Prawo kaduka

Wiele lat temu, gdy jeszcze pracowałem w szkole, miała miejsce dość kuriozalna sytuacja. Jedna z młodszych klas w ramach wychowania fizycznego grała w dwa ognie, zwane też grą w zbijanego, na placu przed szkołą. Tornistry i plecaki dzieci położyły w przedsionku szkolnymi wkrótce po zakończonej lekcji dzieciaki wszczęły alarm. Jednemu zginął zegarek, drugiemu elektroniczny kalkulator, jeszcze innemu zabawka zwana „tamagotchi”*. Ponieważ tuż obok była świetlica, w której mieli przebywać uczniowie, którzy nie mają lekcji, więc skierowaliśmy się właśnie tam. Szybko okazało się, że dzieciaki wskazały jednego ucznia, który ze świetlicy wychodził, zatem kazaliśmy podejrzanemu pokazać zawartość swojego plecaka i kieszeni. Oczywiście miał wybór, bo mogliśmy też wezwać policję, której posterunek znajdował się naprzeciw szkoły. Rzecz jasna szybko znalazły się wszystkie przedmioty, a delikwent wbrew zdrowemu rozsądkowi utrzymywał, że ktoś mu te wszystkie ukradzione rzeczy podłożył do kieszeni. Dziwnym trafem szkolny złodziejaszek miał na imię Andrzej.
O podobnej historii opowiadał mi po latach znajomy. Z tym, że wówczas były już kamery, a sprawca i tak wypierał się swej winy, choć wszystko było udokumentowane na filmie.
Dziś oglądałem fragmenty wywiadu z Andrzejem Dudą w TVN24. Słowo prezydent nie przejdzie mi przez usta w odniesieniu do tej osoby. Prowadzący wywiad redaktor Rymanowski taktownie, aczkolwiek nieustępliwie zadawał pytania dotyczące najbardziej kontrowersyjnych spraw związanych z tą prezydenturą, zaś Andrzej Duda jak mantrę powtarzał, że działa w granicach prawa. Nie wątpię, że po ponad roku sam w to już uwierzył. Jakiemu prawu hołduje Andrzej Duda, skoro to na pewno nie jest konstytucja? Odpowiedź jest tylko jedna, to musi być prawo kaduka**.


* To popularna niegdyś zabawka elektroniczna symulująca zwierzątko, które właściciel musiał „karmić” i „opiekować się” nim.
** Słowo to ma swe źródło w prawie rzymskim (ius caducus), a w dawnej polszczyźnie stało się potem synonimem czarta, diabła. Dziś jest to już archaizm, ale nadal zwrot „prawem kaduka” oznacza tyle co „bezprawnie”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

W pętli czasu

Czyńcie sobie Ziemię poddaną. Tak rzekomo przykazał nam Bóg. A przynajmniej takie słowa można znaleźć w Biblii. Wiedząc, że jeszcze sześć tysięcy lat temu ludzie nie znali koła, można zachwycić się tym triumfalnym marszem cywilizacji. Ujarzmiliśmy elektryczność i energię atomową. Potrafimy zobaczyć niewidzialne bakterie i wirusy. Wysłaliśmy naszego przedstawiciela na księżyc. Nie potrafimy jedynie panować nad czasem. Rodzimy się, dojrzewamy, starzejemy, umieramy.To, co się stało, nie może już się „odstać”. Lecz panowanie nad czasem jest jednym z największych marzeń ludzi. Od czasu „Wehikułu czasu” autorstwa Herberta George’a Wellsa jest to ulubiony wręcz motyw literatury fantastycznej. Jednak nie tylko. Wędrówka w czasie ma spełniać funkcję moralizującą, jak w „Opowieści wigilijnej” Dickensa lub być pretekstem to wyobrażeń o przyszłości. A najstarszym chyba przykładem wykorzystania tego motywu jest opowiadanie niejakiego Merciera o roku 2440, które powstało w roku 1771.
W kulturze masowej najbardziej znanym przykładem jest filmowa trylogia „Powrót do przyszłości”. W literaturze – prócz „Wehikułu czasu” – do klasyki zaliczamy również „Powrót z gwiazd” Lema i „Koniec wieczności” Asimova.
Współcześnie jedną z ciekawszych prób operowania podróżą w czasie jest „Obca” Diany Gabaldon. Bohaterka z roku 1945 przenosi się dwieście lat wstecz. Ciekawe jest postępowanie bohaterki, która zaczyna żyć w czasach znanych jej z historii. I próby dokonania zmian w tej rzeczywistości. Nie zdradzę żadnej tajemnicy pisząc, że udaje się to w pewnym tylko zakresie i w aspekcie prywatnym. A więc jak to jest? Czy rządzi nami przeznaczenie? Upraszczając – czy ma rację autor „Antygony, czy „Robinsona Crusoe”? A może to Clifford Simak ma rację mówiąc, że „Czas jest najprostszą rzeczą”. Czy kiedykolwiek będziemy podróżowali w czasie? A jeśli, czy podróżnik z przyszłości zabijając swojego dziadka, zniknie nagle? Przestanie istnieć? To klasyczny dylemat wielu utworów fantastycznych. Czy moglibyśmy zmienić historię cywilizacji? Czy śmierć Lenina zapobiegłaby wybuchowi rewolucji w Rosji? A Hitlera wybuchowi wojny światowej?
Warto przeczytać cykl powieści Diany Gabaldon o Claire, podróżniczce w czasie. Dowiemy się nie tylko, jak żyć bez wielu osiągnięć współczesnej technologii, zobaczymy też, że ludzkie emocje są dziwnie niezależne od epoki. Pierwsze dwa tomy stanowią całość, następne są powiązane fabularnie z podróżami w czasie, ale stanowią przede wszystkim pretekst do stworzenia pasjonującej historii z gatunku tzw. powieści awanturniczej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Chujowo+

Najpierw minął rok prezydentury Andrzeja Dudy, która zapisała się głównie zdjęciami prezydenta klęczącego przy rozmaitych okazjach. Potem obchodziliśmy rocznicę istnienia rządu PiS, sterowanego z fotela sejmowego przez Jarosława Kaczyńskiego. Okazało się, że program 500+ to mały pikuś w porównaniu do programu Misiewicze+, bowiem szerokie kadry partyjne tak są wygłodzone ośmioletnią tułaczką opozycyjną, że zagospodarują nawet stanowiska babć klozetowych. Miała być silna armia, a nie maa helikopterów, miał być tysiąc dronów, a będzie kilkanaście. Ministerstwo Obrony Narodowej oplecione zostało gęstą siatką podejrzanych osobników z dawnymi płatnymi współpracownikami SB na czele. Nawet żona Wielkiego Wodza Antoniego oskarżana jest przez niektórych o donoszenie peerelowskiej bezpiece. Bardzo starzy ludzie pamiętają przysłowie mówiące, że „lepsze nic niż Rydz (Śmigły)”, jednak twierdzą, że niewątpliwie Antoni przewyższa marszałka w idiotyzmie. Za to będziemy mieli Obronę Terytorialną wyposażoną w nieśmiertelne kałachy, które na pewno przydadzą się do dyscyplinowania warchołów i wichrzycieli.
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych odkryto agenta obcej służby specjalnej. Sam minister jednak twierdzi, że ничего не случилось, bo agent był zaprzyjaźniony, amerykański. Po roku czasu nikt już nie chce rozmawiać z panem Waszczykowskim i w całej Europie ministrowie od dyplomacji, gdy dzwoni ten bęcwał, oddają komórkę dziecku i przykazują: „powiedz temu panu, że tatuś pojechał na ryby i nie ma zasięgu”.
Minister Morawiecki za to dorównuje tatusiowi inteligencją i sprawia wrażenie, że jest w ostatnim stadium Alzheimera, bo co parę dni mówi co innego. Za to pomysły, jak tu nas oskubać, rosną jak grzyby po deszczu. Właśnie wymyślono ulgę podatkową dla tych, którzy i tak nie płacą podatku, przykręcając śrubę pozostałym, zatem tylko czekać na zniesienie podatku gruntowego bezdomnym. Ekonomiści wyliczają, że już w przyszłym roku mamy szansę na pogorszenie się standardu życia średnio o 20%. Za to krewni i znajomi królika, czyli PiS i kompani zaliczą wzrost o 50%. Jednym słowem rządowy program „chujowo+” galopem zbliża nas do PRL. Za rok osiągniemy epokę gierkowską, za dwa wczesnego Gomułkę. Za trzy znów będziemy produkować Syrenkę 101 i Warszawę M20. Za jakieś 25 lat polscy wynalazcy skonstruują pierwszą maszynę parową. A rząd się wyżywi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Tusk na białym koniu

Historia kołem się toczy. Tak brzmi współczesna polska przeróbka rzymskiego przysłowia o fortunie. Inne z przysłów mówi, że historia się lubi powtarzać. Ono także pasuje do obecnej sytuacji.
Tuż po wojnie wielu Polaków marzyło o tym, że liczebnie spore i dobrze uzbrojone Polskie Siły Zbrojne na zachodzie przybędą z generałem Andersem na czele i za zgodą i przy wsparciu zachodnich sojuszników uwolnią nas od komunistów i stalinowskiego nadzoru nad Polską. Stąd frazeologizm „Anders na białym koniu”. Tego zwrotu kpiąco używali też przedstawiciele władzy w Polsce Ludowej.
– Myślicie panowie szlachta, że przyjedzie Anders na białym koniu i będzie po staremu? – mówił jakiś anonimowy ubek dziadkowi, gdy go przesłuchiwał w czterdziestym dziewiątym roku. Dziadek żadnym tam panem szlachtą nie był, ale przedwojennym pepeesowcem i do połączonej „zjednoczonej” i robotniczej partii zapisywać się nie chciał.
Anders na białym koniu nie przyjechał i nie uwolnił Polski. I kilkadziesiąt lat później całkiem inni ludzie stosując metodę kropli, która drąży skałę, rozsadzili system, który zresztą od samego początku ulegał erozji. Komunizm, realny socjalizm – tak mówili niektórzy – lub inaczej kapitalizm państwowy, w którym to państwo było właścicielem wszystkich środków produkcji i jedynym kapitalistą, który nie znosił konkurencji, klęskę miał niejako w swoim genotypie.
Dziś Polska ponownie znalazła się w sytuacji, gdy znów mamy rządy ekonomicznych idiotów, a polityczne matołectwo stało się cnotą, więc znów rozmyślamy, kto nas uratuje. Na dodatek dziś wiemy, że nie zawiniła Jałta, nikt nas nie zdradził i nie sprzedał oprócz nas samych. I znów marzymy…
Przyjedzie z Brukseli Tusk na białym koniu? Czy Tusk uratuje kraj przed zniszczeniem, które nam w ekspresowym tempie banda idiotów, a może i zdrajców pod wodzą mentalnego kurdupla peerelowskiego kipiącego aż z nienawiści i tęskniącego za czasami swej młodości?
Gdy patrzymy na nieudolność obecnej opozycji parlamentarnej i żałosny brak pomysłów pozaparlamentarnej, to faktycznie pozostają marzenia. Nie mamy szczęścia do przywódców. Schetyna nadaje się na karbowego w folwarku, a charyzmy ma tyle, co krawężnik z betonu. Petru – choć ma doskonałą ekipę żeńską w swej partii – sprawia wrażenie, jakby pomiędzy podstawówką a studiami ekonomicznymi całkowicie pominął edukację licealną. Kijowski miota się między Scyllą a Charybdą, oznajmiając, że marzy mu się Dzień Niepodległości pod egidą nacjonalistyczno-antysemickiego Dmowskiego, a chwilę potem chciałby maszerować z narodowcami i falangą. Deklaruje, że nie jest przeciwnikiem PiSu, a nawołuje do demonstracji przeciw niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego. A w końcu kto niszczy ten Trybunał? Krasnale ogrodowe? Partia Razem chce z kolei demonstrować osobno, zaś SLD wciąż umiera z tęsknoty za PRLem i Magdaleną Ogórek równocześnie. Chyba za panią Ogórek bardziej, bo walą takie głupoty, że kwiatki na parapecie więdną. Panom z PSL to nic nie powiem, bo choćbym im wyjaśniał dzień i noc, to zrozumieliby z tego tyle, że są jak niedomyty psi tyłek…*.
Oczywiście Tusk za jakiś czas ma spore szanse zostać prezydentem, który stanie się takim rozjemcą narodowym i człowiekiem, który będzie umiał utemperować przywódców partyjnych, a może nauczyć ich trudnej sztuki kompromisu. Aby się tak jednak stało, potrzebne są wolne i demokratyczne wybory, które nie zostały dane nam raz na zawsze, a PiS ma zdecydowane zamiary przy ordynacjach wyborczych w naszym kraju manipulować.
Jednak żaden cud nie uratuje demokracji i przybycie Tuska z Brukseli, czy to w przyszłym roku, czy za trzy lata nic nie zmieni. Wręcz przeciwnie – dla Polski korzystne byłoby, gdyby przywódcy europejscy zdecydowali się przedłużyć jego kadencję aż do roku 2020.
A co w kraju? Pozostaje mieć nadzieję, że pisowskie programy takie jak Misiewicze+, Wyższe podatki+, Wdowy smoleńskie+, Ekshumacje+ oraz deportacja+ przeważą program 500+, zanim partia Kaczyńskiego całkowicie rozwali gospodarkę, wojsko, edukację i służbę zdrowia.


* Swobodne zapożyczenie z książki „Taniec kogutów”. Stanisława Broszkiewicza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

De gustibus

Starożytni mawiali, że o gustach się nie dyskutuje, a jednak od najdawniejszych czasów dyskusje o gustach są częste i budzą wiele emocji. Dzisiejszy tekst zapewne by również nie powstał, gdyby nie dyskusja, która wywiązała się po krytycznym artykule na temat gustu Polaków. Z artykułu wynikało – a chodziło o mieszkania – że Polacy to wyjątkowo niegustowna nacja, która do tej pory ma w mieszkaniach paskudne meblościanki, kiczowate fototapety i kolory będące odwzorowaniem chińskich kredek świecowych.
Lubię na pewnym forum audiofilskim oglądać zdjęcia w wątku, którego sens można oddać słowami: pokaż gdzie słuchasz muzyki. Na zdjęciach pojawiają się bardzo różne sprzęty, niektóre mają wartość większą niż luksusowe auto, inne raczej dowodzą wielkiego zaangażowania hobbysty, a nie jego dorobku materialnego. Często są to pokoje służące do szeroko pojętego relaksu i odpoczynku. Po angielsku mówi się living room, nasi nowobogaccy mówią salon, dawniej mówiło się pokój dzienny lub bawialnia.
Moja babcia, zdegradowana przez socjalizm mieszczka, mówiła bawialnia. Choć z przedwojennych sześciu pokoi zostały jej tylko dwa, to i tak nazywała je jak przed wojną: bawialnia i sypialnia.

listen1

Niektóre zdjęcia na forum przedstawiały dedykowane do słuchania i oglądania filmów prawdziwe salony. To były głównie zdjęcia z Północnej Ameryki, to tam mają większe domy i nie trzeba być Trumpem, by sobie taki salon zafundować. W Europie raczej dominują pokoje o wielu funkcjach. Choć część audiofilów miała swoje męskie jaskinie wyłącznie do słuchania. Niektóre pretendowały do miana prawie prawdziwych jaskiń, bo znajdowały się w piwnicach lub na poddaszach.
Trudno dyskutować o gustach. Te pokoje były bardzo rozmaite. W niektórych było wiele „miękkości” – dywany, poduszki i poduchy, zasłony z grubych tkanin. I nic dziwnego, chodzi przecież o rozpraszanie fal dźwiękowych i dobrą akustykę do słuchania, a nie tworzenia echa.

listen2

Zwykle łatwo było rozpoznać – robiliśmy sobie ze znajomymi takie zgaduj zgadule – skąd pochodzą zdjęcia. Te skandynawskie często były bardziej minimalistyczne, jasne i nowoczesne. Podobny gust miewają Holendrzy. Anglicy często gustowali w starszych meblach z prawdziwego drewna, niekoniecznie w stylu wiktoriańskim. Widać było na zdjęciach, że bardziej lubią tapety i kolorowe obrazy lub plakaty na ścianach. Ale w większości wszystkie zdjęcia miały jedną cechę. W pokojach nie było zbyt wiele mebli. Szafka na sprzęt i płyty, stolik pod telewizor, jakaś biblioteczka i to wszystko. To bardzo oczywiste. Większość mieszkań amerykańskich i zachodnioeuropejskich ma garderobę, w skandynawskich szafy ubraniowe znajdują się w sypialniach. W living roomach, salonach lub bawialniach – jakkolwiek je nazwiemy – nie ma potrzeby wstawiać szaf, komód i witryn. To w krajach dawnego obozu socjalistycznego były małe mieszkania z jednym większym pokojem, który pełnił wszystkie życiowe role, w pozostałych pokojach zwykle nie było za dużo miejsca, nawet na meble. Zatem gdy widzieliśmy meblościankę można było typować, że jest to kraj Europy Wschodniej, od Rosji po Rumunię, czy Polskę.

listen3

Zatem nieśmiertelne meblościanki były koniecznością, a nie dobrowolnym wyborem. Dzisiaj nadal wielu Polaków żyje w zbyt małych mieszkaniach. Nie ma – co prawda – nieśmiertelnych segmentów „Kowalskiego”, meble się zmieniły, są dziś dużo ładniejsze i nowocześniejsze. Ale nie ma co się dziwić, że wciąż jeszcze prawie pusty salon z kanapą i stolikiem należy do rzadkości. Niekiedy mam wrażenie, że w tych wszystkich krytykach, narzekaniach, przy równoczesnym zachwycie innymi krajam, jest coś z klasycznej noweli Sienkiewicza. Czasem ten stary grafoman trafiał w punkt. 😉

Nazajutrz powrócili państwo do dworu z Włoch wraz z panną i kawalerem, co się o nią starał. Kawaler mówił: – Quel beau pays que l’Italie. – I co to za lud artystów. On est heureux de chercher lá-bas des talents et de les protéger… – dodała panna.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Przestrzeń, która kształtuje świadomość

Czasem zdarzało mi się zastanawiać nad tym, w jaki sposób przestrzeń mieszkalna kształtuje naszą świadomość. To taka przewrotna trawestacja marksistowskiej tezy, że byt określa świadomość. Najbardziej interesuje mnie – rzecz jasna – moje pokolenie. Rozumiane bardzo szeroko, dzieci urodzone w Polsce po wojnie od końca lat czterdziestych do końca pięćdziesiątych. Warto wiedzieć, że przestrzeń, w której nam przyszło żyć, przeważnie przygotowano znacznie wcześniej, jeszcze przed wojną i nie myślano wówczas o nas.
Nie oszukujmy się – takich, którzy mieli okazję dorastać w willi na Żoliborzu, było stosunkowo niewielu. Większość ludzi zamieszkała w robotniczych domach, często w robotniczych dzielnicach. Niektórzy na tzw. ziemiach odzyskanych – od Gdańska po Wrocław. Czy zastanawialiście się jakie mieszkania budowano przed wojną dla mniej zamożnych ludzi?
W Polsce te najbiedniejsze były nie do pozazdroszczenia. Zwykle dwuizbowe – pokój z kuchnią, czasem dwa pokoje. Świetnie, jeśli była bieżąca woda. Wychodek na podwórku, jak na wsi budki z serduszkiem, kilka dla całego bloku. Takie mieszkania jeszcze w latach 70′ widziałem w Warszawie, na Targówku. Zamożniejsze miały łazienkę i bardzo często również dwa pokoje z kuchnią. Niemcy budowali nieco lepsze mieszkania robotnicze. W zasadzie wszystkie miały bieżącą wodę, ale wychodek był jeden wspólny na półpiętrze dla dwóch, trzech, a czasem nawet czterech mieszkań. Te lepsze mieszkania miały oczywiście łazienkę, zwykle z dużą wanną, a pokoje były znacząco większe.
Całkiem inaczej wyglądało to w niedalekiej Danii, gdzie nawet tanie mieszkania robotnicze były wyposażone w toaletę i rzecz jasna bieżącą wodę. Każdy kraj miał jakieś swoje typowe rozwiązania. W Danii kuchnie zwykle były niewielkie wąskie i jakby wykrojone z pozostałej przestrzeni. W Polsce kuchnie były średniej wielkości, zaś w Niemczech często większe. Jednak wtedy nikt nie myślał o prywatności potomstwa, ani rodziców tak, jak dziś. Jako dzieci wielu z nas dzieliło pokój z rodzeństwem, czasem nawet śpiąc na jednym tapczanie lub rozkładanej wersalce. Lekcje odrabiało się przy wspólnym stole, często w pokoju, który zwykle wszyscy nazywali „stołowym”. Nietrudno zgadnąć dlaczego. Czasami ten pokój był dla całej rodziny pokojem dziennym i dzieci musiały popołudniami dostosować się do oczekiwań rodziców, może dlatego częściej bawiły się na podwórku niż obecnie. Drugi pokój bywał dla całej rodziny sypialnią, a rodzice mieli w nim duże podwójne łóżko.
W opowiadaniu Heinricha Bölla, „Zwierzenia klowna” można znaleźć bardzo symptomatyczny fragment odnoszący się do niektórych problemów związanych z tą zbyt małą przestrzenią mieszkalną.

Zawsze wiedziałem, kiedy Wienekenowie dostawali pieniądze: w piątki; także u Schniewindów i Hollerathów można było poznać pierwszego i piętnastego każdego miesiąca, że mają gotówkę – zawsze wtedy było coś dodatkowego, dla każdego szczególnie gruby plasterek kiełbasy albo kawałek ciasta, a pani Wieneken chodziła w piątek rano do fryzjera, bo wczesnym wie­czorem… no, ty nazwałbyś to składaniem ofiary bogini Wenus.
– Co? – zawołał ojciec. – Nie chcesz chyba powiedzieć… – Zaczerwieniony przyglądał mi się kręcąc głową.
– Owszem, właśnie to chcę powiedzieć. W piątek wieczorem wysyłali dzieci do kina… Przedtem jeszcze wolno im było pójść na lody, tak że co najmniej trzy i pół godziny spędzały poza domem, kiedy matka wracała od fryzjera, a ojciec z tygodniową wypłatą. Wiesz przecież, że mieszkania robotnicze nie są duże.
– Chcesz powiedzieć, że wiedzieliście, dlaczego wysyłano dzieci do kina?
– Oczywiście nie tak dokładnie – odparłem – i właściwie zrozumiałem wszystko dopiero później, kiedy zastanawiałem się nad tym – i dopiero znacznie później stało się dla mnie jasne, dlaczego pani Wieneken była zawsze tak wzruszająco zarumieniona, kiedy wracaliśmy z kina i zabieraliśmy się do sałatki z kartofli.

W Polsce błyskawicznie rosła liczba ludności. W moim sąsiedztwie mieszkała wdowa z czwórką dzieci w dwóch pokojach. Dzieci dużo starsze ode mnie, więc szybko najstarszy syn się ożenił i zamieszkał w tym mieszkaniu z żoną, a po jakimś czasie z dzieckiem. Po jakimś czasie jedna córka wyszła za mąż i wprowadziła się wraz z mężem. Potem pojawiło się kolejne dziecko. Druga córka też miała dziecko, choć w tym wypadku nie było męża. Po kilku latach w dwóch pokojach mieszkało już dziesięć osób. Może to i przykład dość skrajny, ale podobnych przypadków zagęszczenia mieszkań było sporo. W Polsce długo nie budowano nic, wszelkie zasoby w tym zakresie kierując na odbudowę stolicy. Na początku lat sześćdziesiątych rozpoczęła się epoka budownictwa socjalistycznego także na prowincji. Budowano wciąż głównie mieszkania dwupokojowe, na dodatek miały małą kuchnię bez okna, w której z trudem mieściła się jedna osoba. Jako naród zaczęliśmy żyć w permanentnym zagęszczeniu. Dopiero w latach siedemdziesiątych niektórzy zaczęli się wprowadzać do nowych mieszkań, które były już nieco większe. Standardem stały się trzy pokoje, choć rozmiary tych mieszkań często nie przekraczały 50 metrów kwadratowych. Mieszkanie wciąż było dobrem pożądanym i luksusowym. Było komunalne lub spółdzielcza, bardzo rzadko własne. Bardziej przedsiębiorczy rodacy zaczynali budować własne domki. Brali kredyty bankowe, a potem całymi latami starali się wybudować dom przy permanentnym braku wszystkiego, oprócz piasku i wody.
Gdy po roku 1989 gminy przejęły na własność mieszkania komunalne, zaczęły je sprzedawać dotychczasowym lokatorom po bardzo preferencyjnych cenach. Mieszkania zwykle były w bardzo starych budynkach, w znacznym stopniu zdekapitalizowane i wymagające natychmiast drogich remontów. W ten sposób powstała polska klasa posiadaczy mieszkań, które na nowo zaczęły kształtować ich świadomość. Świadomość powiedziała im po latach, że ktoś ich znowu oszukał.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Po drugiej stronie lustra

Patrzę w lustro. Czterdzieści lat i czterdzieści funtów temu byłem przystojnym facetem. Dziewczyny. Mogłem wybierać. I obracać je na tylnym siedzeniu mojego buicka. Zwykle w piątki jeździliśmy całą bandą nad Laramie. Po potańcówce. Nieważne, tak naprawdę jedyna, która mi dała, to Amy. I zaraz zaszła. Nawet do college’u nie poszedłem, bo trzeba było się żenić.
Ale i tak jakąś tam karierę zrobiłem. Jestem kierownikiem działu odzieżowego w Walmarcie. Same cipy ze mną pracują. Czasem sobie jakąś klepnę po zgrabnym tyłku. Wiem, gdzie kamery nie zauważą. Wendy też pracowała w Walmarcie. Mieliśmy romansik. Nieźle loda robiła.
Wszystko to do dupy. Wendy uciekła z Amy. Tak z moją żoną. Dziesięć lat temu do Las Vegas. W całej dzielnicy się ze mnie śmieją.
Patrzę na siebie w tym lustrze, a czoło coraz bardziej się zbliża do kołnierzyka. Jeszcze da się zaczesać. Trochę z tyłu trochę z boku i odrobina lakieru do włosów. Takiego super strong. To lustro ma plamy. A może to ja mam plamy na twarzy.
Teraz już jestem sam w domu. John, mój syn, wyjechał parę lat temu. Gdzieś – powiedział – przed siebie do innego świata. Ostatnią pocztówkę przysłał mi rok temu. Z Hanoi. A myśmy tych żółtków naparzali. Po co? Żeby mój syn u tych komunistów teraz mieszkał?
Sue to moja córka. Nie odzywa się do mnie. Wywaliłem szmatę, jak się zaczęła prowadzać z tym gnojkiem od Haleyów. Co z tego, że lekarz. Czarnuch to czarnuch. I chuj. Teraz to mogę tylko do lustra tak powiedzieć, bo poprawność polityczna. Ameryka schodzi na psy.
Patrzę w lustro. To ja. Sześćdziesiąt lat i teraz przed emeryturą chcą mnie wywalić, bo nie umiem tych komputerów. Dranie. Muszę iść. Może jednak nie zwolnią.
Dlaczego nie mam głosować na Trumpa?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Don’t worry. Keep pussy.

Nowe amerykańskie hasło. Na dziś. Amerykanie mają Trumpa. Sami sobie wybrali, tak jak Węgrzy Orbana, Turcy Erdogana, a Polacy Kaczyńskiego. Nie będzie lepiej, ale będzie śmieszniej. Waszczykowski ma nadzieję, że Trump zniesie wizy. A jeden z moich znajomych twierdzi, że Trump złapie Dudę za cipę podczas najbliższego spotkania.
A u nas taniec na grobach. Smoleńsk, Smoleńsk über alles. Naprawdę jest ciekawie.
Kiedyś marzyłem, by dożyć końca świata i zobaczyć jaki on będzie. Dzisiaj okazuje się, że mam szansę.

trump

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (6 votes cast)

Supeł

Jestem w kropce. Wyobraźcie sobie, że czytacie książkę, w której trudno jest odnaleźć jakieś sympatyczne postaci. Na dodatek zagmatwanie wątków i postaci powoduje, że czytacie tę książkę niecierpliwie jak kryminał z wartką akcją. Tylko że spora część wydarzeń rozgrywa się w czasach dla nas już historycznych i nawet jeśli wydarzenia nie są prawdziwe, to nie sposób w nich znaleźć jakiś błąd. Włosi mawiają w takich wypadkach se non e vero, e ben trovato. To określenie w literaturze oznacza szczególnie dobrze umocowaną w realiach fikcję.
Splot wydarzeń jest niezwykły, ale do bólu możliwy i nie dający się podważyć, a kiedy już rozgryzamy to ziarnko tajemnicy okazuje się ono być ziarnkiem pieprzu, a na dodatek widzimy jak równocześnie z nami zaskoczona jest główna bohaterka.

Siedzę przez długą chwilę całkowicie oniemiała. Moja babka była Żydówką, dziadek hitlerowcem, matka komunistką, a ojciec — z tego, co Ina dała mi do zrozumienia — radzieckim szpiegiem. Przecież to jakaś monstrualna bzdura! Takie rzeczy nie są możliwe!

A jednak. Do tego wszystkiego jest jeszcze trup w symbolicznej szafie, do którego w końcowych sekwencjach zmierza wartka i potoczysta narracja. Na dodatek ta narracja jest prowadzona naprzemiennie przez występujące w książce postaci. Nie brakuje też mocnych scen obyczajowych i bezlitosnego podsumowania polskiej historii dwudziestego wieku. Ten mniej lub bardziej symboliczny trup w szafie kryje się w historii wielu polskich rodzin. Jednak mało jest takich, które potrafią szafę uprzątnąć i głośno o tym trupie powiedzieć. Wiem co mówię, bo i w mojej rodzinie tkwił trup w szafie przez ponad pięćdziesiąt lat.
Nie będę jednak opowiadać fabuły, bo element suspensu jest w niej zbyt ważny. To jest po prostu książka, którą każdy powinien przeczytać.
Marcin Szczygielski, Poczet królowych polskich – polecam.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Zamieszkaj w kurniku

Jak mieszkać na powierzchni mniejszej niż 50 metrów kwadratowych? Każdy, kto urodził się w PRL będzie to lepiej lub gorzej pamiętał. Po wojnie kraj był zniszczony, a problem mieszkań, który się wtedy pojawił, nie został rozwiązany do dzisiaj. Warunki klimatyczne nie pozwalają nam mieszkać w slumsach z kartonu lub blachy falistej, gdyby było inaczej, zapewne bylibyśmy krajem kartonowych domków. Przedwojenne (także poniemieckie na ziemiach „odzyskanych”) mieszkania najczęściej dzielono na kilka mniejszych, z wyjątkiem tych o niższym standardzie i rozmiarach, które były mieszkaniami robotniczymi. Jednak jeszcze w latach sześćdziesiątych jeśli na osobę przypadało więcej niż 5 metrów kwadratowych, urząd kwaterunkowy mógł dokwaterować dodatkowego lokatora. Zwykle się tak nie działo, ludzie mieli dzieci, więc ta groźba nie była realna. Jednak w przypadku np. bezdzietnego małżeństwa żyjącego w dwóch pokojach z kuchnią sprawa mogła wyglądać zupełnie inaczej. Oczywiście przez cały czas PRL władze intensywnie rozwiązywały problem mieszkaniowy, budując nowe bloki z bardzo malutkimi mieszkaniami. W tzw. okresie gomułkowskim zmieniono nawet normy, by można było budować mieszkania z „ciemną” kuchnią. Inaczej mówiąc – bez okna.
Jednym słowem mieszkanie w pokoikach, w których zaledwie mieścił się jakiś tapczan do spania, było w naszych warunkach normą. W Europie Zachodniej wyglądało to całkiem inaczej. Najmniej przejmowano się kwestią metrażu w ciepłych południowych krajach. Jednocześnie też struktura mieszkań była inna. W Hiszpanii charakterystyczne było patio otoczone pozostałymi pomieszczeniami, w Grecji często centralną funkcję spełniał przydomowy ogród lub taras. W chłodniejszym klimacie centralnym punktem spotkań rodzinnych był tzw. living room łączący funkcje jadalni oraz pokoju do wypoczynku, w późniejszych latach również pokoju telewizyjnego. Członkowie rodziny mieli swoje własne pokoje – sypialnie i dotyczyło to również rodziców. W Polsce Ludowej salon był równocześnie sypialnią rodziców, a mało wygodna wersalka ich łóżkiem.
Jeszcze inaczej było w Stanach Zjednoczonych. Tam przeciętny dom znajdujący się zwykle na przedmieściach miał ponad 200 metrów kwadratowych. Miał osobne pomieszczenia gospodarcze – pralnię, suszarnię, garaż i pokoje dla wszystkich. Rzecz jasna była też jakaś część populacji mieszkająca w budynkach wielorodzinnych, jednak nie bez przyczyny ogromne miasta amerykańskie to rozległe powierzchniowo osiedla mieszkalne składające się z jednorodzinnych domów. Nie wszyscy jednak korzystali z tego amerykańskiego dobrobytu. Stevie Wonder w piosence „Big Brother” śpiewał: we live in a house the size of a matchbox. Getta murzyńskie dalekie bowiem były od tego amerykańskiego ideału.
Dziś amerykański ideał mieszkania zmienia się nie z powodu rosnących gett murzyńskich, ale ubożejącego społeczeństwa. Programy lifestylowe usiłują tę biedę przekuć w nowy trend. Żyj na mniejszej powierzchni, miej mniej rzeczy. Jednym słowem bardziej być, a mniej mieć. Nie sposób kłócić się z pozytywną wymową takiego trendu. Choć nie sposób też pozbyć się złośliwego komentarza, że żadni z nich trendsetterzy, my w Europie Wschodniej już to przećwiczyliśmy dawno temu. Zamiast przez lata rozwijać kapitalizm, który doprowadził do tego, że dziś trzydziestoletni Amerykanie mogą sobie pozwolić na domek lub kawalerkę o wielkości dwudziestu paru metrów, mogli sobie zafundować realny socjalizm i dziś by z tego wychodzili, tak jak my.
Jakiś czas temu głośna była historia informatyczki z San Francisco, pracującej w znanej firmie, która publicznie na Facebooku poskarżyła się, że nawet pracując na odpowiedzialnym stanowisku nie jest w stanie opłacić kosztów mieszkania w drożejącym wciąż mieście. Reakcją właściciela firmy było zwolnienie jej z pracy.
Lubię programy takie jak „Tiny House Nation”. Pomysły w tych małych mieszkaniach i domkach są często bardzo interesujące, a czasem są to wręcz perły architektury. Życie na małej przestrzeni jest zapewne niezłym pomysłem dla niektórych, ale na miłość boską, nie dla wszystkich. W XX wieku badania psychologiczne i biologiczne ponad wszelką wątpliwość pozwoliły na udowodnienie, że dla prawidłowego rozwoju niezbędne jest zachowanie pewnego obszaru prywatności, że zakłócenie go grozi wzrostem agresji i patologią zachowań społecznych. Nawet bardzo kochająca się rodzina składa się z jednostek autonomicznych, które potrzebują czasem pewnej izolacji. O ile można założyć sens mieszkania w domku o powierzchni dwudziestu metrów w przypadku młodych rodziców z niemowlęciem lub bardzo małym dzieckiem, o tyle mieszkanie czteroosobowej rodziny z dwoma nastolatkami różnej płci na powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych to nie jest żaden styl życia, ale hodowla szczurów w zbyt ciasnej klatce. I tu pojawia się konstatacja, że chyba świat nie idzie w dobrym kierunku.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.3/10 (3 votes cast)