecz pasowałoby też słowo napiętnowany. Jednak polski wydawca uważa, że polskiemu czytelnikowi trzeba pewne występujące w książce elementy włożyć do głowy łopatą. Ponieważ książka traktuje w sporej części o mediach społecznościowych, dostała tytuł w postaci tagu #WstydźSię. Tagi w języku polskim są zwykle nieortograficzne i niegramatyczne, choć coraz częściej się pojawiają. Za tytuł polskiego tłumaczenia krecha dla wydawcy jak stąd do bieguna.
Książka Ronsona jest denerwująca, lecz nie sposób się od niej oderwać. Czytając wciąż miałem ochotę polemizować z autorem, choć zapewne on nie miałby ochoty polemizować ze mną. Z wieloma diagnozami stawianymi przez Ronsona kompletnie się nie zgadzam, ale nie o tym dziś zamierzam pisać. Ronson analizuje przykłady publicznego piętnowania i zawstydzania ludzi za czyny lub słowa. Wskazuje często na to, że współcześnie zachowania w internecie przybierają postać linczu pełnego bezrozumnej nienawiści setek tysięcy ludzi.

Nie powinno być dla nikogo niespodzianką, że odczuwamy potrzebę dehumanizacji osób, które skrzywdziliśmy – zanim to zrobimy, w trakcie, a także potem.

Nie da się zaprzeczyć, wszyscy to wiemy i powyższy cytat wydaje się wręcz truizmem. Wiemy doskonale jak faszyzm odczłowieczał Żydów, po to by potem łatwiej wypełnić zadania „ostatecznego rozwiązania”, którego oczekiwał Hitler. Dziś w Polsce mierzymy się z jednej strony z pełnymi nienawiści i pogardy słowami prezesa partii rządzącej, który mówi o gorszym sorcie, elementach animalnych i barbarzyństwie, nawet białe róże trzymane przez jego przeciwników są symbolem nienawiści i głupoty. Z drugiej strony, każda akcja rodzi reakcję, a więc przeciwnikom łatwiej nienawidzić Kaczyńskiego, gdy nazwą go niedojdą, kurduplemm, nienawistnym gnomem. W ten sposób rośnie poziom złości i agresji, który w żaden sposób nie jest kontrolowany przez nikogo. Lub raczej rządzącym się wydaje, że kontrolują, a tymczasem rosną im pod bokiem nacjonalistyczne neofaszystowskie bojówki. Zgodnie z literackim prawem Czechowa, jeśli w sztuce teatralnej wisi na gwoździu dubeltówka, to najpóźniej w ostatniej scenie sztuki musi ona wystrzelić. Ta reguła jest bardziej uniwersalna, niż się niektórym wydaje.
Jednakże są to rozważania ogólne, dla wielu teoretyczne, bo polityka jest gdzieś tam w Warszawie i oglądamy ja w telewizji. Internet spowodował, że pewne zdarzenia zbliżyły się, wkroczyły do naszych domów, ale znów wydaje się nam, przeważnie biernym konsumentom, że to jest jakiś odległy świat, który nie dotyczy naszych czterech ścian. Tym bardziej, że wielu osobom nadal wydaje się, że są anonimowe.

I tu pora na osobistą refleksję. Można stać się obiektem nienawiści tak gwałtownej, że aż trudno to pojąć. Dotyczy to czasem tak specyficznych aspektów rzeczywistości, że trudno to zrozumieć. Na początku bieżącego wieku znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji zawodowej. Szkołą, w której pracowałem, zaczęła kierować osoba, z której postępowaniem kompletnie się nie mogłem zgodzić i musiało to w końcu mieć poważne konsekwencje. Kiedyś być może wrócę do sedna sprawy, ale dziś chcę wspomnieć o jednym tylko jej aspekcie. Podczas procesu o zniesławienie, który wytoczyła mi już była zwierzchniczka, wyszło na jaw, że jej zastępczyni (za wiedzą dyrektorki) dopuściła się przestępstwa przeciw dokumentom fałszując tzw. protokolarz. Jest to w każdej szkole dokument zawierający szczegółowy zapis przebiegu rad pedagogicznych oraz podejmowanych podczas nich decyzji. Gdy sędzia usiłował uświadomić panią, że to nie było nic nieważnego, że to przestępstwo i może za nie odpowiedzieć karnie, reakcja była zdumiewająca. Nie pamiętam dziś dokładnie słów, więc nie będę cytować, jednak wyrazista i emocjonalna reakcja tej pani stawiała mnie gdzieś pomiędzy psem a świnią, zwierzęciem, po którym ona się czuła w obowiązku „posprzątać” (w protokole, gdzie były dokładnie przytoczone moje zarzuty wobec dyrekcji). Zatem gdzieś u źródeł tej nienawiści i dehumanizowania wroga tkwi przekonanie o własnej misji, własnej uczciwości i słuszności własnych racji. Tak właśnie było w opisywanym przeze mnie wydarzeniu. Nie potrafiłem wówczas zrozumieć tak gwałtownego wybuchu, ponieważ moje relacje z dyrekcją od początku były wyłącznie służbowe i zdystansowane. I choć ta cała historia zabrała trzy lata z mojego życia, to dla mnie nie była sprawą emocji, a jedynie konsekwencją mojej śmiesznie idealistycznej postawy.
Cóż, warto pamiętać, że im bardziej przedstawiciele „dobrej zmiany” będą przekonani o własnej uczciwości, nieomylności i własnych racjach, to tym skuteczniej będą kiedyś strzelać do przeciwników.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

I po szkodzie głupi

Gdy widzę w mediach społecznościowych odliczanie, ile nam jeszcze pozostało do końca rządów PiS, nie wiem, czy powinienem podziwiać niezłomny optymizm i wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, czy jak Jan Hus na stosie, zakrzyknąć: O santa simplicitas! Zwolennicy teorii szybkiego upadku partii prezesa Kaczyńskiego głoszą, że „dobra zmiana” zachowuje się wszędzie jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, więc rozmiar dokonywanych zniszczeń pozbawi ich wkrótce poparcia wyborców. Nie jest to wcale pewne, ponieważ jednocześnie funkcjonariusze partii rządzącej umiejętnie wciąż podsycają złość i nienawiść wykorzystując do tego rzekomy zamach smoleński. Teorie spiskowe zawsze łatwo trafiały do części społeczeństwa, więc podtrzymanie tego liczącego około 20% elektoratu nie będzie trudne. Przy globalnym zniechęceniu do polityki i tradycyjnie niewielkiej frekwencji w wyborach, pozycja partii Kaczyńskiego wcale nie wygląda beznadziejnie.

Optymiści nie biorą też pod uwagę, że obóz rządzący może również lekko „skorygować” ordynację wyborczą, aby zwiększyć swe szanse, a nawet sfałszować wybory. No i co im zrobimy? Za dwa lata będą mieli w rękach nie tylko Trybunał Konstytucyjny, tajne służby, wojsko, policję i prokuraturę, ale sporą część sądownictwa, o ile nie całe. Czy Unia Europejska nam wówczas pomoże? Jeszcze niedawno się wydawało, że sieć powiązań prawnych, gospodarczych i politycznych z krajami europejskimi, które – tak jak my – są we wspólnocie europejskiej, jest gwarancją demokracji. Dziś okazuje się, że osłabiona przez brexit Unia, wcale nie jest tak skłonna do zajmowania się Polską. Można nawet domniemać, że chętniej zgodzi się nawet na Polexit, niż zaangażuje się w wyniszczające spory polityczne z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Kolejnym błędem optymistów jest też przekonanie o niewzruszonym poparciu Polaków dla naszego członkostwa w strukturach UE. Społeczeństwo opowiada się za Unią, ponieważ wciąż widzi korzyści. Rolnicy dostają dopłaty, budowane są drogi, remontowane zabytki, dofinansowane rozmaite lokalne projekty. Korzystają instytucje i firmy, a pośrednio też obywatele. Nieudolność „dobrej zmiany” powoduje, że już zaczynamy tracić unijne pieniądze, a wszędzie tam, gdzie się coś nie udaje, Prawo i Sprawiedliwość wskazuje palcem Unię. W perspektywie najbliższych lat możemy stracić 80% pieniędzy, które teoretycznie są w naszym zasięgu. Pozytywne postrzeganie Unii znacznie się zmniejszy.

W tym roku wzorem lat ubiegłych zaproszono do sejmu przedstawicieli nastolatków. Na fikcyjnym posiedzeniu, którego ogólna tematyka miała dotyczyć dekomunizacji pozwolono się jednak gimnazjalistom i licealistom wypowiadać nieco szerzej. Wśród zabierających głos całkiem spora grupa w swym przemówieniu rozmaitymi – choć podobnymi – słowami wzywała do zniszczenia Unii Europejskiej. Ci młodzi idioci są przekonani, że prawo do podróżowania bez wiz, otwarte granice, możliwość studiowania i pracy w krajach zachodnich, dostali w czasie narodzin w sposób naturalny, jak dwie nogi i dwie ręce. Nie pamiętają kolejek na granicach, wiz, stempli w paszportach, bo przeważająca część ich życia upłynęła właśnie w kraju unijnym. W 2015 roku również nie wzięto pod uwagę, że oto prawa wyborcze dostała grupa niedawnych nastolatków, która nie pamiętała fatalnego eksperymentu noszącego nazwę Czwarta Rzeczpospolita. To nie przerzedzone wiekiem „moherowe berety” stanowią siłę Prawa i Sprawiedliwości, ale rosnące tabuny młodych kretynów. Dzisiejsi smarkacze nawołujący w sejmie do zniszczenia Unii Europejskiej, podczas kolejnych wyborów będą mieli już dowody osobiste. Być może najlepszym hasłem wyborczym za dwa lata będzie wyjście Polski z Unii Europejskiej.

Partia Kaczyńskiego zawsze była antyeuropejska i ksenofobiczna, ale dzięki kryzysowi migracyjnemu związanemu z wojną w Syrii, zyskała nowy wymiar propagandy nacjonalistycznej. Bez skrupułów wykorzystuje i podsyca drzemiący w Polakach antysemityzm i rasizm. Nigdy przedtem politycy żadnej partii nie wykorzystywali najbardziej prymitywnych instynktów, które drzemią w ludziach. To jest jednak bilet w jedną stronę. Polska znajdzie się na uboczu cywilizowanego świata na długie dziesięciolecia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

W czerwieni

Nieznani sprawcy przemalowali kopenhaską syrenkę na czerwono. Nie jest to pierwszy akt wandalizmu, który spotkał stojący od 1913 roku, na wybrzeżu, nieopodal miejsca, gdzie kiedyś przypływały promy z Polski, niewielki pomnik, który postawiono nieistniejącej literackiej postaci z baśni Andersena. Syrenkę malowano farbą już wcześniej, kiedyś oderżnięto jej głowę, a parę lat temu ubrano w islamską burkę.
O ile wcześniejsze akty wandalizmu nie do końca były jasne ideologicznie, to ten ostatni ma wyjątkowo jasną wymowę. Jest protestem przeciw wyjątkowo ohydnemu i okrutnemu rytuałowi zwanemu Grindadráp. Co roku roku w lipcu na Wyspach Owczych należących do Danii w wyjątkowo okrutny sposób zabijane są grindwale należące do rodziny delfinów. W masowym mordzie, który dziś nie ma żadnego innego uzasadnienia poza „tradycją”, biorą udział całe rodziny łącznie z dziećmi.
Cywilizowany świat zwykle sprzeciwia się bezmyślnemu okrucieństwu. W wielu krajach zabroniono tzw. rytualnego uboju zwierząt. Także w Danii. Uznano, że okrutne zabijanie zwierząt nie powinno mieć miejsca, choć tego właśnie chcą religijne tradycje islamu i judaizmu.
Od lat organizacje ekologiczne walczą o humanitarne traktowanie zwierząt. Coraz częściej odnoszą choćby częściowe zwycięstwa. Od roku 2012 korrida, czyli walki byków na arenie, jest zakazana w Katalonii. Coraz więcej gatunków podlega ochronie. Pojawiają się nowe uregulowania prawne dotyczące zwierząt domowych i hodowlanych. Tymczasem okrutna rzeź delfinów jako lokalna tradycja nadal kultywowana jest na Wyspach Owczych. Co roku ginie około 800 sztuk tych zwierząt. Odbywa się to wszystko w majestacie prawa duńskiego.

Skoro tradycje są tak ważne, to może wikingowie wybiorą się znów po danegold? W końcu to była szczególna tradycja, rzec by można państwowotwórcza, która dziwnym sposobem po setkach lat przekształciła się w hygge. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Była sobie Polska

Kilka miesięcy temu pod tytułem „Był sobie Rzym” opisałem, jak przebiegał proces upadku starożytnego świata – całej starożytnej kultury i cywilizacji. To nie było tak, jak na lekcji historii, gdy nauczyciel mówi: zapamiętajcie sobie datę upadku Rzymu, rok 476. Ten upadek zaczął się przynajmniej 200 lat wcześniej i dokonywał się jeszcze ponad sto lat po tej symbolicznej dacie. Jednym ze świętych Kościoła Katolickiego został rzymski patrycjusz, polityk i uczony – Kasjodor. Był on jednym z niewielu ludzi w tamtych czasach, który spojrzeniem wykraczał poza własne życie i podjął rozpaczliwą próbę ratowania dorobku starożytności dla następnych pokoleń. Niestety on również nie zdawał sobie sprawy z tego, że u źródeł upadku Rzymu tkwi religia chrześcijańska i że próby ratowania dzieł starożytnych spełzną na niczym. Zgniją one w klasztornych lochach i przez blisko tysiąc lat będą dla ludzkości niedostępne. Gdy skończy się bezprzykładne i bezwzględne panowanie Kościoła Katolickiego, pokolenia epoki renesansu ze zdumieniem odkryją, że był kiedyś świat, w którym rzeźbiarze potrafili rzeźbić w marmurze w sposób tak doskonały, że budziło to zachwyt, że malarze znali perspektywę, zaś lekarze wiedzieli nieporównanie więcej o chorobach i ich leczeniu od wszystkich średniowiecznych medyków razem wziętych.
Żyjąc tu i teraz zwykle trudno jest zobaczyć własną epokę i własne czasy w odpowiedniej perspektywie. W jakich czasach żyjemy my? I co może się zdarzyć. Wybory z 2015 roku spowodowały, że dziś przed Polską rysują się trzy scenariusze, a żaden z nich nie jest dobry.

Zły
Koniec rządów PiS nastąpi dopiero po kolejnych wyborach. Wiadomo, że nie powtórzy się scenariusz z 2007 roku, gdy PiS stracił tzw. przystawki. Dziś z koalicji nie odejdzie ani partyjka Zbigniewa Ziobry owładniętego obsesją zniszczenia lekarzy, którzy w jego mniemaniu zabili mu ojca. Potrzebuje stanowiska ministra, więc będzie wypełniał wszelkie zlecenia Kaczyńskiego. Nie odejdzie też Jarosław Gowin, dla którego sojusz z Kaczyńskim jest jedyną opcją. Ten ostatni zresztą, zajmujący się stosunkowo mało istotną politycznie dziedziną, ma też względną autonomię. Choć jest to autonomia złudna i krótkotrwała. Zatem czeka nas rok wyborów w 2019 roku, a potem jeszcze wybory prezydenckie. Sprawy idą w złym kierunku, za kilka lat Polska będzie na marginesie Unii Europejskiej. Już dziś kompletnie nie liczą się z nami nawet mali sąsiedzi. Europa zostawi nas o całe lata w tyle. Odrabianie strat wizerunkowych będzie zadaniem na dziesiątki lat. Już wkrótce stracimy spore kwoty unijnych dotacji, a to oznacza spowolnienie gospodarcze i stagnację. Opozycja jest zdziesiątkowana i nawet jeśli przez najbliższe dwa lata zdarzy się cud, to krajobraz po wyborach będzie znów krajobrazem trudnych koalicji. PiS przegra, ale wciąż będzie silny i wciąż będzie grał kartą patriotyczną, żołnierzami wyklętymi i zamachem smoleńskim. Wyborcy tej partii poczują się oszukani i zdradzeni, będą utrudniać wszystkie procesy zmian. Rozzuchwaleni narodowcy mogą posuwać się do aktów przemocy. Już dziś ludzie PiS są wszędzie, będą sabotować wszelkie próby naprawy kraju. Z drugiej strony politycy, którzy zwyciężą za 4 lata dostają od PiS bonus w postaci zarówno złego prawa, jak i tysiące precedensów jego bezkarnego łamania. Wielką pokusą będzie po prostu z tego korzystać i zapewne tak się stanie. Każda kolejna władza uzna, że wygodnie mieć podległy sobie Trybunał Konstytucyjny, dyspozycyjne sądy, służby, wojsko i policję. Naprawa tego stanu rzeczy nie jest niemożliwa, ale potrwać może dziesiątki lat. Na dodatek kolejne rządy za plecami wciąż będą czuć oddech wściekłego PiSu oraz jego agresywnych wyborców.

Gorszy
Bezkarnie manipulujący przy prawodawstwie PiS może nie przegrać wyborów za dwa lata. Bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że zostanie tak zmieniona ordynacja wyborcza, by zapewniła tej partii zwycięstwo. Przy frekwencji, która w Polsce często oscyluje koło 50%, sześć milionów wyborców to nadal jest potężna siła. PiS startujący przy rozdrobnionej opozycji w spektrum od lewicowego Razem do prawicowej Platformy, może i tak wygrać, posuwając się jedynie do niewielkich manipulacji w ordynacji wyborczej. Jak mawiali komuniści, nie jest ważne kto głosuje, ale kto głosy liczy. Może się okazać, że to całkiem realny scenariusz, na wypadek problemów partii Kaczyńskiego.
Oznacza to, że PiS będzie miał kolejne 4 lata by rządzić według swojej koncepcji. Nawet gdyby stary już i będący w kiepskiej kondycji Kaczyński przestał dowodzić, to będą na tyle skonsolidowani, że utrzymają władzę. Osiem lat rządów konserwatywno-katolickiego PiS oznacza upadek oświaty i szkolnictwa uniwersyteckiego. Wszechobecną inwigilację obywateli przez policję i zreformowaną super służbę, której powstanie już jest przygotowywane. Kontrola będzie dotyczyć każdego aspektu życia obywateli, ponieważ gospodarka będzie w coraz gorszym stanie, więc zastraszanie niepokornych, cenzurowanie mediów oraz internetu stanie się oczywistą potrzebą. Z demokracji w Polsce nie zostanie już nic. Zaczną bardzo po cichu narzekać nawet ci, którzy dziś uważają, że świetnie iż PiS pogonił tych wszystkich „lewaków i liberałów”. Wszyscy będą widzieć swe puste portfele i fatalny stan wszystkiego wokół. Dobra zmiana przestanie mieć jakiekolwiek skrupuły i te rządy będzie można porównać raczej do dyktatury Franco niż do czasów PRL. Tajna policja, więzienie ludzi, tajemnicze zgodny opozycjonistów, a to wszystko podlane bogoojczyźnianym sosem przy aktywnym poparciu skorumpowanego Kościoła. O ile pozwoli na to ordynacja, a naród zjednoczy się wokół opozycji, możliwe jest odsunięcie rządów PiS w roku 2023.
Nie ma co ukrywać, demokrację diabli wezmą na przynajmniej 50 lat. Nie wiadomo, czy Polska będzie jeszcze w Unii, bo na pewno nie będzie w Schengen. Ktokolwiek obejmie władzę będzie miał trudne zadanie. Przedstawiciele dobrej zmiany będą wszędzie. Status Polski będzie gorszy niż dziś Ukrainy. Wszechobecna korupcja, prywata i przekonanie, że państwo służy do dorabiania się tych „zaradnych”.

Najgorszy
PiS nie straci władzy w 2023 roku. Zdąży bowiem wyprowadzić Polskę ze wszystkich struktur europejskich, zmienić prawo i konstytucję. Powrócą granice, paszporty i wizy dla Polaków. Złotówka straci wymienialność. Kraj będzie stawał się zacofanym skansenem w tej części Europy. Całkiem możliwe, że nie będziemy już w NATO, a wtedy Polska stanie się obiektem rozmaitych rozgrywek Rosji. Zapewne ratując gospodarkę potomkowie dzisiejszego PiS zgodzą się na jakąś formę przystąpienia do WNP i niepodległość Polski będzie tylko nominalna. Być może Putin lub jego następca reaktywuje coś w rodzaju Układu Warszawskiego. Świat znów zacznie się dzielić.
Nasi potomkowie będą czasem w zaciszu domowym opowiadać o swobodnym dostępie do internetu, o dobrobycie w czasach Unii Europejskiej. Nieliczni bogacze będą jeździć zagranicznymi autami po rozsypujących się powoli autostradach wybudowanych w czasach Tuska. Pojawi się inflacja, która spowoduje braki towarów, większość zagranicznych podmiotów gospodarczych zlikwiduje swoje interesy w Polsce do roku 2030. Zostaną nieliczni, oferujący usługi i towary dla przedstawicieli władzy. Będzie to wyglądało jak na Kubie za czasów dyktatury Batisty.
W połowie obecnego stulecia może nastąpić przełom. Kraj będzie tak mocno zrujnowany, że rządzenie bankrutem się już nie opłaci. PiS odda władzę przy kolejnym okrągłym stole. Być może nie będzie okrągłego stołu, ale bunt i rewolucja. Komuniści w Polsce byli na tyle mądrzy, by zrezygnować z rządzenia zbankrutowanym krajem. Czy PiS będzie tak rozsądny? Myślę, że to mniej prawdopodobna opcja. Zatem krwawa rewolucja, która odsunie tę partię od władzy, ale też do reszty zniszczy kraj.
Gdy nadejdzie nowe stulecie, o początkach XXI wieku nasze prawnuki będą opowiadać legendy. Nikt w nie nie uwierzy, bo gruzy już dawno zarosną krzakami i trawą

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Sztuczna inteligencja

Zaledwie rok temu gigant branży informatycznej Microsoft z ubolewaniem odłączył swój futurystyczny projekt sztucznej inteligencji od sieci komputerowej. Sztuczna inteligencja nazwana Tay zaledwie po dobie dostępu do zawartości internetu stała się agresywna, wyrażała przekonania antyfeministyczne, rasistowskie i antysemickie.
W ten sposób po raz pierwszy zachwyt nad możliwościami tzw. sieci neuronowych w informatyce zderzył się z rzeczywistością.
Rok później podobne wnioski pojawiają się po analizie sztucznej inteligencji, tym razem pochodzącej z firmy Google. Tym razem nie dopuszczono jej do internetu, ale badano zachowania w grach. System nazwany Deep Mind – co prawda – nauczył się szybko współpracy w grze zwanej Wolfpack. Dwa superkomputery szybko pojęły, że współpraca wirtualnych „wilków” daje lepsze efekty niż „polowanie” na własną rękę. Ludzie do dziś nie zawsze potrafią to ogarnąć, pomimo kilkudziesięciu tysięcy lat rozwoju.
Pojawił się też mniej optymistyczny element. W grze Gathering polegającej – wydawałoby się na pokojowym – zbieraniu wirtualnych owoców, sztuczna inteligencja wyposażona była też w broń, pozwalającą na okresowe unieszkodliwienie konkurenta (nie przeciwnika, czy wroga). Za celny strzał nie było premii, jedynie czas na zbieranie „owoców” bez konkurencji. Okazało się, że im bardziej zaawansowany system, tym szybciej stawał się agresywny. Eksperymentatorzy z Google zauważyli, że działania sztucznej inteligencji cechuje wręcz zadziwiająca skłonność do chciwości, celowych działań destrukcyjnych i agresji. Im bardziej wyrafinowany system analizowano, tym te skłonności były mocniejsze.
Czy nadal chcecie by na drogach pojawiły się samochody prowadzone przez sztuczną inteligencję od Google?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (8 votes cast)