Czas wojny, czas pokoju

W mojej rodzinie należę do pierwszego pokolenia, które nie uczestniczyło w żadnej wojnie. Pradziadek walczył w wojnie francusko-pruskiej. Były zabory i taki był los Polaków. Dziadkowie z obu stron przeżyli Pierwszą i Drugą Wojnę Światową. Przy czym dziadek ze strony mojej mamy walczył w tej Pierwszej w armii niemieckiej. Taki był los Polaków pod zaborami. Rodzice przeżyli Drugą Wojnę Światową.
Ja zaś należę do pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Prawdę mówiąc, to jestem niejako epigonem. Bo ten wyż zaczął zmniejszać się pod koniec lat pięćdziesiątych. Zatem najstarsi z mojego pokolenia mają dziś koło siedemdziesiątki, najmłodsi też nie są już młodzi, zbliżają się do sześćdziesiątego roku życia. Pierwsze pokolenie w Europie żyjące w czasach pokoju. Potem przyszło na świat drugie „pokojowe” pokolenie. Drugie, które nie zaznało wojny. Nasze dzieci. Dziś rodzą się już wnuki naszych dzieci, a więc trzecie pokolenie czasów pokoju.
Nie chwal dnia przed wieczorem – mówi stare przysłowie. Czy Europa wytrzyma bez wojny choćby sto lat? Czy to moje pokolenie zdąży umrzeć w czasach pokoju? Gdy obserwuję świat wokół mnie, jestem pełen złych przeczuć. Zjednoczona Europa, budowana mozolnie i powoli przez dziesiątki lat, na naszych oczach przestaje istnieć, tendencje separatystyczne pojawiają się powoli wszędzie, a służą głównie jednemu celowi. Mają pokazać obywatelom, kto jest winien, kto stoi na drodze do powszechnego dobrobytu i szczęśliwości. W Zjednoczonym Królestwie – podpalonym euforią brexitu – to imigranci, ale wcale nie ci, o których myślą nasi narodowcy. Przyczyną wszelkiego zła na Wyspach są pracownicy z Europy Wschodniej. Głównie Polacy, to Polaków nienawidzi się tam gorąco. W Polsce nienawidzi się wszystkich. I obcych, i swoich.
Niedługo pojawią się znów granice, druty kolczaste i wieżyczki strażnicze. Najpierw nieufność, potem nienawiść. Najpierw wojny celne, potem granaty, bomby i karabiny. Kto pierwszy rzuci hasło, by zabrać sąsiadom to, co uważamy za nasze? Kto pierwszy rzuci ideę Lebensraumu dla narodu? W którym kraju – jako pierwszym – nacjonalizm, faszyzm i rasizm osiągnie poziom wrzenia?
A gdy to już się stanie, apokaliptyczne fantazje, o których dziś czytamy lub które oglądamy na filmach, będą śmiesznie dziecinne i niegroźne. Każda kolejna wojna na świecie jest coraz okrutniejsza i nieludzka. Ta, która nadchodzi, zadziwi wszystkich poziomem zezwierzęcenia ludzkości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Sztandar wyprowadzić

Myliłem się. Po ubiegłorocznych jesiennych wyborach sądziłem, że Platforma Obywatelska jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, że tylko jakieś zdecydowane przywództwo może ją ocalić, pozbierać do kupy i postawić na baczność partię, która przypominała wówczas rozgromione w bitwie tabory, pełne zdezorientowanych i pobitych ciurów obozowych. Przywódcą nie mogła być Ewa Kopacz, ponieważ na niej spoczywała formalna odpowiedzialność za porażkę wyborczą. Nie nadawał się Rafał Trzaskowski, ani Borys Budka, bowiem brakowało im zaplecza w partii, nie byli przywódcami. Na placu boju został jedynie Grzegorz Schetyna. Wbrew moim nadziejom, skupił się jedynie na wyrzucaniu z partii swoich przeciwników. Parafrazując stary dowcip związany z Gomułką, Platforma po wyborach stała nad krawędzią przepaści, a dziś zrobiła ogromny krok naprzód. Tak przynajmniej wynika z wywiadu, który ukazał się w czasopiśmie „Do rzeczy”.

Jestem zwolennikiem utrzymania przez PO konserwatywnej kotwicy. Chcę powrotu do źródeł Platformy, czyli jej liberalno-konserwatywnego charakteru. Chcę też, by była w swoim przekazie chadecka. (Grzegorz Schetyna)

„Do rzeczy” jest w naszym prawicowym krajobrazie medialnym taką mutacją „Niezależnej” dla czytelników z maturą. Zatem wielce symboliczne stają się zwierzenia szefa Platformy w rozmowie z Markiem Migalskim, który jeszcze niedawno był jednym z tzw. spin doktorów w PiS. Migalski pyta Schetynę czy Platforma skończy z lewicowymi eksperymentami. Prawdę powiedziawszy, nie przypominam sobie żadnego lewicowego eksperymentu Platformy, chyba że – wzorem katolickich działaczy PiS – uznamy za taki ratyfikację europejskiej konwencji antyprzemocowej. Podsumowując osiem lat rządów Platformy i PSL, nie znajdziemy zbyt wiele działań, które tak naprawdę zmierzałyby do pozyskania lewicowego elektoratu. Polski parlament nie przyjął Karty Praw Podstawowych, z wielkim trudem odrzucił ultrakonserwatywny projekt zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej. Nie udało się zlikwidować Funduszu Kościelnego i zamienić go na odpis podatkowy, nie udało się zmniejszyć finansowania Kościoła przez państwo. Wręcz przeciwnie – to rząd Platformy dotował milionami budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Chociaż rządy koalicji PO i PSL były najlepszym okresem w ostatnim ćwierćwieczu, to niestety nie zrobiły zbyt wiele, by z postępu cywilizacyjnego Polski mogli być dumni nie tylko zaradni beneficjenci klasy posiadającej, ale również uboga kasjerka z „Biedronki”.
Jedynym działaniem, które można od biedy uznać za lewicowy eksperyment, było znaczące podwyższenie płacy minimalnej, która przez lata pozostawała na głodowym wręcz poziomie. Schetyna nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych przyczyn klęski PO i odpowiada: Tak, bo lewicowy elektorat socjalny, w związku z „500+”, zameldował się w PiS, a reszta to raczej Partia Razem, środowiska LGBT.
Tłumacząc to z polskiego na „nasze”: Margines wybierze PiS, bo dostanie za darmo kasę, a reszta to lewactwo i pedały.
Inny polityk Platformy, Bartłomiej Sienkiewicz na ponad rok przed wyborami zauważył, że jeśli przeciętny Polak nie zacznie odczuwać tego postępu ekonomicznego także we własnym portfelu to z Platformy po wyborach zostanie „ch***, d*** i kamieni kupa”, co właśnie się stało. Schetyna jest idiotą, jeśli myśli, że jest w stanie przebić pisowskie lizusostwo wobec Kościoła Katolickiego. To nie katolicki konserwatyzm dał Platformie osiem lat rządów, ale właśnie otwarcie się na bardzo szeroką grupę wyborców centrowych.

Dzisiaj wyraźnie widać, że Europa idzie na prawo. W wyniku różnych czynników. Społeczeństwa europejskie będą szukać konserwatywnego modelu politycznego. I gdy będzie to oparte na chrześcijaństwie, to właśnie taki model może być przyszłością kilku najbliższych dekad. (Grzegorz Schetyna)

Jeśli traktować poważnie te wynurzenia Schetyny, to powinniśmy niedługo zobaczyć polityków Platformy w zielonych koszulkach z symbolami ONR palących race na Marszu Niepodległości i krzyczących pod siedzibą „Agory” na Czerskiej: „Precz z komuną!” Przydałyby się jeszcze bojówki napadające na ciemnoskórych imigrantów, bo tylko w ten sposób Platforma mogłaby przebić ksenofobiczny i rasistowski wizerunek PiS.
Jak widać, Schetyna nie tylko nie ma pojęcia, dlaczego Platforma wygrywała wybory w 2007 i 2011 roku, ale jeszcze bardziej nie ma pojęcia dlaczego je przegrała w 2015. Dziś miliony wyborców, którzy na Platformę głosowali, często jako na mniejsze zło, nie będą już głosować na schetynową podróbkę Prawa i Sprawiedliwości. Bo i po co. Sztandar wyprowadzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Rok nie wyrok

Rok nie wyrok. Dwa lata jak dla brata. Tak mówiło dawne porzekadło, popularne w kręgach złodziejaszków w czasach PRL. W świetle tego, że jeden z oskarżonych w tzw. aferze mięsnej dostał karę śmierci, porzekadło miało swój głęboki sens.
Dziś mija rok od momentu, gdy swój pięcioletni wyrok zaczął odsiadywać Andrzej Duda. Klatka co prawda jest złota. Żyrandol, którego ma pilnować, kryształowy, ale wyłącznik znajduje się na Nowogrodzkiej w siedzibie najjaśniejszego cesarza PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś nawet pomyślałem sobie, że tak musiał się czuć Stanisław August Poniatowski ze świadomością, że jest królem malowanym, od którego nic nie zależy. Ale nie. To nie tak. Ostatniego króla Polski przeciwnicy nazywali „ciołkiem”, co niezbyt dobrze o nim świadczy, pomimo to trudno porównywać Andrzeja Dudę do niego. Poniatowski biegle znał kilka języków.
Jeśli się jednak dobrze przyjrzeć, można znaleźć pewne podobieństwa. Obaj byli tylko tytularnymi przywódcami Polski. Poniatowski całkowicie był uzależniony od swej byłej kochanki carycy Katarzyny, to ona uczyniła go królem i ona wymagała określonych działań, zaś on spełniał jej rozkazy. Duda został wyniesiony z trzeciego rzędu przeciętnych partyjniaków przez Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko prezydenta Polski i odtąd wykonuje jego rozkazy. Poniatowski jednak parę razy się zbuntował. Jednym z momentów była próba ratowania państwa w okresie Sejmu Czteroletniego. Andrzej Duda zaś posłusznie wypełnia i będzie wypełniał polecenia Kaczyńskiego. O Stanisławie Poniatowskim rzec można, że pomimo swej słabości politycznej, usiłował dla kraju uczynić coś pożytecznego, choćby w dziedzinie sztuki i edukacji. Był postacią tragiczną. Andrzej Duda jest postacią śmieszną i żałosną, dzięki której Kaczyński może niszczyć Polskę.
Ostatni król Polski po abdykacji ostatnie swe lata przeżył na wygnaniu w hańbie i zapomnieniu. Andrzej Duda nie zasłużył na lepszy los.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Syryjczyk zabił Polkę

W zasadzie można ten tytuł wyrazić mocniej. Syryjczyk zamordował Polkę. A może jeszcze ostrzej? Islamista z Syrii zamordował naszą rodaczkę maczetą. Za słabo? Islamski terrorysta z Syrii zamordował matkę Polkę maczetą. A co? Była prawdopodobnie w ciąży.
A gdyby tak dokładniej opisywać wszelkie zabójstwa, których niemało się zdarza w naszym kraju? Wyobraźmy sobie szczegółowe opisy zwracające uwagę na narodowość i religię sprawcy.

Kraków. Zatrzymano Polaka wyznania katolickiego podejrzewanego o zabójstwo angielskiej studentki
44-letni Polak, wyznawca religii katolickiej jest podejrzewany o zabójstwo studentki 21-letniej studentki z Anglii, której ciało znaleziono w sobotę niedaleko nasypu kolejowego przy ul. Siewnej w Krakowie.

Trzej katolicy z Polski zamordowali milionera. Ukradli mu zegarek
Po roku od morderstwa brytyjskiego milionera Miltiadesa Papadopoulosa sąd uznał winnymi zbrodni trzech katolików z Polski. Jedyną rzeczą, jaką zrabowali podczas napadu na posiadłość Papadopoulosa okazał się jego zegarek. Wyrok zostanie ogłoszony w piątek

Katolicki imigrant z Polski skazany na dożywocie za morderstwo i wrzucenie ciała do kanału
Sąd w Londynie uznał za winnego popełnienia morderstwa Tomasza Kocika, który zabił i wrzucił do jednego z londyńskich kanałów ciało swojej dziewczyny – podaje dziennik „The Guardian”.

Szczególnie ostatnia wiadomość słusznie nasuwałaby wątpliwości. Oskarżony zabił swoją dziewczynę, całkiem prawdopodobne, że również Polkę. Zbrodnia związana była w jakiś sposób z osobistymi relacjami dwojga osób i ani narodowość, ani wyznawana religia nie mają tu nic do rzeczy.
Również mężczyzna z Syrii związany był z kobietą z Polski, do zbrodni doszło w afekcie i nie ma żadnego znaczenia narodowość sprawcy ani jego religia. Jednak hucpa rozpętana przez prawicowe media i skretyniałych polityków w rodzaju Pawła Kukiza osiągnęła szczyty absurdu. Kukiz nawet zażądał ekstradycji sprawcy, by go osądzić i wykonać karę w Polsce. Sprawdzenie zasadności ekstradycji i warunków, które musiałby być spełnione przekraczało już możliwości tego notorycznego kretyna.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Język i świat

W pewnym dość znanym serialu kryminalnym, którego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, jeden z odcinków opowiada o dochodzeniu prowadzonym przez agenta FBI wspomaganego przez naukowców ze Smithsonian Institution, a sprawa dotyczy śmierci młodej Japonki. Gdy już udaje się identyfikacja zwłok, z Japonii przybywa brat zabitej i japoński naukowiec – kryminolog – doktor Tanaka. Ten wstęp niestety wprowadza w błąd czytelnika, bo użycie języka polskiego sugeruje, że doktor Tanaka to mężczyzna. W filmie nie jest to oczywiste, ponieważ doktor Tanaka to młoda osoba, której płci nie identyfikuje ubiór ani fryzura. Wygląda jak postać z mangi. I Amerykanie, którym pomaga – w sposób sprawny i fachowy – rozwiązać zagadkę zabójstwa młodej Japonki, do końca nie mają pojęcia, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Aby nie okazać grubiaństwa nie zadają bezpośredniego pytania, więc nie dowiadują się tego do końca.
Zauważmy, że w języku polskim byłoby to kompletnie niemożliwe. Tylko czasowniki w czasie teraźniejszym oraz dokonane w czasie przyszłym nie mają rodzaju. Już pierwsze użycie czasu przeszłego zmusiłoby doktora lub doktor Tanakę do określenia swojej płci, a przecież nie można omawiać skomplikowanych zagadnień kryminalistycznych operując wyłącznie czasem teraźniejszym i przyszłym dokonanym.
Angielski jednak to umożliwia, ponieważ czasowniki nie zawierają informacji o rodzaju, a ponadto angielskie pojmowanie rodzajów bywa dziwne dla kogoś wychowanego w polskim kręgu językowym. Na przykład statek (ship) to jest po angielsku ona (she), choć po polsku jest to rodzaj męski, ale nieosobowy, więc zgodnie z naszą logiką oczekiwalibyśmy angielskiego to (it).
W języku polskim rodzaj jest tak bardzo związany z czasownikami, że nieznajomość czyjejś płci może być deprymująca. Dawno temu w czasach dzieci-kwiatów, gdy i w Polsce modna była odzież unisex, a chłopcy i dziewczęta nosili jednakowo długie włosy, moja rodzicielka w autobusie miejskim, chcąc się dopchać do kasownika biletów, natrafiła na osobę płci niewiadomej, ubraną w długie spodnie dzwony, kwiecistą bluzkę i z długimi blond włosami. Na dodatek osoba ta miała gładką twarz i duże przeciwsłoneczne okulary. Skonsternowana rodzicielka zapytała więc: „Czy ono mogłoby się posunąć, bo chcę skasować bilet?”
Anegdotki i wspomnienia mamy już za sobą. Podałem przykłady, ale wciąż nie jest zapewne jasne po co. Dawno temu w czasach ogólniaka, gdy moja przyszłość rozgałęziała się w wielu możliwych kierunkach, trafiłem na tekst, w którym pojawiała się ogólnie sformułowana teoria dotycząca językowego obrazu świata. Pamięć mnie dziś zawodzi. Może to był Eliade, może Humboldt… w każdym razie poczułem się wówczas, jakby mnie jasny piorun strzelił. Zrozumiałem, że jeśli chcę zrozumieć świat, w którym żyję, to studia językowe są oczywistym wyborem.
Wpływ języka na sposób myślenia i zachowanie ludzi posługujących się nim jest bezpośredni i oddziaływa na świadomość człowieka oraz kształtuje jego obraz rzeczywistości.

Społeczeństwa posługujące się odrębnymi językami „żyją w różnych światach, a nie w jednym świecie, który opatrzony został odmiennymi etykietkami”. Nasze „nawyki językowe” z góry narzucają nam pewne wybory i interpretacje rzeczywistości, dlatego widzimy, słyszymy i doznajemy tak właśnie, jak zakłada system naszego języka (Edward Sapir).

Ten pogląd nazywany jest hipotezą Sapira-Wharfa, a mocniej teorią determinizmu językowego. Choć wielu naukowcom wydaje się do dziś zbyt rewolucyjna, to przyglądając się rzeczywistości, znajdujemy często jej potwierdzenia.
Dziś w Polsce często zauważamy, że społeczeństwo jest podzielone, a linią podziału jest stosunek do działań Prawa i Sprawiedliwości. Niektórzy zauważają, że sprawia to wrażenie, jak by dwie grupy społeczne egzystowały w całkowicie różnych światach i pomimo podobieństwa słów mówiły innymi językami. Nie jest to wcale tak absurdalne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pracując jako nauczyciel, badałem tzw. zasób słownictwa czynnego i biernego absolwentów szkoły podstawowej. Słownictwo czynne to słowa, które rozumiemy i używamy, zaś bierne to tylko te, które rozumiemy, gdy ktoś do nas mówi (lub gdy czytamy). Według mnie w tamtym czasie przeciętny ósmoklasista miał 400 słów w zasobie słownictwa czynnego i od osiemset do tysiąca w zasobie słownictwa biernego. Eufemistycznie mówiąc nie jest to imponujący wynik, jeśli zważymy, że w słowniku języka polskiego znajduje się około 130 tysięcy haseł. I w ten sposób dochodzimy do sedna problemu. Zwolennikami PiS są przede wszystkim ludzie słabo wykształceni o mizernych kompetencjach językowych, dlatego też do nich trafia uproszczony przekaz wartościujący. My – Polacy i katolicy, tradycja, chrześcijaństwo i wartości rodzinne. Oni – obcy, gender, ateizm, homopropaganda, zło, islam, terror, rozpad i śmierć.
My – dobra zmiana. Oni – oderwani od koryta. Politykom PiS pomaga też używanie typowo komunistycznej nowomowy, do której polskie społeczeństwo nawykło przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL. Ta grupa społeczeństwa, którą przerasta zbyt skomplikowany obraz świata, bo nie potrafi go zwerbalizować, nazwać i określić jego złożoności za pomocą przyswojonych przez siebie czterystu słów, jest wdzięcznym obiektem manipulacji dla politycznej propagandy ludzi Jarosława Kaczyńskiego. Nic też dziwnego, że druga grupa stojąca na przeciwległym biegunie politycznym jest zróżnicowana, bo w ich wizji świata jest miejsce na lewicę i prawicę, na religijność i ateizm, na różne partie, które rację mogą mieć tylko częściowo. Są zatem podzieleni. Rozumieją i potrafią nazwać złożoność otaczającego ich świata, ale nie potrafią zrozumieć uproszczeń i przekłamań, którymi posługuje się druga strona politycznego sporu.
Odwołując się do teorii determinizmu językowego można też wyjaśnić, dlaczego właśnie w krajach słowiańskich występuje najwięcej problemów związanych ze sprawami tzw. płci społecznej, a szerzej z tym, co określa się mianem gender. To nie tylko tradycyjna religijność Polaków lub wpływ cerkwi na Rosjan. Nie tylko wpływ restrykcyjnego pod względem kwestii płci systemu komunistycznego, który przez dziesiątki lat kształtował świadomość ludzi. Bardzo duży wpływ ma także system językowy, który właśnie w językach słowiańskich nierozerwalnie wręcz związany jest rodzajowymi formami czasowników. U nas bowiem tylko w przypadku małego dziecka dopuszczalne jest jego określenie rodzajem nijakim, ale zawsze dąży się do możliwie szybkiego sprecyzowania, czy to dziecko to dziewczynka, czy chłopiec.
Dziś często hipotezę Sapira-Wharfa się krytykuje w środowiskach antropologów i socjologów, a tymczasem Polska stała się doskonałym przykładem, jak kompetencje językowe mogą wpływać na postrzeganie i ocenę rzeczywistości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Sztuka sakralna

Od zarania ludzkości splatają się w życiu człowieka dwie strefy – sacrum i profanum. I choć od zawsze dążymy do sacrum, nie jesteśmy w stanie uwolnić się od profanum. Taka już nasza ludzka natura. Rzeczywistość skrzeczy. Jeść trzeba, a więc i jedzenie zdobywać, jak już się najemy, to chce się chędożyć, a potem z tego chędożenia jest potomstwo, więc znów pojawia się kwestia zdobywania jedzenia, a w naszych europejskich warunkach jeszcze jakiegoś dachu nad głową. I tak się miota ta ludzka istota.
Już przed tysiącami lat nasz przodek brał do ręki kamienny toporek i w wolnej chwili ciosał jakiegoś bałwana, któremu się potem w pas kłaniał. Czasem też wraz ze współplemieńcami pląsał poprzebierany i pomalowany w takt bębnów wokół tego wymalowanego kloca. Taka to była siła tego sacrum.
Gdy już nastąpiło chrześcijaństwo, a poziom cywilizacji też był inny niż w zamierzchłej prehistorii, kolejni nasi antenaci miewali nieodpartą potrzebę wspięcia się na wyżyny sacrum. Taki Michał Anioł na przykład malował kościelne sufity, a że sacrum myliło mu się nieraz z chędożeniem, które też lubił, to malował boskie postaci na golasa.
Z kolei polski malarz Jan Styka, który prócz współautorstwa „Panoramy Racławickiej” ma na swoim koncie przede wszystkim obrazy religijne, tematykę religijną malował na klęczkach, aby tym bardziej zbliżyć się do sfery sacrum. W artystycznym środowisku krążyło wiele anegdot wykpiwających jego dewocyjną pobożność. Jedna z nich mówiła, że malujący Styka zobaczył Boga, który pogroził mu palcem i rzekł: „Styka, ty mnie nie maluj na klęczkach, ty mnie maluj dobrze”.
jp2
Niestety jak widać Bóg rzadko objawia się współczesnym artystom dążącym do sacrum. I dlatego właśnie nasz kraj przepełniony jest koszmarnymi krasnalami ogrodowymi rozmaitej wielkości, które wszystkie pretendują do miana pomników Karola Wojtyły, czyli jedynego prawdziwego papieża polskich katolików.
Inni z kolei w tej zaiste świętej pasji utrwalają rozmaite bohomazy na ścianach budynków. Im większych, tym lepiej. Tak jak ci wspaniali czciciele, którzy usiłowali na ścianie hotelu pielęgniarek w Krakowie, przedstawić postaci świętych – Faustyny i Karola Wojtyły.
I taka się refleksja na myśl ciśnie, że może czasem mniej nam sacrum potrzeba, a więcej profanum. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Syndrom Zbyszka z Bogdańca

Zapewne nawet absolwenci gimnazjum pamiętają z „Krzyżaków” Sienkiewicza ten fragment, gdy Zbyszko z Bogdańca, młody przedstawiciel klasy rycerskiej, ślubuje Danusi – córce słynnego Juranda ze Spychowa – ubić paru rycerzy krzyżackich i czuby z pawich piór, które noszą, złożyć jej u nóg. Skończyło się to zaatakowaniem posła krzyżackiego i w następstwie tego czynu sądem kasztelańskim, na którym taka oto scena się rozegrała:

— Możesz-li na mękę Pańską poprzysiąc, żeś płaszcza i krzyża nie widział?
— Nijak! — odpowiedział Zbyszko — żeby ja krzyża nie widział, to myślałbym, że to nasz rycerz, a w naszego przecie bym nie godził.
— A jakoż mógł się inny Krzyżak pod Krakowem znajdować, jeśli nie poseł albo nie z poselskiego pocztu?

Prawda. Gdyby Zbyszko był choć odrobinę inteligentniejszy od swego konia zadałby sobie pytanie, jakim cudem rycerz krzyżacki mógł się znaleźć w okolicach Krakowa? Było to przecież państwo wrogie i Królestwo Polskie było na krawędzi wojny z Zakonem. Przypadkiem odkrył Sienkiewicz przed czytelnikami smutną prawdę, że napakowanych agresywnych idiotów nie brakowało nam już w średniowieczu.
To samo dzieje się dzisiaj, bo jakiś łysy Maniek, pod wpływem opowieści kumpli z Marszu Niepodległości, ubzdurał sobie, że będzie obrońcą ojczyzny i czci niewieściej (jako że te niewiasty dziwnie nieodporne są na awanse umytych i pachnących wodą kolońską, a nie piwskiem, osobników o skórze ciemniejszej niż ma standardowy narodowy łysy patriota).
rasist
No i taki kretyn atakuje, jak Zbyszko krzyżaka. A to napadnie na tureckich studentów, a to na kucharza z Syrii, a to znowu skatuje niczego nie spodziewającego się biznesmena z Namibii. Bo dla stuprocentowego polskiego patrioty, który ma niskie czółko nieskażone myślą żadną, wszystko co nie jest różowe lub czerwonawe (po dniu chlania piwska pod chmurką) i nie jest popstrzone piegami, kojarzy się wyłącznie z terroryzmem, obroną Chocimia i odsieczą wiedeńską oraz przedmurzem chrześcijaństwa. Więc rusza niczym odpalony granatnik z wrzaskiem: „Buk, chonor y ończyzna”.
Lada moment zaczynają się katolickie Światowe Dni Młodzieży i ciekaw jestem ilu ciemnoskórych młodych chrześcijan pozostawi swe piękne śnieżnobiałe zęby na gościnnej polskiej ziemi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Noc długich noży

Każdy tyran, a jest tak od początku istnienia tyranii jako sposobu sprawowania władzy, co pewien czas przeprowadza czystki w swoim otoczeniu. Było tak w starożytnym Egipcie i w Rzymie. Ten sam scenariusz pozbawiony finezji stosowali absolutni monarchowie od dalekiego wschodu Azji po zachód Europy. Najbardziej symboliczne znaczenie zyskała tzw. noc długich noży, która była rozprawieniem się z działaczami NSDAP skupionymi w organizacji SA Ernsta Röhma. Hitler wraz z Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem i Heydrichem postanowili się rozstać z częścią działaczy, którzy wyrażali nieco inne poglądy niż wódz narodu. Rozstanie miało być krótkie i ostateczne. Martwi nie zabierają już głosu, nie tłumaczą się i nie prowadzą kłopotliwych dyskusji. Z tego względu oponenci Hitlera musieli stracić życie. Hitler wykorzystał czystkę także w celu wyrównania wcześniejszych rachunków za pucz monachijski i likwidację innych ważnych przeciwników. Zabito między innymi: Gregora Strassera, Gustava Rittera von Kahr, Ericha Klausenera, Kurta von Schleichera, Edgara Junga oraz Ferdinanda von Bredow. Byli to ludzie, którzy niegdyś się Hitlerowi narazili lub politycy i funkcjonariusze instytucji państwowych o innych poglądach.
Kilka dni po przeprowadzonej czystce rząd uchwalił prawo „o samoobronie państwa”, które składało się w sumie tylko z jednego artykułu, stwierdzającego, że podjęte działania były w pełni legalne.
Jednak w czasach nowożytnych to Stalin był największym specjalistą w dokonywaniu czystek i wymyślił je ładnych parę lat wcześniej niż Hitler. Właściwie jednak już porewolucyjny kodeks karny napisany przez Lenina zawierał słynny artykuł 58, który uprawomocnił wszelki terror stosowany wobec przeciwników politycznych. Gdy umarł Lenin, a Stalin stał się pierwszą osobą w państwie, natychmiast przystąpił do likwidacji wszelkich współuczestniczących we władzy osób. Najpierw wyeliminował Trockiego, który najpierw musiał uciekać z ZSRR, a potem na rozkaz Stalina został zabity na emigracji w Meksyku. Potem Stalin pozbawił władzy Zinowiewa i Kamieniewa, obydwaj później stracili też życie. Mając obsesję na punkcie zdrady kolejno rozprawiał się z najwyższymi władzami cywilnymi i wojskowymi. Niektórzy przeciwnicy tyrana „popełniali” samobójstwo innych mordowano skrytobójczo tak, jak Siergieja Kirowa.
W bliższych nam czasach dochodzą nas echa czystek dokonywanych co jakiś czas w Korei Północnej, ale także w innych dyktatorskich reżimach. Dyktatorzy często posługiwali się prowokacją, aby doszło do działań, które mogli uznać za wrogie i by zyskać pretekst do przeprowadzenia czystek.
Tak właśnie najprawdopodobniej było kilka dni temu w Turcji. Zdarzyły się tam bowiem rzeczy dziwne i nielogiczne. Próba zamachu stanu, która zaczęła się wieczorem, już po paru godzinach była praktycznie zakończona. A dokonywała zamachu największa armia na bliskim wschodzie, druga co do wielkości w NATO. Wojsko zamiast niespodzianie uderzyć w centa rządowe i wyeliminować ośrodki władzy, aresztować lub nawet zlikwidować przywódców, zdobyło stacje telewizyjne, aby ogłosić, że robi zamach. Przecież wiadomo było, ze może to wywołać poruszenie, bo partia Erdogana ma jednak ogromne poparcie. Na pewno nie tak duże, by mianować go sułtanem, ale na tyle duże, by bronić go podczas zamachu.
Wojsko nie zajęło się wyłączeniem internetu, ani telefonii komórkowej, a można to było zrobić, przynajmniej w Ankarze i Stambule, aby ludzie nie mogli się zwoływać. Odcięcie łączności jest bardzo ważne i tylko idiota tego nie wie. Szczególnie politykom. A tymczasem Erdogan nawoływał do wyjścia na ulicę przez telefon komórkowy używając aplikacji do bezpośredniej transmisji. Nawiasem mówiąc pokazuje to, jakim jest psychopatą.
Po kilkudziesięciu godzinach okazało się, ze F-16 zamachowców miały na celowniku samolot Erdogana, ale go nie zestrzeliły, a to załatwiałoby prawie wszystkie problemy.
Wszystko wskazuje na to, że tajne służby Erdogana przeniknęły do wojska i tam, gdzie nie miał on jeszcze swoich ludzi sprowokowały niechętnych mu wojskowych do akcji. Zamach był potrzebny tylko po to, by satrapa mógł pod pozorem prawa zlikwidować swoich przeciwników. Już następnego dnia oznajmił, że rozpoczną się natychmiastowe prace parlamentu nad przywróceniem kary śmierci, bo „lud tego żąda”. Jak już napisałem wcześniej – martwi się nie bronią, nie mówią, nie dyskutują i dla tyrana jest to najlepsza forma pozbycia się wszelkiej opozycji.
Jeszcze coś wskazuje na to, że to nie był autentyczny zamach stanu. Ludzie Erdogana wyraźnie mieli już od dawna przygotowane listy ludzi, którzy będą aresztowani i osądzeni w trybie natychmiastowym i jak się okazuje wcale nie wojskowi stanowią wśród nich największą grupę. Prawie natychmiast aresztowano tysiące sędziów. Niewątpliwie sędziowie byli przeciwnikami dyktatury, bo ta łamała prawo, a sędziowie nie chcieli tego firmować. Jednak nie brali udziału w zamachu, ani go nie firmowali.
Kolejną grupą, za którą wziął się rząd Erdogana są teraz nauczyciele. Tysiące nauczycieli ze szkół wyższych i nie tylko zostało zmuszonych do dymisji. Dotyczy to głównie kierujących edukacją, rektorów i dziekanów uniwersyteckich oraz dyrektorów szkół, wielu nauczycielom ekspresowo odebrano uprawnienia. Jest to oczywiste działanie, bo cytując polskiego klasyka, „wykształciuchy” nigdy nie są zwolennikami rządów dyktatorskich. To oni przekazywali młodzieży idee Atatürka – sprawiedliwość, równość, świeckość państwa. Teraz na ich miejsce przyjdą islamscy „katecheci” i będą wprowadzać turecką dobrą zmianę.
Satrapa wymorduje tysiące swoich przeciwników, zmarginalizuje środowisko prawnicze oraz inteligencję, aby rządzić bez przeszkód. Najpóźniej za dwadzieścia lat starzejący się dyktator z lęku przed utratą władzy weźmie się za czystki wśród dzisiejszych swoich popleczników, ale dziś oni jeszcze tego nie wiedzą. Skoro ludzie nie uczą się historii, to historia uczy potem ludzi. Boleśnie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Sułtan i sułtan

Mustafa Kemal Atatürk stworzył nowoczesną Turcję, Recep Tayyip Erdogan ją zniszczył. Gdy już Turcja stanie się kalifatem, w którym obowiązuje prawo koraniczne, być może kolejne władze zaczną burzyć pomniki Atatürka, choć to wcale nie jest pewne. Pewne jest natomiast, że Erdoganowi pomników nikt stawiać nie będzie. Dla normalnie myślących ludzi jest bowiem satrapą, dyktatorem, który dla własnych celów od lat flirtuje z islamem. Dla islamistów jest i będzie nikim, a gdy w końcu w Turcji rozgości się kalifat, dla Erdogana nie będzie w nim miejsca.
Na przełomie XIX i XX stulecia pojawił się w Turcji człowiek, który zadziwił świat. Nie tylko wyprowadził Turków z gruzów Imperium Osmańskiego, ale stworzył państwo silne, nowoczesne i cywilizowane. Choć był wojskowym i wygrywał bitwy, to rodacy oddali mu hołd za to, co uczynił w czasie pokoju. Położył podwaliny pod etykę tureckiej polityki, które wyraził w kilku prostych i oczywistych zasadach. Po pierwsze republika, a więc władza wybieralna, a nie dziedziczna. Po drugie równość wobec prawa. Po trzecie nacjonalizm rozumiany jako obywatelskość – każdy był obywatelem o takich samych prawach i obowiązkach niezależnie od etnicznego pochodzenia, języka i wyznawanej religii. Czwarte to sekularyzm – państwo ma być wolne od wpływów religii, a prawo w państwie od religii niezależne. Piąta zasada to etatyzm, czyli założenie, że państwo będzie ingerować w gospodarkę tak, aby wyrównywać szanse i możliwości obywateli. I wreszcie na koniec reformizm, a więc zasada, ze państwo ma się zmieniać stosownie do zmian zachodzących w świecie, aby struktury władzy nie skostniały. Te zasady znane są dziś jako kemalizm, a patrząc na rządzących w naszym kraju, możemy ich pozazdrościć.
Atatürk był dla swoich współobywateli wzorem wyrażonych przez siebie idei, choć skromnością nie grzeszył, bowiem wprowadzając nazwiska do prawa tureckiego sam przyjął nazwisko Atatürk, co znaczy ojciec Turków i nikt więcej takiego nazwiska nie mógł nosić. (Moje uszanowanie Panie Wałęsa.)
Przez dziesiątki lat te zasady były święte, a gdy politycy zapominali o nich wkraczała armia i przypominała im, komu służą. Nie był to wzór demokracji, ale w kraju pełnym rozmaitych resentymentów, w tym również islamskich, było to na swój sposób koniecznością.
Zmiany zaczęły nadchodzić powoli wraz z sukcesami umiarkowanie islamskiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Ciekawe jest to, że osobnicy o zapędach dyktatorskich zakładają zwykle partię ze słowem „sprawiedliwość” w nazwie. Kim może stać się Erdogan można było wiedzieć już wcześniej, gdy był burmistrzem Stambułu i w jednym z przemówień cytował fragment religijnego poematu: /…/ Moim oparciem jest islam. Gdybym nie mógł o nim mówić, po cóż miałbym żyć? Erdogan za całość przemówienia trafił do więzienia, uznano je bowiem za podżeganie do nienawiści na tle religijnym. W Polsce przez 25 lat wolności to by się nie mogło zdarzyć, choć nie brakowało polityków i duchownych mówiących gorsze rzeczy.
Złagodził nieco swą retorykę, a potem wygrał wybory oszukując współobywateli. Zgodnie z ówczesnymi tureckimi aspiracjami mówił o stowarzyszeniu z Unią Europejską, a w 2004 formalnie rozpoczął negocjacje w sprawie akcesji. Jednocześnie otwierał kolejne furtki dla religii islamskiej i jej roli w państwie.
Dziś po nieudanym zamachu stanu któryś z dziennikarzy napisał, że nie dziwi go iż doszło do zamachu, a dziwi dlaczego dopiero teraz. To prawda, gdy słyszałem o kolejnych zmianach w tureckiej rzeczywistości, zastanawiałem się też, co się dzieje. Obecnie wiadomo, że Erdogan małymi krokami wypierał armię z życia publicznego. Robił czystki na najwyższych stanowiskach, powoli usuwając ludzi, którzy upominali rząd w 1997 i potem w 2007 roku.
„Gazeta Wyborcza” słusznie przypomniała to, co mówił Bartłomiej Sienkiewicz w podsłuchanych nagraniach z tzw. afery kelnerskiej. A mówił mądrze.

Mamy od 20 lat toczący się proces, który polega na tym, że Anatolia wygrywa. Turcja jaką my lubimy, z jaką chcemy się konfrontować, jaka jest dla nas zrozumiała, to jest Stambuł i okolice, a prawdziwa Turcja to jest Anatolia. Około 250 tys. ludzi przybywa do Stambułu z głębokiej Anatolii. I Stambuł się anatolizuje.
To co obserwujemy teraz w Turcji, z tą walką o ten plac i tak dalej, to jest być może ostatnie tchnienie Turcji ataturkowskiej, otwartej, mającej aspiracje europejskie. Moim zdaniem ta walka jest przegrana, bo po drugiej stronie jest o wiele większa masa ludzi.

Bardzo mądre słowa. Szkoda że tej mądrości nie starczyło Sienkiewiczowi, ani nikomu innemu z rządzących wtedy krajem, na diagnozę, że znajdujemy się dokładnie na tej samej ścieżce, tylko kilka kroków dalej. U nas wygrywa Kieleckie, Podkarpacie i Białostocczyzna. Wygrywa wschód. Pomorze i Wielkopolska przestają się liczyć. Kaczyński jak Erdogan wprowadza do polityki ludzi, których najważniejszymi cechami jest wdzięczność za sukces i wierność wodzowi. To jest być może ostatnie tchnienie Polski otwartej, mającej aspiracje europejskie. Polski – o jakiej marzyłem przez lata przeżyte w PRL. Moim zdaniem ta walka jest przegrana.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Tam, gdzie rodziła się Europa

Czujemy się spadkobiercami kultury i cywilizacji śródziemnomorskiej. Z niejaką dumą mówimy o spuściźnie prawa rzymskiego, a z jeszcze większą o kulturze i sztuce starożytnej Grecji. Mało kiedy jednak dochodzi do naszej świadomości fakt, że ta kultura powstawała z daleka od tego, co dziś uważamy za Europę. Czy wiecie, że wejście do mitologicznego Hadesu, do którego udał się Orfeusz, aby odzyskać swą ukochaną Eurydykę, a także Herakles, by porwać stamtąd trójgłowego psa Cerbera, znajduje się w jaskiniach niedaleko miasta Eregli nad Morzem Czarnym?
Tam właśnie przyszło mi się udać w 1998 roku. Byłem opiekunem dzieciaków, które jechały na zaproszenie tureckich władz na wielki festiwal kulturalny noszący nazwę Święta Osmańskiej Truskawki.
W tamtych czasach niewiele wiadomo było o Turcji poza tym, że nasi handlarze u schyłku PRL jeździli po słynne tureckie kożuszki, w których potem chodziło zimą pół Polski. To nie był łatwy wyjazd, bo i daleko i sam kraj był jedną wielką niewiadomą. Rodzice byli zaniepokojeni, a spraw do załatwienia w związku z wyjazdem multum. Któregoś dnia posadziłem nastoletnią córkę przed komputerem i dałem jej zadanie znaleźć kogoś z Turcji i dowiedzieć się jak najwięcej, a lista pytań, które wypisałem na kartce była spora. Okazało się to dobrym pomysłem. Dzięki rozmowie na IRC ze studentem z Ankary dowiedzieliśmy się więcej niż można się było spodziewać i spokojniej już szykowaliśmy się do wyjazdu.
W Turcji okazało się, że oni więcej wiedzą o Polsce, niż my o ich kraju. Doskonale wiedzieli kim był Fryderyk Chopin, znali i szanowali postać Murada Paszy, który jest też naszym i węgierskim bohaterem narodowym jako generał Józef Bem. Mówili o polskiej wsi pod Stambułem, w której żyją potomkowie Polaków. Wiedzieli też, że Polakiem jest papież Jan Paweł Drugi a Lech Wałęsa był dla nich bohaterem współczesnego świata, mówili o nim z szacunkiem takim jak o Atatürku. Jeszcze jedno nazwisko było im znane – Roman Kosecki. Każdy bowiem Turek od wczesnego dzieciństwa jest wielbicielem piłki nożnej, a Kosecki grał wówczas w klubie Galataseray ze Stambułu. I jeszcze jedno, nigdzie nie spotkałem się z tak powszechną i entuzjastycznie okazywaną sympatią dla Polski i Polaków.
Poznałem też kilku ciekawych ludzi, prowadziliśmy długie nocne rozmowy, racząc się popularną tam rakiją i walcząc z oporem, który stawiał nam wspólny i nie nasz język angielski. Wiele się wówczas o tym kraju dowiedziałem. Turcji, jaką poznałem, dziś już nie ma.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)