Ostatni bolszewik Europy

W Europie demokracja trzyma się mocno, pomimo populistycznych partii, pomimo podnoszących głowy nacjonalistów i odradzającej się czasem hydry neonazizmu. W tej demokratycznej Europie są też autorytarne tendencje. Hiszpański prawicowy rząd od paru lat kombinuje, jak ułatwić sobie życie, zmniejszając prawa obywateli. Na Malcie dziwnym trafem tajemniczo zginęła dziennikarka, która krytykowała władze. Na Węgrzech od lat już Orban kombinuje, jak zapewnić sobie europejskie dotacje i korzyści z unijnej wspólnoty, a jednocześnie opozycję wziąć za pysk. W większości państw jednak przywiązanie do demokracji jest duże, choć politycy nigdzie nie są idealni. Ale jest też inna Europa, ta o wschodniej imperialnej tradycji. Niby demokracja jest, ale jak by ludzie nie głosowali, w Rosji zawsze wygrywa Putin, a na Białorusi Łukaszenka. Do tej Europy ciągnie dziś Polska, której nieformalny wódz o władzy marzył już dawno.

Chciałem rządzić, już gdy miałem 12 lat. Premierem zamierzałem zostać mając lat 34, a skończyć rząd, mając lat 91.

Kaczyński jest nieodrodnym dzieckiem Polski Ludowej. Urodzony, wychowany i ukształtowany przez PRL, nie potrafi inaczej myśleć, ani postępować, jak tylko zgodnie z zasadami dialektyki marksistowskiej. Władza kojarzy mu się wyłącznie z decyzyjnością partii, która dla narodu powinna być drogowskazem, przewodnią siłą, przewodnikiem. Sam powiedział to w jednym z wywiadów.

Ja najbardziej chciałbym być szefem, silnej, bardzo wpływowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii.

Partię o nazwie Prawo i Sprawiedliwość utworzył i zaprogramował zgodnie z klasycznymi zasadami wymyślonymi przez Stalina. Na 26 stronach statutu zwrot Prezes PiS pojawia się 57 razy. Z biegiem czasu usunął wszelkie indywidualności, zachowując wyłącznie osobników wypranych z wszelkiego indywidualizmu i całkowicie podległych.Plotki i obmawianie to zasadniczy sposób obiegu informacji, a prezes podejmuje decyzje jednoosobowo na podstawie doraźnych informacji, które są mu przedstawiane poufnie. Każdy może znaleźć się w niełasce albo zostać awansowany. Profesor Andrzej Zoll, sędzia i wybitny prawnik, zauważył istotną prawidłowość.

Kaczyński jest uczniem Stanisława Ehrlicha, teoretyka prawa, który w pierwszym okresie PRL był bardzo mocno związany z nurtem stalinowskim. Ehrlich uważał, że klasa robotniczo-chłopska musi tworzyć polityczny ośrodek decyzyjny niezależny od państwa. Echa tej myśli powtarzały się potem przez lata w wypowiedziach Kaczyńskiego i w przygotowanym przez PiS w 2011 roku „raporcie o stanie państwa”. Zawsze marzył, by ustawić się poza strukturą państwa.

Kaczyński zresztą nie krył swych fascynacji komunistycznymi wzorami. Kiedyś jeszcze w swojej pracy doktorskiej, a potem w działalności politycznej. Pewnego rodzaju wzorem stał się dla niego Edward Gierek i dziesięcioletnia epoka jego rządów w Polsce.

Mówiąc o tym czasie nie można pominąć, że jednak wzrastała przez kilka lat stopa życiowa, wybudowano dużo większą niż przedtem ilość mieszkań, stworzono wiele miejsc pracy. Gierek był człowiekiem, który w ramach tego systemu, akceptując go całkowicie, chciał zrobić jednak coś dobrego dla Polaków i dla Polski. Podobno chciał nawet, żeby Polska miała bombę atomową.

Być może dlatego właśnie do Kaczyńskiego trafiają schizofreniczne rojenia Macierewicza o potędze polskiej armii, która stanie się niezwyciężona dzięki jednostkom obrony terytorialnej, bo one w razie ataku staną się zastępami żołnierzy wyklętych po partyzancku niszczących wroga. Bo przecież bomby atomowej mieć nie będziemy. Co w końcu Gierek zrobił Polsce, bo nie dla Polski, to wiemy z historii. Rola Kaczyńskiego będzie bardziej złowieszcza.

I my, proszę państwa, mimo wściekłych ataków, mamy na to zwycięstwo pełną szansę. Ale pod dwoma warunkami: pierwszy z nich to to, że dotrzymamy zobowiązań, a drugi, że nasze rządy będą przeciwieństwem rządów prawa.

To przejęzyczenie wygląda na klasyczną freudowską pomyłkę. Prezes wiernie naśladuje metody propagandowe stosowane przez wielkich populistycznych przywódców. Jątrzy, poniża i obraża. Podobnie jak komuniści prowadzi systematyczną politykę odczłowieczania przeciwników. Są gorszym sortem, elementem animalnym, zdradzieckimi mordami, mają geny współpracy z gestapo. Od dwóch lat tzw. miesięcznice smoleńskie są seansami nienawiści, podczas których prezes podaje kolejne określenia i zniewagi, które potem naśladowczo stosują jego totumfaccy w mediach. Gdyby wierzyć Kaczyńskiemu, za trzymanie białej róży w ręku należałoby karać. Kto wie, może jeszcze tak będzie.

Dziś mamy drugą taką próbę, nowy wielki atak nienawiści, bo te białe róże, które tam widać, to właśnie symbol nienawiści i głupoty, skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści.

Obrażanie przeciwników to już nie jest jakaś cecha indywidualna wynikająca z prywatnych fobii prezesa. Kaczyński nakręca swych wyborców do coraz to nowych poziomów nienawiści. Obecnie nie ma w Polsce przeciwników politycznych. Ci, którzy sprzeciwiają się fatalnym bolszewickim praktykom inkorporowanym w prawie i obyczajach, nie są przeciwnikami. Niczym w Związku radzieckim muszą być nienormalni, niedorozwinięci lub są agentami i wrogami.

Patrząc na twarze tych osób, to po pierwsze – to jest tylko domysł, ale obawiam się, że niektórzy z nich byli pracownikami dawnych organów bezpieczeństwa, z kolei też wydaje mi się, że widać tam troszkę twarzy osób specjalnej troski.

Wyobrażenia Kaczyńskiego na temat państwa i narodu są zabójczą i wybuchową. mieszaniną bolszewizmu i nacjonalistycznej retoryki, z religijnością ksenofobiczną i prymitywną.

Zwyciężymy, bo to zwycięstwo jest potrzebne Polsce. Jest potrzebne po to, by w tym państwie, w Rzeczypospolitej Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody.

Bolszewickie metody rządzenia, które zakładają, że rząd jest tylko grupą posłusznych wykonawców poleceń, a prawdziwa władza mieści się w partyjnym centrum decyzyjnym, źle się skończyły w większości krajów na świecie. Bolszewickie metody stworzyły Koreę Północną, która stała się jednym wielkim obozem koncentracyjnym, w którym ludzie umierają z głodu, aby zaspokoić megalomanię władców. Te same bolszewickie rządy doprowadzają właśnie do ruiny Wenezuelę, kraj z największymi zasobami ropy naftowej na świecie. Gdy nawet w Rosji i na Białorusi dyktatury odrobinę się cywilizują, Polska pod przywództwem nieomylnego wodza Jarosława Kaczyńskiego wkracza na drogę rewolucji bolszewicko-religijnej. Za dwadzieścia lat świat będzie patrzył na Polskę jak na zacofany biedny skansen ciemnoty rodem z połowy XX wieku.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Sorry Winnetou, biznes to biznes

Dowcip z długą brodą opowiada historię małego Jasia, który zapytany przez nauczycielkę o wielkiego wodza, powiedział, że to Lenin. A następnie, gdy dostał już piątkę, pod ławką do zdjęcia aktora przedstawiającego postać Winnetou szepnął: Sorry Winnetou, ale biznes to biznes.

Wygląda na to, że właśnie Jarosław Kaczyński został małym Jasiem i zrobił polityczny biznes. Przez ostatnie tygodnie nie ustawały spekulacje, co zrobi prezes, czy sam obejmie tekę premiera, czy spuści w niebyt panią Szydło, a może nie? Czy będzie rekonstrukcja rządu i kto straci stołek? Waszczykowski? A może Szyszko lub Macierewicz? Gdy rzesze dziennikarzy szukały dostatecznie mocnych breaking news, żeby im widzowie przed ekranami nie pozasypiali, to posłuszni ludzie prezesa dokończyli przejmowanie sądownictwa. I to było ważne.

Przyznam szczerze, iż pomyliłem się. Byłem przekonany, że prezes pozostawi Jęczącą Betty na stanowisku premiera, by dobitnie pokazać Schetynie i reszcie opozycji, że oni to mu mogą naskoczyć. Choć jak zobaczyłem napuchniętą, od całonocnego płaczu, Becię, to zwątpiłem. Pomyślałem, że prezes musiał ją naprawdę fachowo przeczołgać przez te ostatnie tygodnie. Tym bardziej, że powodów do zmiany nie było widać. Przecież ona jest taka sama, jak miliony Polaków. Czyli byle jaka. A to się suwerenowi podoba, więc suweren Becię kocha.

Rządowa roszada wizerunkowo jest nie do wytłumaczenia. Zaś stawianie na czele rządu bankstera kojarzącego się ze znienawidzonymi elitami, bogacza, bezczelnego i zadufanego w sobie, to przysłowiowy strzał w stopę. Procentów w sondażach od tego raczej nie przybędzie. Narodowcy też decyzji nie pochwalą, żydowskie korzenie Morawieckiego będą dla nich trudne do przełknięcia. Sam fakt, że Morawiecki zna angielski, do standardowego wyborcy z Podlasia lub Podkarpacia raczej nie przemówi. A dla wyborców centrowych to jest tylko kolejna marionetka Kaczyńskiego, na dodatek zapiekły katolicki konserwatysta. Elektoratu PiS więc nie poszerzy.

Tajemnica kryje się w procedowanych błyskawicznie ustawach o sądownictwie. Pierwsze podejście skończyło się fiaskiem, bo grillowany przez swoją własną partię prezydent w akcie rozpaczliwej walki o godność zawetował dwie ustawy. Wcześniej Kaczyński dał przyzwolenie i z Dudy nabijali się wszyscy. I to w taki sposób że satyryczne sceny w „Uchu prezesa” były wobec Dudy wręcz sympatyczne. Pewny siebie Ziobro, który dostawał całą władzę, przedobrzył ostatniego dnia przed prezydenckim wetem. Wówczas do Kaczyńskiego dotarła brutalna prawda.

Kanapowa partyjka Ziobry jest języczkiem u wagi. Przewaga parlamentarna PiS jest na tyle mała, że bez niego dalsze rządzenie może się okazać problematyczne. A skoro Zbysio jest taki pewny i na dodatek dostanie sądownictwo w swoje ręce, to nikt nie będzie bezpieczny. Nawet prezes. Na szczęście w parlamencie jest jeszcze jeden Morawiecki. Tatuś swawolnego Mateuszka bankstera, który ma pod sobą kilka szabel renegatów od Kukiza. Tatusiowi bardzo się marzyło, by Mateusz sięgnął po najwyższe zaszczyty. Na początek niech będzie premier, a potem się zobaczy. W zamian za obietnicę lojalności tatusia, synuś dostał stołek premiera.

Mateusz Morawiecki ma za sobą jedynie poparcie prezesa, nie stanowi żadnej siły politycznej. A, używana przez dwa lata w charakterze szmaty do podłogi, Becia z bezsilnej złości zaczęła się kumplować z Ziobrą. To się bardzo prezesowi nie spodobało. W rezultacie okazało się, że kosztem być może lekkiego spadku wizerunkowego zdecydowanie osłabił Ziobrę i ma ten komfort, że w każdej chwili może pokazać mu drzwi. Dwaj panowie bez politycznego znaczenia, czyli Morawiecki i Duda może coś tam będą razem knuć, ale na razie to jest niegroźne. O tym to prezes później pomyśli. Jest jeszcze Macierewicz. Zdecydowanie nielubiany w PiS i dotychczas dla prezesa wygodny. Być może ma haki na prezesa. Na tej politycznej szachownicy tylko ranga Macierewicza wciąż jest zagadką.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Anatomia upadku

Kraj ma na pewno ponad 150 miliardów dolarów długu zagranicznego. Inflacja sięga 653%. Wyobraźcie sobie, że macie dziś 6,53 zł, które są warte tyle, ile na początku roku warta była jedna złotówka. Możecie za to kupić bułkę, a nie sześć. Jeśli zbieracie właśnie pieniądze na nowe buty, które codziennie są droższe, możecie nigdy nie uzbierać. Kupujecie tylko to, na co was stać dzisiaj. Wypłata co miesiąc jest zmorą, bo gdy dostaniecie następną, buty będą na tyle drogie, że znów będziecie mieć za mało pieniędzy.

Mówimy o Wenezueli, kraju, którego zasoby ropy naftowej uważa się za największe na świecie. Szacuje się je na 300 mld baryłek. Norwegia, która w sporej części żyje z wydobycia ropy, dywersyfikuje dochody. Część z nich przeznacza na zabezpieczenie emerytalne obywateli. Część na edukację oraz infrastrukturę. Uważna jest za jedno z czołowych państw dobrobytu. Bliskowschodnie potęgi naftowe od Kataru po Arabię Saudyjską, choć zwykle są rządzone w sposób autorytarny, również wydają swe dochody z ropy rozsądnie. Budują infrastrukturę, inwestują w edukację. Nawet jeśli mamy co do nich jakieś wątpliwości, to na pewno nie ma tam inflacji dziarsko zmierzającej w kierunku tysiąca procent. Nie ma też miliardowych długów.

Co zatem jest jeszcze w Wenezueli? Sporą emigrację. Od początku rządów socjalistycznych populistów Hugo Chaveza wyemigrowały już dwa miliony z nieco ponad trzydziestu. Głownie ludzie doskonale wykształceni. Inżynierowie, naukowcy, lekarze. Bez trudu dostają pracę w hiszpańskojęzycznych krajach Ameryki łacińskiej. Najbardziej przebojowi uczestniczą w rozwoju krajów europejskich, Australii, USA.

W sklepach brakuje nawet mydła, a pensja profesora warta jest około 30 dolarów amerykańskich. Polacy zarabiali tyle w czasach Polski Ludowej. W okresie schyłkowym na pólkach sklepowych stał jedynie ocet i musztarda, a na zapleczach grasowały komisje robotniczo-chłopskie szukające ukrytych towarów. Podobnie dzieje się dziś w Wenezueli podczas rządów prezydenta Maduro. Silnik napędowy gospodarki, czyli przemysł naftowy niszczony jest przez korupcję i zatrudnianie przedstawicieli reżimu, którzy nie mają żadnych kwalifikacji. Wenezuelska odmiana Misiewiczów opanowała wszystkie lukratywne stanowiska, a produkcja ropy spadła do poziomu najniższego od ponad 30 lat.

Najbiedniejsi mieszkańcy Wenezueli mają za to żywność prawie za darmo, ale nie są zadowoleni, bo to jest tylko na papierze. W sklepach są pustki gorsze niż w Polsce w stanie wojennym. W Wenezueli mało co się produkuje, więc większość artykułów przemysłowych jest poza zasięgiem prawie wszystkich obywateli. Tylko przedstawicieli władzy stać na wszystko. Gdy w 2015 roku naród wenezuelski poszedł po rozum do głowy i w wyborach wygrała opozycja, było już za późno. Reżim Maduro wysłał wojsko przeciw protestującym. Zginęły setki ludzi. Okazało się, że władza jest najważniejsza.

Dyktatura Cháveza, a dziś Maduro, zaczynała z pięknymi hasłami o równości społecznej, sprawiedliwości i pomocy socjalnej dla biednych. Dziś biedni są jeszcze biedniejsi, a jeśli próbowali protestować to są w więzieniach lub martwi. W dobrobycie żyje tylko elita władzy. Kraj pogrąża się w długach, nędzy i upadku gospodarczym. Chcecie dowiedzieć się, co będzie w Polsce za kilka lat? Patrzcie na Wenezuelę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Fatum narodowe

Czerwona łuna z daleka zwiastowała nadejście nacjonalistycznego marszu patriotycznego. Cóż za ironia losu. To w całym kraju nigdzie nie było białych rac? Jakże ta czerwona łuna szydzi z bohaterskich okrzyków: „white power” i „biała dumna Polska”. Wyłączyłem telewizor, ciężko przecież oglądać takie upokorzenie.
Postanowiłem posłuchać muzyki. Włączyłem Pierwszy koncert fortepianowy Fryderyka Chopina. Najlepsze wykonanie wszech czasów – grał Artur Rubinstein. A moje myśli znów poszybowały ku patriotycznym bohaterom dzisiejszych telewizyjnych doniesień. Cóż oni by powiedzieli na to, że symbolem polskiej sztuki na świecie jest rachityczny chudzielec francuskiego pochodzenia. Który, jak by było mało wstydu tej francuszczyzny, gził się na Majorce z babą, co się za chłopa przebierała, klęła jak szewc i w ogóle nie nadawała się na cnotliwą Matkę Polkę. A na pośmiewisko całego świata wystawia nas fakt, że najlepsze wykonania tegoż sfrancuziałego chuderlaka są dziełem Żyda! To dopiero wstyd. Jakieś fatum ciąży nad tą naszą ojczyzną.

Musiałem później zajrzeć do słownika, aby sprawdzić dawniejsze znaczenie pewnego słowa. Był to – a jakże – słownik pod redakcją Arcta. Cóż to za niepolskie nazwisko. Na dodatek to był ewangelik. A na domiar złego autorem pierwszego słownika języka polskiego, jaki w ogóle powstał, był – tfu! wybaczcie to słowo – syn imigranta ze Szwecji. Niejaki Linde. Dobrze przynajmniej, że ci co szkodzili krajowi mieli czyste polskie nazwiska… Branicki, Radziejowski, Szczęsny Potocki, Ożarowski… Niedługo do panteonu dołączy Kaczyński. Stuprocentowi Polacy, tacy biali i słowiańscy.

Nie pójdę nigdy na marsz narodowców i młodzeży weszpolskiej. Moja krew, muszę to wyznać, też skażona. Pradziadek ożenił się z pół-Niemką, dziadek z pół-Węgierką, zaś rodzina mamy pochodziła z Pomorza co oznacza, że byli narodowościowo kompletnie wymieszani. Wszyscy przecież wiedzą, co oznacza dziadek z Wermachtu. Taki to ze mnie mischling. A na dodatek lewak. Posłucham sobie Chopina. Może mazurki?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Socjalizm nierealny

Gdy w Polsce Ludowej przestaliśmy wiele lat temu budować komunizm w wyniku gwałtownego sprzeciwu klasy robotniczej na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, powstał pomysł budowy socjalizmu realnego. Odtąd mieliśmy się już nie porywać z motyką na słońce. Zaczęto budować socjalizm realny, w którym Polska miała rosnąć w siłę, a ludzie żyć dostatniej. Starsi pamiętają, a młodsi mogą o tym przeczytać, że w końcu gówno z tego wyszło. Komuniści oddali władzę w 1989 roku nie dlatego, że kochali naród i chcieli nas uszczęśliwić, ale dlatego, że doprowadzili kraj do kompletnego i bezwarunkowego bankructwa.

Wiadomo było, że – wobec kilkuset procent inflacji i braku pieniędzy na najpotrzebniejsze wydatki – poradzić sobie może tylko rząd mający jakieś poparcie społeczne. Przywódcy PZPR takiego nie mieli. A wiadomo było, ze kilka lat następnych będzie ciężkich, a socjalizm, który okazał się nierealny, trzeba wyrzucić do kosza. Wkrótce potem z socjalizmu zrezygnowały inne kraje tzw. obozu wschodniego, a nawet sam Związek Radziecki, który w rezultacie się rozpadł, zwrócił państwowość wcielonym kiedyś siłą krajom i stał się po ponad 70 latach znowu Rosją. Na świecie pozostała jedynie Kuba i Północna Korea. Nawet Wietnam i Chiny zaczęły wprowadzać gospodarkę wolnorynkową. Kuba złamała się w końcu i powolutku demontuje swój socjalizm, aczkolwiek poczekać trzeba będzie zapewne na śmierć drugiego z braci Castro. Została Korea, która socjalistycznie ma wielkie osiągnięcia w budowie broni atomowej i przystosowaniu ludzi do jedzenia trawy.

Gdy wydawało się, że mrzonka socjalizmu pozostanie już tylko światowym skansenem na Półwyspie Koreańskim, w Wenezueli niejaki Hugo Chávez postanowił wskrzesić idee Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego. Miejsce akcji, czyli Wenezuela, było idealne. Kraj bogaty w ropę, który mógł być drugą Norwegią. Jednak zyski z ropy trafiały do nielicznej grupki kapitalistów, a większość żyła w biedzie. Eksperyment zapoczątkowany przez Cháveza miał udowodnić w możliwie najkrótszym czasie, że socjalizm jest w stanie w możliwie krótkim czasie zmarnować największy potencjał kraju, a ludność doprowadzić do nędzy gorszej niż ta w krwiożerczym kapitalizmie. Po drodze oczywiście przechodząc kolejne etapy jak cukier na kartki, mięso na kartki, wszystko na kartki i nie ma niczego. Następca zmarłego przedwcześnie Cháveza, prezydent Maduro podążał z determinacją tą samą drogą i właśnie w rezultacie doszło do spektakularnego bankructwa Wenezueli, która mając złoża ropy naftowej nie potrafi jej skutecznie wydobywać i sprzedawać, a realizując socjalistyczną utopię, doszła nie tylko do powszechnego braku srajtaśmy, ale i zadłużyła się tak bardzo, że same tylko przyszłoroczne raty wylicza się na 5,4 mld dolarów. Można nawet powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza. W Polsce dwadzieścia osiem lat temu inflacja sięgnęła 800%, Wenezuela doszła do 2000%. Inaczej mówiąc Wenezuela jest kompletnym bankrutem. W przeciwieństwie jednak do polskich komunistów Maduro władzy nie chce oddać.

Gdyby ktoś zainteresowany był tematem bardziej i chciałby też zastanowić się nad nieuchronnymi podobieństwami Polski i Wenezueli, to sugeruję przypomnieć sobie moje poprzednie teksty na ten sam temat. Łącznie z dzisiejszym to już prawie serial.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Była sobie cywilizacja

Historia ludzkości nie napawa optymizmem. Obok wielu cech ludzkich, które przyczyniły się do tego, że nasz gatunek zszedł z drzewa i zbudował cywilizację, jest nieśmiertelna i wszechobecna głupota. Jest ona czynnikiem tak porażającym i ogromnym w dziejach ludzkości, że niejeden uczony, filozof, czy artysta poświęcili jej swą uwagę. Bertrand Russel stwierdził, że choć można napisać historię ludzkiej głupoty, to jest to bezcelowe, bowiem pokrywałaby się z historią powszechną. Henryk Sienkiewicz orzekł w swym aforyzmie, że głupoty ludzkiej nie należy brać w rachubę, ponieważ jest nieskończona. Prawie to samo stwierdził kilkadziesiąt lat później Albert Einstein. Ilekroć ludzkość osiąga przełomowe sukcesy, tylekroć potem ludzka głupota potrafi je zniszczyć a świat doprowadzić na krawędź zagłady.

UMARŁE CYWILIZACJE

W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, Naga małpa)

Gdy Desmond Morris pisał swe błyskotliwe dzieło, świat był w okresie rozwoju, ale też wciąż trwał w cieniu atomowej zagłady, więc ostrzeżenie przed możliwością samozagłady gatunku nie było bezpodstawne. Jednak znacznie bardziej charakterystyczne w historii świata są upadki budowanych przez stulecia cywilizacji. Środkowoamerykańska cywilizacja Majów jest tego doskonałym przykładem. Rozwijająca się w początkach naszej ery, po kilkuset latach doszła do apogeum, by wkrótce około 700 roku załamać się w kulturowym i cywilizacyjnym kryzysie. Opustoszały miasta, wspaniałe miasta, świątynie i piramidy porosła bujna podzwrotnikowa roślinność. Nie był to jeszcze koniec, ale Majowie dostali się pod wpływy kultury Tolteków, i choć ponownie nastąpił wzrost imperium, jednak upadku nie można było uniknąć, Okres rozpadu cywilizacji to XII i XIII wiek. Istniały jeszcze potem pojedyncze miasta w nieprzebytej dżungli, które opierały się nawet przybyłym w wieku XVI do Ameryki hiszpańskim konkwistadorom. Ostatnie miasto zostało zdobyte u progu XVIII stulecia, lecz imperium Majów już wówczas od dawna nie istniało. W przeciwieństwie do cywilizacji Azteków oraz Inków nie można powiedzieć, że cywilizację Majów zniszczyli biali ludzie, bowiem gdy oni przybyli do Ameryki, z cywilizacji Majów zostały już nędzne resztki.

W rejonie Morza Śródziemnego istniało kilka cywilizacji. Jedną z najstarszych była egipska, która istniała w dorzeczu Nilu pod ponad 3,5 tysiąca lat przed naszą erą. Jednak gdy Starożytna Grecja zaczęła tworzyć swą cywilizację, Egipt w zasadzie był cywilizacją upadłą. Rozwój nauki cywilizacji greckiej w niewielkim stopniu zawdzięczał cokolwiek Egiptowi, bowiem Egipcjanie osiągnięcia nauki zamykali w świątyniach pod strażą kapłanów. Gdy zaczęła upadać kasta kapłańska, zapomniane zostały też ich osiągnięcia. Dalej na wschód istniała Asyria, ogromna cywilizacja w dorzeczu Eufratu i Tygrysu. Istniała parę tysięcy lat i w końcu upadła.
Tylko Rzymianie mieli trochę dziejowego szczęścia i przejęli osiągnięcia Greków.
Cywilizacje upadają i należy to traktować raczej jak regułę niż wyjątek, że ludzkość wielokrotnie cofała się w rozwoju. Nie bez racji po wojnie, w której użyto broni atomowej wielki fizyk Albert Einstein stwierdził, że nie wie, jaka broń masowej zagłady zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, ale w czwartej zapewne w ruch pójdą maczugi. Być może Desmond Morris ma rację, że potrafimy zniszczyć własny gatunek.

POZORNA KONTYNUACJA

Powszechnie panuje błędne przekonanie, że cywilizacja, w której żyjemy, jest w prostej linii kontynuacją od osiągnięć starożytnej Grecji i Rzymu, poprzez rozwój cywilizacji europejskiej, nazwanej potem ogólnie zachodnią od chwili, gdy biały człowiek skolonizował Amerykę. Otóż Starożytny Rzym, który był kontynuatorem myśli helleńskiej i klasycznej, upadł. Został zniszczony i pogrzebany wraz ze swym naukowym, technicznym i artystycznym dorobkiem. Nowa religia, która uzyskała panowanie w IV wieku naszej ery uznała Imperium Rzymskie za wroga i zniszczyła je, choć nie wypowiedziała wojny. Oczywiście należy dojrzeć, że chrześcijaństwu sprzyjały czynniki zewnętrzne, jak choćby wielka europejska wędrówka ludów, która miała miejsce w początkach naszej ery. Był to czynnik zabójczy dla starożytnej kultury, ale rozwojowy dla chrześcijaństwa. Jeśli by ktoś chciał zaprotestować, niech zwróci uwagę, że Cesarstwo Bizantyjskie oparło się wędrówce ludów, ale ogarnięte przez chrześcijaństwo pogrążało się w ciemnocie tak samo, jak świat zachodni. Paradoksalnie upadło wówczas, gdy Europa zaczęła się kulturowo i cywilizacyjnie dźwigać z tzw. wieków ciemnych. Pewnego rodzaju symbolem braku kontynuacji cywilizacyjnej jest pożyteczny wynalazek zwany kompasem. Dziś wiemy, że wynaleźli go Chińczycy, ale ten rewolucyjny przyrząd pozwalający w prosty sposób określać kierunki świata na morzu, nie wpłynął na historię Państwa Środka. Chińczycy nie skolonizowali Europy nie podróżowali po świecie. W Europie wynaleźli go starożytni Grecy, ale wkrótce został zapomniany. Ponownie wynaleziony został w średniowieczu na przełomie XI i XII wieku. Jednak do ekspansji Europejczyków przyczynił się dopiero, gdy na nowo uznano, że Ziemia jest kulista, gdy odkryto starożytną wiedzę astronomiczną skrzętnie pochowaną w mnisich siedzibach. Historia uczy nas, że upadek cywilizacji zmusi kolejną do odkrywania na nowo dawno wynalezionych rzeczy. Być może gdy runie nasza cywilizacja uczeni w kolejnych tysiącleciach z mozołem będą dochodzić zasad rządzących światem, które dziś poznaje uczeń podstawówki, mylnie sądząc, że nauka i technika są czymś niezbywalnym.

DWA ŚWIATY

Wiek XX rozpoczął się optymistycznie. Świat zmienił się nie do poznania. Prąd elektryczny, samochody, kino, radio i gramofon. Świat stał się jakby mniejszy, życie szybsze i pełniejsze wrażeń. Zapomniano jednak, że były wciąż miliony biedaków, dla których to były baśnie, a nie realia. Wkrótce potem wybuchła wojna, która kosztowała wiele milionów ofiar, bo głupota zwyciężyła. Przez świat przetoczyła się potworna epidemia grypy, która zebrała większe żniwo niż ledwie zakończona wojna. Na domiar złego niespełna dwadzieścia lat później wybuchła kolejna wojna o światowym zasięgu, która kosztowała więcej istnień niż ta pierwsza oraz epidemia hiszpanki razem. A potem długo wisiało nad światem widmo zagłady atomowej i dopiero po latach dowiadujemy się, że przynajmniej kilka razy byliśmy o krok od samounicestwienia.
Jakby na przekór również w tym czasie nauka w służbie człowieka pokazała swą wielką siłę. Człowiek zdobył kosmos, wylądował na księżycu. Medycyna zrobiła ogromne postępy – znikły epidemie zabijające miliony ludzi, do przeszłości odeszły ospa, odra, dżuma i cholera. Pojawiły się przeszczepy ratujące życie ludzi, którzy dawniej skazani byliby na szybką śmierć. Pojawiła się telewizja, komputery, internet. Zaczęliśmy żyć w globalnej wiosce, wiadomości przebywały tysiące kilometrów w ciągu zaledwie kilku sekund. Rewolucja technologiczna stworzyła też zagrożenia, ale tym razem ludzie zaczęli o tym myśleć wspólnie, ponad granicami i podziałami. Pod koniec stulecia upadł system polityczny który zniewalał miliony ludzi i wiele krajów. Przestała istnieć żelazna kurtyna. Wydawało się, że już nic nie stoi na przeszkodzie zrównoważonemu mądremu rozwojowi naszej cywilizacji. Mogliśmy mieć nadzieję, że kiedyś pokolenia następne nazwą ten czas Złotym Wiekiem. Byliśmy pewni, że rozum wygrał.

POCZĄTEK KOŃCA

Co zatem poszło nie tak? Na przełomie stuleci, gdy internet stał się dla milionów ludzi tak oczywisty jak niegdyś gazety codzienne, nagle okazało się, że rozum przestał być ważny. Głupota jest bardziej atrakcyjna. Od czasów średniowiecza nigdy jeszcze nie były tak silne rozmaite grupy ludzi twierdzące, że Ziemia tak naprawdę jest płaska. Mówią, że człowiek nigdy nie był w kosmosie. Ani na Księżycu. Rządy państw są międzynarodowym spiskiem trwającym niezależnie od politycznych zmian od prawie stu lat i fałszują rzeczywistość na ogromna skalę, by wmówić ludziom, że Ziemia jest kulą. Płaskoziemcy nie są zgodni w odnajdowaniu przyczyn. Dlaczego rządy miałyby to robić, pokonując nawet żelazną kurtynę? To jednak nie wszystko. Od połowy XX wieku nigdy nie były tak silne religijnie motywowane ruchy antyaborcyjne, które tak naprawdę domagają się, by zdrowie i życie kobiet uznać za mniej ważne niż los zygoty. Są kraje, gdzie kobieta po poronieniu zamiast do szpitala, wędruje do więzienia. Negowanie sensu szczepień stało się dziś potężnym ruchem na całym świecie, choć zaczęło się od jednego sfałszowanego merytorycznie artykułu lekarskiego. Po stu latach ludzie zaczynają znów umierać na choroby, które uważano już za zwalczone. Rozum stał się niemodny.

Na domiar złego w większości krajów europejskich i nie tylko w nich, obserwujemy renesans ideologii nacjonalistycznej. Nie wszędzie odbywa się to w taki sam sposób, ale tych ruchów nie sposób zlekceważyć. Być może niedługo symbolem podzielonego świata, w którym ponownie pojawią się graniczne posterunki, zasieki, kontrole i wizy, stanie się obiecywany przez Trumpa mur pomiędzy USA i Meksykiem. Paradoksalnie to właśnie budowa murów, ogrodzeń, płotów i zasieków staje się dziś symbolem współczesności, choć niedawno wydawało się, że stanie się nim świat bez granic. Chociaż istnieje wciąż poważny i silny opór przed ideologiami separatystycznymi i nacjonalistycznymi, to stają się one coraz silniejsze. Nie we wszystkich krajach przebiega to identycznie. Skandynawia wydaje się wciąż ostoją liberalnego myślenia. Podobnie Kanada. Ale w w krajach postkomunistycznych obserwujemy renesans nacjonalizmu, który niebezpiecznie flirtuje z faszyzmem, a Polska jest w awangardzie tych dążeń. Z drugiej strony bogate i uprzemysłowione Stany Zjednoczone również idą w tym samym kierunku. Trudno znaleźć jakiś wzór, schemat, który pozwoliłby na przewidywanie nadchodzącej przyszłości. Są za to czynniki wspólne, które nie zależą od poziomu technologicznego ani obszaru kulturowego. To niszczenie autorytetów z jednej strony, budowanie zaś wspólnoty na nowych, często z gruntu fałszywych autorytetach i powiązanie tego z tradycją, często łączoną z historią pisaną od nowa. Odwoływanie się do mitów założycielskich i budowanie społeczności klanowych to kolejny wspólny mianownik tych ruchów. Ponieważ są one separatystyczne w swej istocie, więc nie ma mowy o zgodzie i wspólnej historii Europy lub świata. Jest tylko „nasza prawda” i obce manipulacje. Tradycja staje się w tym kontekście ostoją głupoty, zacofania i uwstecznienia cywilizacyjnego.

Głupota najlepiej przechowuje się w tradycji. (Ryszard Nowosielski)

Jednym słowem żyjemy w epoce schyłkowej. Degeneracja cywilizacji przebiega identycznie, jak w wielu innych znanych z historii przypadkach. Najbardziej znany jest upadek Rzymu, ale nie jedyny. Cywilizacja wzrasta i rozwija się do momentu, aż okaże się, że następuje kryzys rozumu, a wiara zastępuje naukę. Religie i kapłani zwiększają swoje wpływy, a nauka traci wiarygodność. W ciągu kilkuset lat następuje upadek dotychczasowej cywilizacji, a ludzkość wkracza w epokę ciemnoty i zabobonu. Prawie nikt z żyjących w czasach upadku nie zdaje sobie sprawy z tego, że to naprawdę jest upadek cywilizacji. W książce Hanny Malewskiej „Przemija postać świata” jest scena, gdy Kasjodor (postać historyczna, święty Kościoła, ale również bohater tej powieści) u schyłku życia dopiero widzi, że cywilizacja rzymska przestaje istnieć na jego oczach. Gdy młody mnich wylewa wodę na dawną księgę i zamazuje się przepisywany przez niego wzór matematyczny, który jest nie do odtworzenia, bo nikt z żyjących go nie rozumie. Mnisi przepisywali księgi, nie wiedząc co przepisują.

Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach naszej cywilizacji? O ile wieków się cofniemy?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Ćwiczenia z Orwella

W słynnej dystopii George’a Orwella „Rok 1984” przedstawiona została absolutnie totalitarna dyktatura przyszłości, która dysponowała fantastycznymi – jak na tamte czasy – możliwościami inwigilacji obywateli, prawie nieograniczoną siłą propagandy i potężnym aparatem przymusu. Książka ukazała się w roku 1949, więc odbierana była jako fantastyka, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że aluzje w stosunku do totalitarnego Związku Radzieckiego pod wszechwładnymi rządami Stalina są oczywiste.
Poza słynnym Wielkim Bratem (Big Brother) do kultury masowej, a także do języka opisującego politykę przedostały się takie określenia jak nowomowa (newspeak) i nieosoba (noperson). Określenie nowomowa stało się również terminem naukowym w językoznawstwie, socjologii i politologii, ponieważ najbardziej nadawało się do nazwania zmian w językach, a były one charakterystyczne dla dyktatur marksistowskich (Związek Radziecki i kraje mu podległe, między innymi Polska), lecz wcześniej także w pewnym zakresie dyktatur faszystowskich.
Doskonałym przykładem nowomowy są w książce nazwy ministerstw państwa totalitarnego. Ministerstwo Pokoju zajmuje się prowadzeniem wojny. Ministerstwo Prawdy jest naprawdę ministerstwem propagandy. Ministerstwo Miłości odpowiada za inwigilację i egzekucje, a Ministerstwo Obfitości produkcją i dystrybucją dóbr, których zawsze brakuje. Ludzie, którzy mają dziś więcej niż czterdzieści lat zapewne pamiętają czasy tzw. gospodarki niedoboru, która była powszechna w Polsce rządzonej przez komunistów. Orwell opisał też inną stosowaną praktykę w dyktaturach totalitarnych, a szczególnie w czasach stalinowskich. Chodzi o usuwanie niewygodnych osób i przeciwników politycznych, eliminowanie ich nie tylko fizyczne ale usuwanie ich śladów z książek i gazet, zdjęć i filmów tak, by przestali istnieć w świadomości ludzi. Autor nazwał to ewaporacją.
Jednak w najstraszniejszych koszmarach nikt nie wyobrażał sobie, że blisko siedemdziesiąt lat po wydaniu książki znajdzie się partia polityczna, która zdobywszy władzę potraktuje powieść Orwella jako instrukcję polityczną.

12 lipca 2017 roku w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o Narodowym Instytucie Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Instytucja ma przejąć kontrolę nad pieniędzmi dla organizacji pozarządowych i sektora obywatelskiego. (oko.press)

Organizacje pozarządowe od początku były dla partii rządzącej solą w oku. Prowadząc działalność edukacyjną w społeczeństwie, ubiegały się o granty na zadania przewidziane przez Unię Europejską lub międzynarodowe fundacje takie, jak choćby znane Fundusze Norweskie i rząd nie miał wpływu na to, które organizacje dostają pieniądze. Powołanie Narodowego Instytutu Wolności, który de facto odbierze wolność działania tysiącom organizacji obywatelskich, przejmując decyzje o finansowaniu lub decydując o zatwierdzaniu programów tych organizacji, jest książkowym wręcz przykładem totalitarnej nowomowy.
Z kolei tak zwana reforma edukacji cofa strukturę oświaty w Polsce do postaci wdrożonej w PRL przed siedemdziesięciu laty, jednocześnie zmieniając treści nauczania w sposób budzący grozę. Uczniowie nowej pisowskiej szkoły nie będą mieli zbyt wielu okazji, by dowiedzieć się czegoś o takich postaciach jak Mikołaj Koperniki i Maria Skłodowska-Curie. Będą na ich temat jedynie wzmianki w historii. Znika za to z historii najnowszej Lech Wałęsa. Obecnie prowadzona przez kręgi rządowe i związkowe (popierające rząd) zmierza do tego, by Wałęsę uczynić zdrajcą, agentem służb bezpieczeństwa i postawić przed sądem. Bohaterami dzisiejszych czasów stają się bracia Kaczyńscy. Wspomagani przez takich herosów, jak sędzia stanu wojennego Andrzej Kryże, czy Stanisław Piotrowicz kolaborujący z władzami stanu wojennego jako prokurator. Łatwo sobie wyobrazić, ze za lat kilkanaście dojdzie do całkowitej ewaporacji Wałęsy, a zbawcą narodu, twórcą „Solidarności” zostanie Jarosław Kaczyński z bratem, którego jedyną faktyczną zasługą była śmierć w przypadkowej katastrofie lotniczej. Wałęsa stanie się nieosobą (noperson), której nazwiska nie będzie wolno wymawiać.

Wydaje się to nierealne, ale chyba dochodzimy do momentu, gdy chcąc zgłębić dalsze zamiary Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nazwanej Prawo i Sprawiedliwość (która zgodnie z zasadami nowomowy szerzy bezprawie i niesprawiedliwość), będziemy zmuszeni do uważnej lektury książek Orwella.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (15 votes cast)

A jeśli coś się zdarzy?

Rządzący od jesieni 2015 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński wraz z tabunem wspierających go akolitów wykazali się niezwykłą determinacją w opanowaniu personalnym Trybunału Konstytucyjnego, a potem sądownictwa. Potrafili przepuścić przez sejm i senat wiele ustaw w ciągu kilku nocy. Potrafili w błyskawicznym tempie wymienić kadry w państwowych spółkach i urzędach. Wydawało się, że nie istnieje nic, co potrafiłoby spowolnić ten przemarsz troglodytów przez Polskę.

Państwo, które w ciągu ostatnich dwóch lat zbudował Kaczyński, ma jednak pewną nieusuwalną ułomność, niejako nieodłącznie związaną ze sposobem sprawowania władzy. To prezes decyduje o wszystkim. Gdy późnym wieczorem w piątek 11 sierpnia przeszła niespotykanie silna nawałnica nad częścią Pomorza, nikt nie odważył się zakłócić spokojnego weekendu prezesowi. Dopiero w poniedziałek prezes pozwolił zawiadomić premier Szydło, która z niejakim zdumieniem reagowała na wieść, że tragedia zdarzyła się już w piątek koło północy. Zanim zapytano prezesa, co każe zrobić, minął kolejny dzień. Zaś wojsko przybyło w liczbie koło setki niedoświadczonych żołnierzy z małą ilością przydatnego sprzętu kolejny dzień później, gdy miejsce kataklizmu miał wizytować Antoni Macierewicz. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wojska Obrony Terytorialnej, które rzekomo miały pomagać także w sytuacji katastrof naturalnych, według ministerstwa są silnie zrejonizowane i ochotnicy z WOT w Szczecinie nie będą nigdy pomagać np. w Gdańsku, a tylko u siebie w Szczecinie. A jeśli będzie wojna? Też poczekają, aż działania wojenne przyjdą na teren przypisanego im rejonu?

Dziś za kilka godzin minie tydzień od zabójczej nawałnicy. Dla wielu ludzi będzie to tydzień bez prądu, a co za tym idzie bez wody, lodówek, światła, a często bez dachu nad głową lub z częściowo zniszczonym dachem i w zniszczonym domu. Ludzie sobie radzą. Ci, którzy mają samochody jeżdżą po zakupy do odległych miejscowości, nie tylko dla siebie. Jeśli kogoś na to stać, kupuje sobie agregat prądotwórczy. Na głowie stają lokalni strażacy, także ci z ochotniczych oddziałów. Są wolontariusze, którzy pomagają w najbardziej zdewastowanych miejscach. A ministrowie przybywają od czasu do czasu w eleganckich garniturach i krawatach i mówią o kłodach, jakie im pod nogi rzuca „totalna” opozycja. Biedny ten rząd. Tyle ma kłopotów, a tymczasem jacyś tam ludzie pyskują, że pozostawiono ich bez pomocy. Jak by nie mogli sami zamieść tych liści, co pospadały z drzew.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (15 votes cast)

Wariant wenezuelski

Po raz pierwszy o Wenezueli pisałem w marcu 2013 roku, gdy zmarł prezydent Chávez, który zaczął przekształcać ten kraj według starych leninowskich wzorów, które w Europie zdążyły kilkanaście lat wcześniej zbankrutować. Na co dzień niewiele nas obchodzi daleki kraj w Ameryce Łacińskiej, o której wiemy tyle, że często jest biedna i zacofana, a także znana wcześniej z dyktatorskich reżimów.
Kilka lat temu, można było przewidywać, jak skończy się rewolucja Cháveza. W Polsce przerabialiśmy ten scenariusz od 1945 do 1989 roku. 44 lata opóźniania nieuchronnego bankructwa państwa opartego na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W roku 2014 pisałem:

Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny… (felieton z 2014)

Lekcja historii, którą Wenezuela w dalszym ciągu odbywa pod przewodnictwem kolejnego prezydenta, wkroczyła obecnie w kolejny etap. Braki wszystkiego od mleka po papier toaletowy Wenezuelczycy już zobaczyli. Teraz pora na stan wojenny.

6 dni temu odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego, które ma przygotować nową konstytucję, określić obowiązki najważniejszych instytucji w państwie i umożliwić prezydentowi rządzenie za pomocą dekretów. Zgromadzenie odwołało wczoraj ze stanowiska prokurator generalną Luisę Ortega Diaz. Krytykowała ona prezydenta Nicolasa Maduro, a kilka dni temu wszczęła śledztwo w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Była prokurator generalna ma teraz stanąć przed sądem. (Gazeta Wyborcza)

Jeśli parę lat temu Wenezuelczycy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, co ich czeka, to dziś my możemy zobaczyć, co nas czeka, obserwując wydarzenia w Wenezueli. Chávez a potem Maduro nie musieli fałszować wyborów. Ponieważ za pieniądze ze znacjonalizowanego przemysłu naftowego zapoczątkowano ogromny program rozdawnictwa dla niezamożnych obywateli, ci wdzięcznie głosowali zarówno na Cháveza jak i Maduro. Potem socjalizm pokazał prawdziwe oblicze. Zaczęło brakować wszystkiego. Rząd zaczął wprowadzać talony, pojawiły się społeczne komitety, zaproponowano nawet system sprawdzania odcisków palców, żeby było wiadomo kto i ile kupuje. Ponieważ opozycja krytykowała doprowadzanie gospodarki do ruiny, zaczęto do więzień zamykać opozycję. Prywatne media zlikwidowano już wcześniej. Gdy wreszcie obywatele poczuli głupotę władzy na sobie samych, było już za późno.

Maduro ma wojsko, policję, a protestujący najwyżej sztachety z płotów. Nie ma już mediów, które nagłaśniałyby nadużycia władzy, tej rozbudowanej wenezuelskiej „dobrej zmiany”. Nie ma niezależnych sądów, ostatnią osobę, która próbowała ratować resztkę demokracji, właśnie usunięto ze stanowiska. Lud Wenezueli się buntuje, na ulicach dochodzi do zamieszek spowodowanych już nie tylko brakiem podstawowych towarów, ale także złością z powodu braku demokracji. Gdy Maduro zaczął się obawiać, że lud może go nie poprzeć, ostatnie wybory sfałszował. Zapewne były to naprawdę ostatnie wybory.

Czy będą jeszcze demokratyczne wybory w Polsce?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.1/10 (14 votes cast)

Dobry tytuł

Nie lubię seriali. Nawet najlepsze z nich w kolejnej odsłonie stają się czystą komercją, bo jakże to zrezygnować z tak dochodowego interesu. Niestety w literaturze mamy podobne zjawiska, a najlepszym może być słynna „Gra o tron” George’a R.R Martina, której pisarz w ogóle nie skończył, bo wersja serialowa zaczęła odbiegać od oryginału, a poza tym chyba literatura się gorzej sprzedaje niż seriale.
Lubię literaturę skandynawską, taki sentyment z dawnych czasów, gdy zanurzałem się w świecie kreowanym przez Knuta Hamsuna. Mój zachwyt budził też Pär Lagerkvist, a szczególnie jeden z jego sztandarowych utworów – Kat. Czy uwierzycie, że napisany w latach 30′ Kat w Polsce został wydany dopiero w 1972 roku? Kupiłem tę książkę jako nastolatek, dzięki wykształconej i oczytanej pani kierowniczce Empiku, która mi ją poleciała.
Niedawno przeczytałem głośną powieść Anny Ragde, uznanej za godną następczynię Hamsuna. Saga rodziny Neshov składa się dziś z trzech tomów, a następne mają się pojawić. Boję się, że dobra powieść stanie się serialem, bo już trzeci tom zaczyna się mocno ślimaczyć. Jednak ta lektura przyczyniła się do moich rozważań o tytułach. Dobry tytuł jest prawie tak samo ważny, jak to, co się w nim zawiera. W drugim tomie swej powieści Anna Ragde wtrąca drobną dygresję z przeszłości o łapaniu raków pustelników w czystych norweskich wodach przed laty. A czytelnik, który ma w ręku tom zatytułowany właśnie Raki pustelniki, zaczyna sobie myśleć o tym, że ten tytuł jest symboliczny także wobec postaci, o których opowiada. Jaki byłby symboliczny tytuł ukazujący życie współczesne Polaków?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 6.4/10 (5 votes cast)